poniedziałek, 11 listopada 2013

Dżdżysto-jesienne, takie moje wędrowanie...

zagubiona droga na Wzgórzach Strzelińskich
Wzgórza Strzelińskie... ciężko je opisywać w ich północno-zachodniej części. Takie zwykłe wędrowanie, takie najprostsze, a przez to właśnie przyjemne. Ot, po prostu las, i droga. A jednak przyjemnie – bo las taki naturalny, a nie „przemysłowy”, rozsiewany naturalnie, a nie sadzony od linijki. I choć pogoda nie dopisywała, nareszcie odnalazł się czas na kolejną wycieczkę, więc nie można było go zmarnować z byle powodu. 
Tak więc gdzieś na początku Dębników skręcam w bok z pełnej dziur drogi, mijam Dolinę Żab i tam pozostawiam samochód. Teraz już tylko na piechotę. Choć to początek listopada, to wciąż nie widać tego po drzewach. Choć na ziemi pełno brązowych liści, to te, które ostały się na drzewach są tylko zielone. Nie sprzyjała w tym roku pogoda aurze polskiej złotej jesieni, oj nie sprzyjała. Najpierw długo, długo liście trzymały się zielone, a potem rach-ciach i są na ziemi. Niektóre ledwie zdążyły zżółknąć, inne spadały nawet zielone i odbarwiały się już na ziemi... a gdzie czas na brązy i czerwenie? 
I w takiej oto zadumie docieram do niebieskiego szlaku rowerowego, a nim do Skrzyżowania Pod Dębem. Pogoda, jak już chyba wspomniałem, dżdżysta, więc wyjątkowo nie ma tu zbyt wielu ludzi, niestety nie obyło się bez idiotów na motorach, którzy nie tylko nie dbali o bezpieczeństwo pieszych, szarżujących bez zastanowienia się nad zagrożeniami... idiotów, którzy skutecznie zakłócili spokój lasu na całkiem długim odcinku. Lekki deszcz zachęcał ptaki do świergotu... lecz kto będzie konkurował z hukiem motoru. Dopiero zejście z głównego szlaku dało wreszcie wytchnienie od tego ryku... 
krzyż cygański jesienią (Wzgórza Strzelińskie)
Krzyż cygański na Wzgórzach Strzelińskich
... ale po drodze jeszcze Cygański Krzyż. Dwa lata temu cieszyłem się, że udało mi się go odnaleźć, tym razem, wiedząc, czego szukam, odnalazłem bez problemu. Jeszcze tylko sesja zdjęciowa i można ruszać dalej.
Najpierw żółtym szlakiem. Dawno już nie chodziłem według map 1:100.000, więc odległości w terenie wydają się dziwnie wielkie. A więc tu już powinien dochodzić czarny szlak rowerowy, a tam powinien odbijać zielony – a jednak zbyt dawno nie wędrowałem, trochę ginie poczucie odległości. Na szczęście udaje się odnaleźć szlak zielony i nim podążam w kierunku Skrzyżowania pod Dębem. 




zagubiony na Wzgórzach Strzelińskich
Szeroka droga leśna, i znów nie byłoby o czym opowiadać... gdyby nie bardzo głęboki wąwóz w poprzek. Ostrożne schodzenie w dół, żeby na mokrych liściach nie ześliznąć się do wody, lekki przeskok, i już można wdrapywać się na jego szczyt po drugiej stronie. Gdy potem spoglądam za siebie, dopada mnie taka dziwna myśl: to wygląda, jakby prowadzący ścinkę zaczęli ją z jednej strony, dojechali do wąwozu, a ten stanął im na drodze. Więc objechali teren, przyjechali z drugiej strony... niby nic wielkiego rzucić górą kładkę, ale taka urwana w połowie drogi sprawia wrażenie, jakby potęga natury wygrała nad człowiekiem.

Skrzyżowanie Pod Dębem (Wzgórza Strzelińskie)
Wiata odpoczynkowa na Skrzyżowaniu Pod Dębem

ułamane drzewo (Wzgórza Strzelińskie)
A ja idę dalej. Gdzieś po drodze jakieś zwalone drzewo, gdzieś jakieś zalane oczko wodne, co rusz trzeba uważać, żeby nie wstawić buta w sam środek kałuży – bo ani nie chcę ryzykować przemoknięcia wilgotnych przecież butów, ani zmywanie z nich potem błocka nie jest żadną atrakcją. Nie zawsze się jednak udaje, więc do Skrzyżowania pod Dębem i tak wracam ubłocony. Tutaj krótki popas, rozmowa z napotkanymi staruszkami, i ruszam w dalszą trasę. Szeroką ceprostradą dochodzę do leśniczówki, gdzie znów odnajduję niebieski szlak rowerowy. Tak jak w lesie wyraźnie było widać, którędy szła droga, tak na łąkowych terenie już nie jest tak łatwo. Nie widać nie tylko znaków oznaczających szlak, czasem nie widać nawet zarysu drogi. Wszędzie wokół trawa, tylko gdzieniegdzie jakby trochę niższa niż obok. A jak tu szukać drogi zimą, gdy napada śniegu? Na szczęście to tylko prosty kawałek, i już wkrótce wracam do miejsca, gdzie kilka godzin temu odnalazłem szlak. Teraz jeszcze tylko wrócić do asfaltu i cywilizacji, czasem wyraźną drogą, czasem przez gęstwinę malin, gdzieniegdzie tylko odnajdując zatarte ślady...



