Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wzgórza strzelińskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wzgórza strzelińskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

Ciągle pada, czyli polska (wcale nie taka) szara jesień

jesień płonie pomarańczem paproci
Ciągle pada! 
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
mokre niebo się opuszcza coraz niżej, 
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. 

A ja? 
A ja chodzę desperacko
i na przekór wszystkim moknę, 
patrzę w niebo,
chwytam w usta deszczu krople...
Ciągle pada, Czerwone gitary


Tak, od kilku dni pogoda uparcie serwuje nam to, co tak bardzo niektórych odstrasza od jesieni. Deszcz, deszcz, z rzadkimi poprawami na mżawkę. Wysoka wilgotność sprawia, że choć na zewnątrz jest nawet 10 stopni to marźniemy bardziej niż gdyby był lekki minus. Wszędzie wokół szaro, bo przecież liście już dawno spadły na ziemię...

I może w mieście jesień wciąż szara, jednak w lesie...

w lesie 
JESIEŃ PŁONIE!!! 
Mimo deszczu, płomienne brązy i pomarańcze rozbrzmiewają w wciąż dumnie sterczących paprociach. I choć pewnie już wkrótce ich dumę złamie ciężar białego śniegu - to póki co, one wciąż płoną... chociaż na szczęście tylko w przenośni :)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Dżdżysto-jesienne, takie moje wędrowanie...

zagubiona droga na Wzgórzach Strzelińskich
Wzgórza Strzelińskie... ciężko je opisywać w ich północno-zachodniej części. Takie zwykłe wędrowanie, takie najprostsze, a przez to właśnie przyjemne. Ot, po prostu las, i droga. A jednak przyjemnie – bo las taki naturalny, a nie „przemysłowy”, rozsiewany naturalnie, a nie sadzony od linijki. I choć pogoda nie dopisywała, nareszcie odnalazł się czas na kolejną wycieczkę, więc nie można było go zmarnować z byle powodu. 
Tak więc gdzieś na początku Dębników skręcam w bok z pełnej dziur drogi, mijam Dolinę Żab i tam pozostawiam samochód. Teraz już tylko na piechotę. Choć to początek listopada, to wciąż nie widać tego po drzewach. Choć na ziemi pełno brązowych liści, to te, które ostały się na drzewach są tylko zielone. Nie sprzyjała w tym roku pogoda aurze polskiej złotej jesieni, oj nie sprzyjała. Najpierw długo, długo liście trzymały się zielone, a potem rach-ciach i są na ziemi. Niektóre ledwie zdążyły zżółknąć, inne spadały nawet zielone i odbarwiały się już na ziemi... a gdzie czas na brązy i czerwenie? 
I w takiej oto zadumie docieram do niebieskiego szlaku rowerowego, a nim do Skrzyżowania Pod Dębem. Pogoda, jak już chyba wspomniałem, dżdżysta, więc wyjątkowo nie ma tu zbyt wielu ludzi, niestety nie obyło się bez idiotów na motorach, którzy nie tylko nie dbali o bezpieczeństwo pieszych, szarżujących bez zastanowienia się nad zagrożeniami... idiotów, którzy skutecznie zakłócili spokój lasu na całkiem długim odcinku. Lekki deszcz zachęcał ptaki do świergotu... lecz kto będzie konkurował z hukiem motoru. Dopiero zejście z głównego szlaku dało wreszcie wytchnienie od tego ryku... 
krzyż cygański jesienią (Wzgórza Strzelińskie)
Krzyż cygański na Wzgórzach Strzelińskich
... ale po drodze jeszcze Cygański Krzyż. Dwa lata temu cieszyłem się, że udało mi się go odnaleźć, tym razem, wiedząc, czego szukam, odnalazłem bez problemu. Jeszcze tylko sesja zdjęciowa i można ruszać dalej.
Najpierw żółtym szlakiem. Dawno już nie chodziłem według map 1:100.000, więc odległości w terenie wydają się dziwnie wielkie. A więc tu już powinien dochodzić czarny szlak rowerowy, a tam powinien odbijać zielony – a jednak zbyt dawno nie wędrowałem, trochę ginie poczucie odległości. Na szczęście udaje się odnaleźć szlak zielony i nim podążam w kierunku Skrzyżowania pod Dębem. 




zagubiony na Wzgórzach Strzelińskich
Szeroka droga leśna, i znów nie byłoby o czym opowiadać... gdyby nie bardzo głęboki wąwóz w poprzek. Ostrożne schodzenie w dół, żeby na mokrych liściach nie ześliznąć się do wody, lekki przeskok, i już można wdrapywać się na jego szczyt po drugiej stronie. Gdy potem spoglądam za siebie, dopada mnie taka dziwna myśl: to wygląda, jakby prowadzący ścinkę zaczęli ją z jednej strony, dojechali do wąwozu, a ten stanął im na drodze. Więc objechali teren, przyjechali z drugiej strony... niby nic wielkiego rzucić górą kładkę, ale taka urwana w połowie drogi sprawia wrażenie, jakby potęga natury wygrała nad człowiekiem.

