poniedziałek, 4 marca 2013

Krótkie zimowe wędrowanie


Niby śniegu w tym roku miałem nie mało, to jednak czegoś mi brakowało. Udało się wreszcie złapać zimę w kolorach śniegu i błękitu, jednak brakowało mi tego charakterystycznego zapadania się w białym puchu. Więc gdy nagle w połowie tygodnia zaczęło mocno prószyć (ku zgrozie kierowców) z nadzieją wyczekiwałem weekendu. Bo a nuż jeszcze w czwartek/piątek przyjdzie odwilż.
No i oczywiście w okolicach Wrocławia, po nagłych intensywnych opadach, w piątek pozostała już tylko cienka warstwa śniegu. Tak więc odpadały Wzgórza Trzebnickie, Strzegomskim też nie chciałem ufać w kwestii ilości śniegu (bo być może byłby to mój ostatni zimowy weekend, więc nie marnujmy go), pozostały góry. Bliskie, w których ostatnio nie byłem – więc uciekając od bezpośrednich okolic Wałbrzycha wybrałem Sowie. I choć Wielką Sowę znałem tylko w jednym, zimowym wizerunku, to cóż było począć? Lecz chociaż dla odmiany wypadałoby wybrać się z drugiej, tajemniczej i nieznanej mi strony. Zwłaszcza, że tak pięknie i intrygująco wyglądała z wieży widokowej w zeszłym roku.

Rościszów - I love it!!!

A więc... Rościszów. Wioska tak zaśnieżona, że coraz bardziej traciłem resztki nadziei na znalezienie odśnieżonego miejsca parkingowego. Bo jak gdzieniegdzie droga rozszerzała się na tyle, żeby można było obok niej zaparkować, to warstwa śniegu była wyższa niż maska samochodu – a odrzucać tyle śniegu małą saperką to by pół dnia zeszło. Tak więc z rozmarzeniem rozglądałem się wokół, widząc wiele potencjalnie pięknych krajobrazów do sfotografowania i żadnej możliwości zatrzymania się.
Na szczęście coś udało się znaleźć gdzieś w centrum wsi, w miejscu gdzie akurat mój szlak odchodził od drogi. Nie do końca legalnie (teoretycznie na środku skrzyżowania – ale z tak rozległym placykiem, że aż się prosiło żeby zaparkować), ale bezpiecznie.
Lecz nie ruszyłem od razu na szlak. Najpierw trzeba było obfotografować te rościszowskie cuda które wcześniej widziałem. A więc, zniszczona kolorowa ruderka, niczym te bajecznie kolorowe zdjęcia któregoś greckiego fotografa fotografującego właśnie urokliwie obsypujące się tynki porzuconych domostw. Do tego sople – o wysokości DWÓCH PIĘTER!!! a z pewnością byłyby dłuższe gdyby na ich drodze nie stanęła ziemia. Tym zimowym widoczkom przezierającym przez niezabudowane działki budowlane odpuściłem, bo na jednym z nich przekonałem się, że w obiektywie aparatu nie wyglądały już tak pięknie, a były tak rozrzucone, że cały dzień zajęłoby mi ich sprawdzenie.

I tylko nie odpuściłem rozłożystemu drzewu na skraju urwiska, bo choć nie do końca umiałem złapać kadr oddający jego uroki, to z pewnością było zjawiskowe. Przebywający akurat na podwórku swego domostwa gospodarze nawet oferowali żebym wszedł na ich podwórko jeżeli chcę zrobić zdjęcie, ale chyba z drogi jednak było lepsze. Ale jak już zaczęliśmy rozmowę, to okazało się, że warto zobaczyć kolejne atrakcje. Zabytkowy kościół, który mimo zewnętrznej prostoty szczyci się bogatym wnętrzem, ruderka równie fotogeniczna jak ta na środku wioski... no cóż, okazało się, że ruderka jest zwykłą ruderą pozbawioną romantyzmu, kościół zobaczyć mogę tylko z zewnątrz... ale czasu trochę zeszło na to, żeby się o tym przekonać. Ale tabliczka „sołtys” otoczona ogromną lodową ramką to robi wrażenie i włodarz mało której wsi może się pochwalić czymś takim.

Uwaga na dzikie osły!!!

A więc, opuszczamy wieś i powrót na szlak... baa, fajnie się mówi „opuszczamy wieś”, ale idąc wzdłuż szlaku jeszcze pozostaje jeszcze całkiem spory kawałek tą ulicówką. Zwłaszcza, że chociaż z mapy wygląda to trochę inaczej, to przez długi czas droga (asfalt) idzie jakby równolegle do głównej. Ale i przejście przez obszar cywilizowany ma swoje prawa i atrakcje: w lesie raczej nie spotkam znaku drogowego „Uwaga! Dzikie osły!”. I choć nie spotykam nikogo zasługującego na to miano, to jednak pewien pan mi niestworzone rzeczy opowiadał. Że lepiej iść najpierw zakrętami (czyt. główną drogą), bo będzie odśnieżona, a szlakiem mogę nie dojść (czyt. zakopać się). Chociaż wszystko wskazywało na coś innego, to za jakiś czas te słowa okazały się prorocze. No, ale na razie droga jest twarda, ubita, odśnieżona, powiedziałbym nawet że widać spod śniegu asfalt – no, ale kawałek dalej chyba już nie było asfaltu i była to zwykła ubita droga.
No cóż, wreszcie udało się opuścić Rościszów, mimo to droga wciąż nie sprawiała kłopotów. Do czasu – a dokładniej do samotnej chałupy w Lasocinie. Gdy tylko skończył się dojazd do ostatniej chałupy – ta sama droga która przed chwilą była odśnieżona, kilka metrów dalej pokryta jest ponad półmetrową warstwą śniegu.
Trzeba przyznać, że nie było tak strasznie ciężko. Chociaż śnieg ubijał się pod stopami, to jednak człowiek zapadał się tylko trochę powyżej kostek, do kolan było jeszcze daleko. Jednak mimo to, tempo drastycznie spadło, zwłaszcza że i teren zaczął się już podnosić. Choć okolica nie obfituje w porze zimowej w żadne specjalne widoki, to trzeba przyznać, że miło się szło. Szlak obfituje w liczne skróty po prostej ścinające rozciągłe trawersy, jednak wysiłek który trzeba było włożyć w przejście normalnego szlaku był tak duży, że nawet nie myślałem o skracaniu. Być może latem, ale nie w takim śniegu...



