Z tej wycieczki jakoś nie idzie mi pisanie tekstu, więc chociaż kilka ciekawych zdjęć zamieszczę. Wszystkie zrobione w okolicach Urazu.
Prawie że góry
czwartek, 24 maja 2012
Stary las, stara wieś...
Z tej wycieczki jakoś nie idzie mi pisanie tekstu, więc chociaż kilka ciekawych zdjęć zamieszczę. Wszystkie zrobione w okolicach Urazu.
Etykiety:
Oborniki Śląskie,
wiosna,
Wrocław i okolice
Lokalizacja:
341, Polska
sobota, 21 kwietnia 2012
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
W poszukiwaniu wiosny
Przedwiośnie to chyba jedyna pora
roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje
uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i
odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień
choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i
chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o
przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu,
błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają...
spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej
okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się
nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi,
jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało
wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w
góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć
główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch
spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od
Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć
to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny
znajdę.
Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai
Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków
nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów,
klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza
gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy
jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś
miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej
małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym
mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką
poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje
przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy
widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa.
Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci
komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie
dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy
czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się
on komponuje z całością otoczenia.
Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z
pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć
mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie,
w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską,
odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością
warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta
dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc
pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na
dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje
się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność
miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia
wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych
kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich
wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę
do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się
zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.
Trzeba przyznać, że park miejski w
Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie
bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co
wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz
tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo
odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co
kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś
dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe
ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób
przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem
galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.
Cystersi a krzyże celtyckie?
Także rzeźba terenu
też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim
płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym
rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek
się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo
wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też
się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku,
jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam
właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą
krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu
przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii
ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż
wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z
tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto
podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie
tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego
kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa,
wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu
powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra
starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla
wielowiekowych tradycji i historii.
Kawałek dalej (na odcinku już zarówno
rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki:
ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie
kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni
pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii
przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski
park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby
zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby
nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.
Nie dużo dalej później trzeba wyjść z
parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera
się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich.
Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza
do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona
jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze
ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu
nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach
tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.
Piknik pod wiszącą skałą
Wychodząc ze wsi, zgodnie z
oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę
przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na
chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w
filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku,
lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka
konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku –
i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim
wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną
teren znów bardziej pofalowany.
Na horyzoncie widzę odremontowany
wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda
się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt
wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny”
aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się
najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy,
wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch,
niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże
odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w
Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż
obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na
ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na
gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do
środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót
do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych
atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z
tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak
nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak
blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze
przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już
po godzinach zwiedzania).
środa, 21 marca 2012
Galijski horoskop dla wiosny (i urodzonych dziś)
Chociaż wyjątkowo w tym roku pierwszym dniem wiosny okazał się 20 marca (ze względu na rok przestępny), to dziś przytaczam horoskop dla urodzonych 21 marca. Jak na Galów przystało, horoskop opiera się na drzewach a 21 marca to dzień urodzonych pod dębem. Jeśli dodać że ciekawostkę znalazłem w trakcie poszukiwania wiosny w dolnośląskim Henrykowie, kolebce polskiego języka, to poniższa piosenka "Historia pewnego dębu" Basa Tajpana wydaje się oczywistym tłem muzycznym do tego horoskopu.
Galijski horoskop dla urodzonych 21 marca ("pod dębem")
Trudno ukryć, nie mają łatwego charakteru. Są wprawdzie wierni, stateczni i sumienni, ale wytrzymać z nimi trudno, bo obdarzeni są niezwykle silną wolą i nie mają wyrozumiałości dla ludzi słabszych i chwiejnych.
wtorek, 20 marca 2012
Pierwsze kwiaty (wiosna)
| Rosną sobie kwiatki, w gniazdach są pisklęta |
| Przyroda jak zwrotka niedorozwinięta |
| O...o... idzie wiosna, idzie wiosna | ||
| O...o... dłuższe dnie, dłuższe dnie | ||
| O...o... kwiatki rosną, kwiatki rosną | ||
| O...o... głupie, nie? (Wiosna, kabaret Potem) |

czwartek, 8 marca 2012
Zachwycony zimą
Zachwycony zimą na Wielkiej Sowie,
następny spacer postanowiłem odbyć znów w tym samym miejscu.