Skrzyżowanie Pod Dębem (Wzgórza Strzelińskie)
Wiata odpoczynkowa na Skrzyżowaniu Pod Dębem

ułamane drzewo (Wzgórza Strzelińskie)
A ja idę dalej. Gdzieś po drodze jakieś zwalone drzewo, gdzieś jakieś zalane oczko wodne, co rusz trzeba uważać, żeby nie wstawić buta w sam środek kałuży – bo ani nie chcę ryzykować przemoknięcia wilgotnych przecież butów, ani zmywanie z nich potem błocka nie jest żadną atrakcją. Nie zawsze się jednak udaje, więc do Skrzyżowania pod Dębem i tak wracam ubłocony. Tutaj krótki popas, rozmowa z napotkanymi staruszkami, i ruszam w dalszą trasę. Szeroką ceprostradą dochodzę do leśniczówki, gdzie znów odnajduję niebieski szlak rowerowy. Tak jak w lesie wyraźnie było widać, którędy szła droga, tak na łąkowych terenie już nie jest tak łatwo. Nie widać nie tylko znaków oznaczających szlak, czasem nie widać nawet zarysu drogi. Wszędzie wokół trawa, tylko gdzieniegdzie jakby trochę niższa niż obok. A jak tu szukać drogi zimą, gdy napada śniegu? Na szczęście to tylko prosty kawałek, i już wkrótce wracam do miejsca, gdzie kilka godzin temu odnalazłem szlak. Teraz jeszcze tylko wrócić do asfaltu i cywilizacji, czasem wyraźną drogą, czasem przez gęstwinę malin, gdzieniegdzie tylko odnajdując zatarte ślady...



sobota, 6 lipca 2013

Diabeł kusi na bogato


Przypadkowe spotkanie z diabłem, co ciekawsze - tuż przed furtą zakonną...
Czy to jest nagroda za podpisanie cyrografu?

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiurbex, czyli tam, gdzie natura odzyskuje swoje tereny...

Po długiej przerwie od wycieczek, nareszcie udało się znaleźć trochę czasu. Żeby dużo nie kombinować, a i nie stracić nadmiaru czasu na dojazdy, wybór padł na pobliskie wzgórza strzelińskie. Ładnie, blisko - same zalety :)
Oczywiście, jeżdżąc w strzelińskie okolice, ciężko nie zacząć wycieczki od tzw. urbexu, czyli poznawania uroków porzuconych budynków. A właściwie wiurbexu, czyli wiejskiego urbexu, bo raczej mowa tu o porzuconych wiejskich domostwach, niż klasycznym urbexie miejsko-przemysłowym. Osobiście uważam, że najpiękniejszym atrybutem tych wzgórz nie są przepiękne lasy rozrzucone na pofalowanym terenie, nie szmaragdowe jeziorka będące pozostałością po dawnych kopalniach kamienia, ale właśnie te porzucone wiejskie chaty czy dworki. I porusza tu nie tylko ten chaotyczny urok porzuconej ruiny powoli zżeranej przez naturę, ale często bardzo specyficzna dla tego rejonu konstrukcja ścian: całość stworzona jest z powszechnego tu kamienia granitowego, a tylko wymagające większej dokładności detale (jak wykończenie otworów okiennych czy "framugi" drzwi) wykonane są z klasycznej, czerwonej glinianej cegły. Takie zestawienie samo w sobie tworzy ciekawy efekt, a jeszcze ten efekt porzucenia.

Tak więc na pierwszy ogień poszedł dawny wiejski dom, stojący naprzeciwko przystanku PKS w Krzywini. Tak więc po przedarciu się przez wysoką trawę i gęste krzaki stojące tuż przy samej ruinie, znajduję się na środku ogromnej izby, której przeznaczenia ciężko się domyslić. Brak tu już dachu czy grożącego zawaleniem sufitu, dzięki czemu całą izbę zamieszkała już roślinność. Gdzieniegdzie tylko zwisają resztki dawnej podłogi, jednak tak znikome, że raczej nie grozi już im nagłe, przypadkowe zawalenie się. Z kolei sterczące samotnie belki konstrukcyjne wyglądają na wciąż dobrze zachowane, aż proszące się, żeby odbudować na nich dawną świetność budynku. Także niedbale ukryta piwniczka nie stwarza zagrożenia zawaleniem. Za to każde z nich aż proszą się o jakieś ciekawe zdjęcia.
Kolejną porzuconą budowlą jest dawna stajnia, tak przynajmniej oceniam początkowe znaczenie tego budynku. Choć dawno już nie ma tu okien i wiatr hula po ogromnej hali, choć dzięki wszechobecnej wilgoci łuczki już dawno pokryły się mchem, to całość raczej nie wygląda na grożącą się zawaleniem, a miejsce to oferuje doskonały chłód znużonym letnim upałem turystom. 





