Przedwiośnie to chyba jedyna pora
roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje
uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i
odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień
choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i
chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o
przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu,
błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają...
spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej
okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się
nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi,
jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało
wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w
góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć
główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch
spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od
Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć
to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny
znajdę.
Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai
Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków
nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów,
klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza
gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy
jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś
miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej
małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym
mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką
poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje
przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy
widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa.
Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci
komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie
dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy
czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się
on komponuje z całością otoczenia.

Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z
pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć
mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie,
w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską,
odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością
warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta
dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc
pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na
dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje
się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność
miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia
wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych
kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich
wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę
do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się
zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.

Trzeba przyznać, że park miejski w
Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie
bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co
wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz
tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo
odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co
kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś
dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe
ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób
przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem
galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.
Cystersi a krzyże celtyckie?

Także rzeźba terenu
też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim
płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym
rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek
się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo
wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też
się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku,
jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam
właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą
krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu
przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii
ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż
wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z
tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto
podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie
tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego
kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa,
wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu
powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra
starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla
wielowiekowych tradycji i historii.

Kawałek dalej (na odcinku już zarówno
rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki:
ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie
kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni
pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii
przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski
park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby
zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby
nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.

Nie dużo dalej później trzeba wyjść z
parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera
się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich.
Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza
do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona
jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze
ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu
nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach
tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.
Piknik pod wiszącą skałą
Wychodząc ze wsi, zgodnie z
oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę
przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na
chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w
filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku,
lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka
konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku –
i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim
wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną
teren znów bardziej pofalowany.

Na horyzoncie widzę odremontowany
wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda
się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt
wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny”
aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się
najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy,
wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch,
niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże
odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w
Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż
obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na
ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na
gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do
środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót
do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych
atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z
tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak
nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak
blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze
przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już
po godzinach zwiedzania).