poniedziałek, 5 lutego 2018

Zima w Górach Sowich

Zima w Górach Sowich - zejście z Wielkiej Sowy do schroniska Sowa

Jadąc w Góry Sowie miałem mnóstwo szczęścia. Spodziewałem się typowej dla przedwiośnia pluchy, a na miejscu okazało się, że trafiłem na świeży śnieg, który zdaje się napadał poprzedniej nocy. Tak więc plany wejścia na Kalenicę zmieniły się na wejście na Wielką Sowę. Na zdjęciu powyżej - chyba najbardziej popularny odcinek pomiędzy szczytem a schroniskiem Sowa. Już tutaj nie było wielkich tłumów, a po zejściu z najpopularniejszej trasy, Rzeczka-Wielka Sowa, już prawie w ogóle nie było ludzi...


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prawie że zima we Wrocławiu

Most Rędziński zimą - rozlewiska Odry


Niby -7°C na dworze, niby zmroziło i rano szyby trzeba w aucie skrobać... a śniegu jak nie było tak nie ma. To w ramach zdjęcia zastępczego zeszłoroczne zdjęcie Mostu Rędzińskiego na tle oszronionych rozlewisk Odry...

niedziela, 22 października 2017

Jesienna melancholia


Dwa lata temu uznałem, że moje pomysły na bloga się wypaliły. Nie z każdej wycieczki daje się przywieźć ładne zdjęcia, nie każdą wycieczka da się ciekawie opisać... zresztą, opisy też wydawały mi się już monotonne.
Ale wciąż wędrowałem... i wciąż robiłem zdjęcia... i w sumie ich życie kończyło się na moim dysku. Czasem wrzucałem je na swojego prywatnego fejsbuka, czasem nie... więc na co to komu?
Aż kiedyś wpadłem na pomysł: a może wrócić do bloga, i tylko zmienić jego formę? Zrobić z tego fotobloga? Samo wrzucanie zdjęć które już i tak obrobiłem nie powinno zajmować chyba zbyt dużo czasu ;)

No więc powracam... ale głównie ze zdjęciami...


wtorek, 17 listopada 2015

Ciągle pada, czyli polska (wcale nie taka) szara jesień

jesień płonie pomarańczem paproci
Ciągle pada! 
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
mokre niebo się opuszcza coraz niżej, 
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. 

A ja? 
A ja chodzę desperacko
i na przekór wszystkim moknę, 
patrzę w niebo,
chwytam w usta deszczu krople...
Ciągle pada, Czerwone gitary


Tak, od kilku dni pogoda uparcie serwuje nam to, co tak bardzo niektórych odstrasza od jesieni. Deszcz, deszcz, z rzadkimi poprawami na mżawkę. Wysoka wilgotność sprawia, że choć na zewnątrz jest nawet 10 stopni to marźniemy bardziej niż gdyby był lekki minus. Wszędzie wokół szaro, bo przecież liście już dawno spadły na ziemię...

I może w mieście jesień wciąż szara, jednak w lesie...

w lesie 
JESIEŃ PŁONIE!!! 
Mimo deszczu, płomienne brązy i pomarańcze rozbrzmiewają w wciąż dumnie sterczących paprociach. I choć pewnie już wkrótce ich dumę złamie ciężar białego śniegu - to póki co, one wciąż płoną... chociaż na szczęście tylko w przenośni :)

poniedziałek, 19 października 2015

Mój pierwszy geocach!!!

No i się udało! Pierwszy geocach odnaleziony. A właściwie drugi odnaleziony, ale przy pierwszym jednak było ryzyko, że zaraz ktoś się napatoczy - a przy geocacachach należy być dyskretnym.
To co widzicie poniżej to znalezisko wydarte z mrocznych czeluści skały przy Skalnym Moście (Rudawy Janowickie) - i tu już był czas żeby na spokojnie się dopisać.



Tym, którzy mi pozazdrościli - w formie podpowiedzi zdjęcie zrobione wciąż stojąc na miejscu jej ukrycia (no dobra, nogi mam długie a i tak musiałem się mocno wyciągnąć). Więcej o samej skrzynce na stronie opencaching.















Tym, którzy nie pozazdrościli - zdjęcie Skalnego Mostu z bardziej nietypowej strony. No dobra, most co prawda chowa się za jakimiś liśćmi - ale czyż nie jest pięknie? Czy nie warto obejrzeć go z drugiej strony? I tak, ten turkusowawy odcień skał - to efekt naturalny, żadne tam fotoszopy. Ba, naturalnie jest nawet lekko bardziej turkusowy, mimo iż wydaje się to tak mało naturalne...