Stara jodła-oszustka

Powoli dochodzę do Starej Jodły. Ot, stoi sobie drzewko na środku, ogrodzone siatkami od ludzi i zwierząt, spod śniegu nawet nie widać żeby było w jakiś sposób specjalne. Tutaj dłuższe przeliczanie czasów przejścia, potencjalnych alternatyw... i wniosek nasuwa się jeden: raczej nie zdążę już dojść na Sowę. Śnieg, choć pozornie nie tak strasznie „kopny”, zbytnio opóźnia marszrutę. Z resztkami dogasającej nadziei co prawda ruszam dalej, ale to raczej taka złudna nadzieja: dojdę do kolejnego rozwidlenia, a tam zobaczę, czy faktycznie tak bardzo się opóźniam w stosunku do czasów szlakowych.
Korzystając z Expressmapy Sudety Środkowe, w tym miejscu radzę uważać. Wbrew temu, co widzę na papierze, szlak niebieski przez rozwidla się nagle nie przy Starej Jodle, ale kawałek dalej. Tak więc idąc na Sowę, przez kolejnych 100 metrów idzie się zbitkiem szlaków żółtego, zielonego i niebieskiego, jednak gdy kawałek dalej pozostaje tylko niebieski – to znaczy, że droga prowadzi na Bielawę. Uprzedzam, bo zapamiętując że na Sowę najprościej iść niebieskim, można nie zwrócić uwagi na pozostałe szlaki – zwłaszcza, że akurat na tym skrzyżowaniu niebieski ma 3! rozgałęzienia (z czego jedno króciutkie, tylko do Starej Jodły i z powrotem).
Potem idę jeszcze kawałek korzystając z uroków zimowego lasu. Co jakiś czas gdzieś z boku słyszę pojedyncze odgłosy spadania czap śniegowym z gałęzi. Gdy mam szczęście, że dzieje się to przede mną – to oprócz głównego upadku znacznej części takiej czapy, widzę też śniegowe płatki z tej mniej zbitej części przepięknie rozsypujące się bezwładnie wokół, tworząc wrażenie rozpraszającej się, opadającej śnieżnej chmury. Niestety, utrafić z taką na zdjęcie już nie tak łatwo...



Niezdobyta Sowa

Gdy dochodzę do rozwidlenia pod Młyniskiem, już widzę, że należy odpuścić sobie dalszą wędrówkę. Jeszcze kawałek, jeszcze dwa zakręty – żeby zrobić ładne zdjęcia, no i może chociaż za kolejnym zakrętem jakiś widoczek ładny... tak przechodzę jakieś 50-100 metrów. Żeby „nie wracać tą samą drogą”, schodzę na idącą dosłownie 2 metry obok drogę żółtego i zielonego szlaku... i tu robi się mniej wesoło. Jak na drodze warstwa puchu nie budzi żadnych niespodzianek, tak w połączeniu ze skosem stoku momentami stawiając kroka tworzę całkiem spore zapadliny. Na szczęście to tylko kilka kroków – jednak gdyby taki śnieg miał stanowić przeszkodę na dłuższym odcinku, to nawet nie ważyłbym się iść dalej bez nart czy rakiet śnieżnych. Co zielony szlak miał na sobie zdecydowanie grubszą warstwę śniegu niż niebieski (widać wszyscy wybierają najkrótszą drogę na Sowę) to poza tym krótkim zejściem między drogami, obyło się bez niespodzianek.



A potem już tylko powrót. Jeszcze kilka zdjęć ośnieżonych drzew, jeszcze kilka spadających czap. 
Starą Jodłę omijam jednym ze wspomnianych skrótów. Akurat to okazuje się niekoniecznie najlepszym krokiem – tak jak gdzie indziej, nogi bezwładnie wpadają w śnieżną poduszkę, co w połączeniu akurat z zaplątaniem się w liany malin mogłoby się okazać niebezpieczne, na szczęście zwiększenie trochę ostrożności w stawianiu kroków i zwolnienie tempa wystarcza. Jeszcze tylko krótka obserwacja jak sobie koty radzą na śniegu (mimo, iż z racji wagi dużo mniej się zapadają, to też miały spore problemy z zejściem ośnieżonym stokiem), krótka sesja zdjęciowa z lasocińskim wilczurem (skorym do zabawy – i pozowania w zupełnie niefotogeniczny sposób) i na odśnieżonej już drodze można powoli zacząć się rozpędzać z powrotem do domu.

piątek, 22 lutego 2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zima koloru nieba i śniegu


