Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

Dokąd zmierzasz, Stary Książu???

Do zamku Cisy próbowałem dostać się już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo „zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem, zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.

Zamek Cisy koło Wałbrzycha
Zamek Cisy w swej pełnej okazałości


baszta zamku Cisy - okolice Wałbrzycha
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić na minimalne zamoczenie nóg.
kwitnąca jabłonka
Tymczasem za rzeką droga powoli przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie: obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Wałbrzych, zbiornik retencyjny
Tymczasem przechodzę obok zbiornika retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.

zabytkowy cis Bolko - struktura kory
Kora zabytkowego cisu Bolko

korzenie wyrastające w pniu starego drzewa
Chyba podświadomie przewidując, że czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi, tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa, a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół? Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu „cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok. Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi „drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają służyć.
zamek Książ koło WałbrzychaGdy już dochodzę w pobliże Starego Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron. 
Skoro w części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem – musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie, które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu – ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim niszczeniem zamku?
Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony!
Ze sromotnym żalem nad rychłym upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury – nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować, ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku można wrócić do domu.


wtorek, 6 maja 2014

Zagubiony we mgle, gdzieś na granicy powiatów

To był deszczowy dzień we Wrocławiu. Jakoś w tym roku pogoda ma takie dziwne tendencje, że jak akurat nigdzie nie wyjeżdżam, jak nie jesteś na jakimś konwencie, nie biorę dodatkowych zajęć w pracy – to bardzo często pogoda jest „pod zdechłym psem”. Oczywiście, w większość pozostałych weekendów jest słoneczko i w ogóle – no, ale jak mi zależy na dobrej pogodzie, to ta złośliwie pokazuje jęzora. 
Ale co tam, ruszyć się czasem trzeba, bo jakiś długi okres przestoju się napatoczył, poza tymczasem to ciekawie ruszyć się przy innej pogodzie, może na inne klimaty zdjęciowe się też trafi?

No więc postanowione: mimo deszczu, słoty, niepogody, ruszam się z domu. Kierunek: południe. Na samym wylocie dziwne zaskoczenie. No bo wyobraźcie sobie mgłę (bo tak w ogóle, w czasie gdy na północy Wrocławia padało i było widać chmury, to tak od rynku na południe zaczynała się coraz gęstsza mgła...) No więc wyobraźcie sobie mgłę tak gęstą, że gdy widzisz światła poprzedzającego cię pojazdu, to jesteś od niego w odległości tylko tyle co bezpiecznej – albo i bliżej. Jako iż mało kierowców decyduje się na jazdę w taką pogodę – to widzisz głównie kawałek czarnego, linię ciągłą mieszaną z przerywaną po prawej, i nic więcej. Wiesz, że gdzieś tam, po prawej od drogi, jest las – ale mgła jest tak gęsta, że tylko wiesz, bo pamiętasz, jeśli widać drzewa, to tylko te pojedyncze stojące przy drodze. I nagle z tej mgły wyłania się kramik, zaciekawiony co już sprzedają przy drodze, ledwie kątem oka dostrzegasz napis „truskawki”.

Oczywiście, w maju byłoby to żadne zaskoczenie, ale wycieczka o której piszę to akurat wydarzenie sprzed miesiąca, z czasu, gdy nawet te hiszpańskie truskawki dopiero się pojawiały na rynku, a co tu mówić o polskich? No i właśnie, truskawki raczej potrzebują słońca, ciepła, za to nie lubią zbyt dużej ilości deszczów bo gniją... a tu masz, wilgotność tak wysoka, że nic nie widać, słońca zza tej mgły nie widać, a oni tu truskawki...