czwartek, 19 września 2013

Odnajdując się w swym zagubieniu, czyli dysputa nad szlakiem żółtym od Nawłoci

Do żółtego szlaku Wzgórz Trzebnickich przymierzałem się już kilka razy. Czasami chciałem nim iść, czasami sam przypałętał się w pół kroku – jednak jakkolwiek bym nie starał, nagle się gdzieś odłączał od wędrówki. I chociażby go pilnować jak oka w głowie – nagle rach, ciach – i już nie ma. Ale przecież przed chwilą był. Więc cofasz się do miejsca, gdzie go ostatnio widziałeś – no tak, tu jeszcze jest. A kawałek dalej – już go nigdzie nie ma.
Więc postanowiłem się wziąć za tego huncwota, za tą niesforę straszną. Skoro zawsze gubiłem go w okolicach Borkowic – to tym razem weźmy się na sposób, zacznę od Węgrzynowa, a dla pewności – wrócę tą samą drogą (wiem, nuda – ale na tym polega poświęcenie się dla szczytnego celu :).
No i urwis oczywiście swoje numery odstawił. Auto zostawione w Węgrzynowie, kawałek wiejską dróżką, wychodzę na pola – i już go nie ma. Cóż, pozostaje iść na czuja, według mapy (1:100 000, na dodatek to nie sztabówka – więc wiecie, że to tylko zgrubna orientacja) i... czuję się wystrychnięty na dudka. Bo trafiam na asfalt z Droszowa do Borkowic. Co prawda można by tym asfaltem do Borkowic – ale przecież mi przyświeca Cel. Czyżby ten malowniczy garb terenu to właśnie szlak którym miałem iść? No cóż, pozostaje wrócić do ostatniego skrzyżowania i tam spróbować. Ale śladów nie daje się zauważyć żadnych – bo przecież śladem nie jest ogromne pole żółtej nawłoci... więc trochę na czuja, trochę kierując się jakże niesurviwalową metodą „wejdę na szczyt tego wzgórza to się rozejrzę” wybieram jakąś drogę na przełaj. Ech, tak jak uczą szkolenia – włażenie na szczyt wzgórza to nigdy nie jest dobry pomysł, ale ja się mogę wytłumaczyć – mi nie zależało na tym, żeby się odnaleźć i wrócić do domu, ja dopiero rozpoczynałem wędrówkę.
Więc zszedłem ze wzgórza, z powrotem na drogę która się wzdłuż niego ciągnęła i z której dopiero co zszedłem. A ta też powoli się wspina, aby na jaką górującą nad wszystko miedzę się dostać. A wokół te widoki... niejeden fotograf na takich właśnie pofalowanych wzgórzach robi zdjęcia, które potem przynoszą mu sławę – a ja właśnie takich zdjęć nie umiem. Widzę to piękno, doceniam, tylko prostokącik zdjęcia ciekawie wpakować nie umiem.
I tak nad krajobrazem rozmyślając, docieram do Mienic. Nie od tej strony co zawsze, z przeciwnej – ale tylko kilkadziesiąt metrów od tego miejsca co zazwyczaj. A gdy już wracam na znany sobie teren – to i żółty hultaj się odnalazł. No patrzcie, zabawił się ze mną w chowanego, a teraz triumfalnie wraca. O, niedoczekanie twoje, już ja cię na postronku będę pilnował. I nawet pobliska ruina pałacu mnie od tego zamiaru nie odciągnie.
Więc bez większych postojów przechodzę przez wioskę, aby gdzieś tak w jej połowie skręcić w prawo. Krótki zacieniony wąwóz – i tu już wiem, że mi gdzieś nicpoń na bok nie ucieknie, co najwyżej przed siebie może, więc przystaję aby popodziwiać misterne siateczki rozpięte przez pająki na starym drzewie. Nie, nie takie jak znacie, z kilkumilimetrowymi oczkami – te raczej przypominają rozpiętą do pojedynczej warstwy gazę. Taką samą, jak kładzie się na ranę, taką samą, przez jaką przeciska się magiczne nalewki – tylko drobniejszą nicią szyte.
A potem długie pole. Tak, to pole już kojarzę – kiedyś na jego końcu stały kolorowe ule. A może to rozbiły się tu kolorowe namioty? Tak, kiedyś w drodze powrotnej prosto zbyt długo się zapędziłem – a potem kombinowałem, jak w wodę się nie wpakować, jak przez trzciny się przebić. O nie, żółty szlaku, tu mnie nie oszukasz, nie oszukasz mnie też kawałek dalej, gdy nagle sobie odbiłeś w prawo – a ja poszedłem sobie dalej. Wcale droga dłuższa nie wyszła, chyba nawet drobny pagórek po prawej okazał się ciekawszy od zwykłej drogi, ale nie – tym razem się nie dam oszukać, nie dam się wycwanić. Chociaż na tym odcinku tylko tobą udam się do Wilczyna.
Tak to właśnie docieram do Wilczyna. Jakie są największe atrakcje tej wioski? Uczeni w mowie i piśmie pewnie zaraz zaczną opowiadać o dworku szlacheckim, o leśniczówce zabytkowej, o wilczej gospodzie z jakże ciekawą drewnianą sztukaterią na ścianie wejściowej – a mnie urzekają tam wiejskie „pruskie domki”. Takie, jakie znajdziecie na urokliwych obrazkach z obszaru Mazowsza. Drewno już trochę spróchniałe, nadgryzione zębem czasu, faktura wypełnień też nie zawsze tylko szorstka, czasem i głębsze wżery da się zauważyć – godności nadawanej przez czas mu nie brak. Dwa takie znajdziecie zaraz przy wejściu do wioski, jeszcze zanim do dworku dojdziecie – kolejny gdzieś w bocznej, lewej alejce. Ale ja wybieram prawą – więc najpierw wspomniany dworek imitujący zamek omijam, potem zabytkowy park pałacowy, a na koniec wspomnianą leśniczówkę – a może inny domek użytkowy należący do dawnego panicza?