Zwłaszcza, że zamierzonej trasy nie udało mi się przejść. Tym
razem jednak z Wrocławia dotarłem z innej strony – od strony
Pieszyc. Droga na górskim już odcinku jest dużo ciekawsza niż
trasa Walim-Rzeczka, bo ciągnie się leśnymi serpentynami. Choć
odwagi brak aby nią pędzić, to jednak przyjemnie się nią jedzie.
Pozostaje ciągłe pytanie: jak długo, bo chodzi o to, żeby
zatrzymać się na Przełęczy Walimskiej.
Zwątpienie dopadło mnie w okolicach
zjazdu do Bacówki. Duży parking, wspaniałe miejsce do
zaparkowania... kontrolne spojrzenie na mapie i decyzja: jadę drogą
dalej. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że nie była to najlepsza
decyzja. W okresie zimowym chyba jednak lepiej pozostawić samochód
w tej okolicy i dalej udać się piechotą. Zwłaszcza że widoki są
tu naprawdę piękne – nie omieszkałem więc chociaż wysiąść z
samochodu na krótką sesję fotograficzną.
Jeszcze parę serpentyn, i dojeżdżam
do właściwego celu: Przełęczy Walimskiej. Choć jest tu z
pewnością zaznaczony na mapie parking leśny, problemem okazuje się
znalezienie miejsca do zaparkowania. Bo parking jest... pod grubą
warstwą śniegu. Chętnym do zwiedzania pozostaje lekko bardziej
wyczyszczona krawędź jezdni, dzięki czemu na krótkim odcinku
ustawić można kilka samochodów pozostawiając przejezdny pas dla
samochodów. Jak się przekonałem po powrocie „przejezdny pas”
oznacza, że można tylko przejechać, jeśli z naprzeciwka nic nie
jedzie (wtedy nigdzie nie ma możliwości minięcia się), natomiast
totalnie brak miejsca na zawracanie, wyjeżdżanie z parkingu czy
inne manewry.
Nareszcie na szlaku
Wracając do Przełęczy Walimskiej...
punkt jest mocno charakterystyczny, bo oprócz typowego dla przełęczy
zmiany kierunku podjazdu na zjazd, jest tu duża polana jakby
stworzona pod kątem turystów – o czym świadczą chociażby
drewniane szałasy na jej końcu. Są nawet miejsca aby usiąść
przy stole – miejscami nawet stoły wystają spod śniegu, choć
ławy są już przysypane. Stąd podążam znów szlakiem fioletowym.
Przez chwilę na początku trzeba uważać, aby go złapać, potem
już ciężko go zgubić – brak jakichś odnóg, zboczeń w bok.
Pod stopami głucho pomrukuje śnieg... nie jest to jednak głębokie
zapadanie się w głąb śnieżnych kop, a jedynie pomruk delikatnie
ubijanego podłoża. Na odcinku Średniej Drogi krajobraz jakoś
specjalnie nie zachwyca, ot miły spacerek w górskiej okolicy.
Niestety, bez żadnych punktów charakterystycznych, więc aż do
spotkania szlaku żółtego trudno ocenić, jak daleko się już
zaszło. Na północnym stoku wciąż jeszcze widać kopy śniegu na
drzewach, choć w wielu miejscach przebija już czerń pni, z których
wiatr strząsnął już biel śniegu. Niestety, zacieniony stok
oznacza też słabsze oświetlenie do zdjęć...
Na skrzyżowaniu z żółtym szlakiem
natykam się na całkiem przyjemny drewniany schron dla wędrowców.
Potem krótki odcinek wzdłuż żółtego szlaku i dalej wspominaną
już Drogą Gwarków. Z oddali podziwiam zabudowania i stoki
narciarskie Rzeczki z nieznanej mi dotąd perspektywy. Krótko za
Kamieniem Gwarków wychodzę na otwartą polanę i... i nagle droga
staje się inna. Tak jak do tej pory przejście było lekkie, tak
przejście przez krótki odcinek na otwartej przestrzeni zajmuje
bardzo dużo czasu. Wszystko za sprawą zdradliwego podłoża.... tak
jak ostatnio nogi zapadały się już w momencie stanięcia na
śniegu, tak tu podłoże ubija się na kilka centymetrów gdy
postawi się nogę na śniegu. I gdy już człowiek staje się
pewien, że noga stoi stabilnie na śniegu i próbuje się nią odbić
od powierzchni... ta nagle się zapada, a pod cieniutką zlodowaciałą
twardą skorupką znajduje się gruba warstwa puchu, w którą zapada
się noga i trzeba się z niej wyciągać. Zapewne sprawcą jest
słońce doskonale operujące na południowym stoku, które powoduje
delikatne roztapianie się wierzchnie warstwy śniegu, po czym jej
przymarzanie – i stąd ta pozornie twarda, krucha lodowa skorupka.
Po powrocie na znany już mi z poprzedniego przejścia niebieski
szlak dojście do pobliskiego schroniska staje się tak łatwe, że
nie zauważam nawet kiedy mam je za sobą.
W poszukiwaniu zagubionego szlaku
Trzeba przyznać, że schronisko Sowa w
porannych promieniach staje się dużo bardziej przytulne. To dzięki
słońcu staje się ono jasne i tak przyjemnie się w nim siedzi –
mimo iż nie ma nic specjalnego w jego wystroju. Udaje się nawet
sfotografować wzmiankowaną ostatnio mapę atrakcji turystycznych...
po zdobyciu takiej „Mapy Skarbów” można ruszać dalej na ich
poszukiwania. Wejście na Wielką Sowę zgodnie ze wskazami nie
przysparza większych problemów, stąd „bramą zachodnią”
ponownie wracam na szlak żółty. Nie na długo jednak, bo nie
zamierzam iść na Małą Sowę, aby potem wracać tą samą trasą
do Przełęczy. W planach jest szlak niebieski... o ile uda się go
odnaleźć. Napotkani ludzie co prawda mówią, że zejście jest
łatwe do odnalezienia i znaki widać mimo zimowej pogody... co do
tego drugiego nie są jednak zbyt pewni. Gdy więc spotykam lekko
wydeptane przejście w śniegu, prowadzące mniej więcej w
oczekiwanym kierunku, postanawiam tam właśnie odbić – zwłaszcza,
że odległość od zejścia w przeciwnym kierunku się mniej więcej
zgadza.
Potem długo wątpiłem, bo droga lekko
lawirowała, momentami idąc w kierunku wręcz przeciwnym niż dwa
zakręty temu... oznaczeń szlaku też specjalnie nie dawało się
odnaleźć i umysłem wciąż targały wątpliwości: iść dalej?
Zawracać, najwyżej wrócę żółtym i powtórzę drugi raz tą
samą drogą? Przecież ta droga dokądś musi prowadzić, więc
spróbujmy... dokądś – czy na pewno tam, gdzie ja chcę? Z
drugiej strony – gdzie indziej może prowadzić. Co chwila zerkanie
na mapę – niby dobrze, ale jednak nie.
Dopiero w momencie, gdy
gdzieś za sobą usłyszałem w oddali jakichś ludzi, których można
by się spytać – wyszedłem na otwartą przestrzeń, z której
było widać, jak wielkim łukiem droga zakręca. Wszelkie
wątpliwości co do słuszności drogi się rozwiały. Potem już
zostało zejść do końca na dół, drogą już lekko zaledwie
opadającą ku przełęczy, na której o dziwo nagle zaczęło się
trafiać na dużo ludzi. Stąd już tylko w jednym miejscu chyba
można pomylić drogę – jednak wkrótce trafi się albo na
asfaltową drogę którą można dojść do parkingu, albo wrócić
na szlak fioletowy – ale wtedy łatwo się zorientować i zakręcić
w odpowiednią stronę. Skoro jednak udało się nie pobłądzić, to
stamtąd już szybko powróciłem na polanę. Jeszcze trochę
dantejskich scen na prowizorycznym parkingu zimowym i pora wracać do
domu.niedziela, 26 lutego 2012
Dźwięki śniegu
Nie ma to jak pojechać w nieznany
sobie teren bez GPS-a. Na trasie wiadomo, według tablic dojedziesz
wszędzie, gorzej, gdy trafisz na jakąś zapyziałą, nieoznaczoną
wioskę i musisz zgadywać, czy w prawo, czy w lewo – a w trakcie
jazdy samochodem oczywiście nie ma czasu zajrzeć na mapę. Tak to
właśnie w Walimiu pomyliłem drogi, i zamiast na Przełęcz
Walimską, trafiłem do Rzeczki. Kontrolne zajrzenie do mapy – nie
jest tak źle, też ciekawą trasę się znajdzie, jednak dosyć
długa ulicówka nie ułatwia orientacji. Bo niby co, zaparkować
koło wyciągu narciarskiego – no, ale skąd mam wiedzieć, że to
ten właściwy? Pierwszy przejechałem, przed drugim jednak ogromny
korek... ukształtowanie terenu upewnia mnie, że to już Przełęcz
Sokola, i tu się zaczyna szlak wędrówki.