No, ale jadę dalej. Do Łagiewników droga prosta, nawet po drodze mgła gdzieś się zawieruszyła, dalej oczywiście od roku nie postawiono dobrych drogowskazów, więc na czuja bardziej staram się kierować w kierunku Dzierżoniowa, i gps jak zwykle nie okazuje się zbyt pomocny. W Dzierżoniowe jeszcze większe zaskoczenie, bo okazuje się, że z bliżej nie znanych przyczyn połowa miasta zamknięta. Włącznie z rynkiem, przez który uparcie próbuje mnie prowadzić GPS. Oczywiście, w takich warunkach należy kierować się drogowskazami objazdów – baa, szkoda, że ktoś zapomniał ich postawić. Powiem tylko, że po wyjechaniu z Dzierżoniowa odpowiednim wyjazdem, dalsza droga okazała się banałem. Na otarcie łez za głupio straconym czasem (bo przy okazji przeszedłem się po Dzierżoniowie, ale nie specjalnie jest o czym opowiadać) w miarę podjeżdżania w górę powoli zaczęła wracać mgła... niestety, na krętej, wąskiej drodze ciężko się zatrzymać żeby zrobić piękne zdjęcia.
Tak oto dojeżdżam do Przełęczy Jugowskiej. Na parkingu prawie, że pusto, a jednak okazuje się, że obsługa pilnuje. Aż się zdziwiłem, że przy tak małej ilości chętnych chce im się pilnować – ale jak się okazuje, od niedawna właściciele prowadzą ten interes i tym bardziej zależy im na tym, żeby klienci się przyzwyczaili do tego miejsca. Tak więc 5 złotych za parking, jednak okazuje się, że opłata zawiera już ciepłą herbatę w bonusie. Miła odmiana, ale zostawmy sobie ciepłe napoje na rozgrzewkę po powrocie, bo wilgoć może okazać się trochę wychładzająca.
Skoro rano powiedzieliśmy sobie: na południe, to wypadałoby być konsekwentnym – a więc trasa w kierunku Przełęczy Woliborskiej. Jeszcze tylko konsultacje z obsługą parkingu, którędy iść (i tu trzeba ich pochwalić) i można ruszać. Na początek trasa, która wydawała się być trudniejsza, bo dłuższa. Czyli niebieski szlak rowerowy. 
Orczyk-widmo
Szeroka droga, którą mógłbym przejechać swoim autem, słowem, nie ma o czym się rozpisywać... STOP!!! Z przodu, tam gdzie drzewa ustępują miejsca polanie, jakiś dziwny szum. Nie, nie potoku, bo drobnych ciurków spływających z góry tu pełno. Tak jakby pracował wyciąg narciarski. I fakt, coś tam stoi, charakterystycznie „wywalony” dla równowagi słup z kołami napędowymi. Podchodząc bliżej widzę, że faktycznie, koła się kręcą, widać nawet, że linka się przesuwa... tylko żadnego narciarza nie widać. Zresztą, co tu się dziwić, śniegu w tym roku dużo nie było, za to w międzyczasie już 20-stopniowe upały były, więc roztopiły się pewnie ostatnie resztki... a orczyk pracuje. Takie surrealistyczne oderwanie od rzeczywistości: mgła, słaba widoczność, mimo iż to wielki obszar leśny to ledwo widać najbliższe drzewa, cisza prawie absolutna, i tylko ten dziwny, jednostajny szum kręcącej się kolejki.



Bielawska polanka skąpana we mgle
Chwila zadumy i ruszam dalej. Kilometry szybko mijają pod butami bo podejść ani zejść prawie że nie ma, jedynie trochę postojów na zdjęcia, bo co rusz próbuję pomęczyć swój aparat i siebie tą mgłą. Jednak bez żadnych godnych wspomnienia faktów dochodzę do Bielawskiej Polanki. Całkiem przyjemne miejsce na postój, jednak wszędobylska mgła raczej nie skłania do zbytniego zwalniania tempa. Jedynie szybkie zapoznanie się ze stojącą tu tablicą z mapą (z której wynika, że zaliczę 3/4 trasy nietoperza, kawałek okazuje się, że szedłem równolegle do niej) i pora ruszać dalej w drogę.
Dalej jednak już nie tą szutrówką, i to nie tylko dlatego, że mało ciekawa. Po pierwsze, raczej daleko nią nie dojdę, nawet gdybym długo nią szedł. Po prostu dochodzi ona do Przełęczy Woliborskiej tak wielkim łukiem, że trasa robi się 2-3 razy dłuższa. Tak więc teraz już trochę węższą drogą, wśród głównie świerkowego lasu powoli podążam pod górę. Gdzieś po drodze sztuczna polanka powstała poprzez wycinkę lasu, szczyt Popielak ze znacznie większą leśną „łysinką”, potem zejście i powoli dochodzę do kolejnej Polanki. Z daleka, wśród mrocznej mgły, powoli wyłania się złowieszczy znak: wysoki „pieniek” w kształcie, który kojarzyć mi się może jedynie z okładką gry Diablo. Jak się zresztą okazuje, słupek raczej nie był nastawiony do mnie pozytywnie, skoro wisiał na nim zakaz wchodzenia z powodu prac leśnych. Oczywiście, jak zwykle ostrzeżenie to wisiało w taki sposób, że o ostrzeżeniu dowiaduje się dopiero wychodząc z terenu ścinki – na szczęście w niedzielę leśnicy raczej nie pracują. 
Czy to znak, że pora zawracać?
Patrząc na mapę i zegarek równocześnie dochodzę do wniosku, że do samej Przełęczy pewnie nie dojdę, ale może warto przejść chociaż jeszcze kawałek? Tak więc czeka mnie forsowanie zalanej drogi, potem trochę bardziej strome podejście niż ostatnio... to może przejdę jeszcze kawałek? Tak więc jeszcze kawałek przez rozległy młodnik, kolejny pagórek, a na jego szczycie całkiem spore zwalone drzewo, tak rozłożyste, że nie tak łatwo znaleźć jakieś obejście i praktycznie trzeba przechodzić przez zwalone gałęzie. Przy kolejnym zwalonym drzewie, tym razem prostszym do przejścia, postanawiam jednak zawrócić, bo z daleka daje się zauważyć całkiem duża i hałaśliwa grupka, więc skoro mam nie dojść do kolejnej przełęczy (do Kobylca, czy poprzedzającego go jeszcze ciut wyższego szczytu chyba mi jednak trochę zostało), to może teraz już pora zawrócić?