A kawałek dalej po lewej wspomniana gospoda – i nawet jeśli jesteście tu tylko przejazdem, to warto się zatrzymać. Bo oprócz kilku drewnianych tarcz herbu Wilcza Łapa na ogrodzeniu, znajdziecie też tu dosyć ciekawą... mozaikę? Boazerię? Czort wie jak to nazwać – ale murowanej ścianie nałożona została warstwa drewna, a na niej wyrzeźbiona i wymalowana została scena myśliwska.
Jak w tym miejscu szlak żółty prowadzi – nie mam pojęcia. Jakoś go nie pilnowałem, a na mapie – ten właśnie obszar trafia na zagięcie, a więc jest doszczętnie wytarty. Taka biała plama na mapie – to właśnie jest Wilczyn Leśny :) Ale czy to ma znaczenia? Kawałek dalej asfaltem, i na końcu cmentarza powinienem go złapać. No i się odnajduje – nawet wraz z kierunkowskazami. I tak jak mi się wydawało, kretyńskie wskazy odległości na drogowskazie w Mienicach nijak mają się do rzeczywistości. Bo zgodnie z zapisami w Mienicach, pomiędzy Wilczynem a Obornikami powinien być ledwie kilometr – gdzież by tam. Te w Wilczynie już jakoś wiarygodniej wyglądają, gdy porównam je z mapą.
Tymczasem wzdłuż pola idę w kierunku grodziska. Według wskazów powinno być już zaraz, tuż, tuż – niestety, nie odnajduję go. Więc bez większego rozczarowania (bo niespecjalnie mi na nim zależało – ale skoro to tak blisko...) wracam w okolice cmentarza. Gdzieś przez dziurę w murze widzę zarys ciekawej kapliczki, choć nie wiem jak się do niej dostać. Więc jedynie krótka sesja zdjęciowa „pod murkiem” i wracam do asfaltu.
Jak trafić do drugiego „malowniczego domku”? Dokładnie wam nie powiem. Ale idąc wzdłuż drogi na Golędzinów, włócząc się i odbijając gdzieś na boki – powinniście na niego trafić. Ja jedynie starałem się wrócić do początku wioski – i patrz, jest, po prawej. Po lewej kolejny – choć słońce nie te, trzeba by próbować wieczorem. I znów trafiam do sklepiku, w którym chyba zawsze siedzi ktoś, kto ma ochotę pogadać z turystą... a może to wciąż ten sam człowiek?
Powoli wracam wzdłuż pierwszego domku, krótka sesja zdjęciowa z kotkiem, i przypałętał się właściciel. Początkowo zdenerwowany, bo co to za obcy kręci mu się wokół obejścia – ale chwila rozmowy, i już się uspokaja, a nie, to turysta, spodobała mu się moja chałupa, jakby było co oglądać. A wie Pan co, tą chałupę to już nawet ktoś kiedyś fotografował, jakiś czas temu (taaa, pewnie to ja byłem :) I nawet raz studentki przyjechały, z plastyka, i chciały tą chałupę malować – to je wpuściłem na podwórko (no widzicie, widać nie mam gustu spaczonego, widać ktoś jeszcze takie sielankowe chałupki lubi :).
A potem z powrotem żółtym szlakiem, przez Mienice, z których odpowiednio wychodzę, wzdłuż pola, skręt w prawo, na moje źródło pozyskania owoców bzu na nalewkę – i gdy kończy się bez po prawej, a zaczyna las po lewej, to gdzieś tu trzeba odbić. Na szczęście natrafił się obeznany w terenie rowerzysta – i już wiem, jak mam trafić. Bo zazwyczaj albo za bardzo sugerowałem się punktem widokowym zaznaczonym na mapie, albo wolałem zejść do przepięknego wąwozu – a szlak idzie gdzieś pomiędzy. Tym razem udało mi się go utrafić – jednak gdy przekonałem się, gdzie dochodzi on do płynącej dołem rzeczki, to zastanawiam się, kto wybrał właśnie tą trasę? Wcale nie dłuższa, a jakże piękniejsza jest trasa która trochę bardziej odbija w prawo – no tak, ale betonowy most przez rzekę do Borkowic jest kawałek dalej, a taka pomniejsza, niedbale rzucona przez rzekę kładka drewniana mogłaby się zarwać pod człowiekiem, zwłaszcza po intensywnych rajdach terenówek – i szczegół, że szerokość rzeki jest tu węższa niż krok dorosłego czy krótki skok dziecka, a zejście do rzeki dogodne. Most jest most, i turysto masz leźć mostem – a jak wcale nie chciałeś odbijać do Borkowic, to cię borkowicki wąwóz interesuje? :)
Tymczasem las się powoli kończy. Gdzieś na granicy cienia odnajduję znak żółtego szlaku – a gdy daję kilka kroków widzę, że tutaj już dzisiaj byłem. Pamiętacie pole pełne żółtej nawłoci, na którym niesurviwalowo wchodziłem na szczyt wzgórza? No właśnie tu jestem – i wtedy wystarczyłaby odrobina więcej światła, abym dostrzegł ten znak. Niestety, przy ostrym słońcu granica cienia okazała się czarniejsza niż normalnie – a szlak się cicho w niej skrył, bawiąc się z turystą w chowanego.

