środa, 31 sierpnia 2011

Proszę się nie bać, proszę podejść do artystów!

Życiem zmęczony...
Wrocławski rynek... duma wszystkich Wrocławian, chyba największy rynek w Europie, wyróżniony niedawno w konkursie na najbardziej kolorowe miejsce na świecie. Choć osobiście uważam go za miejsce ciekawe, to w przeciwieństwie do większości mieszkańców stolicy Dolnego Śląska, ósmym cudem świata bym go nie nazwał – i ze względu na swą rozległość wolę poznańską starówkę. Bo niestety, jak sam rynek jest piękny, to po zniszczeniach wojennych ciężko oceniać całą starówkę – zbyt blisko jej centrum krajobraz skażony jest komunistycznymi potworkami.
A mimo to, staram się regularnie odwiedzać rynek. Nie z powodu licznych klubów, nie z powodu wielkich imprez – to, co mnie urzeka to tzw. „kultura ulicy”, czyli pokazy wszelakich buskerów. Ludzie z metalu (srebrna para i mosiężny samotnik), tancerze ognia (na tych trafiłem niestety tylko raz), muzycy czy ludzie od wielkich baniek mydlanych. Tak, jak dla mnie to największy atut wrocławskiego rynku i szkoda, że europejskiej stolicy kultury tak daleko do europejskiej stolicy buskerów. Bo to właśnie oni najbardziej mogliby ożywić to miejsce...

Kairskie wspomnienia kolonialne

Artyści w czerwieni
Tym bardziej cieszą imprezy typu buskerbus. Buskerzy z całego świata zjeżdżają się w jedno miejsce, i dzieląc się rynkiem (zbyt małym, by pomieścić ich wszystkich naraz) pokazują alternatywne sztuki. A to przecież sztuka dla wszystkich – i bogatych, i biednych, bo bez biletów, a opłatę uiszcza się w zależności od własnych możliwości i własnego zadowolenia. Dla eleganckich, i dla tych co wolą sportowe ubranie, bo przecież cóż szkodzi dres w słuchaniu koncertu fortepianowego. Sztuki dla dzieci, młodzieży i dorosłych, bo zróżnicowanie tematów sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie – dzieci figlarskie sztuczki, dorośli pewnie piękno muzyki wszelakiej czy zabawne kabarety. 

Taniec z kapeluszami


Przysiądź i posłuchaj...
Dla smutnych, którzy przystaną przy płaczliwym jęku fletu z kraju będącego od lat w niewoli, dla wesołych, których rozbawią skoczne dźwięki kairskiego jazzu z okresu kolonializmu. Setki, tysiące wrażeń estetycznych, które często byśmy pominęli, przyzwyczajeni do swojego ulubionego wykonawcy, do galerii, do których stale chadzamy, do ciągle tych samych programów telewizyjnych. Na ulicy – zawsze możesz podejść, gdy coś ci się spodoba, zawsze możesz odejść i poszukać innych wrażeń, gdy dany pokaz ci się nie spodoba. Przystanąć na chwilę, podpatrzeć i... może pozostać, gdy sztuka się spodoba?



Radość artysty
Buskerstwo to także socjologia. Jak pobudzić serca widza, aby zadowolony chętnie rzucił pieniążek do kapelusza? Zapewne nie typowym dla poważnej sztuki odgrodzeniem się od patrzących – wręcz odwrotnie. Więc wciągają buskerzy widzów do zabawy, aby z nimi się podzielić radością tworzenia, aby wzbogacić swój pokaz odrobiną świeżości, aby poznać coś nowego – co być może stanie się zalążkiem jakiegoś nowego pokazu? I nagle okazuje się, że język polski, jakże trudny dla innych obcokrajowców, dźwięcznie brzmi w ustach angielskiego buskera, co ciekawsze, nawet wybór piosenki jakoś powiązany jest z danym dniem, chwilą – bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że w ostatnią niedzielę wakacji śpiewana jest piosenka Mieczysława Fogga? I choć części słów nie udało się zrozumieć, to pokłony dla Philippa Fairweathera za wykonanie tej piosenki...