To był krótki spacer. Nie chciało mi się daleko jeździć, w okolicy Wrocławia śniegu nie było, najbliższe górki to Wałbrzych – a akurat nie miałem pomysłu na dłuższą pętelkę przy samym Wałbrzychu. Zamkowa Góra w połączeniu z Borową na mapie wyglądała świetnie, opcja zrobienia ciut większej pętelki w miarę ładnego śniegu też jakaś była – więc czemu by nie.
A więc zaczynamy. Pod wiaduktem w Wałbrzychu, prawie że na stacji Wałbrzych Główny. Gdzieś między podwórkami trafiam na kałużę skutą cieniutką warstewką lodu, z gatunku takich, które uwielbiam rozkruszać nogą. Potem między starymi, zniszczonymi budynkami otaczającymi podwórko wychodzę czerwonym szlakiem na pole. Tu trafiam na byłego górnika, jak się okazuje także zapalonego kiedyś łazika. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, w szczególności o pylicy i o tym, jak niszczy ona życie tych, co kiedyś pracowali pod ziemią. Trochę o grzybach, które mi ten człowiek opowiadał gdzie zbierać (i trzeba było mu przypomnieć że to nie ta pora roku), trochę o ruinach na Zamkowej Górze, i o tym, że nie, nie idę do Andrzejówki. Jakoś nie przepadam ani za tym schroniskiem, ani tą nadmiernie eksploatowaną okolicą, a i szlak na tej trasie zapowiada się najmniej ciekawie.
Potem przez pole, gdy nagle słyszę donośne szczekanie dużej ilości psów. Jak na wieś, musiałoby być ich strasznie dużo, a przecież dopiero wyszedłem z miasta, kiedyś wojewódzkiego, więc psy raczej nie powinny tak hałasować. Jak się później dowiedziałem, pobliskie schronisko dla zwierząt dla wielu jest wręcz punktem orientacyjnym.
Droga powoli zaczyna kręcić się lasem, i tu już widać trochę więcej śniegu. Jeszcze przez pewien czas jest to jednak tylko cieniutka posypka, spod której silnie przebijają jesienne brązy. Słowem, kolorystyka niczym gofr posypany cukrem pudrem, a i to korzystając z resztek tego ostatniego.

Im dalej w las, tym więcej … śniegu

W miarę jak droga coraz bardziej zagłębia się w las, coraz bardziej wzrasta wysokość na której jestem. W którymś nawet momencie nawet zaczyna mi brakować tchu, co chyba jednak bardziej jest wynikiem mojej utraty kondycji, niż stromego zbocza. Powoli też wzrasta ilość śniegu wokół. Z każdym przebytym metrem jest jakby więcej tego „cukru pudru”, a po tym ciut bardziej męczącym podejściu nagle okazuje się, że cała ziemia pokryta jest śniegiem. Choć nie jest to warstwa tak gruba, żeby zapadać się po kolana, biała pokrywa sprawia specyficzne problemy. Gdy stawiasz na niej nogę, najpierw ostrożnie, sprawdzając czy się podda pod ciężarem, pod podeszwą czujesz pękanie delikatnej, lodowej skorupki, po czym noga pewnie staje na śniegu. Delikatnie głębiej się zapada, gdy pewniej opierasz się na tej nodze. I dopiero, gdy podnosisz drugą kończynę i przenosisz swój ciężar na postawioną właśnie nogę – nagle pod butem zapada się śnieg. Tak, żeby za prosto nie było.
Za to okolica powoli nabiera takiej kolorystyki, jaką w zimie najbardziej lubię. Białe gałęzie wspaniale kontrastują z granatem nieba... gdzieniegdzie nawet pokryte delikatnym lodowym nalotem delikatne witki brzozy wręcz błyszczą światłem odbitym od słońca. Widok będący najlepszą nagrodą za te chwile podchodzenia pod Borową i krótkotrwałego błądzenia wśród drzew na słabo oznakowanej górze.
Krótka sesja zdjęciowa, i zejście na dół. Nie powiem, że było prosto – baa, choć z pewnością zadyszka byłaby niezła, to chyba wolałbym tędy wchodzić niż schodzić. Choć pozornie początkowo zejście do stromych nie należało, to jednak w pewnym momencie zaskakuje ogromny wyłom w skale. Zejście mocno pochyłe, prawie że bliskie pionu, na dodatek pokryte lodem mocno już wyślizganym przez osoby idące przede mną w obydwu kierunkach, z pewnością lepiej by się nadawało do zjechania nim sankami niż do schodzenia. Słowem: masakra, na szczęście tą przeszkodę daje się obejść bocznymi ściankami tego wyłomu. Chociaż wciąż stromo, to jednak już trochę mniej, do tego droga wciąż jeszcze pokryta świeżym śniegiem. I te drzewa, na których można się zatrzymać co kilka kroków, zanim się jeszcze człowiek rozpędzi do niebezpiecznej prędkości.
Jeszcze kawałek i dochodzę do przełęczy pod Borową. Stąd rozpościera się panoramka, co do której mam mieszane uczucia. Z jednej strony, z pewnością panoramka ta byłaby piękniejsza gdyby odległe góry zazieleniły się wiosną czy latem, z drugiej jednak strony – budzi wątpliwości, czy wiosną będzie ją widać zza drzew najbliższego stoku.
A potem dalej w drogę, w kierunku Przełęczy Koziej. Tu już nie ma lodowej skorupki na warstwie śniegu, generalnie droga to lód z przebijającą spod niej domieszką zmrożonej ziemi. Dlatego gdy na przełęczy Koziej zastanawiam się nad ewentualną pętelką dodatkową w kierunku Kamieńska i Jedliny, wolę jednak sobie odpuścić. Bo raz, że będzie równie lodowo, bo dwa, że mogę nie zdążyć przed wieczorem, bo trzy że bez śniegu to pewnie nie będzie na trasie nic ciekawego, no i po cztery, że mnie może wywiać z zimna. Bo chociaż na reszcie trasy nie było z tym problemów, to akurat na przełęczy Koziej wiało całkiem mocno.