środa, 23 września 2015

Pierwszy dzień jesieni (Ech, muzyka, muzyka)

Konstanty Ildefons Gałczyński

Pierwszy dzień jesieni, a mnie wzięło na taki sentymentalny nastrój. Więc dziś zarzucę wam piosenkę której słowa być może spisywane były na małej kawiarnianej serwetce w moim rodzinnym mieście...


Ech, muzyka, muzyka, muzyka
Spod smyka zielony kurz
Lecą gwiazdy zielone spod smyka
Damy karo, bukiety róż.
O, dajcie mi te małe skrzypce
Może na skrzypcach wygram
Wiatr i pochyłą ulicę
I noc, co taka niezwykła


Konstanty Ildefons Gałczyński, 
Ech muzyka, muzyka...

niedziela, 8 lutego 2015

O przepołowionym Mikołaju, co to zębatą koleją jeździł...

W rozstrzelanej chacie
Rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców
Pieśni wyniosłem węgle

Naciągnąłem na drzazgi gontów
Błękitną płachtę nieba
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.

Święty Mikołaju,
opowiedz jak tu było,
jakie pieśni śpiewano
Gdzie się pasły konie.
Ballada o św. Mikołaju

Mikołajów... mimo przygód na drodze (które na szczęście skończyły się tylko na niegroźnym obiciu felgi) jakoś udało mi się do niego dojechać. W samym sercu wioski przywitał mnie przepołowiony biskup Mikołaj. Oczywiście mowa o drewnianej figurze świętego, od którego miejscowość zyskała swoją nazwę, a która stoi przy jedynym skrzyżowaniu we wsi, przy kolorowym przystanku PKS. Krótki ogląd stanu samochodu (czy przypadkiem, gdy wrócę za kilka godzin, opona nie będzie pusta), zabranie „oporządzenia” i ruszam w drogę.
Jeszcze przez krótką chwilę zielony szlak delikatnie wije się przez pobliskie pola, aby w końcu zniknąć w wysokim lesie. Chociaż wokół szaro i nudno, to zieleń świerków przemieszana gdzieniegdzie brązem nieopadłych liści buków jest jednak wspaniałą alternatywą dla burego nieba. Chociaż to końcówka stycznia, śnieg ledwie przyprószył ziemię tworząc warstwę która bardziej kojarzy się z ziarnem nadmiernie przeostrzonego zdjęcia niż z puchem po którym mogliby pomykać narciarze. Smętna pogoda sprawia, że bez większych zachwytów przebywam pierwszy odcinek trasy, łączący Mikołajów z leżącym w dolince Żdanowem.




Wyjście na kolejny pagórek odsłania panoramę tej sowiogórskiej wioski która jednak przy tej pogodzie nie zachwyca. Jednak jeszcze kawałek drogi i przede mną ukazuje się pierwsze cudo srebrnogórskiej techniki: dawny kolejowy wiadukt zwany wiaduktem żdanowskim. Ceglana konstrukcja 24metrowej wysokości i 90metrowej długości spina ze sobą dwie strony wąwozu którym wrzyna się w teren jeden z dopływów rzeki Budzówki. Kiedyś wiadukt ten umożliwiał kolei przejechać pomiędzy Srebrną Górą a Pieszycami, dziś służy jedynie turystom. Z pewnością byłby wdzięcznym tematem zdjęciowym jednak w obecnych czasach fotografowie mają mocno utrudnione zadanie poprzez zasłaniające go liczne drzewa których (jak wynika ze starych widokówek) kiedyś nie było. Zastanawiają tylko ostrzeżenia o spadających cegłach, zwłaszcza biorąc pod uwagę remont wiaduktu który odbył się zaledwie 2 lata temu. 
W tym miejscu trzeba pilnie uważać na szlak. Co prawda na jednej z podstaw wiaduktu jest zaznaczenie, że szlak tutaj skręca, jednak... jednak szlak jest tu wyjątkowo mało widoczny. Z jednej strony turystę czeka tu przebijanie się przez gęste choć niskie chaszcze, z drugiej – kilka metrów wyżej czeka go wciąganie się po mocno wyślizganej glinie. Słowem, po deszczu podchodzi się źle, w czasie roztopów też, a zimą jest tylko minimalnie lepiej. Nic, tylko wchodzić na czworaka... kolejnych kilka metrów dalej, w miejscu gdzie podejście jest już o wiele mniej strome i do tego mniej śliskie, z prób każdego podciągającego się ku górze turysty nabija się drewniana barierka. Niestety, tych kilka metrów jak wspomniałem pozostaje wdrapywać się na czworaka korzystając z każdej możliwej gałązki którą da się złapać. Na szczęście bez żadnych kontuzji udaje mi się zaliczyć zarówno ten odcinek, jak i kolejny i dostać się wreszcie na poziom dawnych torów kolejowych...

