wtorek, 23 grudnia 2014
niedziela, 21 grudnia 2014
W poszukiwaniu zimy...
Dziś pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Kalendarzowej, bo niestety we Wrocławiu tej prawdziwej brak. Orkan Aleksandra zdaje się nie narobił wielkich szkód w dolnośląskim, jednak z pewnością przyniósł ciepłe powietrze które rzadko kiedy sprzyja zimie. Co prawda w Karkonoszach jest podobno śnieg, jednak to trochę za daleko na jednodniowy wypad, więc raczej wrzucę dziś zdjęcia z ostatniej wyprawy na Wielką Sowę.
Jednak dziś forma trochę inna - bardziej fotoreportażowa. Bo o czym tu pisać idąc po raz kolejny tą samą trasą? O wielkiej wycince drzew? Bo co ostatnio jestem w tej okolicy, to co rusz coś wycinają... o drodze, która dzięki zwożącym drewno traktorom stała się jednym wielkim błoto-bagnem? A może o nieustającym wyciu pił, które jak już dopadło, to przez dłuższy czas nie mogło odpuścić? Chyba ciężko pisać bałwochwalcze peany na cześć tych paskudztw, więc może lepiej skupić się na czymś wyjątkowym? A trzeba przyznać, że trafiło mi się wspaniałe połączenie dwóch zjawisk pogodowych. Z jednej strony mgły, która niczym ograniczająca widoczność powietrzna zawiesina dodawała podejściu pewnej tajemniczości, niesamowitości a przechodzeniu przez nią dodawała uroku poznawania czegoś nowego... z drugiej - co prawda nie śnieg, ale mróz ścinający tą mgłę, każący jej osiąść na najbliższej możliwej gałęzi, drzewie, krzaku, źdźble trawy... mróz, który odbierał mgle wszelką siłę do dalszej wędrówki i kazał jej przycupnąć w najbliższym możliwym miejscu.
Królowa zima bez problemu przejęła we władanie całą polanę z lekko rozdzielającym ją wąskim pasem drzew. Jednak wgłębiając się w gęstszy już las świerkowy wydawało się, że tu już zima nie dokonała już tak dogłębnych mrożących zniszczeń. Bo wizualnie, drzewa wyglądały jak w okresie jesiennym - dopiero dotknięcie zwalonej kłody przekonywało, że jest całkowicie przemrożona.
Na samym szczycie zima znów była widoczna. Mimo mgły, nie licząc na wielkie widoki, miałem zamiar wejść na wieżę. Jednak nie byłem sam, więc zaczęły się negocjacje.
- A będziemy mieli czas zjeść coś w schronisku?
- Nie, bo robi się trochę późno, a jeszcze kawałek drogi przed nami.
- To jak to, na schronisko nie ma czasu, a na wchodzenie na jakąś wieżę to niby mamy?
I weź tu tłumacz, że na wieżę wejdziemy na max 10 minut włącznie z wchodzeniem po schodach, a wizyta w schronisku wiąże się od razu ze zjedzeniem czegoś - słowem, pół godziny jest nierealnie krótkim terminem. Ale ponowne spojrzenie na zegarek, analiza faktów (bo przecież nie pierwszy raz idę tą drogą), sprawdzenie czy niezbędnik jest kompletny (od wyjazdu w Jurę staram się mieć ze sobą dwie latarki - zamiast obowiązkowych w terenie niezabudowanym odblasków), słowem - możemy zaryzykować końcówkę powrotu w zmierzchu, nocne wracanie nam nie grozi. No więc na górę - i tu miłe zaskoczenie, bo ze względu na mgłę bilety za pół ceny. W sumie, 2 złote to nie jest wielka różnica, ale z drugiej strony miło, że ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły, a przecież przy 4 złotych to nie bardzo jest gdzie zaoferować klientowi lepszą promocję.
Oczywiście, na górze widoczności zbyt wielkiej nie było, nawet pobliska wieża radiowa ledwo przebijała się przez mleko, ale warto było wejść. Klimat niesamowity, bo oprócz mgły widać obrośnięte lodem lunety. Tak, te nawiewy śnieżne (a w tym przypadku raczej lodowe) to typowa cecha Wielkiej Sowy...
Dodać należy, że chodząc po górnym podeście chodzi się po podobnych jak na zdjęciu podłużnych od wiatru kryształkach lodu.
