Tym zdjęciem niestety nie jestem oddać magii tego miejsca, choć mam nadzieję, że choć trochę oddaje ten klimat. W świetle słońca przebijającego przez zielone liście, miejsce mocno zacienione choć wciąż jeszcze jasne. A w nim... stara rudera, pełna oblatującego tynku, pełna zniszczonego słońcem i czasem drewna. Drewna i tynku, których zniszczona struktura opowiada nam tajemniczą historię życia tego budynku. Więc gdy z zamku Grodno będziecie schodzić do Zagórza, nie pędźcie w dół, a z pewnością odnajdziecie to urokliwe miejsce.
piątek, 29 czerwca 2012
wtorek, 26 czerwca 2012
Kolorowe Jeziorka (Wojna Żywiołów)
Jezioro Pierwsze - Ogniste
Kolorowe jeziorka. Pierwsze, nie
wiadomo czemu z nazwy purpurowe... czy tak wygląda purpura? Mnóstwo
brązów, żółci, mnóstwo siarki, żelaza... istne królestwo ognia. Kolory ciepłe niczym
letnie ognisko. Poszarpane krawędzie horyzontu, wszędzie wystające ponad horyzont głazy, wierzchołki, wraz z drążącymi je jaskiniami – niczym
płomienie pożaru unoszące się ponad lasem. Choć piękny,
krajobraz niespokojny, rozjątrzony – niczym ogień skaczący z
drzewa na drzewo, nie mogący zdecydować, gdzie mu lepiej.
Jezioro drugie - błoga zieleń wody
Jezioro trzecie - to, którego prawie nigdy nie ma
I wreszcie trzecie jeziorko. A
właściwie głęboka dziura w ziemi, bo skromne ilości wody szybko
spływają do poniższych jeziorek, a to trzecie rzadko kiedy nie
jest wyschnięte. Stroma, pionowa krawędź, na dnie której gdzieś
daje się zauważyć jakby wejście do pieczary. Dokładnie tak, jak
wyobrażać by sobie należało pradawną kopalnię, w której
średniowieczu wydobywano cenne rudy. Wejście wykute najniżej, jak
tylko się dało, aby jak najbliżej było do żyły cennego kruszcu.
Teraz już nie ma wątpliwości, co do genezy powstania kolorowych
jeziorek w Rudawach Janowickich – wszystkie stanowią stare, zalane
i nie używane już kopalnie, z których pozyskiwano wszelkie
surowce. A dziś, choć dawno już w nich nie kopie, wciąż są
źródłem przychodu mieszkańców okolicznych wiosek – bo przecież
turyści to wspaniała żyła złota.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Operacja Zachód
Operacja Zachód... jak napisał jeden
z lokalnych dziennikarzy „największa impreza plenerowa w Polsce”.
Nawet nie „tego typu”, po prostu największa i już. Byłem w
Boryszynie, byłem w Darłowie, więc po zapowiedziach Operacji
Zachód wydawało mi się, że i tu mi się spodoba.
Niestety, Operacja Zachód wielkością
nie powala. Gdyby policzyć wszystkich uczestników (w tym zarówno
widzów, jak i żołnierzy i pasjonatów w historyczno-wojskowych
przebraniach), to pewnie byłoby ich mniej, niż pojazdów w
Boryszynie. Gdyby policzyć wszystkie pojazdy w Krzyżanowicach, to
pewnie byłoby ich mniej niż samego ciężkiego osprzętu w
Darłowie. Ot, taki lokalny piknik wojskowy który nie ściąga nawet
porządnej ilości mieszkańców z pobliskich Krzyżanowic, ledwo co
mogąc wspominać o odległym kilka kilometrów dalej we Wrocławiu.
Wśród reprezentujących wojsko
żołnierzy, znaleźli się pasjonaci. Zadałem ledwo jedno laickie
pytanie, czy karabinu maszynowego można używać jako snajperskiego,
bo po coś na nim chyba jest ta luneta. Usłyszałem... prawie że
bajanie barda, który zżył się z karabinem, który zna nie tylko
każdą jego śrubkę, ale wręcz każdą ryskę na wewnętrznym
gwincie lufy.