Widok z Bielawskiej Polanki w kierunku na Kalenicę
Tak więc do Bielawskiej Polanki wracam tą samą drogą, a w międzyczasie powoli zaczyna zanikać mgła. Jako iż z powodu mniejszej wilgotności czuć jakby było cieplej, tu postanawiam zrobić pierwszy swój dłuższy postój tego dnia. Tak, tak, wokół mnie pozostają jedynie niedobitki mgła. Wśród mocno przerzedzonych drzew za drewnianym schronem, tylko wśród najdalszych drzew widać jakieś lekkie rozmycie, w pierwszym planie mgły brak. Dumną monotonię rzadkiego lasu iglastego burzą jedynie obszary nasadzeń bukowego młodnika. Jednak w miarę zbliżania się do Kalenicy, powoli wracają drzewa iglaste.



Droga z Bielawskiej Polanki w kierunku na Przełęcz Jugowską
Oczywiście, skoro zaznaczono na mapie, to na Kalenicy obowiązkowo trzeba było wejść na wieżę widokową. Choć oczywiście, zaskoczenia nie było – gdy perspektywa pozwala oddalić horyzont od siebie, mgła daje o sobie znać. Widoczność kiepska, po trosze o ile pamiętam wieżę już za bardzo zarastają drzewa, ale z pewnością tego dnia główną przeszkodą była mgła.
Po zejściu z wieży ruszam dalej szlakiem. Kawałek dalej droga lekkim łukiem omija grupę wystających z ziemi dużych kamieni. Że akurat miejsce to odwiedziłem krótko po tym, jak znajomi z Warszawy chwali się swoimi zdjęciami z Gry o Tron, to i wyobraźnia też już była lekko ukierunkowana. Jednak gdyby porównywać te trony... ten filmowy, choć pełen szczegółów kusił przepychem i luksusem (choć o ironio, nie wyglądał na zbyt wygodny do siedzenia). Ten naturalny, mimo swej prostoty i minimalizmu (a może to właśnie dzięki nim) o wiele bardziej kojarzył się z powagą i dostojnością tego miejsca, a równocześnie przestrzeń i miękka trawa kojarzyła się z wygodnie rozłożonymi wokół damami dworu.
Tymczasem kawałek dalej doganiam grupkę, która ruszyła z Kalenicy w czasie, gdy ja próbowałem podziwiać widoki. Okazuje się, że z Rzeczki wybrali się na Wielką Sowę, a że już siłą rozpędu... to doszli do Kalenicy. I że ten rozpęd, to nie taka fajna sprawa, bo potem wrócić trzeba, więc jak by było ciut bliżej... koniec końców stwierdzili, że jednak nie będą mnie nakłaniać do jazdy moim małym autkiem w 6 czy 7 osób i wrócą na własnych nogach. Tyle im pomogłem, że skorzystali z mapy (wybrali się bez), trochę doradziłem w kwestii wyboru drogi powrotnej, między innymi, że mogę sobie zaoszczędzić kwadrans drogi nie zaglądając do i tak nieczynnego schroniska. Tak, parking kojarzyli, głównie z „dziwnie wyglądającej szarlotki”, co akurat nie poprawiło mi humoru, bo liczyłem, że do darmowej herbatki dokupię sobie jeszcze jakieś ciasto dla smaku. Kawałek dalej, i na tej samej szutrówce którą zaczynałem kilka godzin temu, już w miarę blisko parkingu rozstajemy się. Mi wypada jeszcze raz pójść kilkadziesiąt metrów „z powrotem” (w tym samym kierunku co rano – przeciwnie do parkingu), do miejsca, gdzie szlak zwinnie wywija się w dół. (Tu radzę uważać, to zejście nie jest zbyt widocznie oznakowane, raczej pamiętałem je sprzed kilku godzin niż zauważyłem oznakowanie w tym momencie).
Po chwili droga z wąskiego przejścia między drzewami staje się raczej śladem ścieżki. W końcu wśród szeroko rozstawionych drzew, w lekki zagłębieniu skoncentrowanym wokół płynącego niżej strumienia nie ma większego znaczenia czy idziesz drogą, czy dwa drzewa od niej. I tak oto dochodzę do nieczynnego schroniska, które w tej mgle wygląda jeszcze bardziej opuszczenie. Teraz znów kawalątek pod górkę, obok ledwo wystających ponad ziemię ruin, i wracam na parking.
No właśnie, wracając do parkingu, dziwnie wyglądającej szarlotki... trzeba przyznać, że krzykliwe napisy na szybach stojącej na środku budki i to akwarium pod ladą (na kiego czorta w tym miejscu akwarium???) nie zachęcają do spędzenia tu miejsca. Środek też jeszcze surowo i mało klimatycznie wygląda, choć widać, że miejsce można zrobić ciekawiej i właściciele powoli idą w tym kierunku. W szarlotce nie dopatrzyłem się ani niczego dziwnego, ani niczego zachęcającego do konsumpcji, ale ciężko zrobić szarlotkę która swym wyglądem zachwyci osobę, która nie jest wielkim fanem jabłeczników. Szarlotka jak szarlotka, czy jest coś „nie-jabłecznikowatego”? Na szczęście jest: piernik. To lubię. Zaskakujący... gdy wdaje się z rozmowę z obsługą na jego temat, wychodzi, czemu tak trochę nietypowo smakuje. Ananas i jeszcze jeden owoc (po prostu nie pamiętam jaki) to faktycznie to, co skłoniło mnie do zapytania, ale okazuje się, że ten piernik jest... marchewkowy. Nie, to nie ciasto marchewkowe, to jednak jest inne, po prostu piernik marchewkowy. Z ananasem, bakaliami, z przyprawami korzennymi dającymi się łatwo wyczuć, ale nie narzucającymi się smakiem (chociaż wolę takie narzucające się :), domowej roboty – chyba nie trzeba więcej przyimków żeby je zareklamować? No dobrze, jakby ktoś miał wątpliwości – oczywiście, że pyszne!!!