Powrót przez zniszczony zamek

No więc powrót, tym razem przez Górę Zamkową. Zwiezione przez leśników ścięte drzewa całkiem dobrze maskują zejście na żółty szlak i gdyby nie kierunkowskaz, to chwilę bym szukał właściwej drogi. Chociaż – może i mieli oni jakiś cel w tym ukrywaniu drogi? Bo zejście choć nie jest bardzo strome, za to pełno na nim lodu, i kilka razy o mało co nie zaliczyłbym jakiejś wywrotki. Na szczęście bez upadku daje się dojść do granicy lasu, gdzie spotykam parę staruszków.
A więc znów chwila na pogaduchy. Najpierw mnie wypytują, którędy szedłem, jak długo mi to zajęło, że cieszą się, że jeszcze są tacy młodzi, co chce im się gdzieś chodzić. Po chwili okazuje się, że widzieli mnie jak zaczynałem spacer, a żeby się upewnić, że to byłem ja, to mówią że widzieli jak kruszyłem lód na kałuży na podwórko. To także od nich się dowiaduję, że droga którą szedłem to droga koło schroniska, i stąd te rozszczekane psy.
Swoją drogą, w tej okolicy radzę uważać. Jeden ze znaków sugeruje, że krótko przed budynkiem należy skręcić w prawo. Choć znak sugeruje zejście z głównej drogi i wejście znów pod górę, to nieuważnie można skierować się na Wołowiec, mimo iż Zamkową Górę widać już z bliska. Więc w razie wątpliwości, sugeruję jednak dojść do budynku, a dopiero wtedy rozglądać się za szlakiem.
Tu znów czeka nas podejście, choć wcale nie najlższejsze, to jednak stosunkowo krótkie. Zresztą, dla mniej zaprawionych w chodzeniu, wokół pełno wydeptanych bardziej płaskich trawersów, więc nie trzeba zdobywać zamku forsownie.
No właśnie, zamek. W pierwszej chwili nie wygląda na zbyt wielki. Ot, narożnik ściany wysokiej na 3 metry, i nic więcej. Plus mała płaska platforma obserwacyjna, z której wypatrywano wroga. Dopiero kilka metrów dalej można się przekonać o powierzchni, jaką zajmował ten zamek, z którego dziś zostało tak mało. Kilka ścian ledwo wystających z ziemi, z jednej strony zachowana brama, zniszczone schody po których można wejść na taras widokowy pewnie jeszcze pamiętający barierki sprzed kilku lat... i znów napotkany turysta, z którym można porozmawiać o tym, co nam pozostało po naszych przodkach, o ile inaczej Dolny Śląsk wyglądałby gdyby nie ogrom pracy włożonej przez Niemców i jak mało dbamy o nasz teraz teren. No i małe ostrzeżenie o stromości zejścia... no cóż, w połowie zejścia żałowałem, że nie skorzystałem z rady tego człowieka i nie wróciłem do „cywilizowanej” drogi, którą można by i samochodem przejechać. Z drugiej strony – to już był taki moment, że sam nie wiedziałem, czy wolę kontynuować schodzenie w tym miejscu, czy wolę zaryzykować tak forsowny powrót. A że już było widać koniec tego stoku, to wolałem zejść na dół, aby już bez większego wysiłku przejść przez polanę, a potem wrócić do samochodu. Na przyszłość – podejście pod Zamkową Górę od strony miasta polecam wszystkim, którzy mają ochotę na forsowny trening kondycyjny.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Krucza szaruga


A więc wreszcie się wyrwałem. Bo ciągle było „to i tamto do załatwienia”. A to za późno się wstało, a to pogoda nie ta, a to wreszcie plener w Krakowie... chociaż wstałem nie najwcześniej, to pora powiedzieć „dość” ciągłemu wynajdowaniu pretekstów do lenistwa. Lubawka i koniec, w końcu słońce zachodzi później niż o 3-ej, więc nawet uwzględniając 2 godziny w jedną stronę, wciąż pozostaje czas na spacer. A choć pogoda nie do końca piękna, to na kolejną śnieżną okazję trzeba będzie czekać nie wiadomo jak długo.


Ale do Lubawki trzeba dojechać – a za oknem samochodu przeróżne widoki. A to chwilowe przejaśnienie i białe gałęzie na tle granatowego nieba, a to zaraz mgła i szaruga wokół próbuje odstraszyć. Miejscami chciałoby się zatrzymać i wyjść na spacer akurat tutaj – no tak, ale zaraz okaże się, że szlaków nie ma, że poza tymi ośnieżonymi drzewkami nic ciekawego wokół nie ma – a czas na zatrzymanie się i szukanie czegoś się straci. Więc lepiej jechać dalej.
Lubawka... nie przywitała mnie porażającym pięknem zimy. Wręcz odwrotnie – kierunek który początkowo oceniłem jako wybrany z rana, w domowym cieple pieleszy, straszy czarnymi drzewami. Dopiero po chwili orientuję się, że nie – mój kierunek to te pagórki ginące we mgle. Czy ja na pewno chcę pakować się w tą mgłę???