Tak więc - udało mi się. Udało mi się przejść żółtym szlakiem całą trasę z Wilczyna do Węgrzynowa, nie gubiąc go ani na chwilę. Gdy dochodzę do wioski, jedynie gdzieś w oddali widzę starą porzuconą chatę, istny klimat wiurbexowy – ale nie, zostawię ją sobie na kiedy indziej. Żebym miał powód jeszcze tam wrócić...  

środa, 4 września 2013

Magiczny Wrocław


Słońce już dawno zaszło za horyzontem, promienie słońca ustąpiły pola latarniom, coraz cichsze stają się dźwięki pieśni buskerów. A czyż nie mogło by tak być na co dzień? Albo chociaż co tydzień? Czemu trzeba buskerskiego święta, aby chociaż rynek rozbrzmiał muzyką?

wtorek, 27 sierpnia 2013

Lato w Śnieżnych Kotłach

Na dziś trochę sztampowa okolica. Bo Szklarska w okresie letnim to chyba jednak bardziej kojarzy mi się z sopockim molem niż z górami... a widoczny z daleka napis „skwer radiowej trójki” nie poprawia skojarzeń z „modną miejscówą”, zupełnie oderwaną od jej położenia geograficznego.
No cóż, choć to po prostu „turystyka masowa” to sam muszę przyznać, że mi chyba też te góry najbardziej zapadły w pamięć. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że były to góry najbliższe Szczecinowi – a tym samym miejscu, skąd pochodzę. Bo chyba mimo to, z 3 odwiedzinami przed 30-tką nie wybijały się w gronie gór najczęściej odwiedzanych. Więc czemu? Sam nie wiem, ale to właśnie z nich mam najsilniejsze wspomnienia. O tym, jak kolega z pełnym plecakiem na wąskiej ścieżce robi „przewrót w przód” (bo przecież nie fikołka, pan z w-fu mówił, że tak się nie należy wyrażać :) i ląduje z pełnym obciążeniem pół metra niżej, na jakże pojawiającej się tu równej półeczce... o ostrej wędrówce w uroczej mgle, na tyle głębokiej, że wszystko wokół było rozmyte, ale tak rzadkiej, że wciąż widziało się na kilkanaście metrów przed sobą, ot, tak tylko dodającej radosnego klimatu... o tym, jak kiedyś nagle noga wpadła mi tak głęboko w śnieg, że aż usiadłem na swej rzyci, a mimo to, noga wciąż wisiała w powietrzu nie mogąc znaleźć żadnego punktu podparcia...
A co ciekawsze, pisząc ten tekst, właśnie sobie uświadomiłem, że chyba wszystko to zdarzyło się chyba w mniej więcej w tym samym miejscu – na drodze między schroniskiem pod Łabskim Szczytem a drogą dołem Śnieżnych Kotłów...
Dlatego z jeszcze większą radością napomknę dziś o ostatniej pętelce właśnie wokół Śnieżnych Kotłów, niestety jedynej, którą udało się zaliczyć w ciągu weekendowego pobytu w Szklarskiej Porębie.
Ale do Śnieżnych Kotłów najpierw trzeba się dostać. Najpierw krótka kłótnia między parą młodych szkrabów, z kim mam jechać orczykiem: czy z będącym w końcu rodziną młodym kuzynowstwem (w końcu rodzina), czy może z świeżo zapoznaną panną bardzo młodą od zaprzyjaźnionej dentystki. Młoda pannica oczywiście chciała poflirtować z świeżo poznanym mężczyzną, jednak rodzina jest rodziną, a poza tym Wojtek był pierwszy – więc wraz z kuzynem wspólnie siadamy na krzesełko, które zawozi nas do pierwszej stacji przesiadkowej, z góry spoglądając na tych nielicznych, co gdziekolwiek chodzą na piechotę. Jednak na pierwszej stacji raczej odbijamy od dzikiego tłumu pędzących do przesiadki i już większą grupą udajemy się na wędrówkę.
Na szczęście do schroniska pod Łabskim Szczytem nie dochodzi żadna kolejka, więc chętni do jego odwiedzin muszą dostać się tu o własnych siłach. To trochę zmienia przekrój ludzi odwiedzających to schronisko w porównaniu ze schroniskiem na Szrenicy, jednak jakoś niespecjalnie zmniejsza grupę odwiedzających.
Tak więc od pierwszej stacji przesiadkowej pozostaje już tylko zaufanie własnym nogom. Najpierw szlak czarny, potem żółty – a po drodze dwa przystanki przy tym, co w górach najpiękniejsze – górskich strumieniach. Te, które mijamy po drodze to już nawet nie rwące potoki, a o tej porze raczej strumienie które zebrały wodę z wszystkich pobliskich strumyczków i pozwoliły im się wspólnie wykotłować, wykłócić o tym, który z nich najważniejszy – a potem zmęczonym pozwoli opaść z sił i emocji, aby już całkiem swobodnie spłynąć w dół. Mimo to uwielbiam zarówno ten kojący szum wody, jak i ich widok, dlatego przy każdym z nich trzeba przystanąć i nacieszyć się ich widokiem.
Chociaż po drodze mijamy całkiem często ludzi, jednak widok przed schroniskiem zaskakuje. Fakt, że nie dochodzi tu żadna kolejka nijak ma się do tego, że przed schroniskiem siedzą tabuny ludzi a jedyne wolne miejsca siedzące to schodki wejściowe. Jako akurat przyzwyczajony do siedzenia na schodach (w wielu wioskach jedyne miejsce siedzące przed sklepikiem to niski schodek progu wejściowego) nie wybrzydzam i korzystam z okazji, i jakoś nie mam ochoty skorzystać z licznych wolnych przy tej pogodzie wolnych miejsc siedzących wewnątrz schroniska.
A pod schroniskiem następuje podział ekipy. Doświadczeni robią wspomnianą pętelkę wokół Śnieżnych Kotłów, kadra początkująca schodzi w dół aby się zgubić na trasie z ledwie jednym zakrętem i wylądować pod wodospadem Szklarka zamiast w okolicy Kamieńczyka :)
Tak więc cóż pozostaje – szybkie, krótkie podejście i jakże długa droga po krętej drodze usilnie próbującej utrzymać stałą wysokość. Droga tutaj to rozległe piarżysko, pełne kamieni losowo zatrzymanych w trakcie swego spadania. Chociaż łatwo daje się rozpoznać ścieżkę, którą idzie szlak, to trzeba liczyć się z utrudnieniami – niektóre wierzchnie kamienie się bujają, inne zaklinowały się pod różnymi dziwnymi kątami, słowem ciągle trzeba uważać i patrzeć pod nogi. A przy okazji udzielić młodemu kuzynowi wytłumaczeń, czemu niektóre kamienie niby wiszą w powietrzu, jak to się dzieje że nie spadają w dół i w ogóle. Tymczasem końca drogi do pierwszego z kotłów nie widać – jakoś z nadmiaru wrażeń w samych kotłach mój umysł wypiera chyba ten całkiem przydługawy odcinek do głównej atrakcji Karkonoszy.
Jednak w końcu udaje się dotrzeć – a oczom ukazuje się piękna panorama złożona z prawie pionowych ścian zamykających od strony południowej Śnieżne Kotły. Po przejściu przez pole fioletowej lawendy (no, dobra, Toskania mi się na urlop marzy – choć to oczywiście nie wysokogórska odmiana lawendy, to liczne kwiaty były w kolorze lawendowym :) wśród mgły wyraźnie już widać stację przekaźnikową. Tak, tak, bo przez cały przed-kotłowy odcinek drogi ponad nami (a czasem i poniżej) przewalały się chmury (albo i mgła, kto by je tam odróżnił) idąc ku górze. Jakże się cieszyłem (jak się później okazało – nadaremnie), że idziemy „pod prąd” i chociaż od dołu, od najpiękniejszej strony zobaczyłem kotły, a z góry – trudno, niech sobie je mgła zasłoni zanim tam dotrzemy. Tak więc i stację przekaźnikową czasem ledwo zza kocyka białej chmury widzimy, co dodaje górom zarówno aury tajemniczości, jak i niedostępności – co tam, póki jeszcze kotły na dole wciąż tylko wodą, a nie mgłą napełnione. A trzeba przyznać, że woda w kotle urokliwa, w całkiem rozległych stawach zgromaczona, wśród których tylko kamień o kamień bloki skalne grubo ciosane widać. Trzeba przyznać, widok to ciekawy, na takie piramidki wystające znad
wody spoglądać, a i spoglądając ku dołowi efekt ciekawy tworzą.
Próżno by słowami piękno Śnieżnych Kotłów oddać, to i najlepszym wieszczom talentu by zbrakło.
Dlatego nie będę się tu na jakieś sztuczne opisy silił – kto tam był, wie o co chodzi, kto nie był – i tak nie pozna tego odczucia ze słów. Jedyne co mogę powiedzieć, to że czujesz się tam, jakbyś był władcą świata. Nie, nie stojącym na jego szczycie – wręcz odwrotnie, niczym dyrygent przed publicznością wznoszącego się kolosseum, tylko czekającym na pierwsze ruchy pałeczki każącej zagrać skalnej orkiestrze. Z pewnością nie byłby to bezpieczny koncert dla dyrygenta, z udziałem werbli spadających lawin, huczącym basem uderzających piorunów, z tarkami obcierających się kamieni – na szczęście szlak zamykany jest w najniebezpieczniejszych i najbardziej „muzycznych” okresach roku, więc do niebezpiecznych wypadków raczej rzadko dochodzi. Niestety, szlak zamykany jest też w okresie, kiedy orkiestra skalnych olbrzymów ustępuje miejsca ptasiej orkiestrze głuszców...