Co zaskakuje na tego typu imprezach –
tajne przez poufne. Skoro wystawia się sprzęt wojskowy na widok
gapiów, to chyba ciężko mówić o tym, że skład wyposażenia
wojskowego jest poufny, skoro każdy potencjalny szpieg może sobie
przyjść, pooglądać, wypytać o szczegóły. Ale jak już cywilny
laik próbuje zrobić zdjęcie plątaniny kabli – nagle się
okazuje, że to „ściśle tajne”. I już nie chodzi o to, jaki
sprzęt jest używany – chodzi o to, że tajne informacje są przesyłane tym przy pomocy tego sprzętu. Nie chodzi o informacje, które widać
np. na monitorze – chodzi o to, że w kablach płynie kwintesencja
tajności. Nie ważne nawet, że tej kwintesencji nie widać. Nie ważne, że ta kwintesencja nie płynie w tej chwili. Ważne, że płynie... czasami... a może nawet jeszcze rzadziej?
Podsumowując: Operacja Zachód to
impreza bardzo skromna, taka lokalna ciekawostka, gdy już nic
innego w okolicy znaleźć nie można. Ot, żeby wyprowadzić
dzieciaczka na spacer, niech się po świeżym powietrzu przejdzie,
kilka atrakcji wojskowych przy okazji obejrzy, nic więcej. No, może
jeszcze jako okazję do zakupu spodni w których nie szkoda chodzić
po lesie... choć i tu nie ma zbytnio w czym wybierać. Chyba
największą ciekawostką festynu był jeep prowadzony na spacer...
jak piesek, bez kierowcy w środku :) I choć co prawda niektórych pojazdów (typu przenośny radar, przenośne centrum dowodzenia z rozstawianymi kontenerami na bagażniku) nie widziałem na innych festynów, to tyle ciężkiego sprzętu wojskowego co na tym festynie, zdarzyło mi się widzieć u jednego prywatnego pasjonata na podwórku w okolicach dawnego MRU.
sobota, 9 czerwca 2012
Polska - biało-czeeeeeerwoone!!!

Jednak czerwień truskawek połączona z bielą dzikiego bzu mnie powaliła, więc macie owocowo-kwiatową wersję polskiej flagi. I jak tu nie być patriotą?
Patriotyzm słodki niczym truskawki :)
KIBICÓW UPRASZA SIĘ O NIE ZJADANIE FLAGI!!!
piątek, 8 czerwca 2012
Wrocław Nowy Sentymentalny


Dlatego po remoncie odwiedziłem
Dworzec z niedowierzaniem. Bo jak to, dworzec w którym nikt nie
interesuje się najczęstszymi potrzebami podróżnych? Na szczęście,
w holu dworca jednak pozostawiono lokale dla głodnych podróżujących.
Jedynie trochę je ucywilizowali, bo z tego co pamiętam, kiedyś
były zarówno restauracje jak i wspomniane „budy” na galeryjce,
dziś dostępne są tylko bary znajdujące się w wyodrębnionych
lokalach. Pity nie spróbowałem, bo na dworzec trafiło mi się w
porze krótko-pośniadaniowej, mam więc nadzieję, że wciąż
smakuje tak samo.
Ogólny zarys halu wygląda podobnie
jak kiedyś, choć jak wspomniałem, mgliście jedynie go pamiętam.
Wyjście... wydaje mi się niższe. Choć ładniejsze i porządnie
odrestaurowane, jakby straciło na dostojności i powadze. A może to
dlatego, że ja kiedyś byłem o wiele niższy? Ważne, że elewacja
frontowa z wieżyczkami przypomina tą ze wspomnień, choć za Chiny
nie mogę sobie przypomnieć tych bocznych naw, które oczywiście
już wtedy musiały stać, bo gdzie zmieściłby się dworzec?
Mgliście przypominam sobie jakieś rusztowania – czyżby chodziło
o remont na przełomie lat 80-tych i 90-tych?
Podsumowując, muszę przyznać, że
mimo obaw remont dworca nie rozczarował. Co prawda nie budzi już
takich emocji jak kiedyś – ale we wspomnieniach trawa jest zawsze
bardziej zielona. Tak więc renowację i wygląd obecny dworca
pozwolę sobie ocenić na 4 – takie bardzo mocne, choć jeszcze nie
na 4+.
niedziela, 3 czerwca 2012
Najazd husycki
Trzeba przyznać, że Oleśnica miała
wspaniały pomysł na inscenizację historyczną. Rycerskie
„naparzanki” to atrakcja spotykana w wielu miastach w Polsce,
jednak krótkie rozeznanie w internecie pokazało, że zdobywanie
wagenburga to atrakcja nie lada. Bo i walka to odmienna, nie toczona
na otwartym polu, ale jakby w obozie. Obozie specyficznym, bo
składającym się z wozów wędrownych, ustawionych w taki sposób,
aby ułatwić obrońcom walkę. Przewaga wynika tu zarówno z walki z
wyższej pozycji, jak i z utrudnień dostępu do walczących takich
jak rozpięte między wozami łańcuchy. Także znaczenie ciężkiej
kawalerii tu spada, bo ciężko jej wjechać z impetem między
walczących – a przecież to główna siła kawalerii. Walka z
konia jedynie równała jeźdźca z obrońcą względem wysokości –
jednak z kolei znacznie utrudniała manewry.