Ooo, chyba widziałem kurczaczka
Kairskie wspomnienia kolonialne
Buskerstwo to także sposób życia. Choć podróże łączą ich z pradawnymi kupcami, nomadami czy cyganami, to jednak tylko z tą ostatnią grupą można ich porównywać. Z tą różnicą, że tu bycie w ciągłym ruchu wynika nie z tradycji, a z własnego wyboru. Porzucając własny dom i wynikające z niego przywileje, zyskują coś innego. Dla jednych decydująca jest wolność i oderwanie od wszelkich ograniczających ich korzeni, dla innych możliwość robienia tego, co się kocha, dla innych jeszcze liczy się radość widzów. Dla niektórych, niestety, jest to jedyny sposób na zdobycie środków życiowych, ze względu na swą ułomność nie mając możliwości życia w sposób „normalny”. I wydawałoby się, że trudy życia, deszcz, słota czy wreszcie choroby zmuszą ich aby osiąść w jednym miejscu na stałe – jednak znajdujący się wśród ulicznych artystów staruszkowie pokazują, że to nie jest tylko młodzieńczy wybryk. Może wręcz jest to sposób, aby na starość wciąż utrzymać nie tylko pogodę ducha, ale i siłę do radosnej zabawy?


Kapelusze nad Wrocławiem

Udręka (nie)czytania
Któż był najlepszy? Jakże trudno oceniać... Wesoły nieporadny anglik rzucający kapeluszami rozbawiający publiczność nieudanymi akrobacjami – i chwilę później wykazujący się ogromnym kunsztem w ich wykonaniu? Grupka trębaczy sprawiająca, że rynek stał się radosny, przy któych nie sposób nie było nie usiąść i nie odpocząć przy muzyce? Flecista z Chin, swym graniem oddającym cierpienie uciśnionego kraju... i pokazujący, że mimo cierpień znajdujący czas na zabawę? Nieogolony elegant, w idealnie dobranym choć luzacko założonym garniturze, z roztrzepaną na wietrze fryzurą, śpiewający nawet po polsku Philippe Fairweather? Czy może człowiek robot, pokazujący scenki rodzajowe nietypowe dla bezuczuciowych maszyn? Niepełnosprawny mim, zmuszający wyobraźnie do wysiłku, imitujący różne zachowania poprzez odpowiednie ustawienie maski – a na koniec ukazujący swą twarz w wyjątkowo uderzający sposób? Golfista grający na fortepianie, którego romantyczne dźwięki same rozbiegały się po rynku i poruszały serca? Przejmująca muzyka francuska, czy portugalska śpiewaczka latino pobudzająca biodra do kocich ruchów? Może, jak sami buskerzy mówią, Na szczęście, w przeciwieństwie do profesjonalnej sztuki, tu nie ma rywalizacji, a najważniejsze wartości to radość i zabawa.

It's a paytime!!

niedziela, 28 sierpnia 2011

Jak to drzewiej we Wrocławiu bywało...

Czy wiecie o bitwie na Psim Polu, która rzekomo się nie odbyła? Czyje truchło rozwłóczyły psy, kruki i wrony, skoro nikt w niej nie zginął? Komu zawdzięczamy obecny układ rynku? Ile worków srebra i złota jest warte miasto? Którzy to Piastowie nie mówili po polsku i po jakiemu mówiły kamienie we Wrocławiu? Dlaczego we Wrocławiu budowano tak wiele kościołów? Jak może się skończyć kłótnia władzy religijnej ze świecką? Jak przejąć władzę od nielubianego władcy? Ile wynosiła wrocławska mila, najdłuższa na świecie, i po co ją stworzono? Która to Niemka nie chciała Polaka? (a w szkole uczą na odwrót, o Wandzie, co nie chciała Niemca). Dlaczego powstał dwupiętrowy kościół? O tym wszystkim można było się dowiedzieć z inscenizacji „Historia Wrocławia, Dolnego Śląska, Polski”, a właściwie jej I części – Piastowie. Będąca częścią projektu „Wrocławianie na Polanie”, wystawiona przez Teatr na Bruku dnia 27.08.2011 w Parku Staszica była próbą chwytliwego przekazania historii naszego miasta nie tylko najmłodszym jego mieszkańcom.