Tym czasem ścieżka wśród śnieżnych kotłów się kończy. Kończy się woda w stawach, a wokół coraz więcej uschniętych drzew... i chociaż to nie brak wody jest przyczyną ich uschnięcia, to jednak połacie połamanych, gołych drzew robi ogromne wrażenie. Błyszcząca, niczym wygładzona wielokrotnym głaskaniem biała warstwa doskonale kontrastuje z próchniejącą intensywną żółcią twardzielu – słowem, doskonały temat na kontrastowe zdjęcie. I chociaż z jednej strony to wielkie pola zagłady, to ranne wzdłuż całego swego kręgosłupa wyglądają tak pięknie...
Widać kuzyn też zapatrzył się na drzewa, bo zaraz powoduje mały wypadek. Trochę zbyt nisko podniesiona noga nad przecinającym drogę wodnym przepustem sprawia, że na drodze zaliczamy pierwszy górski wypadek. Na szczęście poza obtarciem i obtłuczeniem kolana obywa się bez żadnych obrażeń, a po kilkuminutowej przerwie można podążać dalej.
Tymczasem mnie dopada efekt braku czekolady. Tak, tak, na drogę zawsze biorę coś słodkiego, by w razie potrzeby wzmocnić organizm – taka turystyczna reguła chyba, czyż nie? Niestety, ze względu na inne zwyczaje żywieniowe kuzyna tym razem odstąpiłem od tego zwyczaju – i efekty widać. Chociaż kiszki nie grają marsza, a żołądek nie burczy nie zadowolony, to braki energii dają się odczuwać w nogach. A niestety, przed nami droga pod górę. Ale i potem nie jest lepiej – organizm domaga się swojej porcji energii i tyle. Niestety, kuzyn nie przyzwyczajony do tak długich wędrówek raczej zaczyna narzekać na zmęczenie i bolące nogi. Jednak podejście niebieskim szlakiem pod Wielki Szyszak to już taki moment, że nie ma różnicy, czy się zawróci czy pójdzie dalej przed siebie – to dokładnie środek pętelki. Tak więc cóż pozostaje – jedynie zmniejszyć tempo wędrówki i przeć dalej przed siebie.
Co do samych Śnieżnych Kotłów z góry – zbyt dużo powiedzieć znów nie mogę. No, znaczy się fakt – są strome, pionowe ściany pełne ostrych skał i ludziom z lękiem wysokości z pewnością może zakręcić się w głowie. Jednak brak sił i pogodowa szaruga robią swoje – zazwyczaj ten widok z góry robił na mnie mniejsze wrażenie, a teraz już w ogóle przeszedł niezauważony. I jedynie pewne sentymentalne wspomnienie się włącza, jak kolega (ten sam, co skakał z plecakiem :) machnął ręką wymawiając historyczny zwrot „kości zostały rzucone” a z naprzeciwka poleciała mała lawinka. I choć potem wszystkim pokazywał, że kostki do gry ma wciąż w ręce, a do pionowej ścianki było zbyt daleko, aby mógł je dorzucić – to jakoś nikt do końca nie wierzył, że wspomniana lawinka to nie efekt jego działań...