Kolejka srebrnogórska już dawno nie jeździ a tory już dawno zostały rozłożone. Tak więc wiadukt mimo swej ogromnej konstrukcji ma obecnie raczej znaczenie dla pieszych i nie musi już służyć wielotonowym kolejkom zwożącym węgiel do Srebrnej Góry i wracających z wydobytym złotem. Dlatego też spokojnie można nim spacerować, a także podziwiać panoramę Gór Bardzkich czy Jaworskich. Jak się też okazuje, jest to także chyba jedna z popularniejszych tras spacerowych mieszkańców Srebrnej Góry bo tak jak do tej pory było praktycznie pusty na szlaku, tak od wiaduktu co rusz spotykam jakieś grupki piesze. Niestety, stojąca przy wiadukcie dawna wieża widokowa nie zachęca swym stanem do wchodzenia na nią – a nawet gdyby znalazł się odważny, to wszelkie widoki zasłaniają pobliskie drzewa. Z pewnością wieże widokowe budowane dziesiątki lat temu przez Niemców zapewniały odwiedzającym wspaniałe widoki, jednak od wielu lat w całej Polsce widać wyraźne zaniedbania w tej kwestii i obecnie chyba już większość tego typu punktów traci na swej atrakcyjności właśnie przez rosnące powyżej ich poziomu drzewa.



Od wiaduktu, zgodnie z oznaczeniami idę dalej dawną trasą kolejki. Trzeba przyznać, że odcinek ten jest doskonałym przykładem tego, że na potrzeby kolei wykonywano często niesamowitą robotę inżynieryjną żeby tylko umożliwić jej przejazd. Z jednej strony długość składu wymusza szeroki promień skrętu, z drugiej – zbyt strome zjazdy za chwilę zamieniające się w podjazdy sprawiłyby, że kolejka „łamałaby” się w pół, co wymusza znaczne „wyprostowanie” terenu. Właśnie dlatego powstawały wiadukty takie jak ten żdanowski, właśnie dlatego kawałek dalej trzeba było zrobić nasyp który z dwóch stron otoczony jest stromymi zboczami, właśnie dlatego też kawałek dalej trzeba było sztucznie wykuć wąwóz w skale... i tak jak sam nasyp nie robi jeszcze takiego wrażenia, to wspomniany wąwóz którym kiedyś jeździła kolejka oddaje dopiero wrażenie jaki ogrom prac musiał zostać wykonany aby kiedyś mogła tędy jeździć kolejka... i pomyśleć, że i to było mało, bo uzyskane w ten sposób stałe nachylenie rzędu 5-6% wymagało stosowania kolei zębatej, a mimo zastosowania nietypowej technologii można było korzystać z maksymalnie 125 tonowych składów (przy masie samego parowozu rzędu 56 ton!) i poruszać się zaledwie z prędkością biegnącego człowieka. 
Tymczasem chwilę po wyjściu z wąwozu ukazuje się kolejny wiadukt. Tym razem jest to wiadukt srebrnogórski, tym razem o wysokości 28 metrów. W przeciwieństwie jednak do wiaduktu żdanowskiego wymaga zdecydowanie większej odwagi, zwłaszcza przy silnym wietrze, gdyż nie dość że wiadukt srebrnogórski jest węższy i chyba dłuższy, to na całej swej długości pozbawiony jest jakichkolwiek barierek które zapewniałyby bezpieczeństwo. 


Chwila nieuwagi, chęć obejrzenia wiaduktu w pełnej krasie oraz wypatrzona na dole wiata odpoczynkowa sprawiają, że nie zauważam, że w tym miejscu szlak odbija całkiem stromo ku górze i specjalnie przygotowanymi dla turystów drewnianymi schodkami schodzę na dół. Tak, zdecydowanie wiadukty od dołu wyglądają o wiele ciekawiej, jednak po krótkiej przerwie postanawiam iść dalej. Skoro niebieski szlak miał zahaczać o fort Ostróg, to wydawało mi się, że należy iść w górę... po dłuższej chwili przekonuję się że gdzieś musiałem go zgubić, jednak chociażby zarówno dla upewnienia się w tej kwestii jak dla samej satysfakcji wychodzę jednak na asfalt wiodący do srebrnogórskich parkingów i zawracam w dół – szukać szlaku przy forcie mi się jednak nie chce. Gdy z powrotem wspinam się na wiadukt zauważam miejsce w którym zostawiłem szlak – no tak, oprócz mocno rzucających się w oczy drewnianych schodów z tego miejsca dosyć stromo odchodzi ścieżynka w górę. Trzeba przyznać, że ścieżka jest tak mało widoczna w terenie, że w ogóle bym o niej nie pomyślał gdyby nie wypatrzony jednak znak szlaku.