Ale cóż, stracić tyle czasu na dojazd i sobie odpuścić – szkoda. Więc przez pola, zupełnie na czuja, choć ta odległa przełęczka kusi. Ale nie będę w obcym sobie terenie gnał na szagę. Poza tym, trochę nie wypada krukowi zgubić się w Kruczych Górach?
A więc przez pole – po wydeptanych śladach, bo spod śniegu nie przeziera nawet najmniejszy przejaw ścieżki. Choć momentami wątpię, czy to właśnie tędy idzie szlak – to co innego mi pozostaje zrobić? I choć tu jeszcze miały być dwa szlaki piesze, to okazuje się, że zielony już gdzieś ode mnie uciekł, nie po raz jedyny zresztą tego dnia. Niebieski – trochę zbyt nagle i ostro skręca, choć faktycznie z mapy można by się tego spodziewać. 
Kawałek wśród drzew – i okazuje się, że moje turystyczne przeczucie mnie nie oszukało jednak. Zamiast iść mocno po skosie, a potem zawracać wzdłuż lasu, ale któż by o tym wiedział? No, mapa wiedziała – ale w tym zagęszczeniu szlaków i znaków na końcu Lubawki nie widać zbyt wielu szczegółów.
Tymczasem szlak wychodzi z lasu i biegnie wzdłuż strumienia. Szlak zmusza do skakania przez płytki rów, aby kilkaset metrów nakazać wrócić (tym razem już jakimś mostkiem) z powrotem na lewą stronę. Chwilę później niebieski szlak ucieka w las, aby powoli zacząć wspinać się ku górze.

Niebo widziane z lisiej nory

Początkowo trasa wydaje się zbyt szara. Słońce chowające się za szarymi chmurami i mgłami w połączeniu z czarnymi, nieośnieżonymi gałęziami nie napawa optymizmem. Jednak w którymś momencie napotykam pierwszą przecinkę – i chwilowe przejaśnienie. Przecinka pozwala z nadzieją spojrzeć na górę – nie tylko w niebo, ale i na stok, na którego szczycie widzę to, co w zimie lubię najbardziej: białe, oszronione gałęzie i granat nieba. Jeszcze tylko żeby ten pierwszy, stromy odcinek wzgórza nie zasłaniał... niestety, śnieg zbyt szybko zjeżdża ze stromo nachylonej skały, a ja wraz z nim. Więc nie pozostaje nic innego jak zrobić zdjęcie z perspektywy lisiej nory i iść dalej.



Takich przecinek spotykam jeszcze ze trzy, aby dotrzeć do przerzedzenia drzew także po prawej stronie. Dzięki temu mogę podziwiać ośnieżone stoki pobliskiego Bogdała – i z zazdrością spoglądać na te pobielone drzewa naprzeciwko. Tu gdzie stoję, widać tylko drobne śnieżne czapy na co bardziej rozłożystych świerkach. Choć jeszcze przed dojściem do Rozdroża Trzech Buków to się zmienia, i po chwili zaczynam fotograficznie szaleć z aparatem. Wszędzie wokół tak idealnie szaro (o ile akurat nie napatoczą się przed obiektyw jakieś oszronione resztki liści), że nawet obrabiając te zdjęcia w domowym zaciszu stwierdzam, że wszelkie zabawy saturacją kolorów czy konwersja na black&white praktycznie nie zmieniają zdjęcia.
A na rozdrożu kierunkowskazy. Wśród nich i ten: Krzyżówka BHP – 15 minut. A może tylko 10? Nie ważne – dopiero teraz skojarzyłem, że to jakże popularne skrzyżowanie szlaków znajduje się właśnie w Górach Kruczych! Choć ciężko odgadnąć pochodzenie tej jakże nietypowej nazwy, to szkoda by nie odwiedzić.
Krzyżówka BHP

No więc krótki spacerek w kierunku krzyżówki. Oczywiście z mapowych 10 minut wyszło zdecydowanie więcej, bo tu ośnieżony krzaczek, tam drzewko. Jakoś jednak dotarłem na miejsce, przekonując w międzyczasie że jeszcze jest w stanie upchnąć w siebie parę zdjęć kosztem tych, które na dysk laptopa zgrałem już w domu. Jeśli chodzi o samą Krzyżówkę – no cóż, myślę że ciekawsza była droga do niej niż sama krzyżówka 7 odnóg leśnych. Choć na niektórych wrażenie może robić czaszka jakiegoś zwierzęcia nad wejściem do wiaty, to zbyt dużo takich widziałem wśród myśliwych w rodzinie, żeby się teraz nią specjalnie przejmować.