Dalsza rozmowa daje więcej informacji o „budzie parkingowej”. Właściciele są tu dopiero od roku, na górze znajduje się wypożyczalnia sprzętu zimowego, o tej porze roku oczywiście nieczynna, prowadzone są rozmowy, żeby zrobić tu też bezpłatny punkt pomocy rowerowej. Przy okazji dzięki uprzejmości właścicieli załapuję się na przedpremierowy pokaz prezentacji ze starymi zdjęciami tego miejsca, jeszcze w czasach, gdy stało tam schronisko (nie, nie mówię o pobliskiej zygmuntówce – tu było kolejne). Włącznie ze zdjęciem z dokładnie takiej perspektywy, jakbym wyglądał przez okno. Docelowo, zdjęcia mają wylądować w ramkach i zawisnąć na ścianach, co ma być jednym z kroków upiększania tego miejsca (ale błagam, zmyjcie te napisy żarówiastym markerem z szyb!!!). Docelowo opłata za parking ma pozostać na poziomie 5 złotych, ale ma to być traktowane w całości jako przedpłata na szeroko rozumianą konsumpcję (a więc, nie tylko praktykowana obecnie herbata, ale także kawa, ciasto – kto co woli). Czy tak będziecie? Pożyjemy, zobaczymy, właścicielom życzę, aby się ten interes rozwinął, bo może to być ciekawe miejsce na postój.
Aha, obiecałem wam wyjawić zagadkę orczyka zagubionego we mgle. Okazuje się, że wśród narciarzy obowiązuje tradycja „czekoladowego zjazdu” (mogłem pomylić drugi człon nazwy, na pewno coś z czekoladą). Gdy już kończy się sezon, gdy śnieg ustąpi miejsca ciapie i błotu (brrr, przedwiośnie... to paskudztwo można celebrować???), niektórzy narciarze wyciągają swoje stare, zajechane narty, których już naprawdę nie szkoda, bo nadają się tylko do wyrzucenia, i „dojeżdżają” je na takich „czekoladowych dniach”. Oczywiście, że człowiek wychodzi z czegoś takiego ubłocony jak po niektórych wędrówkach, ale podobno taka atrakcja zapewnia niepowtarzalne przeżycia. Sam osobiście nie próbowałem, i podobno nie dla początkujących narciarzy (a ja nawet początkujący nie jestem).
A potem już tylko jazda samochodem do domu. W radiu zaczyna grać Enej... „Tak smakuje życie”. W pierwszej chwili pomyślałem, że będzie doskonale pasować do wpisu, potem – że nie, nie, zbyt radosne, zbyt wesołe do tego dnia zadumy. Ale przecież właśnie tak smakuje prawdziwe życie – tajemniczą mgłą, żywymi kolorami natury wybijającymi się z pogodowej szarugi, wysiłkiem i wynikającym z niego zmęczeniem. I oczywiście marchewkowym piernikiem!!!!

niedziela, 3 czerwca 2012

Najazd husycki


Trzeba przyznać, że Oleśnica miała wspaniały pomysł na inscenizację historyczną. Rycerskie „naparzanki” to atrakcja spotykana w wielu miastach w Polsce, jednak krótkie rozeznanie w internecie pokazało, że zdobywanie wagenburga to atrakcja nie lada. Bo i walka to odmienna, nie toczona na otwartym polu, ale jakby w obozie. Obozie specyficznym, bo składającym się z wozów wędrownych, ustawionych w taki sposób, aby ułatwić obrońcom walkę. Przewaga wynika tu zarówno z walki z wyższej pozycji, jak i z utrudnień dostępu do walczących takich jak rozpięte między wozami łańcuchy. Także znaczenie ciężkiej kawalerii tu spada, bo ciężko jej wjechać z impetem między walczących – a przecież to główna siła kawalerii. Walka z konia jedynie równała jeźdźca z obrońcą względem wysokości – jednak z kolei znacznie utrudniała manewry.