Tymczasem pozostaje mi wrócić kawałek tą samą drogą którą przyszedłem, bo na tym odcinku szlak zielony idą razem z niebieskim. Żeby jednak uniknąć nudy, to zamiast iść kolejowym wąwozem, wolę wybrać idącą jego górę ścieżynkę napadających go rozbójników – i trzeba przyznać, że jest to dobry wybór, bo wąwóz widziany z góry nabiera nowego piękna. Jednak z drugiej strony nie jest to do końca rozważny wybór – bo gdy wreszcie wąwóz się kończy i schodzę do dawnych torów kolejowych, to okazuje się, że szlak niebieski gdzieś po drodze uciekł. To akurat jest o tyle dziwne, bo szedłem zachodnią stroną wąwozu, ta, w którą właśnie miał odbić szlak... okazuje się, że ten skręca tuż pod koniec jaru, co z pewnością zaznaczone jest na końcu jaru. Jednak ówcześni rozbójnicy musieli znać teren i nie potrzebne były im oznaczenia nie wyznaczonych jeszcze wtedy szlaków – ja jednak terenu nie znałem i chwilę musiałem szukać niebieskiego szlaku w terenie. Na szczęście udaje mi się go jednak znaleźć i wrócić do Żdanowa, tym razem do górnej jego części, gdzie w terenie przypominającym dawne grodzisko wypatruję porządną wiatę przystankową.


Niestety, po przejściu przez wioskę i pola, szlak niebieski ciągnie się asfaltem aż do Przełęczy Wilczej. Tym razem wiatę przystankową pomijam mimo dopalającego się wciąż jeszcze pieca, aby żółtym szlakiem rowerowym odbić w kierunku Mikołajowa. Tutaj droga wije się niczym piskorz wśród licznych szczytów, czasem delikatnie się tylko wznosząc, a to czasem opadając... gdzieś przy ambonie oznaczenia szlaku znów zanikają, jednak posiłkując się kompasem udaje mi się wybrać właściwą drogę. Drzewa pokryte śniegiem wyglądają malowniczo nawet mimo szarego nieba, trzeba nawet przyznać, że w którymś momencie odbijająca w bok droga wyglądała niczym... dolina prowadząca do królestwa Królowej Śniegu... białe od śniegu i szadzi drzewa aż zapraszają żeby pójść uratować biednego Kaja, jednak kto wie, czy to nie jest tylko pułapka a za zakrętem lodowe yeti nie czekają na nazbyt odważnego śmiałka? Wolałem jednak nie ryzykować, zwłaszcza że pora była późna. Tak więc powoli schodząc w dół wraz ze szlakiem wracam do przepołowionego Świętego Mikołaja, który przez cały ten czas pilnował mego samochodu...

piątek, 23 stycznia 2015

Dolnośląska Baker Street








A teraz rzućmy trochę więcej światła na miejsce zbrodni...
Mgła... odwieczna sprzymierzyni zarówno przestępców, jak i nieuzasadnionego strachu... w połączeniu z mrokiem sprawia, że nasz podstawowy zmysł poznawczy - zmysł wzroku - staje się nieużyteczny, a w każde nierozpoznane wzrokiem puste pole wywodząca się jeszcze z czasów pierwotnych wyobraźnia dopowiada sobie jakieś zagrożenie.
A jednak nie zawsze to zagrożenie jest urojone. To właśnie mgła i mrok ukrywały kulisy niejednego przestępstwa popełnianego w angielskich parkach, pieczołowicie rozpatrywanych później przez Sherlocka Holmesa. 


























I chociaż na szczycie Srebrnej Góry pięknie świeciło słońce, to zejście kilka krótkich trawersów niżej sprawiło, że świat wokół mnie spowiła mgła, a roztaczające się wokół drzewa tworzyły mroczny nastrój angielskich parków rodem powieści Artura Conana Doyle'a. Każdy zbliżający się człowiek mógł być zwykłym przechodniem, jednak mógł się okazać przestępcą przy którym Kuba Rozpruwacz był łagodny niczym baranek. Tak oto czerwony szlak w Srebrnej Górze stał się na krótki czas dolnośląską Baker Street....

niedziela, 21 grudnia 2014

W poszukiwaniu zimy...