Zielono mi

Stąd pora ruszyć na właściwy szlak. Najpierw asfaltem, aby w odpowiednim momencie skręcić na żółty szlak, idący wzdłuż dawnej kopalni kamienia. I nie należy przejmować się nie do końca przejrzystemu oznaczeniu terenu prywatnego - spokojnie można iść szlakiem, a opiewany ostrzegawczymi tabliczkami niebezpieczny teren kopalni to jedynie ta wielka "wyrwa" w ziemi, wraz ze szmaragdowymi wodami jeziorka zatopionej kopalnianej dziury to  jedynie obszar leżący po prawej stronie drogi, zaś korzystając z właściwej drogi nie narażasz się na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą po nierównościami samej pozostałości po kopalni można się bezpiecznie przemieszczać zachowując elementarną ostrożność, jednak można natknąć się na strażnika pilnującego terenu.
Ja tam wolę udać się dalej szlakiem, aby na malowniczym skraju lasu z ciekawym miejscem widokowym skręcić w szlak niebieski. Długo się zastanawiałem, czy urocze wąwozy które pamiętam z którejś poprzedniej wycieczki znajdą się na mojej trasie, niestety to jednak trochę odleglejszy kawałek tego szlaku, tak więc dotarłem jedynie do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. 
Uprzedzam jednak nieuważnego turystę, bo już na tym terenie trzeba zwracać pewną uwagę na oznakowanie. Szlak, choć idzie szerokimi drogami, jednak co rusz przeskakuje na inną dróżkę, momentami wije się niczym wąż. Na dodatek, podłoże tamtego dnia mocno zaskakiwało - choć dzięki porządnym butom nie muszę omijać każdej kałuży, to jednak patrząc na podłoże piaskowe raczej spodziewałbym się pod wodą twardego podłoża. Tu najprawdopodobniej znajdująca się w ziemi glina sprawiła, że tworzyło się kilkucentymetrowe dosyć zbite błoto, które trochę utrudniało drogę, jednak nadawało temu specyficznego smaczku.
Ani szlak niebieski, ani późniejszy zielony nie zapewniały żadnych specyficznych atrakcji wartych upamiętnienia aparatem, to jednak tutejszy tworzy miły dla oka klimat, który robi się jeszcze przyjemniejszy dzięki świergotom ptaków. Zwłaszcza na zielonym szlaku otoczenie przypomina raczej cywilizowany uporządkowany las, to jednak dochodząc  do strumienia ciągnącego się wzdłuż nasypu drogi, klimat otoczenia zaczyna się powoli zmieniać. Zapach wydobywający się z leniwie płynącego niemrawego potoku choć lekko trzeźwiący, jest też lekko drażniący i kwaskowaty, kojarząc się z siarczanowymi wodami zdrojów Kudowy czy Polanicy. Dalej zaczynają się malownicze wąwozy wyrzeźbione przez kolejny, już znacznie większy potok. 
Po spojrzeniu na mapę zastanawiam się, czy potok sprytnie przewinie się pod drogą jakimś przesmykiem w nasypie, czy raczej bezczelnie przetnie drogę w miejscu, gdzie akurat droga zrówna się z płynącą wodą, i wszystko wokół wskazuje na to, że raczej czeka mnie większy skok przez błoto i wodę - jednak rzeźba terenu mnie zaskuje, a potok przepływa sobie pod drogą kilkadziesiąt metrów poniżej, co pozwala spojrzeć wzdłuż głębokiego wozu z góry. Zapatrzonym w krajobrazy radzę tu jednak uważać, bo tak jak droga zakręca o kolejne 90 stopni, tak szlak po przejściu ponad strumieniem raczej nie ma zamiaru skręcić, ładując się na nie do końca wyraźną ścieżkę, krótko za to intensywnie wspinając się na górę. Kawałek prostej, i ląduję w środku wyraźnie dwupoziomowego bukowego lasu, który swe prawdziwe piękno  odkrywa dopiero jesienią, kiedy to całość zapłonie żółcią i czerwienią. Z kolei podejście pod Gromnik to całkiem dobra próba sprawności, którą niestety okupuję jednak kilkukrotną zadyszką.
Szczyt Gromnika to całkiem przyjemne miejsce na odpoczynek. Ławeczki, stoliki, nic tylko rozłożyć się z piknikiem. Odbudowana szachulcowa wieża widokowa zachęca do spojrzenia z góry na okolice, niestety otwierana jest jedynie dla wycieczek zorganizowanych lub przy okazji większych festynów. Tak więc po krótkim odpoczynku i przebuszowaniu terenu pod kątem najciekawszego zdjęcia wieży, powolnym krokiem wchodzę znów na żółty szlak, aby nim powrócić do Krzywini.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

W poszukiwaniu wiosny


Przedwiośnie to chyba jedyna pora roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu, błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają... spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi, jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny znajdę.

Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai


Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów, klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa. Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się on komponuje z całością otoczenia.
Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie, w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską, odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.
Trzeba przyznać, że park miejski w Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.

Cystersi a krzyże celtyckie?

Także rzeźba terenu też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku, jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa, wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla wielowiekowych tradycji i historii.
Kawałek dalej (na odcinku już zarówno rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki: ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.
Nie dużo dalej później trzeba wyjść z parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich. Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.

Piknik pod wiszącą skałą


Wychodząc ze wsi, zgodnie z oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku, lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku – i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną teren znów bardziej pofalowany. 
Na horyzoncie widzę odremontowany wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny” aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy, wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch, niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już po godzinach zwiedzania).  

sobota, 12 listopada 2011

W poszukiwaniu cygańskiego krzyża


W sobotę byłem w Zamku na prezentacji związanej z Romami. Miało być tak pięknie, miało być tak cudnie, a wyszło... tak jak wyszło. Niestety, większość to prezentacje dumnych Mądrych Głów, które chciały pokazać tylko, jak bardzo są mądre. Potem te same Mądre Głowy, już jako Działacze, próbowali pokazać jak to oni dużo robią dla społeczeństwa Romów – szkoda tylko, że to głównie oni opisywali pozytywy tych działań a stosunkowo mało dawali powiedzieć przedstawicielce wędrowniczego społeczeństwa. No cóż, Działacze tak mają, oni zawsze muszą się wykazać... pozytywnie ocenić mogę jedynie prezentację o Papuszy. Jedynie w słowach jej autora słychać było prawdziwą fascynację i miłość do cygańskiej kultury...
Następnego dnia z rana (jak to zwykle w niedzielę) wybrać trzeba było cel kolejnej wędrówki. Choć byłby to trzeci z kolei wyjazd w tą samą okolicę, to jednak padło znów na Wzgórza Strzelińskie. W końcu ostatnim razem nie udało się odnaleźć Cygańskiego Krzyża, a przecież prezentacja dzień wcześniej to mógł być jakiś znak.