Choć większość Wrocławian wolała robić rozróbę na nowym moście, to jednak nie mała grupka przyszła oglądać przedstawienie. A przyznać trzeba było, że warto. Choć i tu nie obyło się bez bójek (na szczęście tylko improwizowanych). W sposób prześmieszny i przeciekawy przedstawiono najważniejsze fakty z początkowej historii rozwoju miasta. Trzeba przyznać, że historia się powtarza i znajomość pewnych zjawisk zapewne pomogłaby współczesnym mieszkańcom Dolnego Śląska. A więc było o karze za rozdawanie chleba biednym (vide: przypadek piekarza z Legnicy z 2006 roku), o trudnych kredytach które nie wiadomo jak spłacać (zapewne rozwiązanie tego problemu chcieliby znać ci, którzy wzięli kredyt hipoteczny we frankach), o próbach zakazu wyszynku na terenie miasta (warto by przypomnieć współczesnym radnym, tylko nie przypominać, że zakaz obowiązywał w promieniu 8 kilometrów od ratusza – już lepiej przypomnieć o defenestracjach praskiej i szczecińskiej).



Co do samej inscenizacji, to trzeba przyznać, że była wspaniała. Po pierwsze, przekazana lekko i z humorem. Po drugie, aktorzy mimo skromnych funduszy i uproszczonych scenerii wykorzystali wielorakie formy teatralne. Krótkie inscenizacje będące przerywnikiem w notatkach skryby, kukiełki i marionetki, plansze mające zastąpić duże ilości statystów. A wszystko na dodatek w (jakże modne obecnie słówko) INTERAKTYWNEJ formie, czyli z udziałem widzów. Bo jak przystało na teatr uliczny, nie mogło się obyć bez wciągania publiczności na scenę i dawania im jakichś zadań. I nawet fajerwerki były...


czwartek, 25 sierpnia 2011

Góry górami, a może jednak nad morze?

Góry górami, a niektórzy na wakacje wolą morze. Oczywiście odwiedzenie nadmorskich plaż nie stanowi problemu dla mieszkańców Świnoujścia, Gdańska czy Sopotu, jednak dla mieszkańców Dolnego Śląska to już wielka wyprawa. Skoro więc nie piaszczyste plaże, to może chociaż nadmorskie latarnie ich zadowolą? Zwłaszcza, że w Kowarach aby spojrzeć na okolicę z wysokości górnego podestu nie trzeba wspinać się po setkach schodów, a wręcz przeciwnie, w przypadku dorosłych trzeba się jedynie... SCHYLIĆ!!! Co więcej, bez większego wysiłku wszystkie latarnie można obejrzeć w ciągu pięciu minut, czego na pewno nie dokona się w północnej części kraju (przynajmniej na razie). Jak to możliwe?
Otóż wyjaśnieniem jest Park Miniatur w Kowarach. Do niedawna jeszcze prezentujący jedynie zabytki geograficznego Dolnego Śląska, jednak już na Euro 2012 przygotowujący się do ekspansji nad morze. Tak więc przed wejściem do płatnej części parku można jeszcze za darmo obejrzeć ekspozycję przedstawiającą polskie latarnie morskie, będące zalążkiem kolejnego parku.