Dziś pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Kalendarzowej, bo niestety we Wrocławiu tej prawdziwej brak. Orkan Aleksandra zdaje się nie narobił wielkich szkód w dolnośląskim, jednak z pewnością przyniósł ciepłe powietrze które rzadko kiedy sprzyja zimie. Co prawda w Karkonoszach jest podobno śnieg, jednak to trochę za daleko na jednodniowy wypad, więc raczej wrzucę dziś zdjęcia z ostatniej wyprawy na Wielką Sowę.
Jednak dziś forma trochę inna - bardziej fotoreportażowa. Bo o czym tu pisać idąc po raz kolejny tą samą trasą? O wielkiej wycince drzew? Bo co ostatnio jestem w tej okolicy, to co rusz coś wycinają... o drodze, która dzięki zwożącym drewno traktorom stała się jednym wielkim błoto-bagnem? A może o nieustającym wyciu pił, które jak już dopadło, to przez dłuższy czas nie mogło odpuścić? Chyba ciężko pisać bałwochwalcze peany na cześć tych paskudztw, więc może lepiej skupić się na czymś wyjątkowym? A trzeba przyznać, że trafiło mi się wspaniałe połączenie dwóch zjawisk pogodowych. Z jednej strony mgły, która niczym ograniczająca widoczność powietrzna zawiesina dodawała podejściu pewnej tajemniczości, niesamowitości a przechodzeniu przez nią dodawała uroku poznawania czegoś nowego... z drugiej - co prawda nie śnieg, ale mróz ścinający tą mgłę, każący jej osiąść na najbliższej możliwej gałęzi, drzewie, krzaku, źdźble trawy... mróz, który odbierał mgle wszelką siłę do dalszej wędrówki i kazał jej przycupnąć w najbliższym możliwym miejscu.






Królowa zima bez problemu przejęła we władanie całą polanę z lekko rozdzielającym ją wąskim pasem drzew. Jednak wgłębiając się w gęstszy już las świerkowy wydawało się, że tu już zima nie dokonała już tak dogłębnych mrożących zniszczeń. Bo wizualnie, drzewa wyglądały jak w okresie jesiennym - dopiero dotknięcie zwalonej kłody przekonywało, że jest całkowicie przemrożona.
Na samym szczycie zima znów była widoczna. Mimo mgły, nie licząc na wielkie widoki, miałem zamiar wejść na wieżę. Jednak nie byłem sam, więc zaczęły się negocjacje. 
- A będziemy mieli czas zjeść coś w schronisku?
- Nie, bo robi się trochę późno, a jeszcze kawałek drogi przed nami.
- To jak to, na schronisko nie ma czasu, a na wchodzenie na jakąś wieżę to niby mamy?
I weź tu tłumacz, że na wieżę wejdziemy na max 10 minut włącznie z wchodzeniem po schodach, a wizyta w schronisku wiąże się od razu ze zjedzeniem czegoś - słowem, pół godziny jest nierealnie krótkim terminem. Ale ponowne spojrzenie na zegarek, analiza faktów (bo przecież nie pierwszy raz idę tą drogą), sprawdzenie czy niezbędnik jest kompletny (od wyjazdu w Jurę staram się mieć ze sobą dwie latarki - zamiast obowiązkowych w terenie niezabudowanym odblasków), słowem - możemy zaryzykować końcówkę powrotu w zmierzchu, nocne wracanie nam nie grozi. No więc na górę - i tu miłe zaskoczenie, bo ze względu na mgłę bilety za pół ceny. W sumie, 2 złote to nie jest wielka różnica, ale z drugiej strony miło, że ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły, a przecież przy 4 złotych to nie bardzo jest gdzie zaoferować klientowi lepszą promocję.
Oczywiście, na górze widoczności zbyt wielkiej nie było, nawet pobliska wieża radiowa ledwo przebijała się przez mleko, ale warto było wejść. Klimat niesamowity, bo oprócz mgły widać obrośnięte lodem lunety. Tak, te nawiewy śnieżne (a w tym przypadku raczej lodowe) to typowa cecha Wielkiej Sowy...




Dodać należy, że chodząc po górnym podeście chodzi się po podobnych jak na zdjęciu podłużnych od wiatru kryształkach lodu.
Z kolei sam szczyt wyglądał tak:







Tymczasem zejście do schroniska Sowa. Zadziwiające, jak bardzo mieszają się ze sobą drzewa białe od pokrywającego je śniegu z tymi kolorowymi, niepokrytymi szronem. I to, czy są to wiecznie zielone drzewa iglaste (w których igłach wciąż płynie woda, która przecież w okresie zimowym podnosi temperaturę) czy pozbawione już żywych liści drzewa liściaste - zima raczej losowo wybiera sobie które drzewa ubielić, a które pozostawić nienaruszonymi, choć przyznać trzeba, że ze szczególnym upodobaniem wybiera sobie białe przecież z natury brzozy. Trzeba przyznać, że wyczucia smaku jej nie pasuje i drzewa, choć pozornie losowo wybrane, tworzą naprawdę wspaniały efekt. Trzeba dodać, że zima po drugiej stronie szczytu wygląda już o wiele przyjaźniej, z braku mgły i tworzonego przez nią lekkiego półmroku polana na rozdrożu szlaków cieszy raczej zimą radosną.