Poszukiwania czas zacząć
Wędrówkę rozpoczynam w Krzywinie. Tu wita mnie przepiękny widok, taki, dla których człowiek wędruje. Przy podniszczonej ruderze budynku złoci się w słońcu jesienne drzewo. To nie tylko magia tego miejsca, ale i momentu kiedy tam trafiłem – bo przecież w dużym stopniu piękno polegało na odpowiednim podświetleniu liści.
Podobnie jak ostatnio w Gębczycach, tak i Krzywinie znajduję ciekawy folwark. Znaczy się, zupełnie typowy i nieciekawy dla mieszkańców regionu kopalni granitowych, jednak chyba dosyć rzadki w skali krajowej. Z pewnością przewodnik turystyczny znalazłby nawet odpowiednią nazwę dla tego stylu architektonicznego. Ja tam wolę oczyma chłonąć piękno i klimat tych budynków, w szczególności arkadowych podpór starej zdaje się stajni. Po krótkim buszowaniu po okolicy, ruszam w drogę.

Wokół otacza mnie jesień. Zza krzaka głogu, za polem, pięknie mienią się żółciami brzózki. Tylko zwiększona widoczność psuje efekt zdjęcia, sprawiając że kolory stają się bardziej blade. Po drodze uwagę przykuwa „pszczele blokowisko” czyli grupa 20-30 kolorowych uli. Kawałek dalej, po wejściu do lasu mijam leśne miejsce odpoczynku, a potem tajemniczy dom. Tam właśnie udaje się znaleźć żółty szlak. Tak, to ten sam, którego szukałem ostatnio. I tym razem nie wiadomo kiedy znów się z nim rozmijam. Więc trochę na czuja idę przed siebie – jednak gdy droga zaczyna schodzić w dół, umysł nachodzą wątpliwości. No cóż, chyba pora odbić bardziej na południe, bo w końcu Gromnik jest tu najwyższym szczytem. Na szczęście las nie jest tu zbyt gęsty i spokojnie daje się przejść między drzewami. Kilka minut drogi i na szczęście szlak udaje się odnaleźć. Stąd jeszcze kawałek i zauważam charakterystyczną wieżę na Gromniku. Wydawałoby się, że to już tuż, tuż – ale okazuje się, że szlak dosyć mocno okrąża sam szczyt, aby wreszcie na szczytową polanę wpuścić nas od strony sceny.



Pierwsze trudności, czyli czy idę we właściwą stronę?
Krótki odpoczynek i czerwonym szlakiem w dół. No cóż, kierunek trasy zdecydowanie wybrałem odwrotny niż powinienem – bardzo strome zbocze obsypane liśćmi kryjącymi zdradliwe orzeszki buczyny stanowi nie lada wyzwanie. Dobrze, że dziś nie padało, choć i tak zejście jest karkołomne i momentami przypomina bardziej zjazd po piarżysku. Najskuteczniejszą metodą okazuje się „od drzewa do drzewa”, na których wyhamować można cały pęd i powrócić do pozycji pionowej. Oczywiście w sposób kontrolowany!!! I wydawałoby się, że koniec zejścia już bliski, a widoczna ubita droga to także czerwony szlak – jakże mylne podejrzenia. Ten prowadzi dalej w dół, choć droga już powoli się wypłaszcza. I znów „płonący krzak”, czyli niskie drzewko które dzięki odpowiedniemu oświetleniu rozpala pożar w pożądającym jesiennego piękna oku. Niestety, stromizna zbocza znacząco utrudnia przyjęcie odpowiedniej do zdjęcia perspektywy i z poświęcenia trzeba się aż położyć na ziemi.



Tak jak w górach stołowych
Kawałek dalej kolejna atrakcja. W lesistym krajobrazie nagle nietypowa odmiana – wśród drzew wyrastają dwie wysokie (5m?) skałki. Jak podsumował napotkany rowerzysta – prawie jak w Górach Stołowych. I choć figura mają o wiele ostrzejsze krawędzie, to pewne podobieństwo daje się zauważyć.
Dalej... powódź na rozdrożu. Choć pozornie skrzyżowanie wygląda na tylko płytko zalane wodą, to kolejny krok pokazuje, że życie wcale nie jest takie piękno – a woda z błotem sięgnęła nawet spodni. Na szczęście butów z góry nie zalało, z boków są wystarczająco nieprzemakalne na krótką kąpiel. Choć z jednej strony nachylenie zbocza i pobliski strumyk sugerują, że woda powinna pięknie spływać w dół, to jednak trzeba przyznać, że wyjeżdżona przez ciągniki odpowiedzialne za wycinkę drzew znacząco zmienia ten układ. Tak więc trzeba się lekko wycofać i obejść skrzyżowanie lekko lasem.



Od słowa do słowa narasta rozmowa
Dosłownie kilka metrów dalej spotykam kolejnego turystę. Początkowa rozmowa o kierunkach podróży przechodzi w rozważania na temat map, po pewnym czasie okazuje się, że trafiłem, choć na emerytowanego już, to kolegę po fachu. Najważniejsze jednak, że gdzieś pomiędzy słowami zauważone zostały dwie ważne informacje: jedna o pobliskim, poniemieckim krzyżu otoczonym czterema żywotnikami, i o tym którego szukam, cygańskim, który podobno skrywa się gdzieś niby blisko drogi, ale przypadkowo wypatrzeć go nie łatwo. Dalszą drogę wędruję już więc uważnie, niejednokrotnie odbijając lekko w mijane dróżki. „Gdzieś po lewej stronie, już za dwoma zakrętami w prawo”. Ech, już teraz żałuję, że nie dopytałem o jakieś inne szczegóły – wśród jakich drzew, itp. Gdy do czerwonego szlaku dołączam żółty psotnik, tracę wszelką nadzieję – a mimo to się wciąż rozglądam. I te poszukiwania zostały nagrodzone – kilkadziesiąt metrów przed kolejnym rozstajem kilka metrów od drogi wypatruję w lesie ławeczkę. Tak, o niej wspominał rowerzysta... trzeba przyznać, że to istotny punkt charakterystyczny poszukiwań, bo samego krzyża z drogi jeszcze raczej nie widać. Dla tych, którzy będą szukać, ułatwię walkę z terenem – krzyża szukać należy krótki kawałek przed tym, gdy szlak żółty znów odbija od czerwonego (patrząc od strony Gromnika, bo idąc od Strzelina krzyż znajdziemy kilkadziesiąt metrów po dojściu do szlaku żółtego).