Po wykupieniu biletu wstępu można wejść dalej, a przed nami rozciąga się kraina znana do tej pory tylko Guliwerowi. Bo dokładnie tak się tu poczujemy – niczym wielkoludzie w krainie maluczkich ludzików. W odległości kilku ludzkich kroków od siebie znajdują się tu zamki porozrzucane po terenie całej krainy Dolnego Śląska. Przejście od Śnieżki do Samotni pokonujemy w zaledwie kilka sekund, aby rozkoszować się widokiem obydwu stawów z perspektywy tak wysokiej, że niedostępnej zwykłym turystom. Zaiste, piękne widoki przedstawia park miniatur, i choć nie zastąpią one osobistego zwiedzenia każdego z tych cudów krajobrazu, to stanowią doskonały przedsmak zwiedzania, niczym przepyszne zakąski w luksusowej restauracji. Miniaturowa skala daje też nowe możliwości – dopiero teraz możemy pokombinować, jak wyglądałby zamek Książ gdyby obok stała fontanna, albo jak wyglądałaby Śnieżka na tle stojących za nią majestatycznych gór wyższych od niej samej. Że o takiej fantazji jak trzebnicka katedra na tle latarni morskich nie wspomnę...



Choć właściciele zapewniają oprowadzanie przez przewodników, osobiście wolę samodzielnie szwendać się od jednego zabytku do drugiego. Główną zaletą takiego rozwiązania jest spokój i cisza, niemożliwa w dużej zorganizowanej grupie. Trzeba też przyznać właścicielom, że są bardzo przewidujący. Na wypadek deszczu schować się można do budynku w którym znajduje się zarówno kawiarnia, jak i kolejna część wystawy. Za zdecydowanie lepsze jednak rozwiązanie uważam duże ilości ogólnodostępnych żółtych parasoli, które z pewnością ochronią zwiedzających przed zamoczeniem (no chyba, że ktoś wskoczy do sadzawki). Poza tym, gdy słońce schowa się za deszczowymi chmurami, to właśnie parasole sprawią, że krajobraz wokół nabiera słonecznej barwy.
Witamy na Dolnym Śląsku, miniaturowej krainie tysiąca słońc!!!


Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Zamkowa 9 
                (teren dawnej fabryki dywanów)
Czas: codziennie od 9 do 18
Czas zwiedzania: ok. 1 godziny, silnie uzależniony
                                 od indywidualnych chęci, jedynym 
                         ograniczeniem są godziny zamknięcia
Ceny biletów:  11-15zł, w zależności od wieku zwiedzających 
                         (jak przystało na Park Miniatur,
                 osoby o miniaturowym wzroscie (do 1m) za darmo)

piątek, 19 sierpnia 2011

Karkonosze nie tylko od góry

W większości przypadków, góry to dla mnie głównie to, co na ich górze, a więc strome wzniesienia, drogi wśród drzew, granie, żmudna wędrówka w górę i niebezpieczne schodzenie w dół, itp. Nie zawsze jednak temu sprzyjają warunki – jak nadmierny upał da się jeszcze znieść, tak już gorzej idzie z przemaczającym wszystko deszczem. Często zapominam też o podgórskich miastach. Tym razem, ze względu na okoliczności (zarówno zmienna pogoda, jak i opiekowanie się 7-letnim kuzynem) dane mi było przypomnieć sobie o tych mniej górskich zaletach gór.



No cóż, pogoda na początku długiego weekendu nie sprzyjała, tak więc najlepiej gdzieś się schować pod deszczem. Wielu turystów w Karpaczu chowa się pod parasole ogródków piwnych, do restauracji i pubów. Ciekawą alternatywą jest schować się przed deszczem... pod ziemią. Jeszcze kilka dni temu rozmawiałem ze wspinającym się po Via Ferratach kolegą, że ze względu na zbliżającą się jesień pora przenieść się z powierzchni do sztolni i kopalń, a tu akurat jest okazja. Z Karpacza ledwie kilka kilometrów dzieli nad od Kowar, gdzie znajdują się stare kopalnie uranu. Kolejki nie są jakieś długie, bilety udaje się też kupić na wejście odbywające się za zaledwie 15 minut (na poprzednie moglibyśmy się minimalnie spóźnić). To akurat wystarczająca chwila, aby obejrzeć zabytkowe śnieżne sanie i stare wagoniki podziemnej kolejki, i zaraz można już (oczywiście pod nadzorem przewodnika) przejść obok wesołych trolli aby znaleźć się pod ziemią. Tu już niestraszne wszelkie deszcze.