Trzeba przyznać, że taka połowiczna zima przeplatana z jesienią zawsze wygląda pięknie, zresztą sami sobie przypomnijcie odwrotną mieszaninę z okolic Zamku Książ. Wtedy miałem zimę z dużym dodatkiem jesieni, na Wielkiej Sowie trafiłem raczej na jesień z dużą domieszką zimy. Żeby jednak nie było niedomówień, na większości trasy królowała jednak późna jesień...





poniedziałek, 10 listopada 2014

Ojców i jego dzielnice

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki
Kolejna wycieczka w Jurze, tym razem po Ojcowie... i jego dzielnicach, bo szukając noclegów zarówno Zazamcze jak i Grodzisko traktowane są jako Ojców, choć odległości między nimi są dosyć spore.
Tym razem do parku wchodzę skrótem, omijając paskudne skrzyżowanie szlaków przy Grocie Łokietka ze swoimi toaletami. Dzięki temu chwilę wcześniej jestem na ich rozejściu, jednak tym razem spodziewając się krótszej trasy wybieram przejście Wąwozem Ciasne Skałki i Bramą Krakowską (szlak niebieski). W przeciwieństwie do szlaku czarnego nie jest to szybka dojściówka naprawdę piękny kawałek gór. Chociaż nie widać tu żadnej rzeki czy potoku, wąwóz głęboko wżyna się w otaczające go pasma. Co prawda wokół widać ślady ludzkiej działalności (dosyć silnej wycinki drzew), to i tak wąwóz wygląda malowniczo. Na dolnym jego końcu znajduje się polana, na której odnajduję krzak dzikiego bzu. Z zazdrością na pękate grona, bo w mojej okolicy w tym roku raczej niezbyt obrodziło w owoce. Jednak w parku narodowym zbierać nie będę, zwłaszcza, że zebranych owoców na miejscu przecież nie przetworzę, a zanim dojechałbym do domu zdążyły by się popsuć. Kawałek dalej mijam Bramę Krakowską – wyraźną, szeroką na kilkunastu ludzi szczelinę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów wapiennymi skałami.

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki


porzucona stodoła w Ojcowie
Od Bramy Krakowskiej można przejść Ojców z obydwu stron Prądnika. Że jednak tą bardziej zabudowaną część znałem już z poprzedniego dnia, postanowiłem pójść szlakiem zielonym, zwłaszcza że po tej stronie gdzieś w oddali widziałem ładną chatynkę. I choć co prawda tej upatrzonej wcześniej nie udało mi się odnaleźć, za to wcześniej, przy Panieńskich Skałach i Igle Deotymy odnajduję stojącą na uboczu samotną murowaną stodołę. Generalnie jednak przez Ojców przechodzę bez większych atrakcji, aby przy zamku skręcić gdzieś w leśną drogę, wzdłuż której biegnie szlak czerwony i niebieski.
Kaplica na wodzie, Ojcowski Park Narodowy
Kaplica na wodzie, Ojców
Trzeba przyznać, że podejście nie było lekkie. Stromość nie stanowiłaby problemu, bo podejście długie nie było, jednak podmokłe gliniaste podłoże sprawiało, że trudno się było nie poślizgnąć. Po krótkim już odcinku docieram w pobliże kaplicy „Na Wodzie” z 1901 r. Jak mówią podania, król pruski (pod którego zaborem znajdował się wtedy Ojców) wydał rozporządzenie na mocy którego na terenach tych mocno utrudnione było stawianie wszelkich kościołów i kaplic na pruskiej ziemi. Że jednak Polacy już od dawna walkę z zaborcami mieli we krwi, szybko znaleźli obejście tego przepisu – skoro nie można postawić na ziemi pruskiej, to czemu by nie postawić kaplicy na wodzie? Tak oto w dno wpuszczone zostały podpory, na których zbudowano drewnianą kaplicę.
Niestety, do środka mogę tylko zajrzeć przez otwarte drzwi, bo w tym czasie akurat odbywa się msza. Pozostało mi więc tylko pokontemplować na stojąco (co prawda w pobliżu jest mnóstwo ławek, niestety akurat wszystkie było mokre w związku z dosyć wilgotną pogodą) urokliwą kapliczkę i jej otoczenie i pójść dalej lasem. Kolejny krótki odcinek płaskim parowem doprowadza mnie w okolice Zazamcza. Chociaż szlak wyraźnie odbija od tej osady, to zachęcony oznaczonym na mapie młynem postanawiam zboczyć lekko ze szlaku. Okazuje się jednak, że wspomniany młyn to jedynie mało estetyczna drewniana buda wyremontowana w mocno patchworkowym stylu, która nie ma już nawet koła młyńskiego. Jedynym śladem sugerującym że był to kiedyś młyn wodny jest spiętrzenie rzeki, z którego zapewne kiedyś woda z łoskotem spadała na łopatki rozpędzonego koła.
Na szczęście za to przy samej drodze znalazłem dwa ciekawe niebieskie drewniane domki, zapewne dawno już opuszczone sądząc po ich stanie.