Dziecięce przebieranki

Tak więc z nadzieją jechałem na inscenizację husyckiego najazdu w Oleśnicy. Okazało się jednak, że „początek atrakcji” w piątek to pusta propaganda, a miasto mocno naciągało promocję przedstawiając zwykłe przygotowania organizacyjne jako „pierwszy dzień festynu”. Sobotni poranek zrobił trochę lepsze wrażenie, bo choć miasteczko średniowieczne nie było jeszcze rozstawione, to scenie odbywał się konkurs na najlepsze średniowieczne przebranie dla uczniów. I trzeba przyznać dzieciom (i przypuszczalnie pewnie także ich rodzicom i nauczycielom), że dobrze przygotowały się do konkursu, bo przebrania nie ograniczały się do tanich plastikowych mieczy-zabawek. Stroje łudząco przypominały średniowieczne, miecze, hełmy i kolczugi wykonane były z metalu, a tarcze z drewna. Z pewnością ciężko było jurorom wybrać najlepsze przebranie.

Co znaczy "wkrótce"?

Tymczasem z głośników wydobywać zaczęły się nawoływania sugerujące, że już wkrótce rozpocznie się walka. Wkrótce – to jednak mało precyzyjne określenie czasu. Od tego momentu zdążyłem kilkukrotnie się znudzić wyczekując przed polem walki, obejść obydwa obozy walczących, a także kilkukrotnie odwiedzić budzące się dopiero do życia „średniowieczne miasteczko”. Korzystając z okazji, postanowiłem zapoznać się z uzbrojeniem typowego żołnierza. I przekonałem się, że między bajki należy włożyć opowiadania o wielokilogramowych mieczach. Typowy miecz jednoręczny ważył kilogram, góra półtora. Choć w pierwszej chwili to całkiem niepozorna waga, jednak wystarczy, aby kilkuminutowe machanie nim okazało się katorgą dla osoby niewprawionej w walkach. Po dorzuceniu zbroi i całego innego oporządzenia, kilkukilogramowy miecz sprawiałby, że jego właściciel padłby na ziemię po kilku minutach walki i jedyne na co mógłby liczyć był szybkie dobicie „niosącym miłosierdzie” mizerykordiałem. Ze względu na zamiłowanie do kolorowych plam barwnych jako tematu zdjęciowego, nie pominąłem też kramu szwaczki.
Tymczasem na polu walki „coś” się zaczęło dziać. I pierwsza inscenizacja pozytywnie mnie zaskoczyła. Choć uczestniczyło w niej zaledwie kilka osób, to odegrana została scena nietypowa dla takich imprez: atak na drobny transport kupców (a może i zwykłych mieszkańców wioski). To właśnie ta scena pokazała, jak zdradliwa jest wojna dla najprostszych ludzi, którzy nawet spokojnie nie mogą wykonywać swoich prac. Wystarczy mały patrol zwiadowczy, aby uprzykrzyć (a nawet u odebrać) im życie.

W samo południe, niczym pod Grunwaldem

Po tej krótkiej scence znów życie zamarło na polu walki. Cisza, spokój, jakieś nieśmiałe przygotowania. Miałem wrażenie, że choć inscenizacja ma dotyczyć zupełnie innej walki, to któraś ze stron za bardzo chyba zainspirowała się walką pod Grunwaldem i próbuje przemęczyć drugą stronę staniem w słońcu aż do samego południa. 20 minut przed dwunastą zwątpiłem w swoje umiejętności przewidywania rozwoju sytuacji, gdy na pole walki wyszli pierwsi rycerze. Szybko okazało się jednak, że to tylko skuci radni innego miasta, pokazywani obrońcom jako prowokacja mająca na celu złamanie ich morale. Dalsze pokrzykiwanie na obrońców grodu, bezczeszczenie świętych relikwii miało sprowokować mieszczan, jednak ci nie byli skorzy do walki. I zgodnie z moimi przewidywaniami, niczym pod Grunwaldem, na minutę przed samym południem, dobre dwie godziny od pierwszych zapowiedzi, na polu walki nikt z nikim nie walczył.
Sama walka mnie rozczarowała. Wbrew oczekiwaniom, toczyła się głównie na otwartej przestrzeni, a obrońcy wagenburga trzymali się z dala od swoich wozów. Gdy mimo to siły księcia Oleśnicy dochodziły do ich obozu, w ruch szły jedynie łuki i kusze. Trochę dynamiki wprowadził przyjazd kawalerii, jednak i tu dużo się nie zmieniło. Gdy wreszcie siły miasta Oleśnicy doszły do obozu husytów, okazało się, że protestanci nie potrafią wykorzystać przewagi wynikającej z przygotowanego przez siebie otoczenia. Bronią drzewcową machali równie nieporadnie niczym początkujący kajakarz wiosłem. I to dosłownie, bo częściej swymi dzidami wykonywali machnięcia „wioślarskie” niż krótkie pchnięcia. Zapewne lepiej by im szło walenie patelniami po głowach rycerzy, niż próby uderzenia ich ostrym końcem dzidy.