Krótka sesja zdjęciowa, i teraz to już pośpiech. Do Krzywiny można było odbić już przy poniemieckim krzyżu, czego nie zrobiłem, i teraz powoli obawiam się czy zdążę wrócić przed zmrokiem. Trudno oszacować pozostałą drogę na mapie, która nie przewiduje nawet zejścia się szlaku żółtego z czerwonym na odcinku. Choć targają mnie pewne wątpliwości czy nie przeszedłem już Skrzyżowania pod Dębami (i rozważania co zrobię jeśli jednak) to pewne punkty charakterystyczne utwierdzają, że idę wciąż tym samym odcinkiem, który ostatnio i nie zapędziłem się za daleko. Pierwszy to ambona dla myśliwych polujących na turystów, drugi – charakterystyczna tabliczka pokazująca gdzie znajduje się pole (choć niestety nie cała góra) barwinków. I kawałek dalej właściwe skrzyżowanie – no tak, moje rozejście się szlaków kilka metrów przed to właśnie zdjęcie szlaków zrobione ostatnio.



Kto szlaki prostuje, ten w lesie nocuje
Teraz zielonym do punktu startu. Choć wokół wciąż kolorowo, to pośpiech i szarzejące już słońce sprawiają, że niespecjalnie podziwiam widoki. Wysiłek związany ze stromym podejściem też nie ułatwia podziwiania widoków. Na szczęście droga po kilku minutach powoli staje się bardziej pozioma. Gdy jednak kilka skrzyżowań dalej szlak rowerowy odbija w pożądanym przeze mnie kierunku... niestety, nie ma go na mapie, a jak mawia stare turystyczne porzekadło: kto drogi prostuje, ten w lesie nocuje. Choć zarówno z rzeźby terenu jak i samej mapy można by przypuszczać, że to tylko lekkie odbicie na skaliste wzniesienie, to wolę nie ryzykować. Jak się później okazało, szlaki te wcale nie schodzą się ponownie, to decyzja okazałaby się błędna z zupełnie innego powodu. Wybierając szlak rowerowy z pewnością pominąłbym najważniejszą atrakcję tego dnia. Szlak zielony ciągnie się tu chyba przez najciekawszy odcinek wzgórz strzelińskich – malownicze wąwozy i głębokie jary będące być może pozostałością po dawnym, naziemnym wydobyciu granitu? Trudno powiedzieć, czy jary te to naturalne wąwozy wyryte spływającą zboczem wodą, czy pozostałości po ludziach – jedno jednak trzeba przyznać. Że droga wijąca się w nich jest naprawdę cudowna. Z drugiej strony, miejscami szlak staje się trudny technicznie, a po deszczach w kilku miejscach przydałyby się na pewno łańcuchy. Pod rozwagę wszystkim turystom podrzucę też pomysł chodzenia tym szlakiem w przeciwnym kierunku, a w przypadku bardzo mokrej od deszczu i lodu drogi – znalezienie alternatywnej drogi. Co by nie mówić, gdy wiemy gdzie mamy dojść z łatwością dałoby się wytyczyć bezpieczniejszą drogę, choć z pewnością ze stratą dla doznań wizualnych. No i bardzo istotna uwaga: nie idźcie tym szlakiem po zmierzchu, nawet w świetle latarki. Nie prowadzi on żadną wyraźną ścieżką, więc nawet mimo rewelacyjnego oznakowania łatwo go zgubić w nocy. A to może sprawić, że zamiast na dające się przejść traficie na granitową ścianę – jeśli jesteście na górze, to w ciągu kilku sekund możecie znaleźć się na dnie wąwozu. I choć upadek z kilku metrów daje szansę na przeżycie, to po upadku na kamieniach niekoniecznie będziecie w stanie samodzielnie wrócić do domu, a Wzgórza Strzelińskie chyba nie są objęte obszarem działań GOPRu.



Powrót z krainy wąwozów
Po wyjściu z krainy wąwozów, teren wokół nagle staje się gładki, a droga płaska i jednolita. Wielkiego wysiłku nie trzeba, żeby upilnować zielonego szlaku, który gdzieś po drodze skręca w lewo, aż dochodzę na skraj lasu – a za lekko opadającym polem widzę drogę którą rano szedłem. Tak, tak, to ledwie kawałek dalej podziwiałem w południe złociste brzózki. Widać nie tylko mnie uraczyło piękno tutejszego krajobrazu, bo ustawiona tu została kolejna ławka dla znużonych z charakterystycznym kamiennym stołem. Co by nie mówić, za ilość miejsc do odpoczynku dla turystów pochwalić trzeba tutejszego gospodarza, powiat strzeliński.
Droga znów robi się bardziej ciekawa, otoczona miejscami zarówno pagórkami ograniczającymi widoczność jak i szybko opadającymi zboczami. Z chęcią pobuszowałoby się po nich celem odnalezienia naniesionych na mapę kamieniołomów, niestety szaruga zbliżającego się zmierzchu przypomina, że pora już wracać.