Ojców Zazamcze
Teraz z powrotem na połączone szlaki niebieski i czerwony. Mimo, iż to dwa szlaki, to oznaczeń nie starczyłoby na jeden szlak, więc w którymś momencie idę bardziej na czuja niż według znaków w terenie. Na szczęście udaje mi się nie zgubić szlaku i dojść do drogi tuż przed młynem Mosiura. Tutaj szlak zbacza na asfaltową drogę, co nie bardzo mi się uśmiechało, zwłaszcza ze względu na wspomniany młyn, jednak mapa sugeruje, że równolegle do niej znajduje się całkiem porządna droga (pełna kreska, nie przerywana! :) więc nią postanawiam powędrować. Kilka metrów za skrzyżowaniem za moją decyzję nagrodzony zostaję kolejnym drewnianym domkiem góralskim, jednak kolejny młyn znów nie zachwyca. Po raz kolejny żeby nie wodny próg, nikt nie odgadłby nawet, że kiedyś tutaj mieścił się jakiś młyn...




Pochylec i Łamańce  w Ojcowskim Parku Narodowym
Pochylec i Łamańce (po prawej)
Tymczasem po krótkiej wędrówce na horyzoncie pojawia się przepiękna bryła wapiennych skał unurzanych w zieleni drzew. To Łamańce i Pochylec, dwie naprawdę wielkie zęby wystające ponad horyzont. W sumie takie widoczki powinny zdaje się być główną atrakcją Jury, jednak mało które tego typu formacje skalne mnie zachwyciły – z pewnością te które znajdują się na obrzeżach Grodziska są jednymi z nich.
No właśnie, bo powoli zbliżałem się do Grodziska. Wydawałoby się, że jeszcze tylko kilka kroków... niestety, przeszkodzą okazała się rzeka. Co prawda mógłbym próbować iść dalej, nie skręcać do asfaltu – ale drogę przegradzał jakiś pomniejszy wapienny pagórek lekko połączony ze ścianą po lewej.
Łamańce widziane tuż sprzed rzeki
którą przyszło mi forsować

 Co prawda tą przeszkodę można było próbować forsować – ale widać było, że za nią rzeka coraz bardziej zbliża się do jurajskiej ściany, a nawet gdyby dałoby się przejść po wewnętrznej stronie rzecznego zakola – to i tak dalej nie było mostów aby przejść na właściwą stronę. No i dylemat – czy wracać tyle drogi do szlaku, czy próbować przejść szeroko rozlewający się Prądnik? Znalezionym kijem sprawdzam głębokość – no, najwyżej po kostki, ale buty to jednak zmoczę a to mi się wcale nie uśmiechało. Na szczęście obok zalanej drogi ktoś chyba nawrzucał jakichś kamieni i sprytnie daje się przejść na drugą stronę nie mocząc butów bardziej niż same się zmoczyły od rosy na trawie. Chwilę później mijam kolejną porzuconą drewnianą stodołę, obitą z każdej strony krzykliwymi żółtymi tabliczkami: obiekt grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony. Byłby piękny widoczek, niestety wspomniane tabliczki psują cały efekt i tylko z jednej, tej najmniej zniszczonej strony daje się zrobić ładne zdjęcie na tle Pochylca.