Tu większość kieruje się „szlakiem
schronisk” ku Wielkiej Sowie. Nie po to jednak człowiek jedzie
samochodem te 80 kilometrów czy więcej, aby przedreptać wydeptaną
ścieżką. Przecież o śnieg chodziło, o zapadanie się w nim.
Kilkadziesiąt metrów od drogi odbijam w lewo. I choć śnieg też
nie leży tu grubą warstwą, to jakże ironicznie wyglądają znaki
czerwonego szlaku rowerowego. Ech, rowerem tutaj, skoro nogi nie
zawsze znajdują twarde oparcie w głębokiej warstwie śniegu – a
co gdy trochę większa waga rozkłada się na wąskiej powierzchni
opon?
A wokół wszędzie biało...
... no może
oprócz nieba, które na szczęście pokrywa jednolity błękit.
Zziębniętymi rękoma wyciągam aparat z plecaka, aby utrwalić ten
widok, jakże rzadki na równinnych okolicach... złapanie
optymalnych nastaw aparatu chwilę zajmuje, bo i przewaga jasnych
obszarów oszukuje światłomierz, i standardowy balans bieli nie
poradzi sobie tą tonacją. Po walce z techniką można powrócić do
podziwiania widoków. Gałęzie smreków uginają się pod grubymi
warstwami śniegu... słabiej radzą sobie brzózki. Pozbawione
mocnego pnia, pokornie uginają karku. Jednak co jest słabością,
może okazać się i siłą – świerk tak mocno przygięty z
pewnością już dawno by pękł. Nadmiar śniegu spada jednak z
wątłej brzozy, nie przeciążając jej, a ta jej witkość i
gibkość sprawia, że z pewnością już niedługo się wyprostuje,
gdy ciepło sprawi, że śnieg się roztopi i uwolni ją od swego
ciężaru.
No cóż, nie najświeższy to śnieg,
droga w wielu miejscach po trosze wydeptana, grube czapy śniegu
trzymają się głównie na grubych igłach. Pozbawione liści drzewa
udekorowały się jedynie wąziutkimi białymi pasemkami.
A nogi jednak się zapadają. Może nie
tak bardzo, ale każdy krok wymaga większego wysiłku niż latem.
Zdecydowanie lepiej radzą sobie narciarze, których nacisk rozkłada
się na o wiele większej niż buta powierzchni nart. Nieliczne
grupki powoli mnie wyprzedzają.
Szlak... FIOLETOWY????
I tak to dochodzę do szlaku
fioletowego, czyli Drogi Gwarków. Niedowiarkowie mogą zwątpić, bo
to raczej rzadko spotykany kolor dla szlaku, ale taki właśnie jest.
Kto nie wierzy, niech sam sprawdzi, i jego sprawa, czy to w sieci,
czy w terenie – co do koloru jestem pewien. Jednak późny wyjazd z
domu owocuje tym, że muszę wybrać krótszą drogę... I tu
przekonuję się, co znaczy gruba warstwa śniegu. Widać ten odcinek
jest mniej popularny, bo w wielu miejscach droga jest ledwie lekko
przydeptana, a nogi zapadają się dosyć głęboko. Choć jednak
widać różnicę między drogą a swobodnie leżącym puchem.
Zejście z drogi o kilka kroków pokazuje, że można zapaść się
głębiej – choć na szczęście wciąż tylko po kolana. Śnieg
też trochę waży, a leżący już od pewnego czasu ubił sam
siebie. Z pewnością pod spodem warstwa jest dużo głębsza, jednak
już na tej głębokości jest na tyle twardy, że nie zapadam się
głębiej. Teraz krótki odcinek żółtym szlakiem, i z daleka widać
wieżę widokową na Wielkiej Sowie.
Tymczasem to już szczyt
To właśnie ta wieża jest najlepszym
miernikiem siły śniegu. Narażona na zawieje śnieżne i silne
wiatry, z daleka wygląda niczym pokryta grubą warstwą białego
puchu. Dopiero z bliska dostrzega się, że tak jak nie do końca
regularne kształty i pogrubione wszystkie wąskie elementy to i
efekt śniegu, jednak w dużym stopniu kolor to wciąż efekt jej
naturalnej barwy, choć i śnieg robi swoje. Z pewnością wykonana z
ciemnego kamienia robiłaby dużo mniejszy efekt.
