Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 marca 2015
piątek, 25 lipca 2014
Dokąd zmierzasz, Stary Książu???
Do zamku Cisy próbowałem dostać się
już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo
prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że
musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie
nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od
strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo
„zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy
drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się
wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek
dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś
bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami
wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co
zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co
samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem,
zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy
iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek
drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak
można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe
pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz
pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję
właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz
zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.
![]() |
| Zamek Cisy w swej pełnej okazałości |
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z
której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje
dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co
odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku
i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z
poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do
jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry
nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam
wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość
tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele
wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd
jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę
do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku
betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie
nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że
to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż
poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się
przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić
na minimalne zamoczenie nóg.
Tymczasem za rzeką droga powoli
przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z
kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie:
obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa
polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z
kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las
mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne
kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach
przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach
po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką
kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na
butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową
napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które
często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Tymczasem przechodzę obok zbiornika
retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem
przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak
ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do
cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką
kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie
tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym
do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który
notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś
łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie
miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie
chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to
zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.
![]() |
| Kora zabytkowego cisu Bolko |
Chyba podświadomie przewidując, że
czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi,
tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa,
a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra
ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz
gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono
przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski
przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół?
Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w
tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak
przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał
mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu
„cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co
totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja
kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą
drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie
zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w
ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok.
Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie
wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi
„drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają
służyć.
Gdy już dochodzę w pobliże Starego
Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze
pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje
rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został
spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras
widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety
spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod
zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten
widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron.
Skoro w
części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo
przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem –
musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się
do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego
ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie
nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i
tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał
takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach
zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie,
które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest
w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z
nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu –
ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek
i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko
ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim
niszczeniem zamku?
![]() |
| Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony! |
Ze sromotnym żalem nad rychłym
upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i
tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem
omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym
szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu
pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że
wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią
mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić
mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z
niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc
wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy
pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może
drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury –
nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że
podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ
na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w
specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem
przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się
pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem
prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką
drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na
butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi
brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować,
ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku
można wrócić do domu.
wtorek, 6 maja 2014
Zagubiony we mgle, gdzieś na granicy powiatów
To był deszczowy dzień we Wrocławiu.
Jakoś w tym roku pogoda ma takie dziwne tendencje, że jak akurat
nigdzie nie wyjeżdżam, jak nie jesteś na jakimś konwencie, nie
biorę dodatkowych zajęć w pracy – to bardzo często pogoda jest
„pod zdechłym psem”. Oczywiście, w większość pozostałych
weekendów jest słoneczko i w ogóle – no, ale jak mi zależy na
dobrej pogodzie, to ta złośliwie pokazuje jęzora.
Ale co tam,
ruszyć się czasem trzeba, bo jakiś długi okres przestoju się
napatoczył, poza tymczasem to ciekawie ruszyć się przy innej
pogodzie, może na inne klimaty zdjęciowe się też trafi?
No więc postanowione: mimo deszczu,
słoty, niepogody, ruszam się z domu. Kierunek: południe. Na samym
wylocie dziwne zaskoczenie. No bo wyobraźcie sobie mgłę (bo tak w
ogóle, w czasie gdy na północy Wrocławia padało i było widać
chmury, to tak od rynku na południe zaczynała się coraz gęstsza
mgła...) No więc wyobraźcie sobie mgłę tak gęstą, że gdy
widzisz światła poprzedzającego cię pojazdu, to jesteś od niego
w odległości tylko tyle co bezpiecznej – albo i bliżej. Jako iż
mało kierowców decyduje się na jazdę w taką pogodę – to
widzisz głównie kawałek czarnego, linię ciągłą mieszaną z
przerywaną po prawej, i nic więcej. Wiesz, że gdzieś tam, po
prawej od drogi, jest las – ale mgła jest tak gęsta, że tylko
wiesz, bo pamiętasz, jeśli widać drzewa, to tylko te pojedyncze
stojące przy drodze. I nagle z tej mgły wyłania się kramik,
zaciekawiony co już sprzedają przy drodze, ledwie kątem oka
dostrzegasz napis „truskawki”.