Powolny powrót do domu



Powrót do rozdroża Trzech Buków zajmuje zdecydowanie mniej czasu, i tu zaczynają się kłopoty. Drogowskaz wskazujący kierunek powrotu pokazuje... jakąś dziurę między drzewami, dokładnie w środku pomiędzy dwiema drogami. Dopiero dokładne przyjrzenie się kierunkom wszystkich odnóży szlaków na mapie daje jakieś mgliste pojęcie która z dróg może być właściwa. Na szczęście udało się dobrze wybrać, choć droga to tylko pas ziemi bez drzew. Spod grubej warstwy śniegu nie widać żadnych jej śladów, w tym miejscu teren jest też na tyle płaski, że nie opada ani nie wznosi się zauważalnie z żadnej strony. Na białym puchu nie ma nawet jednego śladu przechodzącego tu człowieka czy zwierzęcia.
Dopiero kilka minut później teren znów nabiera górskiego charakteru. Po prawej zauważam jakby ciut wyżej grań, więc staram się wejść na nią licząc na ciekawe widoki. Choć wydawałoby się, ze stąd będę miał ciekawe widoki, to okazuje się jednak że za wzniesieniem są jedynie ciut niższe drzewa – o tyle niższe, że zdawało się z drogi że będzie ładna łacha widokowa, na tyle wysokie, że jednak punktu widokowego tu nie ma.
Tak więc idę dalej. Mijam kolejne przecinki, które tak atrakcyjnie wyglądały z dołu. Niestety, tym razem droga znajduje się już zbyt wysoko i nie widać tych wspaniałych widoków. Tak więc dalej idę w śniegu, i gdyby nie drzewo zwieszające się nad drogą uniemożliwiając przejście nie zauważyłbym, że szlak odbija w bok w niezauważalną ścieżkę. Okazuje się jednak, że to właśnie Krucza Skała i lekkim łukiem dochodzę na punkt widokowy. Mgła co prawda zasłania dalsze szczyty i widoczna jest tylko Sępia Góra i nieznaczny kawałek stoku Bogdała, to dzięki niej zmienia się odbiór gór. To już nie piękne panoramki z poszarpaną szczytami linią horyzontu. To raczej góry dostojne, potężne lecz nie zawsze dostępne które w każdej chwili mogą zagrozić śmiałkowi który odważy się postąpić o krok za daleko.


Z punktu widokowego na Kruczej Skale wracam kilka metrów do miejsca, w którym ostatnio widziałem szlak. Niestety, dalsze oznakowanie ginie gdzieś wśród ośnieżonych drzew, i bardziej na czuja niż według znaków schodzę na dół. Chociaż już w przełęczy domyślam się, że szlak idzie raczej granią ciut powyżej mnie, to raczej wolę zejść w dół i potem wypatrywać znajomych budynków, niż ryzykować wchodzenie na górę i szukanie szlaku. W końcu schodząc korytem górskiego strumyka z pewnością dojdę do podnóża góry, idąc granią mogę trafić za to na nieprzebytą przepaść. Na szczęście nie wyrzuciło mnie mocno w bok od zamierzonego kierunku i wychodzę kilkaset metrów od miejsca, w którym szlak niebieski wchodził z pola w las na początku wędrówki. Usilnie szukam zagubionego szlaku, bo przecież powinien być gdzieś między tymi dwoma miejscami, i gdy już praktycznie się poddaję – nagle go odnajduję. Patrząc po kierunku, chyba faktycznie szedł zalesioną granią. Ale pora już zbyt późna, aby przejść jeszcze ten kawałek i odnaleźć miejsce, gdzie go zgubiłem. Słońce już pewnie zachodzące za linią horyzontu chowa się także za chmurami, a wokół robi się zbyt ciemno żeby jeszcze chodzić po lesie.  


czwartek, 10 stycznia 2013

Podróże to prawdziwy lajfstajl


Jak co roku Onet organizuje konkurs na Blog Roku. Niestety, w tym roku, z sobie tylko znanych przyczyn, postanowiono zlikwidować kategorię blogów podróżniczych, jakby blogi te zniknęły z internetu. Prawdziwy podróżnik, Marek Kamiński, przydzielony został jako juror do grupy blogowych pamiętników, natomiast podróżników dzielących się wrażeniami ze swojej grupy na siłę upchnięto do tej samej grupy, co blogi piszące o ciuszkach i modzie. Nie uznaje się udziału blogów podróżniczych w o wiele bardziej pasujących do nich kategoriach "Pasje i zainteresowania" (jakby turystyka nie była  pasją czy zainteresowaniem), "Ja i moje życie" (mimo iż dla wielu podróżników to jedyny sposób na nadanie kierunku największej swojej podróży jaką jest życie). Aby jeszcze zmniejszyć szanse na zdobycie jakiegoś szanowanego miejsca, jurorem mającym dokonać wyboru między chwaleniem się ciuszkami i kreacjami a podróżami ma być Anna Mucha, jak piszą organizatorzy konkursu "ikona mody i stylu". Czy uważacie więc, że jej wybór będzie obiektywny i uczciwy, czy też uważacie, że organizatorzy skazują wszystko, co nie jest blogiem modowym na przegraną?
W odpowiedzi na takie zlekceważenie, autorzy blogów skrzyknęli się w akcji "Podróże to prawdziwy lajstajl", publikując wpisy pokazujące co myślą o tegorocznej edycji konkursu. Choć mam swój drobny udział w ostatecznym wyglądzie logo, nie mogłem uczestniczyć w głównej fali tej akcji. Ironicznie, przeszkodą była... podróż, przelot samolotem. I z oporami działający internet na lotniskach i w małym francuskim hoteliku - choć niby to Europa, to w mniejszej skali odczułem problemy z którymi spotykają się inni podróżnicy, o bardziej światowym zasięgu. Choć może większym problemem było zagubienie się w nadmiernym tempie rozwoju akcji, w narzędziu które używane było do komunikacji (bo mimo używania go od dwóch lat, wciąż nie umiem używać wielu narzędzi facebooka). Lecz mimo iż jestem gdzieś poza główną falą tej blogowej powodzi, myślę, że warto chociaż wrzucić jakieś info o akcji. I życzyć zarówno im, jak i sobie, aby onet zmienił swoje podejście do blogów podróżniczych w następnym roku.