Festiwal niewykorzystanych możliwości

Gdyby próbować oceniać imprezę jako całość, to pojawiają się zarówno wady, jak i zalety. Wśród zalet należy wymienić te nieliczne namioty udostępnione dla publiczności: tkaczki, „zbrojownię” z oporządzeniem rycerzy. Jednak to, co pozornie dawało Oleśnicy znaczącą przewagę nad imprezami przy zamku leśnickim, okazało się wielką wadą. Nadmiar przestrzeni sprawił, że oprócz wspomnianych kilku wydzielonych namiotów z atrakcjami dla publiczności, to nie można było wejść „w głąb akcji”. Zarówno pole walki, jak i obydwa obozy zostały bezwzględnie zamknięte dla publiczności. I tak jak jest to dla mnie oczywiste w trakcie trwania inscenizacji, to powoduje niedosyt w czasie pomiędzy poszczególnymi walkami. Zdecydowanie bardziej ciasne tereny przyzamkowe Leśnicy sprawiają, że nie można wydzielić strefy dla widzów i strefy zamkniętej. Atmosferę średniowiecza psuło też „tło”, bo pole walki z obydwu stron otoczone było publicznością, choć jedną ze stron można było zamknąć, a jedyne miejsca z „dobrym widokiem z tyłu” stanowiły niedostępne dla publiczności obozu. Jeszcze większe niezadowolenie budziły nadmiernie lansujące się władze lokalne (zdaje się, że do wyborów samorządowych jeszcze daleko, więc nie rozumiem) i ilość aparatów fotograficznych wśród... uczestników inscenizacji. Oczywiście żaden rycerz nie walczył z aparatem a na polu walki nie pojawił się żaden „fotoreporter wojenny” jednak już cywilni członkowie obydwu obozów nie próbowali nawet się maskować z „zabawkami z przyszłości”. 
Tak więc podsumowując, w następnych latach impreza ma duży potencjał, jednak wymaga też gruntownej poprawy.

czwartek, 24 maja 2012

Stary las, stara wieś...


Z tej wycieczki jakoś nie idzie mi pisanie tekstu, więc chociaż kilka ciekawych zdjęć zamieszczę. Wszystkie zrobione w okolicach Urazu.







poniedziałek, 2 kwietnia 2012

W poszukiwaniu wiosny


Przedwiośnie to chyba jedyna pora roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu, błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają... spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi, jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny znajdę.

Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai


Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów, klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa. Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się on komponuje z całością otoczenia.
Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie, w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską, odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.
Trzeba przyznać, że park miejski w Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.

Cystersi a krzyże celtyckie?

Także rzeźba terenu też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku, jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa, wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla wielowiekowych tradycji i historii.
Kawałek dalej (na odcinku już zarówno rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki: ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.
Nie dużo dalej później trzeba wyjść z parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich. Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.

Piknik pod wiszącą skałą


Wychodząc ze wsi, zgodnie z oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku, lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku – i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną teren znów bardziej pofalowany. 
Na horyzoncie widzę odremontowany wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny” aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy, wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch, niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już po godzinach zwiedzania).  

środa, 21 marca 2012

Galijski horoskop dla wiosny (i urodzonych dziś)

Chociaż wyjątkowo w tym roku pierwszym dniem wiosny okazał się 20 marca (ze względu na rok przestępny), to dziś przytaczam horoskop  dla urodzonych 21 marca. Jak na Galów przystało, horoskop opiera się na drzewach a 21 marca to dzień urodzonych pod dębem. Jeśli dodać że ciekawostkę znalazłem w trakcie poszukiwania wiosny w dolnośląskim Henrykowie, kolebce polskiego języka, to poniższa piosenka "Historia pewnego dębu" Basa Tajpana wydaje się oczywistym tłem muzycznym do tego horoskopu.

Galijski horoskop dla urodzonych 21 marca ("pod dębem")
Trudno ukryć, nie mają łatwego charakteru. Są wprawdzie wierni, stateczni i sumienni, ale wytrzymać z nimi trudno, bo obdarzeni są niezwykle silną wolą i nie mają wyrozumiałości dla ludzi słabszych i chwiejnych.



niedziela, 3 lipca 2011

Ślęża przygotowująca się do sobótki...