Oczywiście, w maju byłoby to żadne
zaskoczenie, ale wycieczka o której piszę to akurat wydarzenie
sprzed miesiąca, z czasu, gdy nawet te hiszpańskie truskawki
dopiero się pojawiały na rynku, a co tu mówić o polskich? No i
właśnie, truskawki raczej potrzebują słońca, ciepła, za to nie
lubią zbyt dużej ilości deszczów bo gniją... a tu masz,
wilgotność tak wysoka, że nic nie widać, słońca zza tej mgły
nie widać, a oni tu truskawki...
No, ale jadę dalej. Do Łagiewników
droga prosta, nawet po drodze mgła gdzieś się zawieruszyła, dalej
oczywiście od roku nie postawiono dobrych drogowskazów, więc na
czuja bardziej staram się kierować w kierunku Dzierżoniowa, i gps
jak zwykle nie okazuje się zbyt pomocny. W Dzierżoniowe jeszcze
większe zaskoczenie, bo okazuje się, że z bliżej nie znanych
przyczyn połowa miasta zamknięta. Włącznie z rynkiem, przez który
uparcie próbuje mnie prowadzić GPS. Oczywiście, w takich warunkach
należy kierować się drogowskazami objazdów – baa, szkoda, że
ktoś zapomniał ich postawić. Powiem tylko, że po wyjechaniu z
Dzierżoniowa odpowiednim wyjazdem, dalsza droga okazała się
banałem. Na otarcie łez za głupio straconym czasem (bo przy okazji
przeszedłem się po Dzierżoniowie, ale nie specjalnie jest o czym
opowiadać) w miarę podjeżdżania w górę powoli zaczęła wracać
mgła... niestety, na krętej, wąskiej drodze ciężko się
zatrzymać żeby zrobić piękne zdjęcia.
Tak oto dojeżdżam do Przełęczy
Jugowskiej. Na parkingu prawie, że pusto, a jednak okazuje się, że
obsługa pilnuje. Aż się zdziwiłem, że przy tak małej ilości
chętnych chce im się pilnować – ale jak się okazuje, od
niedawna właściciele prowadzą ten interes i tym bardziej zależy
im na tym, żeby klienci się przyzwyczaili do tego miejsca. Tak więc
5 złotych za parking, jednak okazuje się, że opłata zawiera już
ciepłą herbatę w bonusie. Miła odmiana, ale zostawmy sobie ciepłe
napoje na rozgrzewkę po powrocie, bo wilgoć może okazać się
trochę wychładzająca.
Skoro rano powiedzieliśmy sobie: na
południe, to wypadałoby być konsekwentnym – a więc trasa w
kierunku Przełęczy Woliborskiej. Jeszcze tylko konsultacje z
obsługą parkingu, którędy iść (i tu trzeba ich pochwalić) i
można ruszać. Na początek trasa, która wydawała się być
trudniejsza, bo dłuższa. Czyli niebieski szlak rowerowy.
![]() |
| Orczyk-widmo |
Szeroka
droga, którą mógłbym przejechać swoim autem, słowem, nie ma o
czym się rozpisywać... STOP!!! Z przodu, tam gdzie drzewa ustępują
miejsca polanie, jakiś dziwny szum. Nie, nie potoku, bo drobnych
ciurków spływających z góry tu pełno. Tak jakby pracował wyciąg
narciarski. I fakt, coś tam stoi, charakterystycznie „wywalony”
dla równowagi słup z kołami napędowymi. Podchodząc bliżej
widzę, że faktycznie, koła się kręcą, widać nawet, że linka
się przesuwa... tylko żadnego narciarza nie widać. Zresztą, co tu
się dziwić, śniegu w tym roku dużo nie było, za to w
międzyczasie już 20-stopniowe upały były, więc roztopiły się
pewnie ostatnie resztki... a orczyk pracuje. Takie surrealistyczne
oderwanie od rzeczywistości: mgła, słaba widoczność, mimo iż to
wielki obszar leśny to ledwo widać najbliższe drzewa, cisza prawie
absolutna, i tylko ten dziwny, jednostajny szum kręcącej się
kolejki.
![]() |
| Bielawska polanka skąpana we mgle |
Chwila zadumy i ruszam dalej. Kilometry
szybko mijają pod butami bo podejść ani zejść prawie że nie ma,
jedynie trochę postojów na zdjęcia, bo co rusz próbuję pomęczyć
swój aparat i siebie tą mgłą. Jednak bez żadnych godnych
wspomnienia faktów dochodzę do Bielawskiej Polanki. Całkiem
przyjemne miejsce na postój, jednak wszędobylska mgła raczej nie
skłania do zbytniego zwalniania tempa. Jedynie szybkie zapoznanie
się ze stojącą tu tablicą z mapą (z której wynika, że zaliczę
3/4 trasy nietoperza, kawałek okazuje się, że szedłem równolegle
do niej) i pora ruszać dalej w drogę.