Z kolei sam szczyt wyglądał tak:

Tymczasem zejście do schroniska Sowa. Zadziwiające, jak bardzo mieszają się ze sobą drzewa białe od pokrywającego je śniegu z tymi kolorowymi, niepokrytymi szronem. I to, czy są to wiecznie zielone drzewa iglaste (w których igłach wciąż płynie woda, która przecież w okresie zimowym podnosi temperaturę) czy pozbawione już żywych liści drzewa liściaste - zima raczej losowo wybiera sobie które drzewa ubielić, a które pozostawić nienaruszonymi, choć przyznać trzeba, że ze szczególnym upodobaniem wybiera sobie białe przecież z natury brzozy. Trzeba przyznać, że wyczucia smaku jej nie pasuje i drzewa, choć pozornie losowo wybrane, tworzą naprawdę wspaniały efekt. Trzeba dodać, że zima po drugiej stronie szczytu wygląda już o wiele przyjaźniej, z braku mgły i tworzonego przez nią lekkiego półmroku polana na rozdrożu szlaków cieszy raczej zimą radosną.
Trzeba przyznać, że taka połowiczna zima przeplatana z jesienią zawsze wygląda pięknie, zresztą sami sobie przypomnijcie odwrotną mieszaninę z okolic Zamku Książ. Wtedy miałem zimę z dużym dodatkiem jesieni, na Wielkiej Sowie trafiłem raczej na jesień z dużą domieszką zimy. Żeby jednak nie było niedomówień, na większości trasy królowała jednak późna jesień...
poniedziałek, 10 listopada 2014
Ojców i jego dzielnice
![]() |
Wąwóz Ciasne Skałki |
Kolejna wycieczka w Jurze, tym razem po
Ojcowie... i jego dzielnicach, bo szukając noclegów zarówno
Zazamcze jak i Grodzisko traktowane są jako Ojców, choć odległości
między nimi są dosyć spore.
Tym razem do parku wchodzę skrótem,
omijając paskudne skrzyżowanie szlaków przy Grocie Łokietka ze
swoimi toaletami. Dzięki temu chwilę wcześniej jestem na ich
rozejściu, jednak tym razem spodziewając się krótszej trasy
wybieram przejście Wąwozem Ciasne Skałki i Bramą Krakowską
(szlak niebieski). W przeciwieństwie do szlaku czarnego nie jest to
szybka dojściówka naprawdę piękny kawałek gór. Chociaż nie
widać tu żadnej rzeki czy potoku, wąwóz głęboko wżyna się w
otaczające go pasma. Co prawda wokół widać ślady ludzkiej
działalności (dosyć silnej wycinki drzew), to i tak wąwóz
wygląda malowniczo. Na dolnym jego końcu znajduje się polana, na
której odnajduję krzak dzikiego bzu. Z zazdrością na pękate
grona, bo w mojej okolicy w tym roku raczej niezbyt obrodziło w
owoce. Jednak w parku narodowym zbierać nie będę, zwłaszcza, że
zebranych owoców na miejscu przecież nie przetworzę, a zanim
dojechałbym do domu zdążyły by się popsuć. Kawałek dalej mijam
Bramę Krakowską – wyraźną, szeroką na kilkunastu ludzi
szczelinę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów wapiennymi
skałami.
![]() |
Wąwóz Ciasne Skałki |
Od Bramy Krakowskiej można przejść
Ojców z obydwu stron Prądnika. Że jednak tą bardziej zabudowaną
część znałem już z poprzedniego dnia, postanowiłem pójść
szlakiem zielonym, zwłaszcza że po tej stronie gdzieś w oddali
widziałem ładną chatynkę. I choć co prawda tej upatrzonej
wcześniej nie udało mi się odnaleźć, za to wcześniej, przy
Panieńskich Skałach i Igle Deotymy odnajduję stojącą na uboczu
samotną murowaną stodołę. Generalnie jednak przez Ojców
przechodzę bez większych atrakcji, aby przy zamku skręcić gdzieś
w leśną drogę, wzdłuż której biegnie szlak czerwony i
niebieski.