Tymczasem to już szczyt. Choć nie ma
tu schroniska, aby się posilić czy wypić gorącą herbatę, to
jednak z pewnością jest tu doskonałe miejsce na wypoczynek. Liczne
szałasy sprawiają, że schować się tu można nawet w trakcie
intensywnego wiatru, o ile drzewa nie zapewnią wystarczającego
schronienia. Gospodarz wieży zapewnia, że pod daszkami cały czas
pali się ogień. Za niewielką opłatą można nawet udać się na
wieżę... aby jednak dotrzeć do wnętrza wieży, najpierw trzeba
pokonać schody zewnętrzne. A trzeba przyznać, że nie lada to
wyzwanie, bo po kilku już odwilżach i ponownych ochłodzeniach,
pokryły się one zdradliwą warstwą śniegolodu. Utrudnieniem jest
nie tylko śliska powierzchnia, ale także zwężona w wielu
miejscach szerokość schodka i skos stworzony przez lód. Zresztą
pal licho wchodzenie, silniejsze kopnięcie przodem buta sprawia, że
udaje się „wyrąbać” jakiś prowizoryczny schodek – co jednak
zrobić przy schodzeniu, gdy uderzyć można jedynie podeszwą buta,
a to akurat zwiększa ryzyko poślizgnięcia się? Gładka
powierzchnia ściany też nie daje punktu zaczepienia, więc może to
już pora by ktoś pomyślał o zainstalowaniu poręczy?
Na taras widokowy niestety nie daje się wyjść. Wspomniane już dodatnie porywy temperaturowe sprawiły, że gruba warstwa śniegu parokrotnie roztapiała się, aby ponownie zamarznąć – tworząc lodową skorupę uniemożliwiającą otwarcie drzwi. Choć opiekun wieży podobno próbował załatwić sprawę palnikiem gazowym, jednak podwójne stalowe drzwi sprawiają, że rozgrzewa się ściana wewnętrzna, a na zewnątrz efektu i tak prawie nie widać. No cóż, pozostaje podziwiać widoki przez odśnieżone chociaż szyby.
A potem już zejście ceprostradą. Tu
już droga ubita tak, że nogi zapadają się ledwie o milimetr,
jeśli w ogóle. Południowy stok – co jest zaletą przy uprawie
roślin, zwłaszcza winogron, niestety nie jest zaletą dla zimowego
krajobrazu. Tu już brak puchowych czap na gałęziach, zastępuje je
zielona kiść igieł, z których zwisają białe sople. Choć na
ziemi wciąż pełno śniegu, to ponad nią dużo zieleni.
Przynajmniej jak na tą porę roku. Miejscami droga wygląda wręcz
jak wąwóz – środkiem wydeptane przejście, z boku jednak już
nawet metrowy nasyp śniegu, gdzieniegdzie jedynie przecięty równie
głęboką jak droga „raną” strumyka. Choć z pewnością latem
droga ta też wije się w delikatnym wgłębieniu, jednak z pewnością
ta różnica to głównie efekt grubej warstwy śniegu.
I znów odbicie w bok na zdjęcia...
nogi zapadają się, a momentami człowiek staje w zupełnie
nietypowych pozach. Latem tych wygibasów nie dałoby się z
pewnością zbyt długo utrzymać, a niejeden groziłby złamaniem
nogi... jednak tu otaczający nogę śnieg odciążą ją, dlatego
czasem naprawdę wygodniej jest stanąć w tak dziwnej pozie.
Zimowe robaczki
Kawałek dalej odnajduję „zimowe
robaczki”. Zwykła metrowa skarpa, ziemia która dawno zsypałaby
się na drogę gdyby nie utrzymująca ją sieć korzeniowa. Śniegu
nie ma co już trzymać, więc odsłonił gołą ziemię. Jednak mróz
nie był tak łaskawy i to, co śniegowa poduszka miała chronić
przed wymrożeniem, tu zostało wystawione na ziąb. Jednak dziwnym
zjawiskiem jest to, że zamiast jednolicie wniknąć w głąb, ten
dodatkowo wytworzył krystaliczną strukturę stworzoną jakby z
drobnych pasków zbijających się grupki.