Na wstępie tego tekstu muszę zaznaczyć, że opisuje on trasę sprzed dwóch tygodni... wolę dodać, bo odwołania do Nocy Kupały mogą trochę zdziwić teraz, w lipcu. Trochę zapóźnień na blogu w czerwcu powstało, i powoli staram się to nadrobić.

No, a teraz już można na trasę. Od przyjazdu do Wrocławia zdążyłem już zaliczyć Ślężę i Wieżycę, więc z ważniejszych szczytów w tym masywie została mi tylko Radunia. Tak więc po lekkim błądzeniu po wioskach, rano docieram do Przełęczy Tąpadła, gdzie z trudem udaje się znaleźć miejsce parkingowe. Podziękowania dla miejscowych, którzy organizując biegi na orientacje z jednej strony zarezerwowali sobie umieszczoną w głębi część parkingu, z drugiej strony jednak pozwolili uczestnikom w pierwszej kolejności parkować w części ogólnodostępnej. Ot, nasze polskie bagienko, pół parkingu puste, ale jak normalny turysta do masywu Ślęży przyjedzie, to już musi kombinować, gdzie stanąć. Na szczęście miejsce się znalazło, choć po południu już wielu parkowało blokując przejazd na drodze. Ale nieważne to... idziemy w trasę.
Początkowo chciałem lekko skrócić trasę i z parkingu dojść prawą stroną tutejszego ośrodka wypoczynkowego. Nie polecam tego robić, bo omijamy w ten sposób przepiękną „polankę” wśród drzew, na której środku dumnie pręży się „mała górka” skalna, którą naprawdę warto obejrzeć. Tak więc z parkingu warto się cofnąć w kierunku Sobótki i tuż za ośrodkiem skręcić na niebieski szlak pieszy. Idąc dalej mijam pnącą się w górę drogę pożarową i dziwię się, czemu szlak nie idzie nią w górę. Moje obawy rozwiewają się kawałek dalej, gdy szlak nagle zakręca i stromymi trawersami przecina ponownie wspomnianą drogę pożarową kawałek dalej. A co, niech turysta poczuje, że jest w górach, niech się pomęczy ;) Po drodze mijam drzewka jarzębiny, o dziwo owoce już mają pomarańczowy kolor.