Tymczasem przed nami dalsza droga. Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej nigdy nie wzbudzała we mnie jakichś większych emocji, i tak jest tym razem. Mniej więcej płasko, równo – co w obecnym stanie Małego Turysty było jednak raczej zaletą. Ot, gdzieniegdzie jedynie na tej podszczytowej „równinie” zaskakujące oczka wodne (jakoś nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do ich oryginalnej idei), poza tym droga prosta jak drut – tylko czemu do Szrenicy dochodzi tak ogromnym łukiem. Jednak gdy gdzieś na wysokości Twarożnika przypominam sobie, że przecież kolejka linowa nie jeździ do jakichś normalnych godzin i zamykana jest gdzieś koło 4-ej, Mały Turysta dostaje nagłego ataku energii. I nie pomagają żadne logiczne tłumaczenia – że w 15 minut nawet biegiem nie mamy szans dotrzeć, z kolei jeśli jest nawet do 16:30 to w normalnym tempie nawet zdążymy – nie ważne, mamy gnać, pędzić, gonić, byle tylko zdążyć. Perspektywa długiego zejścia na własnych nogach nie budzi mojego entuzjazmu, w Małym Turyście jednak budzi wręcz panikę. I z tego pędu nawet nie ma czasu spojrzeć na mapkę – choć już z Twarożnika wypatrujemy drogę pozwalającą obejść podejście na Szrenicę i dostać się do wyciągu, to omylnie wybieramy drogę przez szczyt, który chcieliśmy ominąć. Jednak i tak pomysł skrótu okazuje się szczęśliwym, bo chociaż pod górkę, to i tak gdyby nie on, władowalibyśmy się w „objazd” - kto spojrzy na mapkę od razu zauważy, że dalsze przejście ceprostradą koło Trzech Świnek raczej skończyłoby się niepotrzebnym nadkładaniem drogi – a tym samym zapewne wracaniem na dół o własnych nogach. Na szczęście, udaje się jednak zjechać w dół jednym z ostatnich krzesełek, baaa, dzięki obranej formie płatności za „bilety” gdzieś po drodze udaje nam się wyprzedzić kilkuosobową grupę... baaa, nawet na obiad w pensjonacie udaje nam się spóźnić o mniej niż 10 minut. I tylko czemu w tym momencie szczęście musiało się zakończyć, a ja jeszcze tego samego dnia musiałem wracać do domu? No cóż, urlop – dobro reglamentowane, zwłaszcza u mnie w pracy :(


sobota, 24 sierpnia 2013

Kto odnajdzie biedronkę?


Co prawda przed zdjęciami rudojesiennych wrzosów miał się pojawić opis wędrówki w Karkonoszach, niestety 60-godziny tydzień pracy nie sprzyja pisaniu. Tak więc na razie kolejne zdjęcie spod Wielkiej Sowy. Choć pewnie wielu ta kolorystyka wyda się bardziej naturalna niż ta ze zdjęcia w ostatnim wpisie, to jednak właśnie tamta jest prawdziwsza - a to, co widzicie to raczej efekt mojej troski o wasze oczy, bo zbyt dużo zdjęć w tak intensywnej kolorystyce może być męczące dla oczu (o czym się zdążyłem przekonać przeglądając wszystkie zdjęcia).

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wielka Sowa - podejście letnie

Wielka Sowa od zawsze kojarzyła mi się ze śniegiem... kto widział zimowe zdjęcia wieży widokowej, wie o co mi chodzi. Czy udało mi się ją zdobyć do tej pory latem? Ostatecznie już nie pamiętam, za to niezdobyta pół roku temu droga od strony Rościszowa kusiła. Ostatnie podejście nie wyszło z powodu grubej warstwy śniegu, więc może to pretekst, aby latem spróbować właśnie od tej strony?
No cóż, Rościszów nie wygląda już tak pięknie latem. Kolorowa ruderka chowa się w cieniu, samotne drzewo na krawędzi skały przestało być samotne i ginie w oceanie zieleni, o dwupiętrowych soplach lodu można pomarzyć w ten gorący czas... zwiedzanie wioski startowej ograniczyło się do przejechania samochodem i odnalezienia miejsca parkingowego. Tak więc na skraju Rościszowa, tuż przed Lasocinem rozpocząłem swoją wędrówkę. 