niedziela, 23 października 2011

Tam gdzie Bogowie rzucają gromami


Już prawie miesiąc nic tu nie pisałem. Remonty, praca, i pewnie jeszcze innych wytłumaczeń by się znalazło na brak czasu dla dwóch blogów. Parę nieopisanych wycieczek czeka na lepsze czasy... i miejmy nadzieję, że one nadejdą. Odkopywanie się z zaległości zacznę jednak nie od wycieczki zaległej, ale bieżącej, dzisiejszej.
Na Wzgórza Strzelińskie wybierałem się już chyba od dwóch miesięcy. Wyjazdy, kiepska pogoda sprawiały, że ciągle to odwlekałem. Gdy już wreszcie się zebrałem, na starcie wycieczki (po przejechaniu 30km) przekonałem się, że co prawda mapę ze sobą mam, ale niewłaściwą. Zamiast okolic Wrocławia strona południowa, wzięła mi się strona południowo-zachodnia innego wydawnictwa. Jako iż na żółtym szlaku przekonałem się, że ze znakowaniem bywa różnie w tym obszarze, to bałem się zbyt daleko zapuszczać, i z niepyszna dokonałem odwrotu po krótkim spacerze. Na miejsce postanowiłem wrócić dziś, z trochę większą wiedzą o regionie i z tym razem już właściwą mapą. Może dlatego mogą się nasuwać wątpliwości, czy wszystkie zdjęcia zostały zrobione tego samego dnia, przy tej samej pogodzie – choć opisuję dzisiejszą, ciekawszą wycieczkę, to posiłkował się będę zdjęciami z zeszłego tygodnia.
A teraz od początku, od pobudki. Po przebudzeniu się, stwierdziłem, że pogoda znów nie sprzyja dalszym spacerom. Mgła, i to z tych najgorszych. Nie taka miła unosząca się niczym zwiewna woalka, która za dwie, może trzy godziny ustąpi miejsca słońcu. Raczej ta ciężka, wszędobylska, wypełniająca cały świat szarością, wciskającą się w każdy możliwy kąt i raczej nie chętnie wynosząca się z raz zajętych pozycji. Pierwsza myśl: może coś bliżej, z opcją awaryjnego powrotu. Dopiero później przyszło otrzeźwienie: przecież do Wzgórz Strzelińskich nie jest tak daleko, wcale nie jest bliżej niż na Ślężę, a wokół Wrocławia ciężko o bliższe jakieś duże lasy. Więc dziś Biały Kościół po raz drugi.
Po drodze mijam stary cmentarz, pełen niskich nagrobków. Wygląda na stary, poniemiecki, na którym od dawna już nikt nie chowa swoich bliskich. Warto by się zatrzymać, zrobić parę zdjęć na bloga na następny tydzień, ale odkładam to na później, co akurat było błędem. Następny punkt programu, to kościół. Kościół tak ciekawy, że to właśnie on zajmuje naczelne miejsce na okładce mapy Okolice Wrocławia – strona południowa wydawnictwa Plan. Choć trzeba przyznać, że odbiór fotografującego był zupełnie inny niż mój. Mnie urzekła harmonia powtarzalnych kształtów, zwłaszcza łuków, tworzona nie tylko w samej bryle kościoła, co i w stojącej przed nim bramie. Widać fotograf wydawnictwa dostrzegł jakieś inne piękno, bo zamiast pozornie banalnego ujęcia na wprost, w tym jednym wypadku doskonałego bo oddającego tą harmonię, wolał zrobić zdjęcie „poprawne” prezentując kościół pod skosem. Cóż, jak mawia stare przysłowie, co fotograf to obyczaj. Idąc dalej asfaltem (żółty szlak) jeszcze we wsi mijam po lewej całkiem ciekawe jezioro. W jego tafli odbijają się wciąż nieliczne liście w kolorach jesieni, a strome zbocze skał z wyrośniętymi nad nimi drzewami nadają klimatu temu miejscu. Kawałek dalej przez ramię spoglądam na zamglone jezioro zalewowe z ośrodkiem wypoczynkowym. Choć nie widać wysokich wzniesień, to całość ma pewien górski charakter.
Później wychodzę z wioski. Jeszcze na koniec, gdy już, już człowiekowi wydaje się, że jest w lesie, po lewej mijam schowany tajemniczy domek. Wysoki mur, zamiast odgrodzić właściciela od zaciekawionych przechodzących, wręcz odwrotnie, intryguje i ciekawi. A dalej to już naprawdę koniec obszaru zabudowanego.
Tutaj mgła nie dość, że nie zasłania odległych krajobrazów (rolę tę doskonale odgrywają przecież drzewa), to przez pewną taką zawoalowaną zasłonkę nadaje miejscom pewnej charyzmatycznej tajemniczości. Droga wije się serpentyną wśród pól, co jeszcze bardziej potęguje nastrój. W żadnym momencie nie wiesz, co czeka cię na następnym kilometrze. Mroczne przejście w tunelu drzew, z drzewami złowieszczo oplecionymi jakimś pnączem? Wysokie smreki wznoszące swe głowy ku chmurom, których szczytów nie widać zza mlecznej zasłony? A może zwykła droga, z odrobiną jesiennej żółci i brązów liści? Długo by się zastanawiać, gdyby nie konieczność pilnowania szlaku. A ten wciąż próbuje uciec za jakimś zakrętem i czasami tylko znaki szlaku rowerowego mówią gdzie iść – a przecież zejść z niego w którymś momencie trzeba. Tak przynajmniej mówi mapa, bo gdy w pewnym momencie skręcam ze szlaku rowerowego pozostając wierny szlakom dla piechurów, po jakimś czasie ten rowerowy, czując się porzucony, sam wraca do mnie. Jeszcze dziś mi będzie długo towarzyszył, zwłaszcza gdy dwa rowerowe (niebieski i czerwony) postanowiły iść razem.
Ja tymczasem dochodzę do zaplanowanego schronu leśnego na Skrzyżowaniu pod Dębem. To ważny węzeł wędrówkowy, bo krzyżuje się tu wiele szlaków zarówno pieszych, jak i rowerowych. Co istotne, to także doskonałe miejsce na odpoczynek. Duża polana dla chcących korzystać z letniego słońca, do tego ocieniony pas z rozstawionymi stołami aby zjeść w spokoju swe kanapki, miejsce na ognisko, i wreszcie z tyłu ogromna buda osłonięta dachem od opadów atmosferycznych. Na szczęście, nie jest tak źle aby trzeba było chować się do środka, jednak też i nie ma szans na opalanie się na środku polany. Tak więc przyłączam się do grupki grzybiarzy, aby z nimi ogrzać zmarznięte ręce przy ognisku. I tu małe zdziwienie. W takich miejscach stoły oczywiście to żadne zdziwienie, jednak z racji łatwego dostępu do materiału, zazwyczaj są one drewniane. Tutaj zaskakują mnie stoły granitowe, choć po chwili przemyśleń sprawa wydaje się oczywista – granit to akurat materiał pozyskiwany w tym rejonie.