Wciąż przed siebie, dochodzę do
polany. Tu śnieg nie dostał szansy spokojnego wylegiwania się na
gałęziach drzew, przeganiany przez częste wiatry. Gdzie nie było
miejsce, przewiewany przelatywał dalej, jednak gdy na jego drodze
stawała przeszkoda, zatrzymywał się. Kolejne drobinki zatrzymywały
się na poprzednich, i w ten sposób obrósł ochronną siatkę,
znacznie zwiększając grubość poszczególnych drutów. Choć tak
powstała naturalna konstrukcja nie jest zbyt trwała... wystarczy
lekkie dotknięcie drutu, a całość osypuje się wydając
krystalicznie czysty dźwięk gdy opada na warstwę puchu na
dole.
Odgłosy śniegu
Bo nie wspomniałem o dźwiękach
wydawanych przez śnieg. Ten najbardziej oczywisty, głośny i
wyraźny dźwięku śniegu udeptywanego butami wędrowca. Równie
podobne trzeszczenie śniegu ubijanego w trakcie tworzenia śnieżnej
kuli, która rzucona, z chrzęstem rozbija się na drzewie. Te
dźwięki zna chyba każdy, jednak czy wsłuchiwaliście się w
dźwięk świeżego śniegu strącanego z drzew? Albo dźwięk śniegu
podrzucanego przed buty przy każdy kroku do przodu? Zagłusza je
często skrzypienie spod butów, więc dla próby zatrzymajcie się,
i zamachnijcie w kopę nieubitego śniegu. Setki drobnych płatków
zamienia się w miniaturowe dzwoneczki, dźwięczące zanim z
powrotem spadną na białą ziemię... Jakże piękny dźwięk,
umykający każdemu, kto jedynie pędzi do wyciągu, by szybko,
szybko, znów na nartach zjeżdżać w dół, i aby znów stanąć w
kolejce do orczyka.
Gdy już ziąb przesiąknie człowieka
do końca, już ledwie kilka kroków do schroniska „Sowa”. To
chyba w tym schronisku spałem wiele lat temu. W sali kominkowej
ciemno, taki już urok tego schroniska, potrawy... żadne
rewelacyjne, wybór też niezbyt szeroki, ale wystarczy, aby odpocząć
i nabrać siły do dalszej wędrówki. Warto zatrzymać się przy
ilustrowanej mapie atrakcji Gór Sowich, niestety niedostępnej ani w
schronisku, ani w księgarniach. Choć kolorowe malunki utrudniają z
pewnością wędrówkę po szlaku, to jednak jakże ułatwiły
wybranie najciekawszej trasy w domowym zaciszu – a potem już tylko
w terenie podążać obraną wcześniej trasą według klasycznej
mapy.
Stół zakopany pod śniegiem
Ze względu na późną porę, dalszy
odcinek w lesie odbywam już w szarudze. Wciąż na tyle jasno, żeby
dobrze było widać drogę, jednak słabe oświetlenie odbiera piękno
okolicy. Wędrówka staje się jedynie technicznym sposobem na
przemieszczenie ciała z punktu A do punktu B... czyli od schroniska
Sowa do schroniska Orzeł. Tu na otwartej przestrzeni już lepiej, bo
słońce wciąż nadaje okolicy... no nie, kolorów raczej nie, bo
zdecydowanie przeważa biel, jednak z pewnością piękna. Stojący
naprzeciwko zachodni stok Niczyjej i Sokoła nabiera w cieniu pewnej
tajemniczości.
Przed zejściem w dół, zaglądam na
pobliską polankę wypoczynkową, oczekując jeszcze jakichś
ciekawych widoków. Powoli zajmująca okoliczne tereny mgła
połączona z coraz słabszym światłem dnia sprawia, że o widoki
ciężko, jednak spotyka mnie tu niespodzianka. Spod warstwy śniegu
gdzieniegdzie przebijają jakieś deski... krótkie rozpoznanie
sugeruje, że to stoły, przy których z pewnością latem można
przysiąść i się posilić. Gruba warstwa śniegu sprawia, że dziś
co najwyżej można po nich pochodzić, o ile gdzieś odsłoni je
śnieg. W pozostałych miejscach, stąpamy kilka centymetrów ponad
nimi nawet nie wiedząc gdzie się one znajdują. Gdy przyjdą
roztopy, może być z tego niebezpieczna pułapka, gdy noga
nieopatrznie zapadnie się w głąb...
Na koniec, taka mała ciekawostka...
Śniegowe okręgi
Na koniec, taka mała ciekawostka...
Śniegowe okręgi
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