Tak, jak zazwyczaj moje wędrówki odbywam w samotności i sporadycznie spotykam jakiegokolwiek turystę, tak tym razem początek drogi stanowił istną odmianę. Choć droga sama w sobie mało popularna chyba i mało wydeptana, to już na wstępie spotykam gromadkę drwali powiększających polanę przed Lasocinem, potem jakąś rodzinę na szlaku, zagubionych turystów pod starą jodłą, nie wiedzących gdzie iść... tak więc szybko mija czas na zielonym, a później niebieskim szlaku gdzieś tak do Młyniska, gdzie utkwiłem ostatnio. Trasa już nie wygląda tak pięknie jak zimą, choć już kawałek za starą jodłą odkrywa swoją prawdziwą naturę. Od kiedy niebieski szlak zostaje porzucony przez towarzyszące mu szlaki żółty i zielony, środkiem drogi wije się wydrążony wodny potoczek. Tak, tak, to pierwsze zapowiedzi czekającej nas stromości, bo woda oczywiście wybiera sobie najkrótszą drogę w dół – czyli najbardziej stromą. Tak więc zadyszka raz po raz daje o sobie znać, upał wzmagany jest gorącem spalanych kalorii a gdy wychodzę na odsłoniętą polankę są chmury chroniące przed słońcem. Jednak całej jej nie udaje przejść się w cieniu, już pod koniec zaczyna świecić słońce, jednak jestem już na tyle blisko granicy lasu, że nie zdąży mocno nagrzać ciała. 



Co do samej drogi – skalne kamienie już dawno uderzają pod starymi podeszwami traperów, a droga wygląda jak na typową górską drogę przystało. Choć chwilowe wyrównania terenu dają na złapanie oddechu na polanie, to kolejne strome podejścia zmuszają do kilkuminutowego postoju. Potem już jednak wychodzę na szczyt, choć jak zwykle mam to w zwyczaju, trafiam od tyłu na płot, który miał nakłaniać turystów do niewchodzenia tam, skąd przyszedłem. 


Wielka Sowa równa się tłumy
Oczywiście na Wielkiej Sowie zawsze są ludzie, tym razem działa nawet sklepik o wyborze ciastek na drogę większym niż sklepik w wiosce (w kwestii czekolad wybór był nawet podobny, ale czekolada na takie upały to oczywiście nie jest dobry pomysł). Krótka rozmowa ze sprzedawcą, potem trochę dłuższa z kilkoma turystami grillującymi przy ognisku która zaowocowała ich do odwiedzenia Wielkiej Sowy zimą, kiedy dopiero pokazuje swoje piękno, krótka sesja zdjęciowa (ilość kierunkowskazów na jednym słupku imponuje), i szybkie zejście do schroniska Sowa. O czym opowiadać po drodze – no cóż, nie bardzo jest o czym, wszystkie cudowne miejsca które znam z zimy wyglądają teraz... tak normalnie-górsko, znaczy pięknie, ale nie cudownie, więc o czym pisać? Nostalgia każe sobie przypomnieć czasy zimowe, i to nie tylko z powodu upałów. Chyba jedynym miejsce które zyskuje nowego uroku jest polana krótko przed schroniskiem Sowa, na której można walnąć się plackiem i zapomnieć o otaczającym świecie... 






Butelkowe kolory

Ja jednak szybkim krokiem zmierzam do Sowy, gdzie czeka na mnie posiłek i cukierkowo słodka i landrynkowo czerwona oranżada rodem z PRL-u. Na posiłek trzeba jednak poczekać, więc uważnie rozglądam się po sali kominkowej. Urocza rysunkowa mapa „100 atrakcji Gór Sowich” zaczyna już niestety świecić białymi plamami wytartymi przez palce turystów, za to sala kominkowa dopiero w środku letniego dnia nabiera przytulnej jasności i przestaje być pomieszczeniem mrocznym. Z pewnością przytulnego mentalnego ciepła dodałby jeszcze ogień w kominku, ale równocześnie podgrzałby temperaturę w sali do naprawdę nieznośnej. Za to z pewnością w tym świetle łatwiej zauważyć kolekcję żelazek z duszą i kolorowych butelek na parapetach okienek dających wgląd do drugiej, zamkniętej salki.

Potęga wiurbexu

Skrzyżowanie szlaków przy Sowie to na pierwszy rzut oka kolejne miejsce które latem traci na uroku w stosunku do zimy. Ciężkie terenowe samochody nie wyzierają już ledwo-ledwo reflektorami spod śniegowej czapy, do rąk nie łasi się wymarznięty kot dla którego każde głaskanie jest próbą skradzenia brakującego ciepła przechodniom... za to dopiero letnia trawa pobliskiej łąki sprawia, że odkrywam stare pomieszczenia dawnego schroniska. Lekko poniżej, przy drodze którą nie idzie żaden szlak (a na tym skrzyżowaniu jest to raczej ewenementem), w dali dostrzegam trochę większą bryłę dawnego budynku schroniska i mniejszą porzuconą chatę góralską z podwójnie spadziowym dachem. No cóż, chyba czułem że w konkursie na Dolnośląski Blog Roku podkreślony będzie temat wi-urbexu, więc i tym razem przyciągnęła mnie ta chata. Pozornie zamknięta z każdej strony, jednak gdy obejdzie się ją z tej najmniej widocznej z każdej drogi strony – to pod zwalonym dachem wielkim otworem pojawia się brak ściany zapraszający do eksploracji starych pomieszczeń. No cóż, środek dnia to chyba nie pora, aby bawić się światłem przebijającym się przez zabite okiennice, ale górne pomieszczenia zdecydowanie niosą ze sobą ogromny potencjał zdjęciowy, i tylko ta drabinka trochę zbyt straszna, aby próbować wchodzić na górę bez żadnej asekurującej osoby. Ale i z drabiny można zrobić już świetne zdjęcie, czego nie omieszkałem uczynić...