Teraz pora iść dalej. W planie było czerwonym iść na południe, i dotrzeć do szlaku żółtego. Jakież było moje zaskoczenie, gdy spotykam go niecałe 20 minut dalej. Ale jakże to tak, nie tak miało być, jakieś atrakcje miały być po drodze, a to już, i co, szybko do Białego Kościółka i koniec? Z obawą wyciągam mapę. No nie, zdecydowanie to nie to miejsce, jeszcze spory kawałek przede mną, tylko co tu robi ten żółty szlak? Ale coś mi się kojarzy, zeszłotygodniowe błądzenie właśnie tym szlakiem, jakieś sugestie, że teraz idzie on gdzie indziej od strażniczki z kamieniołomów – no tak, wszystko jasne, nieaktualna mapa. Co akurat mnie nie dziwi, choć tak dużej zmiany nie spotkałem. Zawsze to lepsze, niż parę dodatkowych godzin wędrówki bo... most spłonął kilkanaście lat temu. Wycieczka, o której wspominam, to dosłownie moja pierwsza blogowa wycieczka, choć nie z tego powodu jeszcze długo będę ją wspominał.
A ja wciąż na rozstaju dróg. Tylko przydrożnego Chrystusa mi brak, choć rady starca siedzącego przy drodze to wciąż te same kilka godzin dodatkowej wędrówki, o której przed chwilą wspomniałem. Więc może to lepiej, że przy drodze leżą jedynie nieme pnie ściętych drzew? Decyzję podejmuję sam: skoro szlaki idą na razie razem, to czemu by nimi nie wędrować dalej do wzmiankowanego na kierunkowskazie Gromnika? Gorzej, gdy szlaki się rozchodzą – dla pewności idę żółtym, którym miałem wrócić na parking. Na odstresowanie, pozostaje mi przeżuwać znalezione orzeszki buczyny.
W końcu dochodzę do zaplanowanego miejsc spotkania się szlaków. Czy wchodzić jeszcze na Gromnik? Pogoda kiepska, widoków pewnie nie będzie... choć decyzję podjąłem szybko, to zwątpiłem po rozmowie z osobami które dotarły tu już wcześniej i właśnie przyrządzają kiełbaski. Wieża widokowa, choć dopiero budowana? Pewnie nie wejdę, ale może warto zobaczyć, co tam kiedyś będzie? Ciekawość – pierwszy stopień do piekła, ale także na szczyt góry. Choć stromo, to ostro idę do góry. Dobrze, że to tylko 10 minut – inaczej pewnie wyplułbym sobie płuca.
Co na górze? A no całkiem przyjemne miejsce. Pal licho scenę przygotowaną podobno na jakieś pokazy rycerskie. Na szczyt wchodzi się poprzez bramę pomiędzy palikami palisady. I tu miłe zaskoczenie. Wokół szczytu ciągnie się wał ziemno-gruzowy imitujący dawne fortyfikacje. Z tyłu widać wieżę budowaną w stylu pruskim. Przed nią to co tygryski lubią najbardziej, czyli stara ceglana ruinka dawnej wieży. Choć miejscami ledwo wystaje nad ziemię, to podchodząc bliżej zauważa się, że jest też wkopana na kolejne pół metra w dół. Dokładniejszy obchód pozwala odnaleźć... owoce dzikiego bzu? O TEJ PORZE ROKU? No cóż, soki porobione, owoców też nie tak w końcu wiele może dać jeden krzak, no i po przejściu na drugą stronę wału okazuje się, że i ciężko byłoby do nich sięgnąć z ziemi. Więc odwrót na dół, który okazał się pomyłką. Skoro doszedłem tu żółtym, skoro znów odnalazł się czerwony, to może warto by było do ostatniego ich zejścia wrócić czerwonym? Nie powtarzałbym wtedy tej samej trasy...
Niestety, na mapę spojrzałem dopiero na dole. Wynikało z niej, że musiałbym wrócić na Gromnik... nie, to już wolę wracać drugi raz żółtym szlakiem. Choć powrót do skrzyżowania to głównie jednolity las liściasty, to dalej już bywa różnie. Chociażby las świerkowy, który z pewnością okazuje się strasznie mroczny i straszny przy trochę gorszej pogodzie.
Choć szlaki, jak się okazuje, są oznaczone w tym rejonie całkiem dobrze, to z uporem maniaka pilnuję swojego żółtego szlaku. W końcu to na nim mocno zwątpiłem w oznaczenia w zeszłym tygodniu. Na razie jednak udaje mi się upilnować go bez problemów. Wyjście na asfalt, i jest, PUŁAPKA. Szlak nagle odbija w lewo, choć z daleka nie widać wydeptanej ścieżki. Ale nie, wszystko ładnie oznaczone, ciężko się zgubić. Tak więc kolejny kawałek drogi idę wciąż wzdłuż strumyka, choć ten ucieka od asfaltu. Choć moją uwagę rozprasza odebrany właśnie telefon, to bez problemu udaje się go upilnować. Aż do momentu, gdy nagle okolica zaskakuje mnie... dwiema wysokimi wieżami obronnymi rozstawionymi po obu stronach przejścia. Czyżby w średniowieczu ktoś budował tak wyśmiewane obecnie „bramy do lasu”? Widać, że tak, bo jakże inaczej wytłumaczyć to zjawisko? Żeby ułatwić wam odnalezienie tego miejsca (i sprawdzenie, czemu znów zbłądziłem na żółtym szlaku) to mała podpowiedź. Wszystko znajduje się kawałek za kopalnią granitu (patrząc od Białego Kościoła), przy gospodarstwie agroturystycznym należącym do obecnego sołtysa Grobierzyc.
Kawałek dalej mijam znajome już tablice informujące o zbliżaniu się do strefy rozrzutu. Wydobycie granitu w dużym stopniu bazuje na wybuchach ładunku pirotechnicznego, mającego ze skały wyodrębnić materiał do zebrania. Niestety, część silnie roznosi się po okolicy. Gdy odbijecie w prawo szukając żółtego szlaku, z pewnością znajdziecie parę groźnie wyglądających kamieni. Czy naprawdę wylądowały one tam same, w wyniku eksplozji, czy może specjalnie zostały tam rzucone aby odstraszyć gapiów – trudno powiedzieć. Jedno jest pewne – będąc już tutaj, to koniecznie, ale to koniecznie, zajrzyjcie do kamieniołomów. Idąc ze wspomnianego gospodarstwa do głównego wjazdu kopalni, po prawej przy drodze zaraz zobaczycie skarpę – zajrzyjcie za nią, aby dostrzec klifowe stoki, księżycowy krajobraz kopalni i cudowne dwa szmaragdowe jeziora. Polecam też wycieczkę wokół zalewiska, choć raczej polecam tu stronę bliższą gospodarstwu niż bramie wjazdowej kopalni.