Poniżej lista blogów uczestniczących w akcji:
Alicja i Andrzej // losviaheros.pl
Ania i Jakub // podrozniccy.com
Kuba // guideless.tv
Ania i Rafał // zlaptrop.com
Ewa // www.dalekoniedaleko.pl
Gosia i Romek// nawlasneoczy.wordpress.com
Ania // www.cuba-miamor.blogspot.com
Renata// polonia-sardynia.blox.pl
Monika // www.wokoloswiata.blogspot.com
Joanna // www.wedrowni.ufale.pl
Anna (plus Tom plus Hanna plus Mila) // www.thefamilywithoutborders.com
Ola // pojechana.wordpress.com
Michał // torellexpedition.pl
Maciek // http://skokwbokblog.com/
Emilia // emiwdrodze.wordpress.com
Agnieszka i Tomek // www.naszcalyswiat.pl
Łukasz // lkedzierski.com
Marek // www.zyciewtropikach.com
Kuba i Asia // http://bezdomu.wordpress.com
Karolina // http://koralinatropiprzygody.wordpress.com
Paweł Kra Kra // http://travelerlife.wordpress.com/
Magda // http://www.careerbreak.pl
Magda i Tomek // http://www.magda-tomek.com
Luiza i Bartek // http://lbtu.blogspot.com
Paulina i Rafał // www.vagabundos.pl
Karolina // http://ethno-passion.blogspot.com/
Witold // http://wypadnaweekend.blogspot.com/
Rafał // http://www.drwartacz.blogspot.com/
Karol i ekipa Busem Przez Świat // www.busemprzezswiat.pl
Karol // www.nowak.com.au
Kami // www.mywanderlust.pl
Kasia i Maciej // www.ruszajwdroge.pl
Ania // www.kronikiegipskie.blogspot.comSzymon // www.znajkraj.pl

środa, 2 stycznia 2013

W pośpiechu chaosu (Zagubione wspomnienie jesieni)


To już zima. Lecz gdzieś się kawałek jesieni w przedświątecznym przygotowaniach zawieruszył – więc dziś go wyciągam.

Poranne mgły


Poranek. Mleczna mgła odbarwia zżółkłe ze starości trzciny. Niemrawo płyną szarobure kaczki. Na siedzeniach porzuconej przez ludzi kawiarni zasiadają tylko brązowe jesienne liście, te same, które na stołach tworzą zarazem obrus, zastawę i bogate jesienne dania jedynie przy niektórych stolikach okraszone połyskującym kasztanem czy wciąż zielonym żołędziem.
Tak właśnie powitała mnie Trzebnica, gdy wczesnym listopadowym rankiem przyjechałem do stolicy Kocich Gór w kolejne odwiedziny. Zamknięte wrota bazyliki nie zapraszały do zwiedzania, podobnie jak podwórza klasztoru dziś jakby zupełnie nieprzyjazne ludziom. Wiatr zamienił zieleniejące jeszcze kilka miesięcy temu drzewa w odstraszające badyle. Więc trzeba iść dalej, przed siebie. Zza obsypującego się komisariatu każdego wędrowca obserwuje czujne oko Boga, wypatrujące najmniejszej skazy na grzechu, śladu przewiny, powodu do oskarżeń. Więc dalej iść, dalej, przed siebie, na rozdrożu uciekając w lewo, bliżej natury, bliżej drzew, pól, lasów.
Dopiero przy stawie odetchnąć można. Tak, woda, o ile akurat nie pędzi w swym żywiole, zawsze służyła ukojeniu duszy. Tak i tym razem jest, a otaczająca zewsząd mgła sprzyja melancholijnemu odpoczynkowi starganej nerwami duszy. Spokojnym krokiem przejść można pomiędzy dwoma stawami, obok metalowego żagla na brzegu, spoglądając na wlokące się po wodzie kaczki, jakby wciąż jeszcze przez sen dryfujące z prądem. Zakratowany most blokuje dostęp do wyspy, współczesnego grodziska.

Budowle ukryte wśród drzew

Na szczęście park nie zamknięty, brama otwarta. Dróżki nieuprzątnięte z opadniętych zbrązowiałych liści przypominają, że późna to już jesień i wkrótce czapkę przyjdzie nosić. Lecz póki jeszcze śniegi nie spadły, póki droga nieśliska, kościół malutki w parku odwiedzić można. Chciałoby się powiedzieć kościół malutki, skromniutki – bo tak się z zewnątrz zapowiada. Gdy jednak do środka zajrzeć – kościółek pełen zdobień, jasny, kolorowy, niczym chwałę Pana mający jak najpiękniej oddać. A może to duma i pycha, grzech zamknięty w kolorze, diabelska ułuda, czarcie kuszenie pięknem? Kolorowe rośliny oplatają każde załamanie, każdy łuk, a sufit, niczym niebieski dywan z ozdobnymi wykończeniami krawędzi ponad głowami rozpostarty. I tylko te marmurki takie plastikowe, niczym drewno ozdobną taśmą oklejone – a mimo to piękne.


Ech, byłbym zapomniał, gdzieś po drodze domek jakiś biały, liśćmi zasypany, niczym by się w chowanego z człowiekiem bawił. Drzewko jakieś przygarnął, aby za nim się schować, okna deskami zakrył aby się lepiej zamaskować. I tylko ściany białe zostały, jakby mchem zapomniał ich zamaskować.