Kopalnia, to oczywiście górnicy, grożące im niebezpieczeństwa, pewien sposób życia, itp. Tak więc oprócz samego przejścia wyrobiskami starej kopalni, co chwila dochodzę do jakiejś sali, w której przedstawione jest życie górników, ich podziemne narzędzia, środki transportu, stroje... Oczywiście, kopalnie to także legendy, wierzenia, czasem nawet skarby. W podziemiach kowarskich sztolni odnaleźć można skarbiec Walonów z pilnującymi jej „małymi ludkami” (zarówno wzrostem, jak i wyglądem zaskakująco podobnymi do wrocławskich krasnali), a w jej pobliżu chrześcijańską kapliczkę. 

A na koniec, kopalnie to także nauka i technika. Tak więc co chwila obok trasy spotkać można elektryczną kolejkę z różnorodnymi wagonikami dla ludzi, innymi na urobek, jeszcze innymi na narzędzia. W korytarzach przekonać się też można, że nawet tajemnicze głosy „duchów kopalni” cudownie ostrzegające górników przed tąpnięciami i zarwaniami szybów dają się naukowo wytłumaczyć. Mało kto wie, że kowarska sztolnia jest jedną z nielicznych na świecie naturalnych radowni, czyli miejsc, gdzie można inhalować radioaktywny rad, który pomaga na wiele dolegliwości, takich jak chociażby alergie, choroby stawów. Gdzieś po drodze na zwiedzających czeka pokaz laserowy ukierunkowany na najgłębsze podziemia: Hades. Największym zaskoczeniem okazuje się jednak... podziemne akwarium, pełne dużych ryb, np. sumów tak dużych, że z trudem można by je złapać w rękę.

Po wyjściu z kopalni, jeszcze krótki (500metrów) spacerek do bezpłatnego parkingu, który umila szemranie pobliskiego górskiego strumyka.

Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Podgórze 55
Godziny otwarcia: codziennie (z wyjątkiem wybranych świąt) w godz. 10-17, w okresie letnim 10-22
Ceny biletów: 15PLN (normalny) / 13 PLN (ulgowy) / 10 PLN (grupowy) / dzieci do 6 roku życia - 0,10 PLN
Długość trasy/czas przejścia: 1600m/1h
UWAGA!!! Nawet w najgorsze upały, pod ziemią jest stosunkowo chłodno (ok. 9°C)! Koniecznie zabierzcie ze sobą coś cieplejszego do ubrania!

środa, 3 sierpnia 2011

Piękno zaklęte w deszczu...