Dalej jednak już nie tą szutrówką,
i to nie tylko dlatego, że mało ciekawa. Po pierwsze, raczej daleko
nią nie dojdę, nawet gdybym długo nią szedł. Po prostu dochodzi
ona do Przełęczy Woliborskiej tak wielkim łukiem, że trasa robi
się 2-3 razy dłuższa. Tak więc teraz już trochę węższą
drogą, wśród głównie świerkowego lasu powoli podążam pod
górę. Gdzieś po drodze sztuczna polanka powstała poprzez wycinkę
lasu, szczyt Popielak ze znacznie większą leśną „łysinką”,
potem zejście i powoli dochodzę do kolejnej Polanki. Z daleka,
wśród mrocznej mgły, powoli wyłania się złowieszczy znak:
wysoki „pieniek” w kształcie, który kojarzyć mi się może
jedynie z okładką gry Diablo. Jak się zresztą okazuje, słupek
raczej nie był nastawiony do mnie pozytywnie, skoro wisiał na nim
zakaz wchodzenia z powodu prac leśnych. Oczywiście, jak zwykle
ostrzeżenie to wisiało w taki sposób, że o ostrzeżeniu dowiaduje
się dopiero wychodząc z terenu ścinki – na szczęście w
niedzielę leśnicy raczej nie pracują.
![]() |
| Czy to znak, że pora zawracać? |
Patrząc na mapę i zegarek
równocześnie dochodzę do wniosku, że do samej Przełęczy pewnie
nie dojdę, ale może warto przejść chociaż jeszcze kawałek? Tak
więc czeka mnie forsowanie zalanej drogi, potem trochę bardziej
strome podejście niż ostatnio... to może przejdę jeszcze kawałek?
Tak więc jeszcze kawałek przez rozległy młodnik, kolejny pagórek,
a na jego szczycie całkiem spore zwalone drzewo, tak rozłożyste,
że nie tak łatwo znaleźć jakieś obejście i praktycznie trzeba
przechodzić przez zwalone gałęzie. Przy kolejnym zwalonym drzewie,
tym razem prostszym do przejścia, postanawiam jednak zawrócić, bo
z daleka daje się zauważyć całkiem duża i hałaśliwa grupka,
więc skoro mam nie dojść do kolejnej przełęczy (do Kobylca, czy
poprzedzającego go jeszcze ciut wyższego szczytu chyba mi jednak
trochę zostało), to może teraz już pora zawrócić?
![]() |
| Widok z Bielawskiej Polanki w kierunku na Kalenicę |
Tak więc do Bielawskiej Polanki wracam tą samą drogą, a w międzyczasie powoli zaczyna zanikać mgła. Jako iż z powodu mniejszej wilgotności czuć jakby było cieplej, tu postanawiam zrobić pierwszy swój dłuższy postój tego dnia. Tak, tak, wokół mnie pozostają jedynie niedobitki mgła. Wśród mocno przerzedzonych drzew za drewnianym schronem, tylko wśród najdalszych drzew widać jakieś lekkie rozmycie, w pierwszym planie mgły brak. Dumną monotonię rzadkiego lasu iglastego burzą jedynie obszary nasadzeń bukowego młodnika. Jednak w miarę zbliżania się do Kalenicy, powoli wracają drzewa iglaste.
![]() |
| Droga z Bielawskiej Polanki w kierunku na Przełęcz Jugowską |
Oczywiście, skoro zaznaczono na mapie,
to na Kalenicy obowiązkowo trzeba było wejść na wieżę widokową.
Choć oczywiście, zaskoczenia nie było – gdy perspektywa pozwala
oddalić horyzont od siebie, mgła daje o sobie znać. Widoczność
kiepska, po trosze o ile pamiętam wieżę już za bardzo zarastają
drzewa, ale z pewnością tego dnia główną przeszkodą była mgła.
Po zejściu z wieży ruszam dalej
szlakiem. Kawałek dalej droga lekkim łukiem omija grupę
wystających z ziemi dużych kamieni. Że akurat miejsce to
odwiedziłem krótko po tym, jak znajomi z Warszawy chwali się
swoimi zdjęciami z Gry o Tron, to i wyobraźnia też już była
lekko ukierunkowana. Jednak gdyby porównywać te trony... ten
filmowy, choć pełen szczegółów kusił przepychem i luksusem
(choć o ironio, nie wyglądał na zbyt wygodny do siedzenia). Ten
naturalny, mimo swej prostoty i minimalizmu (a może to właśnie
dzięki nim) o wiele bardziej kojarzył się z powagą i dostojnością
tego miejsca, a równocześnie przestrzeń i miękka trawa kojarzyła
się z wygodnie rozłożonymi wokół damami dworu.