Magia powietrza i wody

Potem już szybki powrót do żółtego szlaku i prawie tak płaską jak na równinach żwawo podążam do przodu. Szeroka, płaska droga raczej nie wymaga wysiłku, więc podświadomie podążam tak żwawym krokiem, że nawet nie zwracam uwagi na okolicę. Jednak do mego nosa dociera zapach... trzeba zwolnić i poczuć to niepowtarzalne piękno. Wycinka lasu sprawiła, że na krótkim odcinku powietrze wypełniło się specyficzną mieszaniną zapachu żywicy z lekką domieszką mokrego drewna. Tak, zapach pleśniejącego którego miałem dość pracując w Barlinku i przechodząc codziennie koło suszarni drewna, tutaj dodaje żywicy specyficznego posmaku, zupełnie upiększając efekt końcowy. I tak jak żywicę możecie sobie zebrać patyczkiem z naciętej/okaleczonej sosny i upajać się tym zapachem, tak aby zasłużyć na poznanie tego zapachu, przejść będziecie musieli tysiące kilometrów poprzez lasy, a i szczęście mieć, żeby kiedyś utrafić we właściwy dzień i właściwe miejsce – bo z pewnością dzień przed czy dzień proporcja zapachów nie byłaby tak doskonała. Krótka rozmowa z drwalami upewnia mnie, że nie wytną za dużo drzew (żartobliwa uwaga, że mają sprawdzać, czy leśnik nie pooznaczał za dużo drzew przyjęta została z uśmiechem) i ze stoickim spokojem mogę iść dalej. 


I taką wodą być,
co nawilży twoje wargi,
uwolni kąciki ust, gdy przyłożysz je do szklanki[...]
A kiedy z nieba poleje się żar, poczęstuje chłodem.
Happysad, I taką wodą być


Gdzieś przed kolejnym skrzyżowaniem szlaków natykam się na wodopój. Strumyk w górach to żadna atrakcja, co chwila jakiś przecina drogę. Drewniane „rynienki” przecinające drogę zapobiegające jej rozmyciu też nie powinny chyba nikogo dziwić, jednak cała konstrukcja drewnianej rynienki-źródełka to naprawdę oryginalna odmiana. Gdy próbuję znaleźć najciekawszą perspektywę do zrobienia zdjęcia tego cuda, znów natykam się na moich drwali – tym razem to oni w drodze mijają mnie. Widząc moje zainteresowanie tym obiektem, wspominają, że to podobno najlepsza woda w okolicy. Lekko brunatny kolor wody sugerować mógłby wysokie stężenie żelaza, a tym samym metaliczny smak... rozczarowany rozpoznaję jednak raczej lekko mułkowaty posmak. Dopiero kilka minut poznaję prawdziwą magię tej wody... nie dość, że woda ta bardzo skutecznie gasi pragnienie na dłuższy czas, to jeszcze w przeciwieństwie do soków czy coli, delikatny, jakże przyjemny posmak pozostaje w ustach jeszcze przez długi czas... 




















Drogi wszelakie, czyli powrót

Potem już dalej powrót żółtym szlakiem. Droga kilkukrotnie zmienia swój charakter, od szerokiej ceprostrady, poprzez skrytą bujną zielenią ziemią mającą skłonności do bycia błotem w niższych koleinach, czy poprzez mieszankę ziemno-skalną, z której każdy deszcz tworzy, a następnie wypłukuje urodzajne błoto, pozostawiając jedynie leżące tu od setek lat skaliste kamulce... poprzez takie urozmaicenie „standardnych górskich dróg” pozostaje przejść, aby znowu odnaleźć się koło Młyniska, miejsca, które stało się końcem mojej ostatniej zimowej wędrówki... a potem już powrót koło starej jodły. I tylko się cieszę, że tym razem nie zdecydowałem się na szybki powrót skrótem omijającym zabytkowe drzewo, inaczej ominąłbym jakże ciekawą kępkę rudordzawych mchów, które stały się tematem kolejnej fotograficznej sesji, której efektami będę się z wami po trochu dzielił.



sobota, 6 lipca 2013

sobota, 29 czerwca 2013

Zapóźniona noc świętojańska...

Przez zwykłe, ludzkie zapomnienie dopiero dziś wrzucam zdjęcia z Nocy Świętojańskiej w leśnickim zamku. Jak było? Zdecydowanie inaczej niż zwykle. 
W zasadzie, to można powiedzieć, że był zwykły mały festyn bez specjalnych atrakcji. Festiwal Dobrego Piwa mimo okropnej pogody ściągnął tłumy fanów, co w połączeniu z błockiem spowodowało totalną masakrę zieleni parkowej, zwłaszcza na stokach. W efekcie tego Zamek podjąć się musiał rekultywacji terenu, a na Noc Świętojańską spory kawał zieleni odgrodzić i uratować przed ponownym stratowaniem (jakby było co tam jeszcze ratować?). W związku z tym stoiska musiały ograniczyć się żarć-budy na tarasach pojedyńczych stoisk z atrakcjami. Nie było więc kowali, wiedźm czy innych pradawnych atrakcji, a nieliczne czarownice chowały się przed ciekawskimi pod pretekstem gry terenowej. 



Za to były koncerty. Co akurat mnie nie ucieszyło, bo nie chciało mi się siedzieć i tylko słuchać, za to obsuwa z koncertami spowdowała opóźnienie parady świętojańskiej - do godzin tak późnych, że już ciężko było o nieporuszone zdjęcia.
A w związku z ograniczoną ilością okazji do zdjęć, w których sam temat już byłby wielką atrakcją zdjęcia, trzeba się było skupić na zdjęciach jako zdjęciach. Choć wydaje mi się, że efekty przerosły moje oczekiwania, i pewnie nie wyszłyby mi tak dobre, gdybym koncentrował się na samych atrakcjach... zresztą oceńcie je sami.

















Niektórym pannom spod wianków wystawały diabelskie różki, zrobione z najprawdziwszych ogni piekielnych