Bardzo już mi spacerów brakowało, lecz od miesiąca pogoda grała ze mną w ciuciubabkę. Gdy musiałem wyjechać gdzieś dalej – wychodziło piękne słonko, gdy weekend spędzałem we Wrocławiu – przychodziły deszcze. Słońce świeciło co najwyżej w tygodniu, gdy trzeba było siedzieć w pracy.
Więc cóż, żeby choć trochę nogi rozprostować, trzeba pogodę zignorować i w skromnym deszczyku pospacerować. Oczywiście żadne długie trasy, żeby nadmiernie nie zmoknąć, a skoro spacer niedługi – to i okolica powinna być jakaś bliska. Znów więc padło na zamek w Leśnicy, pobliski park i, tym razem na Las Mokrzański.
Zaparkowałem koło wrocławskiego krasnala, który z nich wszystkich chyba najdalej wywędrował od rynku, koło nadwiżańskiego rycerza który pilnuje bram zamku. Miło mnie powitał i wpuścił na teren parku, żebym nie musiał wchodzić od tyłu. Przez park miałem zamiar szybko przejść znajomym już mi szlakiem zielonym... gdzie tam. Krople deszczu i rosy tak pięknie rozkwitły na rozpiętych wśród roślin pajęczynach, że oczywiście trzeba było zrobić sesję zdjęciową. Każdy krzak wyrastający z ziemi został obglądnięty pod kątem piękna zaklętego w deszczu.
Dużo czasu zajęło mi tym razem wyjście z parku. I wchodzę w przepiękny Las Mokrzański, największy chyba obszar leśny wokół Wrocławia. Tym razem nie odbijam do pobliskiej zabytkowej wieży ciśnień i podążam grzecznie szlakiem. Jeśli tu nie chcecie się zgubić, polecam jednak kierować się raczej jakubowymi szlakami z muszlą, stanowiącymi polską część Camino de Santiago. Na tym odcinku i tak prowadzą tą samą drogą, a za to są dużo lepiej oznaczone.
Nad głową słyszę ciągłe uderzenia kropel deszczu o liście, jednak na szczęście nie dociera on do niższych warstw poszycia – a przynajmniej nie czuję, żeby coś lało mi się na głowę. Ale jednak krople deszczu przedostają się na dół – a widać to chociażby po iskrzących się liściach drzew. Choć to pełnia lata, wyglądają jakby pokryte były śniegiem, choć trzeba przyznać, że wygląda on bardziej jak śnieg w sprayu który można kupić na Boże Narodzenie. Ale jaki inny utrzymałby się o tej porze roku? Jednak gdy spojrzysz z innego kąta, to raczej jakby ksiądz poświęcił kropidłem wszystkie drzewa – z tą jedną różnicą, że zamiast wody święconej użył płynnego srebra. Z jeszcze innego kąta – wygląda to zupełnie inaczej, i brak mi słów, żeby to opisać.
Deszcz sprawił, że znów zakwitły przeróżne kwiaty. Choć najbardziej popularne to jednak osty, które pod fioletowym pióropuszem pręcików kwiatowych ukrywają strasznie czepliwe rzepy. Szczególnie dużo znajduję ich na skraju łąki, na której chwilowo gubię szlak. Co gorsza, rosa skroplona na końcówkach traw to to, czego najbardziej nie lubią moje buty. Choć nie przemakają, to jednak stają się one dużo cięższe. Także jeansy które mam na sobie też lekko zmieniają kolor od wody. Na szczęście stojący na drodze strumyk udaje się pokonać bez moczenia nóg, choć dużo nie brakowało a sposób jego przekroczenia był naprawdę oryginalny. Ale cóż, każdemu może się poślizgnąć noga gdy akurat próbuje skoczyć...



A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema,
- Musisz zacząć chodzić w pulowerze,
Jesień idzie, rady na to nie ma.

Może zrobić się chłodno już jutro,
Lub pojutrze, a może za tydzień,
trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie.
Andrzej Waligórski, Jesień idzie, piosenka turystyczna
Wzdłuż domów wracam na zielony szlak, aby znów kawałek iść wzdłuż asfaltu, na szczęście niedużo później zaczyna się już właściwy las mokrzański. Gdzieś po drodze spotykam ślimaka mozolnie wspinającego się na jakieś nadmiernie wyrosłe zielsko, z boku mijam pierwsze oznaki jesieni w postaci grzyba (jak zwykle, mam szczęście do wypatrywania trujaków, więc nawet nie próbuję ich zbierać). Co rusz mijam jarzące się już czerwienią jarzębiny. Jesień idzie, nie ma na to rady... i tylko prześlicznej pogody brak.

A był sierpień. Pogoda prześliczna
Wszystko w złocie trwało i zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
o mającej nastąpić jesieni.


Wojna Nieba i Ziemi

Idąc dalej, mijam kolejne plamy czerwieni, błędnie sugerujące, że już wkrótce będzie trzeba zacząć zbierać materiał na nalewki. Nie, to jeszcze nie pora, do pierwszych przymrozków jeszcze daleko, a leśne owoce oprócz kolorów, muszą nabrać jeszcze smaku i słodyczy. Co najwyżej pomyśleć można o podjadaniu rosnących obok jeżyn, choć z braku słońca przeważają te zielone. Kawałek dalej mijam tajemniczne betonowe schody w lesie, prowadzące do nikąd, a bok nich drzewa rosnąć na specyficznym pagórku. Tak jakby wydarzyło się tu...