Czerwona królowa wśród kolorowych pól kapusty

A na górze, wraz ze mgłą, magia jesieni się powoli rozwiewa. Wokół tylko puste o tej porze roku pola i sady. Wśród straszących swymi łysymi badylami drzewek mieni się czerwona królowa. Niczym korale, setki niezebranych przez sadownika jabłek cisną się na jednym drzewku, rozpychają się. Wręcz krzyczą: zbierz mnie, uratuj przed szpakami – a odwdzięczę ci się niesamowitą słodyczą. Czemuż jedno drzewko pozostawione z ciążącym brzemieniem owoców? Któż to wie... z pewnością nie ujadający pies który ich pilnuje, więc po cóż go pytać?


A dalej trawy... bardziej zielone, czy może bardziej żółte? Wypłowiałe i wyschnięte, zasuszone i martwe, czy wciąż jeszcze żywe? Gdzież jest granica? I jak ustawić balans bieli, aby to piękno oddać? Kontrast, nasycenie, odcień i temperatura światła – niewiadome matematycznego równania, które nie ma rozwiązania.
Tymczasem... to już siedziby ludzkie. 


Długie drewniane żerdzie podtrzymywane przed upadkiem podpierającymi je pionowymi tyczkami, tworzą stos. Tak samo jak stos tworzą czerwone cegłówki, wciąż jeszcze ułożone w kształt wielkiego, sypiącego się ze starości pałacu, który nie wiadomo jak długo jeszcze będzie dawał dach nad głową kryjącym się w jego wnętrzach ludziom. Więc dalej to, dalej, zanim piękno uleci, zanim się pałac rozsypie. Dalej, więc dalej, na przełaj przez morze kapusty, przez rozpostarte liście spomiędzy których już dawno ktoś powyżynał jakże cenne głowy. Liście, po których spływają krople rosy, liście, które wciąż jeszcze potrafią ułożyć się w kształt łudząco kwiat przypominający.
Lecz dalej, iść dalej, przez pola, pod mostem, znów do siedzib ludzkich wracać. Do siedzib zamieszkanych... i tych opuszczonych, pałaców zaniedbanych, ciszą i porzuceniem straszących. Do szyldów rudą rdzą ociekających, do farb płatami od ścian odpadających, do ciemności przez pojedyncze promienie światła jedynie rozproszonych... lecz nie o nich dziś gadać, historie to zbyt straszne, więc dalej, i dalej, od strachów uciekać. Pod mostem, torami, od strachów uciekać...
...

UWAGA!!! ZAKAZ WSTĘPU - TU STRASZY!!!

Brąz -kolor który uspokaja

Roztaczające się wokół ciepło brązowych liści uspokaja. Choć kolejowe tory nadają pewien kierunek, to wystraszone wciąż myśli rozbiegają się wokół. I tak też wędruję – to trochę dołem, niczym pociąg po torach, to trochę górą, nasypem. Co chwila przystając na zdjęcia – a to malowniczy szyn zakręt wśród drzew jesiennych, a to krzaczki jeszcze niziutkie, kilkucentymetrowe ledwie – w swej szarości niczym martwe wśród jakże żywych kolorów liści. A przecież to one, te krzaczki są żywe, a te liście choć zwiędłe, to zwiędłością swą kolorowe, żywot swój dawno zakończyły. Jakże złudnie obrazy bawią się z naszym umysłem.
Kawałek dalej kolejny nasyp, odbić od torów mi tu trzeba. Aby wspinaczki sobie zaoszczędzić, już na początku po zewnętrznej stronie go przechodzę. Kawałek dalej droga, która dopiero co porzucone tory w poprzek mostem przekracza... ech, szkoda żem z torów zboczył, bo most przepięknie się zapowiada, lecz cóż, schodzić i wchodzić ponownie nie będę, zwłaszcza że nie wiadomo jak daleko się cofać trzeba aby piękno mostu docenić. Więc czas zaoszczędzony na odpoczynek przeznaczam. Pod dębem pradawnym, który wszystkich wokół już przeżył i sam jeden na środku pozostał. Zbyt daleko mu by do innych drzew zagadać, stary gaduła liśćmi mnie próbuje zaczepiać, dawne dzieje opowiadać. Historie zapewne piękne, spisania godne – lecz cóż z tego, skora ja szeptu liści zrozumieć nie umiem? Więc jedynie posiłek mój śpiewem wiatru wśród gałęzi umila, i cienia kawałek użycza – bo choć ciepła już słońce nie daje, to nisko stojąc na niebie oczy oślepia.

Jesienna kawiarenka


Do domu wracać już pora

Lecz skoro słońce na niebie nisko – do domu wracać pora. Polami, miedzami... drogą której nie ma. Na płaskim idzie się niczym po grudzie, bo ziemia gliniasta w bryły zbita. Lecz jeszcze gorzej na zacienionym stoku – tu, choć wieczór, ziemia z porannej rosy jeszcze nie wyschła. Więc stawiam krok za krokiem, a buty co rusz w dół uciekają, gdy tylko je na śliskiej ziemi postawię. Zmoczone grudy, pozornie twarde, błotnista otoczką obrosły, co nie tylko się na niej człowiek ślizga, ale i gliniastym błotem spodnie szybko brudzi. A potem znów do góry... lecz to już cywilizacja. Droga, choć wciąż polna, tu już utwardzona, ułatwia wędrówkę znużonym nogom. Wokół... sady, jabłonie. Niektóre wciąż obwieszone czerwonymi, soczystymi jabłkami... grzech nie skorzystać. Idąc dalej, jabłonie powoli ustępują miejsca budynkom, najpierw małym sporadycznym drewnianym altankom, później już murowanym domkom jednorodzinnym, później wiekowym kamienicom. A więc to już koniec wędrówki na dzisiaj...