Dziecięce przebieranki
Tak więc z nadzieją jechałem na
inscenizację husyckiego najazdu w Oleśnicy. Okazało się jednak,
że „początek atrakcji” w piątek to pusta propaganda, a miasto
mocno naciągało promocję przedstawiając zwykłe przygotowania
organizacyjne jako „pierwszy dzień festynu”. Sobotni poranek
zrobił trochę lepsze wrażenie, bo choć miasteczko średniowieczne
nie było jeszcze rozstawione, to scenie odbywał się konkurs na
najlepsze średniowieczne przebranie dla uczniów. I trzeba przyznać
dzieciom (i przypuszczalnie pewnie także ich rodzicom i
nauczycielom), że dobrze przygotowały się do konkursu, bo
przebrania nie ograniczały się do tanich plastikowych
mieczy-zabawek. Stroje łudząco przypominały średniowieczne,
miecze, hełmy i kolczugi wykonane były z metalu, a tarcze z drewna.
Z pewnością ciężko było jurorom wybrać najlepsze przebranie.
Co znaczy "wkrótce"?

Tymczasem na polu walki „coś” się
zaczęło dziać. I pierwsza inscenizacja pozytywnie mnie zaskoczyła.
Choć uczestniczyło w niej zaledwie kilka osób, to odegrana została
scena nietypowa dla takich imprez: atak na drobny transport kupców
(a może i zwykłych mieszkańców wioski). To właśnie ta scena
pokazała, jak zdradliwa jest wojna dla najprostszych ludzi, którzy
nawet spokojnie nie mogą wykonywać swoich prac. Wystarczy mały
patrol zwiadowczy, aby uprzykrzyć (a nawet u odebrać) im życie.
W samo południe, niczym pod Grunwaldem
Po tej krótkiej scence znów życie
zamarło na polu walki. Cisza, spokój, jakieś nieśmiałe
przygotowania. Miałem wrażenie, że choć inscenizacja ma dotyczyć
zupełnie innej walki, to któraś ze stron za bardzo chyba
zainspirowała się walką pod Grunwaldem i próbuje przemęczyć
drugą stronę staniem w słońcu aż do samego południa. 20 minut
przed dwunastą zwątpiłem w swoje umiejętności przewidywania
rozwoju sytuacji, gdy na pole walki wyszli pierwsi rycerze. Szybko
okazało się jednak, że to tylko skuci radni innego miasta,
pokazywani obrońcom jako prowokacja mająca na celu złamanie ich
morale. Dalsze pokrzykiwanie na obrońców grodu, bezczeszczenie
świętych relikwii miało sprowokować mieszczan, jednak ci nie byli
skorzy do walki. I zgodnie z moimi przewidywaniami, niczym pod
Grunwaldem, na minutę przed samym południem, dobre dwie godziny od pierwszych zapowiedzi, na polu walki nikt z
nikim nie walczył.
Sama walka mnie rozczarowała. Wbrew
oczekiwaniom, toczyła się głównie na otwartej przestrzeni, a
obrońcy wagenburga trzymali się z dala od swoich wozów. Gdy mimo
to siły księcia Oleśnicy dochodziły do ich obozu, w ruch szły
jedynie łuki i kusze. Trochę dynamiki wprowadził przyjazd
kawalerii, jednak i tu dużo się nie zmieniło. Gdy wreszcie siły
miasta Oleśnicy doszły do obozu husytów, okazało się, że
protestanci nie potrafią wykorzystać przewagi wynikającej z
przygotowanego przez siebie otoczenia. Bronią drzewcową machali
równie nieporadnie niczym początkujący kajakarz wiosłem. I to
dosłownie, bo częściej swymi dzidami wykonywali machnięcia
„wioślarskie” niż krótkie pchnięcia. Zapewne lepiej by im
szło walenie patelniami po głowach rycerzy, niż próby uderzenia
ich ostrym końcem dzidy.
Festiwal niewykorzystanych możliwości

Tak więc
podsumowując, w następnych latach impreza ma duży potencjał,
jednak wymaga też gruntownej poprawy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)