Odpoczynek pod dębem

Kawałek dalej strome podejście wychodzi na płaską grań, którą powoli dochodzę do szczytu Raduni. A tam starożytne głazy kultowe, resztki czyjegoś wczorajszego ogniska, a wokół szum dębów. I same się cisną słowa piosenki o tysiącletnim dębie, w cieniu którego można usiąść i posłuchać jego opowieści o dawnych czasach. Niestety, tutejsze drzewa to same młodziki, które nie wiadomo czy nawet byłyby w stanie opowiedzieć historie z II wojny światowej. Tak więc po krótkim odpoczynku idę dalej. Kawałek dalej kolejne ciekawe miejsce warte polecenia, nagłe obniżenie terenu – i nagle zupełnie inaczej wygląda krajobraz. Droga jednak szybko przechodzi w charakterystyczne dla masywu Ślęży płaskości wśród drzew i jagodowych pól (niestety, jeszcze nie owocują). A ja dalej idę Dębowym Grzbietem, aby za Świerczyną dojść do czerwonego szlaku. Z lasu wychodzę na rozległe pola, z których rozciąga się panorama na okolicę. No i na zdziczałe drzewka czereśniowe, te jednak już owocujące, z czego nie omieszkałem skorzystać. I tak jak wiem, że kolory szlaków nie mają żadnego związku z poziomem ich trudności, tak zacząłem się zastanawiać, czy nie mówią o owocach, które można przy nich znaleźć, bo i trafiły się pojedyncze poziomki, i kwitnące dopiero maliny. Jagody przy szlaku niebieskim też to sugerowały, jednak całą tęczową harmonię burzyła wspomniana już jarzębina i jagody, które później miałem znaleźć przy szlaku czerwonym na podejściu na Ślężę.
Deszcz nad Ślężą (ta wyraźna linia, za którą wszystko jest
takie wyblakłe, to właśnie linia deszczu)
Na razie jednak nie dotarłem do Sulistrowic. Wcześniej dopadają mnie pierwsze krople deszczu. Ot, takie nieśmiałe, pojedyncze, jednak każące spojrzeć z nieufnością na wznoszące się nade mną szare chmury. Wykorzystując przerwę między kolejnymi chałupami udaje się spojrzeć na pobliską Ślężę i zadziwić się lokalnością deszczu. Czyżby mieszkające na tej tajemniczej górze dawne słowiańskie duchy wezwały sobie deszcz na swoje potrzeby? W końcu dawne nimfy i kapłanki muszą oczyścić się przed wielką ceremonią Nocy Kupały, a i woda tchnąć musi życie w wyschnięte rośliny, aby na to jakże ważne święto wypuściły kwiaty na wianki? No cóż, intencji duchów nie dojdę, faktem jednak jest, że widziany deszcz padał tylko nad Ślężą.
Zalew Sulistrowicki
Tymczasem ja powoli dochodzę do Zalewu Sulistrowckiego, aby kawałek dalej pomylić drogę. Na skrzyżowaniu zamiast skręcić w lewo, odbijam w las na wprost. Droga teraz już sama ucieka w prawo, a mnie zadziwia, że jak na podejście pod Ślężę, to nie dość, że za płasko, to jeszcze widoczne wzgórze robi się coraz niższe. Chwila debatowania nad mapą i... i decyzja zawrócenia. Widać tutejszy kot lepiej ode mnie wiedział gdzie chcę iść, bo najpierw przykuł moją uwagę, a zaraz potem obszedł mnie, i mimo iż wcześniej szedł gdzie indziej, to czmychnął we właściwym dla mnie kierunku. Tyle z tej pomyłki pożytku, że przy okazji odnalazłem artystycznie pokręcone drzewo. To właśnie takie drzewo musiało być inspiracją dla metalowej rzeźby drzewa, która wędruje po Wrocławiu pomiędzy ogrodem botanicznym i arsenałem.
A ja wracam na właściwa trasę. No może nie szlakiem, bo nie chce mi się iść po asfalcie, lekko na czuja odszukuję szlak już za wioską. Kawałek dalej powoli zaczyna się wspinaczka, po niekoniecznie dobrze przetartej ścieżce, wzdłuż spływającego z góry strumyka. Tu już zaczynam spotykać kolejnych ludzi, powoli zbliżając się do Świętego Źródełka tuż pod samym szczytem. Jeszcze tylko krótki wysiłek, i już jestem na miejscu.
I trzeba przyznać, że miejsce wygląda zupełnie inaczej. Przyzwyczaiłem się do schroniska w którym siedzi kilka osób, a i przed nim też tłumów nie ma. Dziś – palące się ognisko u podnóża schodów, pod schroniskiem buda z kiełbaskami, wszędzie wokół tłumy ludzi. Zapach ogniska sprawił, że zachciało mi się smażonej kiełbasy. Niestety, choć dostałem najbardziej wypieczoną, to i tak w głowie tej kiełbasy nie zdążyła się jeszcze nawet narodzić myśl, że kiedykolwiek w swoim krótkim życiu może zostać usmażona. Gdybym miał chociaż nóż, to bym ją chociaż dopiekł nad ogniskiem, niestety, muszę się zadowolić tym, co mam. O zgrozo, nie była nawet przed smażeniem ponacinana, przez co spod pękającej skórki co rusz wypryskuje rozgrzany tłuszcz, czasem parząc podniebienie, czasem pryskając wokół. Na szczęście udało się uniknąć plam na ubraniu. Oczywiście po herbatkę na popicie trzeba zajrzeć do pustego schroniska (wszyscy korzystają ze słonecznych promieni). 
Widok ze Ślęży (wieża widokowa) na Radunię
I gdy już mam ruszyć dalej, nagle wszyscy zlatują się do środka. Okazuje się, że kolejna fala deszczu (a za chwilę nawet gradu) zapewniała chętnym kąpiele trochę inne niż słoneczne. Na szczęście, po kilku minutach pogoda się uspokaja. Przed dalszą drogą jeszcze tylko ponapawać się widokiem zarówno na panoramę w oddali, jak i na kamienny kościółek. Przy okazji zauważyłem ciekawe zjawisko – kamienie, nagrzane wcześniej od słońca, zmoczone deszczem, bardzo intensywnie parują, co trochę przypomina klimat gejzerów.
Niestety, bez pomyślunku idę dalej zaplanowanym wcześniej szlakiem niebieskim. Postanowiłem uniknąć rozbijania się o tabuny ludzi, którzy idą głównie tą ceprostradą. Niebieski szlak co prawda zapewnia spokój jeśli chodzi o towarzystwo, niestety po deszczu nie zapewnia spokoju jeśli chodzi o bezpieczeństwo. No cóż, właśnie na tym polega jej urok, że idzie stromymi skałkami – jedak po deszczu strasznie śliskimi. Każdy więc krok stawiam z wielką uwagą, co i tak nie ratuje mnie przed lądowaniem na tylnej części ciała. Co gorsza, po zejściu ze Skalnej Perci, akurat gdy wypada mi wyjść na otwartą przestrzeń, deszcz znowu nasila swój atak. A co prawda wziąłem kurtkę przeciwdeszczową, ale raczej na drobne kapuśniaczki. No cóż, jeszcze jeden kolejny „szczyt lokalny” (Skalna) i dochodzę do miejsca, gdzie niebieski szlak łączący się z zielonym – a stąd już prawie że płaściutką jak stół drogą docieram na parking. Wycieczkę śladami korzeni naszej kultury można uznać za zakończoną...