Tymczasem kawałek dalej doganiam
grupkę, która ruszyła z Kalenicy w czasie, gdy ja próbowałem
podziwiać widoki. Okazuje się, że z Rzeczki wybrali się na Wielką
Sowę, a że już siłą rozpędu... to doszli do Kalenicy. I że ten
rozpęd, to nie taka fajna sprawa, bo potem wrócić trzeba, więc
jak by było ciut bliżej... koniec końców stwierdzili, że jednak
nie będą mnie nakłaniać do jazdy moim małym autkiem w 6 czy 7
osób i wrócą na własnych nogach. Tyle im pomogłem, że
skorzystali z mapy (wybrali się bez), trochę doradziłem w kwestii
wyboru drogi powrotnej, między innymi, że mogę sobie zaoszczędzić
kwadrans drogi nie zaglądając do i tak nieczynnego schroniska. Tak,
parking kojarzyli, głównie z „dziwnie wyglądającej szarlotki”,
co akurat nie poprawiło mi humoru, bo liczyłem, że do darmowej
herbatki dokupię sobie jeszcze jakieś ciasto dla smaku. Kawałek
dalej, i na tej samej szutrówce którą zaczynałem kilka godzin
temu, już w miarę blisko parkingu rozstajemy się. Mi wypada
jeszcze raz pójść kilkadziesiąt metrów „z powrotem” (w tym
samym kierunku co rano – przeciwnie do parkingu), do miejsca, gdzie
szlak zwinnie wywija się w dół. (Tu radzę uważać, to zejście
nie jest zbyt widocznie oznakowane, raczej pamiętałem je sprzed
kilku godzin niż zauważyłem oznakowanie w tym momencie).
Po chwili droga z wąskiego przejścia
między drzewami staje się raczej śladem ścieżki. W końcu wśród
szeroko rozstawionych drzew, w lekki zagłębieniu skoncentrowanym
wokół płynącego niżej strumienia nie ma większego znaczenia czy
idziesz drogą, czy dwa drzewa od niej. I tak oto dochodzę do
nieczynnego schroniska, które w tej mgle wygląda jeszcze bardziej
opuszczenie. Teraz znów kawalątek pod górkę, obok ledwo
wystających ponad ziemię ruin, i wracam na parking.
No właśnie, wracając do parkingu,
dziwnie wyglądającej szarlotki... trzeba przyznać, że krzykliwe
napisy na szybach stojącej na środku budki i to akwarium pod ladą
(na kiego czorta w tym miejscu akwarium???) nie zachęcają do
spędzenia tu miejsca. Środek też jeszcze surowo i mało
klimatycznie wygląda, choć widać, że miejsce można zrobić
ciekawiej i właściciele powoli idą w tym kierunku. W szarlotce nie
dopatrzyłem się ani niczego dziwnego, ani niczego zachęcającego
do konsumpcji, ale ciężko zrobić szarlotkę która swym wyglądem
zachwyci osobę, która nie jest wielkim fanem jabłeczników.
Szarlotka jak szarlotka, czy jest coś „nie-jabłecznikowatego”?
Na szczęście jest: piernik. To lubię. Zaskakujący... gdy wdaje
się z rozmowę z obsługą na jego temat, wychodzi, czemu tak trochę
nietypowo smakuje. Ananas i jeszcze jeden owoc (po prostu nie
pamiętam jaki) to faktycznie to, co skłoniło mnie do zapytania,
ale okazuje się, że ten piernik jest... marchewkowy. Nie, to nie
ciasto marchewkowe, to jednak jest inne, po prostu piernik
marchewkowy. Z ananasem, bakaliami, z przyprawami korzennymi dającymi
się łatwo wyczuć, ale nie narzucającymi się smakiem (chociaż
wolę takie narzucające się :), domowej roboty – chyba nie trzeba
więcej przyimków żeby je zareklamować? No dobrze, jakby ktoś
miał wątpliwości – oczywiście, że pyszne!!!
