środa, 2 stycznia 2013

W pośpiechu chaosu (Zagubione wspomnienie jesieni)


To już zima. Lecz gdzieś się kawałek jesieni w przedświątecznym przygotowaniach zawieruszył – więc dziś go wyciągam.

Poranne mgły


Poranek. Mleczna mgła odbarwia zżółkłe ze starości trzciny. Niemrawo płyną szarobure kaczki. Na siedzeniach porzuconej przez ludzi kawiarni zasiadają tylko brązowe jesienne liście, te same, które na stołach tworzą zarazem obrus, zastawę i bogate jesienne dania jedynie przy niektórych stolikach okraszone połyskującym kasztanem czy wciąż zielonym żołędziem.
Tak właśnie powitała mnie Trzebnica, gdy wczesnym listopadowym rankiem przyjechałem do stolicy Kocich Gór w kolejne odwiedziny. Zamknięte wrota bazyliki nie zapraszały do zwiedzania, podobnie jak podwórza klasztoru dziś jakby zupełnie nieprzyjazne ludziom. Wiatr zamienił zieleniejące jeszcze kilka miesięcy temu drzewa w odstraszające badyle. Więc trzeba iść dalej, przed siebie. Zza obsypującego się komisariatu każdego wędrowca obserwuje czujne oko Boga, wypatrujące najmniejszej skazy na grzechu, śladu przewiny, powodu do oskarżeń. Więc dalej iść, dalej, przed siebie, na rozdrożu uciekając w lewo, bliżej natury, bliżej drzew, pól, lasów.
Dopiero przy stawie odetchnąć można. Tak, woda, o ile akurat nie pędzi w swym żywiole, zawsze służyła ukojeniu duszy. Tak i tym razem jest, a otaczająca zewsząd mgła sprzyja melancholijnemu odpoczynkowi starganej nerwami duszy. Spokojnym krokiem przejść można pomiędzy dwoma stawami, obok metalowego żagla na brzegu, spoglądając na wlokące się po wodzie kaczki, jakby wciąż jeszcze przez sen dryfujące z prądem. Zakratowany most blokuje dostęp do wyspy, współczesnego grodziska.

Budowle ukryte wśród drzew

Na szczęście park nie zamknięty, brama otwarta. Dróżki nieuprzątnięte z opadniętych zbrązowiałych liści przypominają, że późna to już jesień i wkrótce czapkę przyjdzie nosić. Lecz póki jeszcze śniegi nie spadły, póki droga nieśliska, kościół malutki w parku odwiedzić można. Chciałoby się powiedzieć kościół malutki, skromniutki – bo tak się z zewnątrz zapowiada. Gdy jednak do środka zajrzeć – kościółek pełen zdobień, jasny, kolorowy, niczym chwałę Pana mający jak najpiękniej oddać. A może to duma i pycha, grzech zamknięty w kolorze, diabelska ułuda, czarcie kuszenie pięknem? Kolorowe rośliny oplatają każde załamanie, każdy łuk, a sufit, niczym niebieski dywan z ozdobnymi wykończeniami krawędzi ponad głowami rozpostarty. I tylko te marmurki takie plastikowe, niczym drewno ozdobną taśmą oklejone – a mimo to piękne.


Ech, byłbym zapomniał, gdzieś po drodze domek jakiś biały, liśćmi zasypany, niczym by się w chowanego z człowiekiem bawił. Drzewko jakieś przygarnął, aby za nim się schować, okna deskami zakrył aby się lepiej zamaskować. I tylko ściany białe zostały, jakby mchem zapomniał ich zamaskować.




Czerwona królowa wśród kolorowych pól kapusty

A na górze, wraz ze mgłą, magia jesieni się powoli rozwiewa. Wokół tylko puste o tej porze roku pola i sady. Wśród straszących swymi łysymi badylami drzewek mieni się czerwona królowa. Niczym korale, setki niezebranych przez sadownika jabłek cisną się na jednym drzewku, rozpychają się. Wręcz krzyczą: zbierz mnie, uratuj przed szpakami – a odwdzięczę ci się niesamowitą słodyczą. Czemuż jedno drzewko pozostawione z ciążącym brzemieniem owoców? Któż to wie... z pewnością nie ujadający pies który ich pilnuje, więc po cóż go pytać?


A dalej trawy... bardziej zielone, czy może bardziej żółte? Wypłowiałe i wyschnięte, zasuszone i martwe, czy wciąż jeszcze żywe? Gdzież jest granica? I jak ustawić balans bieli, aby to piękno oddać? Kontrast, nasycenie, odcień i temperatura światła – niewiadome matematycznego równania, które nie ma rozwiązania.
Tymczasem... to już siedziby ludzkie. 