![]() |
Kaplica na wodzie, Ojców |
Trzeba przyznać, że podejście nie
było lekkie. Stromość nie stanowiłaby problemu, bo podejście
długie nie było, jednak podmokłe gliniaste podłoże sprawiało,
że trudno się było nie poślizgnąć. Po krótkim już odcinku
docieram w pobliże kaplicy „Na Wodzie” z 1901 r. Jak mówią
podania, król pruski (pod którego zaborem znajdował się wtedy
Ojców) wydał rozporządzenie na mocy którego na terenach tych
mocno utrudnione było stawianie wszelkich kościołów i kaplic na
pruskiej ziemi. Że jednak Polacy już od dawna walkę z zaborcami
mieli we krwi, szybko znaleźli obejście tego przepisu – skoro nie
można postawić na ziemi pruskiej, to czemu by nie postawić kaplicy
na wodzie? Tak oto w dno wpuszczone zostały podpory, na których
zbudowano drewnianą kaplicę.
Niestety, do środka mogę tylko
zajrzeć przez otwarte drzwi, bo w tym czasie akurat odbywa się
msza. Pozostało mi więc tylko pokontemplować na stojąco (co
prawda w pobliżu jest mnóstwo ławek, niestety akurat wszystkie
było mokre w związku z dosyć wilgotną pogodą) urokliwą
kapliczkę i jej otoczenie i pójść dalej lasem. Kolejny krótki
odcinek płaskim parowem doprowadza mnie w okolice Zazamcza. Chociaż
szlak wyraźnie odbija od tej osady, to zachęcony oznaczonym na
mapie młynem postanawiam zboczyć lekko ze szlaku. Okazuje się
jednak, że wspomniany młyn to jedynie mało estetyczna drewniana
buda wyremontowana w mocno patchworkowym stylu, która nie ma już
nawet koła młyńskiego. Jedynym śladem sugerującym że był to
kiedyś młyn wodny jest spiętrzenie rzeki, z którego zapewne
kiedyś woda z łoskotem spadała na łopatki rozpędzonego koła.
Na
szczęście za to przy samej drodze znalazłem dwa ciekawe niebieskie
drewniane domki, zapewne dawno już opuszczone sądząc po ich
stanie.
![]() |
Ojców Zazamcze |
Teraz z powrotem na połączone szlaki
niebieski i czerwony. Mimo, iż to dwa szlaki, to oznaczeń nie
starczyłoby na jeden szlak, więc w którymś momencie idę bardziej
na czuja niż według znaków w terenie. Na szczęście udaje mi się
nie zgubić szlaku i dojść do drogi tuż przed młynem Mosiura.
Tutaj szlak zbacza na asfaltową drogę, co nie bardzo mi się
uśmiechało, zwłaszcza ze względu na wspomniany młyn, jednak mapa
sugeruje, że równolegle do niej znajduje się całkiem porządna
droga (pełna kreska, nie przerywana! :) więc nią postanawiam
powędrować. Kilka metrów za skrzyżowaniem za moją decyzję
nagrodzony zostaję kolejnym drewnianym domkiem góralskim, jednak
kolejny młyn znów nie zachwyca. Po raz kolejny żeby nie wodny
próg, nikt nie odgadłby nawet, że kiedyś tutaj mieścił się
jakiś młyn...
![]() |
Pochylec i Łamańce (po prawej) |
Tymczasem po krótkiej wędrówce na
horyzoncie pojawia się przepiękna bryła wapiennych skał
unurzanych w zieleni drzew. To Łamańce i Pochylec, dwie naprawdę
wielkie zęby wystające ponad horyzont. W sumie takie widoczki
powinny zdaje się być główną atrakcją Jury, jednak mało które
tego typu formacje skalne mnie zachwyciły – z pewnością te które
znajdują się na obrzeżach Grodziska są jednymi z nich.
No właśnie, bo powoli zbliżałem się
do Grodziska. Wydawałoby się, że jeszcze tylko kilka kroków...
niestety, przeszkodzą okazała się rzeka. Co prawda mógłbym
próbować iść dalej, nie skręcać do asfaltu – ale drogę
przegradzał jakiś pomniejszy wapienny pagórek lekko połączony ze
ścianą po lewej.
![]() |
Łamańce widziane tuż sprzed rzeki którą przyszło mi forsować |
Co prawda tą przeszkodę można było próbować
forsować – ale widać było, że za nią rzeka coraz bardziej
zbliża się do jurajskiej ściany, a nawet gdyby dałoby się
przejść po wewnętrznej stronie rzecznego zakola – to i tak dalej
nie było mostów aby przejść na właściwą stronę. No i dylemat
– czy wracać tyle drogi do szlaku, czy próbować przejść
szeroko rozlewający się Prądnik? Znalezionym kijem sprawdzam
głębokość – no, najwyżej po kostki, ale buty to jednak zmoczę
a to mi się wcale nie uśmiechało. Na szczęście obok zalanej
drogi ktoś chyba nawrzucał jakichś kamieni i sprytnie daje się
przejść na drugą stronę nie mocząc butów bardziej niż same się
zmoczyły od rosy na trawie. Chwilę później mijam kolejną
porzuconą drewnianą stodołę, obitą z każdej strony krzykliwymi
żółtymi tabliczkami: obiekt grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony.
Byłby piękny widoczek, niestety wspomniane tabliczki psują cały
efekt i tylko z jednej, tej najmniej zniszczonej strony daje się
zrobić ładne zdjęcie na tle Pochylca.
![]() |
Opuszczona stodoła pod Pochylcem |
![]() |
Ściana wspinaczkowa na Pochylcu |
No właśnie, Pochylec. Od strony
Ojcowa nazwa wydaje się być zupełnie przypadkowa, to raczej
kolejna pionowa maczuga, podobnie jak Łamańce. Dopiero obchodząc
go w centrum Grodziska dostrzega się jego drugą stronę, z bardzo
silną przewieszką. Oczywiście, okazji takiej nie mogli odpuścić
wspinacze i na pochyłej ściance wyraźnie widać trasę
wspinaczkową.
Tymczasem ja stoję na rozdrożu i
zastanawiam się, w którą stronę się udać. Pod rozwagę brałem
Skałę i powrót Drewnianą Drogą obok cmentarza cholerycznego z
XIX wieku, jednak gospodyni wspominała, że w Skałe nic ciekawego
nie znajdę. Dlatego decyduję się na odbicie w kierunku Pieskowej
Skały. A więc znów kawałek asfaltem, koło kolejnego mało
młyńskiego młyna, aby kawałek dalej wraz ze szlakiem odbić w
las, a potem szeroko rozrzuconym trawersem dążyć w górę. Przede
mną roztacza się widok na wąwóz prowadzący asfalt drogi w
kierunku Pieskowej Skały, na jednym ze zboczy odsłonięty kawał
wapiennej skały nazwanej Długa, który przez wiele lat opierał się
naporowi drzew i mchów, a ostatecznie poddał się w walce z
wandalami malującymi wielkie czerwone serce. Jeszcze kawałek i
dochodzę do kościoła świętej Salomei, niestety akurat w
remoncie.

![]() |
Brama Krakowska, widok z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej |
![]() |
Skała wapienna Rękawica w pobliżu Jaskini Ciemnej (Ojców) |
Okazuje się, że nie w
Jaskini Ciemnej. Swoją nazwę zawdzięcza ona właśnie brakowi
elektryczności. Co prawda nie przygotowany na to turysta dostaje od
przewodniczki świeczkę z jakże niegustownym „świecznikiem” w
postaci ściętej plastikowej butelki, jednak światło dawane przez
tego typu latarnię nie pozwala nawet dostrzec gdzie się stawia
kroki, a co tu mówić o oglądaniu sklepień jaskini... na szczęście
zupełnie przez przypadek mam przy sobie latarkę, a jak się okazało
nawet dwie. Bo w kieszonce plecak znalazła się zaarówno dającą
wąskie światło malutką okrągłą latarkę, nie dużo większą
od grubego markera, jak i dająca o wiele szersze oświetlenie
latarkę przypominającą stare latarki harcerskie, takie płaskie na
baterie 4,5V, jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Ta akurat była już
latarką współczesną, diodową, jakiś gadżet reklamowy od
jednego z dostawców w pracy, okazała się jednak doskonała do
rozglądania się po wnętrzu jaskini. Trzeba przyznać, że takie
zwiedzanie jaskini w której nie ma stałego oświetlenia ma swoje
ogromne zalety... aaa, zapomniałem dodać czemu akurat ta jaskinia
jest uważana za taką ważną w tym terenie. Otóż właśnie w niej
odnaleziono szczątki człowieka prehistorycznego, a żeby to
uwznioślić przed wejściem do jaskini wchodzi się na platformę
widokową, z której widać zarówno przygotowaną na tą okazję
makietę ludźmi pierwotnymi, jak i spojrzeć z góry w kierunku
Bramy Krakowskiej.
Tymczasem po wyjściu z jaskini akurat
rozświeciło się słońce. Nie można było nie skorzystać z
takiej okazji i nie wejść jeszcze kawałek wyżej na jedno z dwóch
miejsc widokowych z których wspaniale widać Rękawicę, formację
kilku skałek wapiennych wyglądających jakby z ziemi wystawała
zaledwie ręka, a właściwie tylko palce jakiegoś przysypanego
rycerza, uzbrojone w kamienną rękawicę. A potem już tylko w dół,
powrót do Bramy Krakowskiej i kawałek dalej zaczerpnąć wody ze
Źródła Miłości, aby opisanym wcześniej wąwozem Ciasne Skałki
wrócić na nocleg do Czajowic.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.
![]() |
Powrót na nocleg |
wtorek, 4 listopada 2014
Jesień w Jurze
Jura Krakowska nie przywitała mnie
miłymi zapachami. Po krótkim dojściu z noclegu w Czajowicach do
skraju Ojcowskiego Parku Narodowego już z daleka daje się wczuć
zapach niczym z dawnej wiejskiej sławojki. Już wkrótce okazuje
się, że poprawnie rozpoznaję zapachy – już w obrębie parku
narodowego, przy krzyżówce odbijającej do Groty Łokietka,
rozłożyła się buda z płatną toaletą. Taki miły akcent
powitalny dla turysty, skłaniający raczej do przyspieszenia kroku
niż zachwycania się pięknem przyrody. Dlatego też dosyć szybko
dotarłem do skrzyżowania. W związku z tym, że tego dnia
zastanawiałem się nad szarpnięciem się na Pieskową Skałę,
wybieram krótszy aczkolwiek mniej atrakcyjny szlak czarny. Dzięki
temu pół godziny wcześniej wychodzę na skraju Ojcowa, koło
stawów rybnych i na skrzyżowaniu szlaków na chwilę przystaję na
małą sesję zdjęciową.
![]() |
Stary mostek w Ojcowie |
Pamiętacie piosenkę „czerwony
mosteczek ugina się/trawka na nim rośnie...”... chociaż ten z
piosenki raczej kojarzy mi się z małym mostkiem łukowym, jednak
mostek na Sąspówce w Ojcowie też idealnie pasuje do słów tej
piosenki. Wysoka konstrukcja zbita z pojedynczych drewnianych kłód
wygląda tak, jakby nigdy nie była bezpieczna. Nie bez powodu chyba
jednak ktoś kiedyś postawił ten mostek i pewnie za czasów swojej
świetności był użyteczny, choć straszny, jednak stan zaniedbania
sprawił, że konieczne stały się tabliczki zakazujące wstępu na
nie. Mimo to, warto zatrzymać się przy mostku i zwrócić uwagę na
jego piękno.
![]() |
Samotny grób w Dolinie Sąspówki |
Natomiast przy mostku odbijam od
głównej drogi aby podążyć dalej doliną Sąspówki, środkiem
której idzie szlak żółty. Już na wstępie mijam kolejne
ostrzeżenie: droga może się zapadać z powodu bobrzych podkopów.
Zalecane... żeby nie iść dalej. Z jednej strony to zapowiedź, że
czeka mnie miła naturalna droga, z drugiej – zagrożenie
nietypowe, kto wie na ile groźne? Na szczęście droga okazała się
bezpieczna i faktycznie na początkowym odcinku dosyć urokliwa.
Rzeka wżynała się w otaczające ją góry wąskim, powoli
unoszącym się wąwozem. Gdzieś po lewej mijam prowizoryczny
brzozowy grób bez tabliczki. Czy spoczywa tu jakiś nieznany z
imienia czy nazwiska żołnierz, zabity w trakcie ucieczki przez
bezwzględnego wroga? Czy może turysta, przypadkowa ofiara gór i
złej pogody? A może ten zaciszny wzgórek wybrał sobie na miejsce
ostatecznego spoczynku jakiś człowiek gór? A może właśnie tu
pochowano właściciela porzuconego domku znajdującego się kilka
kilometrów dalej? Na to pytanie zapewne nikt nie udzieli już
odpowiedzi...
Tymczasem wąski wąwóz rozlewa się w
szeroką, nudną dolinę. Na delikatnie wznoszących się zboczach co
prawda rozłożył się jeszcze las, jednak środkiem ciągnie się
pustka polany gdzieniegdzie przecinana pojedynczymi drzewami. Po
lewej kusząco do skręcenia zachęca skryty w tajemniczym cieniu
wąwóz Jamki, jednak wszelkie znaki i tabliczki sugerują, że
skręcenie w tą drogę nie jest zalecane. Tak więc podążam wciąż
przed siebie dochodząc do starej leśniczówki. Chociaż sama
leśniczówka wygląda na wciąż używaną, prowadzące do niej
schodki porośnięte są mchem a spomiędzy poszczególnych kamieni
wyrasta trawka. Romantyzm tego pozornie opuszczonego miejsca skłania
mnie do zatrzymania się w cieniu. Chwilowy postój skłania mnie też
do zauważenia ciekawej kompozycji ze starą ręczną studnią i
stojącą za nią nową stodołą o charakterystycznych mocno
kontrastowych deskach...
![]() |
Chatynka na przedmieściu Sąspowa... z przymrużeniem oka |
Dalsza droga do Sąspówki raczej nie
zaliczała się do ciekawych. Jak już wspomniałem, szeroka polana
pośrodku, monotonny krajobraz ciągnący się po obu stronach rzeki
tylko gdzieniegdzie przerywany pojedynczym domkiem. Wioska też nie
obfitowała w ciekawe tematy, tylko gdzieś ponad nią, spomiędzy
gęstych drzew przebijała się wieża zabytkowego kościoła.
Sąspów był też miejscowością graniczną, w której trzeba
było się zdecydować, czy idę dalej do Pieskowej Skały, czy może
tutaj zawracam. Zgodnie z mapą dalsza droga miała być asfaltem
ciągnącym się wśród nudnych pól, i dopiero pod sam koniec miał
pojawić się teren zalesiony z Maczugą Herkulesa i innymi ciekawymi
skałkami wokół. Już wcześniej miałem informacje, że zamek w
Pieskowej Skale obudowany jest rusztowaniami ze względu na toczący
się w nim remont, co nie tylko psuło atrakcyjność krajobrazu, ale
i nie pozwalało na zwiedzanie zamku. Gdybym miał nocleg w Ojcowie,
być może zdecydowałbym się na dalszą trasę, jednak dojście z
Czajowic do Ojcowa i przewidywany powrót na tej trasie wydłużał
ją o około 10 km, więc wszystkiego razem było już zbyt dużo na
moje nogi.
![]() |
Drewniana dzwonnica w Sąspowie |
Dlatego postanowiłem, że na Sąspowie zakończę swoją
trasę i skoro już tu jestem, to warto zajrzeć do zauważonego
wcześniej kościółka i zabytkowej drewnianej dzwonnicy. Jak się
okazało po ostrej wspinaczce, murowany kościółek był zamknięty
i z zewnątrz nie stanowił wielkiej atrakcji, za to drewniana
dzwonnica przykryta miedzianym dachem zachwycała swą smukłością.
Także zejście do żółtego szlaku okazało się wąską ścieżynką
wśród zielonej gęstwiny, co dodawało uroku tej trasie. Potem
powróciłem do monotonii żółtego szlaku, który doprowadził mnie
do poznanej wcześniej leśniczówki. Dla odmiany za leśniczówką
postanowiłem skręcić w lewo, w nienazwany wąwóz powoli
wspinający się w górę. Chociaż krótki, to głęboko wżynający
się potokiem w skały stanowił miłą odmianę po nudzie doliny
Sąspówki, na którym udało mi się nawet spotkać wiewiórkę.

Aby nie wracać tą samą drogą, i
żeby nie zmarnować pozostałej jeszcze całkiem sporej części
dnia, na kolejnym skrzyżowaniu szlaków odbijam w lewo, w szlak
zielony. Krótkie podejście i po chwili docieram do pierwszej
zabudowy, najprawdopodobniej dużego ośrodka wypoczynkowego.
Kontynuując wędrówkę zielonym szlakiem, po kolejnej pół godziny
czasu docieram do ruin zamku w Ojcowie.
![]() |
Brama zamku w Ojcowie |
Zamek w Ojcowie widoczny jest już z
daleka, więc samotną wieżę strażniczą z kawałkiem muru
obronnego wisząca gdzieś ponad wsią widziałem już na początku
dnia, gdy odbijałem na szlak żółty. Zupełnie inaczej zamek ten
wygląda od strony wejścia. Ustawione pionowo, ściśnięte ze sobą
wapienne obeliski z pewnością chciałyby się zwalić w przepaść
po prawej stronie, jednak powstrzymuje je od tego podpierająca je
wieża bramna. Jak nic budzi to skojarzenia z książkami stojącymi
na nie do końca zapełnionej półce. Książki z pewnością
wywróciły by się żeby leżeć na półce poziomo, jednak
powstrzymuje je od tego stojąca obok nich przegródka do książek.
Tutaj to właśnie kolejne wystające skrzydła ściany wyglądają
jak chcące się zwalić książki, a wspomniana wieża – jak
powstrzymująca je od tego przegródka.
![]() |
Figura Matki Boskiej przed zamkiem w Ojcowie |
Oczywiście w oficjalnych godzinach
otwarcia przejście bramy nie stwarza większego problemu, konieczne
jest, niczym w średniowieczu, opłacenie drobnego, kilkuzłotowego
myta które potwierdzone zostaje paragonem. Ciężko tu mówić o
bilecie wstępu, skoro oprócz wspomnianego wydruku z kasy fiskalnej
nie dostajemy tu absolutnie nic. To zresztą typowa cecha Ojcowskiego
Parku Narodowego i ciężko by tu szukać ozdobnych biletów które
mogłyby z radością zbierać dzieci.
Trudno mówić o wielkich atrakcjach
ojcowskiego zamku, jednak skoro już jest się w Ojcowie, to szkoda
go ominąć. Ostatecznie jest to miłe miejsce na spędzenie
krótkiego odpoczynku połączonego z podziwianiem panoramy Ojcowa z
góry i przejściem przez resztki dawnego muru obronnego. Potem
wracam przez bramę, aby lekko okrężną drogą wrócić do wioski.
Zamiast wracać schodkami wybieram drogę asfaltową aby od dołu
przyjrzeć się figurze zadumanej Matki Boskiej. Co prawda ze
ścieżynki prowadzącej od szlaku do zamku da się zejść w
bezpośrednie pobliże figurki, jednak dopiero od dołu zyskuje się
odpowiednią perspektywę do jej podziwiania.
Jeszcze tylko powrót czarnym szlakiem,
zahaczając o Grotę Łokietka która nie okazała się zbyt ciekawym
obiektem do zwiedzania i można uznać dzień za skończony.
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...
sobota, 1 listopada 2014
czwartek, 7 sierpnia 2014
Schwerin, czyli nie tylko zamek
![]() |
Domek na kurzej łapce |
Schwerin, niemieckie miasteczko
założone przez Słowian. To, co pokazują zapytane o niego
internety, to z pewnością bajkowy zamek, urodą i koronkowością
odrobinę ZALEDWIE ustępujący disneyowskiemu Neuschwanstein, jednak
pod względem dostojności i majestatu znacznie go wyprzedzający. W
czasie gdy większość turystów od razu pędzi na książęce
pokoje, miasto ukrywa przed nimi swoje inne, równie piękne
tajemnice.
Myślę, że jeszcze stare miasto
odkrywa jeszcze całkiem spora rzesza turystów. Zwłaszcza, że
starówka jest naprawdę warta odwiedzenia. Błądząc w labiryncie
uliczek, z pewnością można odkryć piękno zarówno pruskiego muru
wymieszanego z niemieckim ordnungiem. Choć podobną architekturę
można spotkać przecież na wielu niemieckich wioskach Pojezierza
Meklemburskiego, to jednak w trochę większym skupieniu, przy
wyższych niż wiejskie budynkach, jeszcze bardziej czuje się
sielankową atmosferę spokojnego dawnego miasteczka. Wszelkie
nieprostopadłości wynikające z ułomności dawnych metod
budowlanych tylko podkreślają ten efekt. Jednak już domki w
których pierwsze piętro rozszerza się nad podciętym parterem
budzi bardziej niebezpieczne skojarzenia z chatką na kurzej łapce i
czarownicami, które najbezpieczniej spalić na stosie, zanim zjedzą
niewinnego Jasia i Małgosię. Tak, teraz gdy o tym myślę, mam
dziwne wrażenie że ta bajka z dzieciństwa ma bardzo niemieckie
korzenie... a może to tylko efekt zawłaszczenia wielu ludowych
bajań przez braci Grimm?
![]() |
Drewniany mosteczek ugina się |
Zanim moje rozważania pójdą w jakimś
niebezpiecznym kierunku, powoli ruszam za miasto. Z boku zostawiam
wspomniany zamek, przechodząc przez książęce ogrody. Stary
porzucony mostek ukryty wśród dzikich traw, tuż obok pochylonej
wierzby znów przypomina pradawne wiejskie gusła i strachy. Chociaż
oficjalnie to wciąż miasto, nie trudno tu o wiejską sielankę.
Jeszcze tylko ominąć szalonego kolorowego ceramicznego nosorożca z
różowym nosem od przedawkowania zapachu kwitnącej wiśni – i już
prawie jestem przy celu swojej wędrówki. Spomiędzy krzaków
wyziera rzeczka i stojący nad nią ceglany budynek młyna z
drewnianym kołem wodnym. Do pełni szczęścia brakuje tylko
trzeszczenia pracującego drewna i plusku wody spadającej z łopatek
młyńskiego koła. Okazuje się, że trafiłem na dzień remontu
systemu zębatek młyna i koło musiało zostać zatrzymane.
Tak, tak, mało kto wie, że wśród
atrakcji Schwerin, obok tak osławionego zamku, znajduje się także
mały skansen młyński. Za niedużą opłatą można zwiedzić
zabytkowy budynek i obejrzeć makiety młynów wodnych używanych
przez człowieka do różnorodnych zadań, nie tylko do mielenia
ziarna. Obok tej, jakże typowej, aczkolwiek sezonowej funkcji młyna,
mamy chociażby cięcie drewna czy wymagające o wiele większej siły
i cierpliwości piłowanie kamienia. Tak, zdecydowanie jest to
czynność przekraczająca siłę i możliwości człowieka, za to
jakby idealnie pasująca do nieprzemijającej mocy wody.
![]() |
Młyński mechanizm przekazania ruchu |
Już na
pierwszy rzut oka daje się zauważyć, że niektóre elementy makiet
wyglądają tak, jakby miały się ruszać, jednak ręczne ruszanie
eksponatów nie idzie mi najlepiej. Po chwili zauważam jednak
elektryczne przyciski sugerujące, że makieta wyposażona jest w
jakieś napędzające ją silniki. Jeszcze tylko szybkie rozejrzenie
się, czy w pobliżu nie ma jakichś tabliczek z wrogo brzmiącym
słowem „Verboten” i makiety żwawo zaczynają się poruszać,
niczym napędzone jakąś niewidoczną rzeką przepływającą
poprzez młyńskie koła. Oczywiście gdy człowiek już się
napatrzy na te ruchome cuda, należałoby pamiętać, jak wiele
zawdzięczamy naturze, i wyłączam makiety za sobą. Gdzieś tylko
kątem oka zauważam zdyscyplinowanych niemieckich turystów, którzy
początkowo z takim drobnym strachem obserwują czy na pewno można
(no przecież nigdzie nie napisano, że można – a brak zakazu
chyba tylko dla Polaków oznacza pozwolenie :) – a już po chwili
sami włączają te makiety, które ich interesują.
![]() |
Mechanizm regulacji tamy jeziornej - detal |
![]() |
Zamkowe krużganki |
![]() |
Zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany od przodu |
![]() |
Sala tronowa zamku w Schwerin |
A potem, poprzez książęcy ogród,
można już przejść do największej atrakcji Schwerin, zamku
książąt Meklemburskich, a obecnie także siedziby parlamentu. Ten
piaskowy budynek, mimo swego ogromu, zachwyca lekkością renesansu
(jak mówi wikipedia, dokładniej: renesansu niderlandzkiego).
Wnętrza zachwycają przepychem, choć na szczęście ogrom zdobień
nie przytłacza – w pobliżu księcia można było raczej poczuć
wielkość niemieckich władców, a przestrzenie dostępne ówczesnym
wizytatorom pozwalały na ogromną swobodę licznym gościom. Całości
wrażenia dopełnia większa grupka szkolna przebrana we
własnoręcznie zrobione stroje księżniczek i rycerzy. Gdyby w
Polsce w taki sposób uczono dzieci, z pewnością więcej z nich
interesowałyby się historią naszego kraju i jego zwiedzaniem.
Jeszcze tylko krążenie uliczkami Schwerin, odwiedzenie tutejszego
„potwora z Loch Ness” (który, trzeba przyznać, bardziej
przypomina smoka) i można udać się do Gustrow.
![]() |
Zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany od strony ogrodu |
![]() |
Wnętrza i sufity zamku |
Subskrybuj:
Posty (Atom)