Okrutne to były czasy, gdy Niebo walczyło z Ziemią. Niebo próbowało zalać Ziemię deszczową wodą, która spłukiwała ogromne ilości błota w głąb Mórz i Oceanów. Najtwardsze skały rozbijane były w pył ciągłymi uderzeniami Piorunów, aby woda mogła je zabrać. Lecz i Ziemia nie była dłużna niebu i co rusz atakowała. Główną jednostką bojową były Wulkany, które starały się zasypać niebo brudnym pyłem. Równocześnie wylewały one ogromne ilości lawy, która miała pokryć Ziemię ochronną pokrywą spękanej skały, nie spływającej z deszczem. Zdesperowane Niebo wyciągnęło swe ręce i rozczapierzonymi palcami złapało Ziemię. Mocno zacisnęło dłoń, po czym zaczęło ciągnąć ręce ku sobie. Zaskoczona Ziemia początkowo dała sobie wyciągnąć kawałek siebie w górę, tworząc mały pagórek, jednak zaraz potem stawiła opór, wszelkimi siłami starając się przytrzymać każdy kawałek swego ciała. Długa była to walka i zacięta, pagórek raz stawał się wyższy, raz niższy, a kartografowie nawet nie nadązaliby uaktalniać map, nawet gdyby udało im się przeżyć w tak ciężkich warunkach. Dłonie Nieba stawały się raz krótsze i grubsze, gdy chwilowo osiągało sukcesy, raz krótsze i cieńsze, gdy silniejsza okazywała się Ziemia. Ziemia spięła się jednak ostatecznie, co sił ciągnąc swe ciało ku sobie. Ręce Nieba robiły się coraz cieńsze i cieńsze, jednak zdecydowanie nie chciało ono rozewrzeć swych palców i puścić Ziemię. Takoż w którymś momencie Niebiańska materia nie wytrzymała i rozdarła się, a kikuty dłoni pozostały zaciśnięte na wzgórzu. Niebo pozbawione swej niszczycielskiej siły, mogło się już jedynie zadowolić nielicznymi deszczami i piorunami. W ten oto sposób zakończył się Wielki Potop, a na pamiątkę tego powstały drzewa – odwieczny symbol walki Nieba z Ziemią. Swymi szeroko rozpostartymi korzeńmi, niczym palcami dłoni, próbują wyciągnąć z Ziemi wszystkie odżywcze składniki, aby sięgnąć jak najbliższej Nieba. Niektórzy mawiają wręcz, że kiedyś urośnie drzewo na tyle wielkie, aby mogło sobie przypomnieć że kiedyś było rękoma i na tyle wysokie, że będzie mogło sięgnąć swego ciała – a wtedy Niebo odzyska swe destrukcyjne siły i wystawi swą armię deszczów i potopu do kolejnej walki z Ziemią.
Legenda o tym, jak powstały drzewa - tekst własny

No cóż, czekolada zjedzona, napoje uzupełnione, pora iść dalej. Nie dużo dalej dochodzę do osiedla domków jednorodzinnych, gdzie według mapy powinno istnieć jedynie leśne miejsce odpoczynku. No cóż, czy Darwin powiedziałby kiedykolwiek, że jego prawa ewolucji nie dotyczą przedmiotów martwych? Jeśli tak, to właśnie mam przed oczami dowód, że się omylił.

Pora wracać. Nie powiem jednak, gdzie po drodze znalazłem orzechy laskowe, bo zaraz zjadą się tam wszyscy samochodami, tak jak jeżdżą na grzyby, zatruwając powietrze. Kto chce, może przespacerować się wzdłuż całej trasy i je odszukać. A dodam, że teraz są właśnie te najlepsze, choć o mało intensywnym smaku, to za to młode i wciąż lekko wilgotne. No, pomijając te, które są wciąż puste, na najbliższe dwa tygodnie można więc chyba sobie odpuścić orzechowanie.

PS. Wszystkie zdjęcia polecam powiększyć, inaczej nie widać piękna odkrytego przez deszcz i rosę....

Andrzej Waligórski, Jesień idzie, piosenka turystyczna