Długie drewniane żerdzie podtrzymywane przed upadkiem podpierającymi je pionowymi tyczkami, tworzą stos. Tak samo jak stos tworzą czerwone cegłówki, wciąż jeszcze ułożone w kształt wielkiego, sypiącego się ze starości pałacu, który nie wiadomo jak długo jeszcze będzie dawał dach nad głową kryjącym się w jego wnętrzach ludziom. Więc dalej to, dalej, zanim piękno uleci, zanim się pałac rozsypie. Dalej, więc dalej, na przełaj przez morze kapusty, przez rozpostarte liście spomiędzy których już dawno ktoś powyżynał jakże cenne głowy. Liście, po których spływają krople rosy, liście, które wciąż jeszcze potrafią ułożyć się w kształt łudząco kwiat przypominający.
Lecz dalej, iść dalej, przez pola, pod mostem, znów do siedzib ludzkich wracać. Do siedzib zamieszkanych... i tych opuszczonych, pałaców zaniedbanych, ciszą i porzuceniem straszących. Do szyldów rudą rdzą ociekających, do farb płatami od ścian odpadających, do ciemności przez pojedyncze promienie światła jedynie rozproszonych... lecz nie o nich dziś gadać, historie to zbyt straszne, więc dalej, i dalej, od strachów uciekać. Pod mostem, torami, od strachów uciekać...
...

UWAGA!!! ZAKAZ WSTĘPU - TU STRASZY!!!

Brąz -kolor który uspokaja

Roztaczające się wokół ciepło brązowych liści uspokaja. Choć kolejowe tory nadają pewien kierunek, to wystraszone wciąż myśli rozbiegają się wokół. I tak też wędruję – to trochę dołem, niczym pociąg po torach, to trochę górą, nasypem. Co chwila przystając na zdjęcia – a to malowniczy szyn zakręt wśród drzew jesiennych, a to krzaczki jeszcze niziutkie, kilkucentymetrowe ledwie – w swej szarości niczym martwe wśród jakże żywych kolorów liści. A przecież to one, te krzaczki są żywe, a te liście choć zwiędłe, to zwiędłością swą kolorowe, żywot swój dawno zakończyły. Jakże złudnie obrazy bawią się z naszym umysłem.
Kawałek dalej kolejny nasyp, odbić od torów mi tu trzeba. Aby wspinaczki sobie zaoszczędzić, już na początku po zewnętrznej stronie go przechodzę. Kawałek dalej droga, która dopiero co porzucone tory w poprzek mostem przekracza... ech, szkoda żem z torów zboczył, bo most przepięknie się zapowiada, lecz cóż, schodzić i wchodzić ponownie nie będę, zwłaszcza że nie wiadomo jak daleko się cofać trzeba aby piękno mostu docenić. Więc czas zaoszczędzony na odpoczynek przeznaczam. Pod dębem pradawnym, który wszystkich wokół już przeżył i sam jeden na środku pozostał. Zbyt daleko mu by do innych drzew zagadać, stary gaduła liśćmi mnie próbuje zaczepiać, dawne dzieje opowiadać. Historie zapewne piękne, spisania godne – lecz cóż z tego, skora ja szeptu liści zrozumieć nie umiem? Więc jedynie posiłek mój śpiewem wiatru wśród gałęzi umila, i cienia kawałek użycza – bo choć ciepła już słońce nie daje, to nisko stojąc na niebie oczy oślepia.

Jesienna kawiarenka


Do domu wracać już pora

Lecz skoro słońce na niebie nisko – do domu wracać pora. Polami, miedzami... drogą której nie ma. Na płaskim idzie się niczym po grudzie, bo ziemia gliniasta w bryły zbita. Lecz jeszcze gorzej na zacienionym stoku – tu, choć wieczór, ziemia z porannej rosy jeszcze nie wyschła. Więc stawiam krok za krokiem, a buty co rusz w dół uciekają, gdy tylko je na śliskiej ziemi postawię. Zmoczone grudy, pozornie twarde, błotnista otoczką obrosły, co nie tylko się na niej człowiek ślizga, ale i gliniastym błotem spodnie szybko brudzi. A potem znów do góry... lecz to już cywilizacja. Droga, choć wciąż polna, tu już utwardzona, ułatwia wędrówkę znużonym nogom. Wokół... sady, jabłonie. Niektóre wciąż obwieszone czerwonymi, soczystymi jabłkami... grzech nie skorzystać. Idąc dalej, jabłonie powoli ustępują miejsca budynkom, najpierw małym sporadycznym drewnianym altankom, później już murowanym domkom jednorodzinnym, później wiekowym kamienicom. A więc to już koniec wędrówki na dzisiaj...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz