
czwartek, 28 kwietnia 2011
środa, 27 kwietnia 2011
Krótki urlop
Rzeko Odro, żegnaj nam,
Zaciągnąłem się na krótki rejs do Hollandi,
Gdy wrócimy, opowiem wam...
Źródło: lekko zregionalizowana szanta "Pożegnanie Liverpoolu"
I znów krótka przerwa pomiędzy kolejnymi notkami. Tym razem ze względu na wyjazd zagraniczny. Choć to niezwiązane z tematyką bloga, postaram się wrzucić jakieś krótkie streszczenie. A po długim weekendzie majowym - powrót do tematyki prawie że górskiej. Na razie - dwa zdjęcia rzeczy typowych dla Amsterdamu...
piątek, 22 kwietnia 2011
środa, 20 kwietnia 2011
Czasy, gdy Polska była mocarstwem
![]() |
No patrzcie, nie napisali ile to ma procent!! |
Wrocław, 16 kwietnia rok 1611. Polska jest krajem miodem i winem płynącym. Bogactwo naszego kraju znane jest w całej Europie. W zamkach odbywają się wielkie uczty. Tak dzieje się i tu, w budynku wrocławskiego arsenału. Przez tumult ludzkich głosów próbuje przebić się melodia taneczna. Na środku sali panowie próbują zauroczyć panie gracją swych ruchów, panie – starają się zauroczyć panów gracją swych uśmiechów i powabem powłóczystych spojrzeń. Jednak zbyt duża ilość spożytych kufli sprawia, że pora iść spać, choć zabawe wre w najlepsze.
[…] Ech, ta wczorajsza zabawa. Głowę rozrywa tępy ból, każdy krok przechodzących obok osób rozsadza czerep. Ale... czy to na pewno głos stóp? Czy to na pewno nie stukot wojennych werbli? Bogactwa zawsze przyciągały amatorów łatwych łupów. Więc pora się rozejrzeć, przecież dziś mój dzień na wieży. W oddali widać dym, warkot werbli staje się coraz donośniejszy. Hen, hen, daleko widać flagę – biel, czerwień... kolory naszej Rzeczpospolitej. Lecz... czy aby nie za dużo tych pasów? Na tle werbli powoli udaje się wyłapać dodatkowy dźwięk – coś jakby kobzy? A może dudy? Tak, i te pasy biało-czerwone jakieś dziwne, jeden przy drugim wąziutkie, za to jakże liczne. Węgry, Turki, Tatary, czy jaka inna swołocz? Tak, to wróg zbliża się do bram, czas zadąć w róg, ile sił, by każdy usłyszał. Po dłuższej chwili na dziedzińcu rozlega się tupot stóp, wrzaski – pierwsi wojowie już przygotowani do walki, nawołują pozostałych. Za niektórymi wybiegają rozpłakane panny, niektórzy jeszcze żegnają się ze swymi kochanymi.
Bitewny harmider
![]() |
Honorowa walka |
Aż jest, nagle przykucnęli, wyciągnęli swe kije przed siebie – i nagle głośny huk zagłusza wszystkie dźwięki. Muszkieterowie, czy jak im tam, z z drugiego rzędu dają krok w przód, kucają, i znowu huk, i znowu hałas, wszędzie wokół pełno dymu. I kolejni, kolejni – a po przeciwnej stronie dziedzińca padają kolejne trupy. Lecz za wolno, tamci wciąż prą do przodu, coraz bliżej naszych. Maszkaronowie rozbiegają się na boki, teraz pora na naszych, prawdziwych wojów, co to im nie strach stanąć w oko w oko z przeciwnikiem. W ruch poszły szable, wszędzie wokół leje się krew, trup ściele się gęsto.
Lecz okazuje się, że maszkieterowie (no, jak to im w końcu było?) nie uciekli, co rusz z jakiejś flanki czy okna wydobywa się dym, głosu muszkietów już nie słychać wśród stukotu szabli. Lecz na nic ta walka, dziedziniec coraz liczniej zalewa fala najeźdźców. Zapewne dziś przyjdzie dać głowę w obronie ojczyzny – a przecież można było żyć spokojnie na wsi swojej, a tu mi się wielkomiejskości zachciało... choć te miejskie niewiasty jakże piękne...
Powrót do teraźniejszości
Stary, pognieciony zwitek papieru, zżółknięty już ze starości. Nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi, jednak uparcie wpycha się pod nogi. Co go stamtąd wiatr zabierze stamtąd, to znów pod buty przywiewa. Więc jak nie podnieść i do kosza nie wyrzucić. Ale... nie, to nie jakiś paskudny papierek po czekoladzie, czy inne śmieci – tu widać jakieś niewyraźne pismo, takie jakby niedzisiejsze, starannie napisane. Zupełnie nie jak moje bazgroły. Przynajmniej w niektórych miejscach, bo z innych zdenerwowanie piszącego przeziera. Zaczynam czytać... „Wrocław, 16 kwietnia roku pańskiego 1611....” O rety, to równo 500 lat temu! Zaciekawiony zaczytam czytać dalej. „Polska jest krajem miodem i winem płynącym....”

Po dłuższej chwili z twarzy tańczących powoli wyziera zmęczenie, a każdy rozchodzi się w swoją stronę, niektórzy samotnie, niektórzy z tymi samymi partnerami, z którymi zaczynali, jeszcze inni – z nowo poznanymi partnerami z innej epoki. Na chwilę na dziedzińcu zapanował spokój.
![]() |
Czy można prosić Panią do tańca? |
Niestety, nie była to długa chwila. Nagle zza murów dobiega hałas bębnów, do którego dołącza powoli narastający odgłos dęcia w kobzy. Przez otwartą bramę wchodzą kolejni przebierańcy, niestety, tym razem nie nastawieni tak pozytywnie. Na dziedzińcu zapanowało zamieszanie, aby wkrótce wyłoniła się z niego pierwsza fala obrońców. Pierwszy rząd oddaje salwę przed siebie, drugi w pośpiechu sypie proch w muszkiety, ubija, wkłada kulę, podpala lont. Za chwilę kolejny huk nieskoordynowanych wystrzałów, powoli cały dziedziniec zapełnia się dymem.
W rozgardiaszu wojennym coraz rzadziej słychać wystrzały, co raz częściej słychać odgłos stali uderzającej o stal. Najdziwniejsze, że choć walka już chwilę trwa, znikąd nie słychać sygnałów policji, choć widać, że kilka osób w panice dzwoni gdzie popadnie.
W rozgardiaszu wojennym coraz rzadziej słychać wystrzały, co raz częściej słychać odgłos stali uderzającej o stal. Najdziwniejsze, że choć walka już chwilę trwa, znikąd nie słychać sygnałów policji, choć widać, że kilka osób w panice dzwoni gdzie popadnie.
Dym powoli zaczyna opadać, powoli dają się dostrzec pierwsze zarysy postaci. Choć żołnierze nie mają jakichś charakterystycznych mundurów, każdy nosi swe znoszone prywatne łachmany, choć ciężko rozpoznać narodowość poszczególnych żołnierzy, to mam dziwne wrażenie, że wygrali nasi. Na szczęście....
No, ale o co chodzi?
![]() |
Pożegnalny pokłon muszkieterów |
Za to polecam opis na stronie organizatorów tej imprezy - Wolnej Kompanii Sarmackiej z Wrocławia.
niedziela, 17 kwietnia 2011
piątek, 15 kwietnia 2011
Dzień, w którym anioły rozlały mleko na niebie...
Gdy tego dnia wyszedłem z domu, miałem wrażenie, że anioły rozlały mleko na niebie. I choć słońce na wszelkie możliwe sposoby stawało się sprawić, żeby niebo było niebieskie, to jednak ono uparcie chciało być szaro-białe. Widać tego anielskiego mleka dużo się rozlało, bo dosyć długo niebo utrzymywało swój nudny kolor. Jednak miało to swoje zalety, bo zwierzęta okazały się nad wyraz ufne, w ciągu dnia wychodząc na drogi ludzkie. Ale o wszystkim po kolei...
Tą wędrówkę postanowiłem rozpocząć w podwrocławskich Kotowicach. Aby odpuścić sobie nudne asfalty, próbuję dojechać do samego „dworca” PKP, co nie jest łatwe, ale jakoś się udaje. Jako że to wiosna, najbardziej oczywistym wyborem był szlak o kolorze wiosennych narcyzów i żonkili. Niestety, poza kwiatami wokół ani kawałka żółtego, tak więc pozostaje próbować iść na czuja. Niestety, po chwili drogę blokuje mi rozpościerająca się wokół... Krótki rzut oka na mapę i okazuje się, że to nie rozlewająca się na wszystkie strony Odra, a jedynie strasznie podłużne jezioro Panieńskie. Tak więc nie pozostaje nic innego jak odbić do torów. Jednak warto było pobłądzić, bo już wkrótce spotykam rudokitą wiewiórkę. Oj, złośliwa psotnica, spokojnie okazuje swe uroki tak długo, jak długo nie próbuję jej zrobić zdjęcia, kiedy to nagle ucieka na drugą stronę. I zaraz z powrotem pokazuje się z powrotem, gdy chowam aparat.

Powoli więc obchodzę jezioro Dziewicze, które w szczególności na swym zachodnim końcu urzeka płytkimi (połowy wysokości człowieka) wąwozikami. Teraz już dalej wzdłuż żółtego szlaku (który odnalazł się gdzieś w połowie długości jeziora), szeroką leśną drogą. Przy torach kolejowych spotykam pierwszych kolarzy, którzy, choć z GPS-em, pobłądziliby by bez moich wskazówek. Za to w zamian dostaję kolejne namiary na ciekawe miejsce – tym razem mowa o kolejowym moście na wysokości Czernicy.

A skoro to już tak blisko, postanawiam wyjść nad Odrę, która na wysokości Gajkowa dopiero pokazuje piękno rozlewisk, że o małym kawałku piaszczystej plaży nie wspomnę. Ale cóż, pora powoli wracać. Znów wśród świergotu ptaków, prawie tą samą drogą – choć tym razem od torów kolejowych udaje się przejść ją całą zabłąkanym żółtym szlakiem... A przed samochodem wyczekują rozradowane motyle, wesoło bawiące się w berka.
Choć to wiosna, o mało co zapomniałbym wspomnieć o budzącej się do życia roślinności. Bazie już powoli rozkwitają na żółto, więc na niebieskich kawałkach nieba doskonale spełniają rolę kwiatów jabłoni, które już wkrótce nam rozkwitną w sadach. Choć obawiam się, że nie dożyją do bliskiej już Wielkanocy - a przecież bazie były nieodłącznym elementem Wielkanocy, Na ziemi – pełno białych zawilców, słonecznych narcyzów czy delikatnych złoci i ziarnopłonów. Zresztą, kto by je wszystkie nazwał? Jeśli chcecie, obejrzyjcie je sami na spacerze...
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Trochę dłuższa przerwa - do końca tygodnia
Wszystkim odwiedzających przepraszam za chwilową przerwę, najbliższy artykuł pojawi się w weekend.
Subskrybuj:
Posty (Atom)