Za kopalnią uważajcie. Nie dajcie się oszukać pięknemu asfaltowi nowej drogi wiodącej na wprost. Celowo skręćcie w prawo, w starą, zniszczoną, krętą asfaltową drogę. Inaczej ominie was kolejna atrakcja Gębczyc. Choć sama droga jest nudna, to po kilku zawijasach dojdziecie do zabytkowego pałacu. Trzeba przyznać, że zbudowanego w mało znanym mi do tej pory stylu – przewaga kamienia, którego szarość skutecznie przełamuje intensywna czerwień wypalanej dachówki tworzącej obrys wszelkich otworów okiennych, drzwiowych, itp. Trzeba przyznać, że w tej okolicy pełnej granitu to chyba najbardziej oczywista forma architektoniczna, dająca jednak ciekawy wynik. Nie patrzcie zbyt wysoko w górę, aby nie przestraszyć się żółtą tablicą zakazującą wstępu i zapuśćcie się w głąb rozległego terenu pałacowego. Jeśli jednak tablicę zobaczyliście i sumienie nie daje Wam spokoju, to wróćcie na główną drogę, aby przejść nią kawałek i wejść od innej strony. Zgodnie z nakazem, w końcu nie przejdziecie przejściem między dwoma szeroko rozpostartymi drzewami. I teraz nastawcie się na spokojne buszowanie, bo budynków do obejrzenia, choćby tylko z zewnątrz, jest tu na tyle dużo, że potrzebujecie palców obu dłoni, aby je policzyć, a nie obiecuję, że wam wystarczy. A czasem warto i choć trochę w głąb tych ruin zajrzeć. I choć chyba sam „pałac główny” nie jest specjalnie ciekawy, to i w jego pobliżu znaleźć można klimatyczne drewniane szopy i kolejny stylowy szaro-czerwony budynek, z nietypową dla reszty budynków wieżyczką pośrodku. Ogromne pałacowe podwórze warto obejść na wszelkie możliwe sposoby, bo z każdego miejsca można wypatrzyć inne lokalne ciekawostki. Zdecydowanie polecam też to miejsce na plener zdjęciowy, mimo iż sam wypstrykałem chyba z pięć razy więcej zdjęć tylko w ramach dobrania odpowiednich parametrów naświetlenia. Słoneczny balans bieli, chmurny, może obszar zacieniony, ręczny balans bieli też nie do końca pasuje, niedoświetlenie, prześwietlenie, intensywne barwy czy naturalne? Każde wychodzi niewłaściwie na małym ekraniku podglądu, na szczęście w przypadku wielu z nich to jedynie przekłamanie barw i zdecydowanie lepiej wyglądają na komputerze.

A potem powrót na asfalt, na szczęście udaje się złapać stopa, bo przecież cóż to za atrakcja człapać po drogach dla samochodów. Choć z drugiej strony, to ledwie chwilka, całkiem blisko było. Słońce już niestety nisko, i choć daleko jeszcze do zachodu, to żółć chylącej się ku zenitowi ognistej kuli dominuje wszelkie inne barwy. No i zimno się powoli robi, a szarość osłabionego już światła przepycha się ze wspomnianą żółcią. Pozostaje wracać, choć z pewnym niedosytem mijam po raz kolejny stary cmentarz. Niestety, przed Wszystkim Świętych nie będzie kiedy powrócić porobić zdjęcia...

Informacje praktyczne:
Godziny wystrzałów w kopalni granitu: 10-12 i 14-16, tylko w dni robocze. Wystrzały są ogłaszane wcześniej odpowiednio dwoma sygnałami krótkimi (zapowiedź), długim ciągłym (wystrzał właściwy) oraz odwoływane kolejnymi sygnałami. W tym czasie zaleca się bezwzględne trzymanie się poza strefą wyrzutu.