opuszczona stodoła na tle Pochylca
Opuszczona stodoła pod Pochylcem
Wspinaczkowa przewieszka na Pochylcu
Ściana wspinaczkowa na Pochylcu
No właśnie, Pochylec. Od strony Ojcowa nazwa wydaje się być zupełnie przypadkowa, to raczej kolejna pionowa maczuga, podobnie jak Łamańce. Dopiero obchodząc go w centrum Grodziska dostrzega się jego drugą stronę, z bardzo silną przewieszką. Oczywiście, okazji takiej nie mogli odpuścić wspinacze i na pochyłej ściance wyraźnie widać trasę wspinaczkową.
Tymczasem ja stoję na rozdrożu i zastanawiam się, w którą stronę się udać. Pod rozwagę brałem Skałę i powrót Drewnianą Drogą obok cmentarza cholerycznego z XIX wieku, jednak gospodyni wspominała, że w Skałe nic ciekawego nie znajdę. Dlatego decyduję się na odbicie w kierunku Pieskowej Skały. A więc znów kawałek asfaltem, koło kolejnego mało młyńskiego młyna, aby kawałek dalej wraz ze szlakiem odbić w las, a potem szeroko rozrzuconym trawersem dążyć w górę. Przede mną roztacza się widok na wąwóz prowadzący asfalt drogi w kierunku Pieskowej Skały, na jednym ze zboczy odsłonięty kawał wapiennej skały nazwanej Długa, który przez wiele lat opierał się naporowi drzew i mchów, a ostatecznie poddał się w walce z wandalami malującymi wielkie czerwone serce. Jeszcze kawałek i dochodzę do kościoła świętej Salomei, niestety akurat w remoncie. 
Więc pora już wracać do Ojcowa, początkowo dopiero co zaliczonymi trawersami koło Długiej, potem asfaltem, bo w końcu przecież to lepiej niż wracać tą samą trasą, którą się przyszło. I tak wracam gdzieś na wysokość Jaskini Ciemnej, a że pora jeszcze w miarę młoda, to czemu by nie zajrzeć. Dla niewtajemniczonych – w bilety zaopatrzyć się już na dole, a następnie podejść do góry zielonym szlakiem, jeszcze jakieś 10-20 minut drogi. Tu mi pozostaje poczekać trochę, niestety wśród wrzasków rozkapryszonej dzieciarni którą w ogóle nie interesowali się rodzice, bijącej się o to kto wejdzie do środka z latarką. Te kłótnie wydawały mi się jakieś absurdalne, bo przecież w każdej udostępnionej publicznie jaskini zamontowane jest światło elektryczne, więc po co komu latarka? 
Brama Krakowska widziana z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
Brama Krakowska, widok z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
skała wapienna Rękawica koło Jaskini Ciemnej w Ojcowie
Skała wapienna Rękawica w pobliżu Jaskini Ciemnej (Ojców)
Okazuje się, że nie w Jaskini Ciemnej. Swoją nazwę zawdzięcza ona właśnie brakowi elektryczności. Co prawda nie przygotowany na to turysta dostaje od przewodniczki świeczkę z jakże niegustownym „świecznikiem” w postaci ściętej plastikowej butelki, jednak światło dawane przez tego typu latarnię nie pozwala nawet dostrzec gdzie się stawia kroki, a co tu mówić o oglądaniu sklepień jaskini... na szczęście zupełnie przez przypadek mam przy sobie latarkę, a jak się okazało nawet dwie. Bo w kieszonce plecak znalazła się zaarówno dającą wąskie światło malutką okrągłą latarkę, nie dużo większą od grubego markera, jak i dająca o wiele szersze oświetlenie latarkę przypominającą stare latarki harcerskie, takie płaskie na baterie 4,5V, jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Ta akurat była już latarką współczesną, diodową, jakiś gadżet reklamowy od jednego z dostawców w pracy, okazała się jednak doskonała do rozglądania się po wnętrzu jaskini. Trzeba przyznać, że takie zwiedzanie jaskini w której nie ma stałego oświetlenia ma swoje ogromne zalety... aaa, zapomniałem dodać czemu akurat ta jaskinia jest uważana za taką ważną w tym terenie. Otóż właśnie w niej odnaleziono szczątki człowieka prehistorycznego, a żeby to uwznioślić przed wejściem do jaskini wchodzi się na platformę widokową, z której widać zarówno przygotowaną na tą okazję makietę ludźmi pierwotnymi, jak i spojrzeć z góry w kierunku Bramy Krakowskiej.
Tymczasem po wyjściu z jaskini akurat rozświeciło się słońce. Nie można było nie skorzystać z takiej okazji i nie wejść jeszcze kawałek wyżej na jedno z dwóch miejsc widokowych z których wspaniale widać Rękawicę, formację kilku skałek wapiennych wyglądających jakby z ziemi wystawała zaledwie ręka, a właściwie tylko palce jakiegoś przysypanego rycerza, uzbrojone w kamienną rękawicę. A potem już tylko w dół, powrót do Bramy Krakowskiej i kawałek dalej zaczerpnąć wody ze Źródła Miłości, aby opisanym wcześniej wąwozem Ciasne Skałki wrócić na nocleg do Czajowic.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.

Powrót na nocleg