Dalsza rozmowa daje więcej informacji
o „budzie parkingowej”. Właściciele są tu dopiero od roku, na
górze znajduje się wypożyczalnia sprzętu zimowego, o tej porze
roku oczywiście nieczynna, prowadzone są rozmowy, żeby zrobić tu
też bezpłatny punkt pomocy rowerowej. Przy okazji dzięki
uprzejmości właścicieli załapuję się na przedpremierowy pokaz
prezentacji ze starymi zdjęciami tego miejsca, jeszcze w czasach,
gdy stało tam schronisko (nie, nie mówię o pobliskiej zygmuntówce
– tu było kolejne). Włącznie ze zdjęciem z dokładnie takiej
perspektywy, jakbym wyglądał przez okno. Docelowo, zdjęcia mają
wylądować w ramkach i zawisnąć na ścianach, co ma być jednym z
kroków upiększania tego miejsca (ale błagam, zmyjcie te napisy
żarówiastym markerem z szyb!!!). Docelowo opłata za parking ma
pozostać na poziomie 5 złotych, ale ma to być traktowane w całości
jako przedpłata na szeroko rozumianą konsumpcję (a więc, nie
tylko praktykowana obecnie herbata, ale także kawa, ciasto – kto
co woli). Czy tak będziecie? Pożyjemy, zobaczymy, właścicielom
życzę, aby się ten interes rozwinął, bo może to być ciekawe
miejsce na postój.
Aha, obiecałem wam wyjawić zagadkę
orczyka zagubionego we mgle. Okazuje się, że wśród narciarzy
obowiązuje tradycja „czekoladowego zjazdu” (mogłem pomylić
drugi człon nazwy, na pewno coś z czekoladą). Gdy już kończy się
sezon, gdy śnieg ustąpi miejsca ciapie i błotu (brrr,
przedwiośnie... to paskudztwo można celebrować???), niektórzy
narciarze wyciągają swoje stare, zajechane narty, których już
naprawdę nie szkoda, bo nadają się tylko do wyrzucenia, i
„dojeżdżają” je na takich „czekoladowych dniach”.
Oczywiście, że człowiek wychodzi z czegoś takiego ubłocony jak
po niektórych wędrówkach, ale podobno taka atrakcja zapewnia
niepowtarzalne przeżycia. Sam osobiście nie próbowałem, i podobno
nie dla początkujących narciarzy (a ja nawet początkujący nie
jestem).
A potem już tylko jazda samochodem do
domu. W radiu zaczyna grać Enej... „Tak smakuje życie”. W
pierwszej chwili pomyślałem, że będzie doskonale pasować do
wpisu, potem – że nie, nie, zbyt radosne, zbyt wesołe do tego
dnia zadumy. Ale przecież właśnie tak smakuje prawdziwe życie –
tajemniczą mgłą, żywymi kolorami natury wybijającymi się z
pogodowej szarugi, wysiłkiem i wynikającym z niego zmęczeniem. I
oczywiście marchewkowym piernikiem!!!!
niedziela, 3 czerwca 2012
Najazd husycki
Trzeba przyznać, że Oleśnica miała
wspaniały pomysł na inscenizację historyczną. Rycerskie
„naparzanki” to atrakcja spotykana w wielu miastach w Polsce,
jednak krótkie rozeznanie w internecie pokazało, że zdobywanie
wagenburga to atrakcja nie lada. Bo i walka to odmienna, nie toczona
na otwartym polu, ale jakby w obozie. Obozie specyficznym, bo
składającym się z wozów wędrownych, ustawionych w taki sposób,
aby ułatwić obrońcom walkę. Przewaga wynika tu zarówno z walki z
wyższej pozycji, jak i z utrudnień dostępu do walczących takich
jak rozpięte między wozami łańcuchy. Także znaczenie ciężkiej
kawalerii tu spada, bo ciężko jej wjechać z impetem między
walczących – a przecież to główna siła kawalerii. Walka z
konia jedynie równała jeźdźca z obrońcą względem wysokości –
jednak z kolei znacznie utrudniała manewry.
Dziecięce przebieranki
Tak więc z nadzieją jechałem na
inscenizację husyckiego najazdu w Oleśnicy. Okazało się jednak,
że „początek atrakcji” w piątek to pusta propaganda, a miasto
mocno naciągało promocję przedstawiając zwykłe przygotowania
organizacyjne jako „pierwszy dzień festynu”. Sobotni poranek
zrobił trochę lepsze wrażenie, bo choć miasteczko średniowieczne
nie było jeszcze rozstawione, to scenie odbywał się konkurs na
najlepsze średniowieczne przebranie dla uczniów. I trzeba przyznać
dzieciom (i przypuszczalnie pewnie także ich rodzicom i
nauczycielom), że dobrze przygotowały się do konkursu, bo
przebrania nie ograniczały się do tanich plastikowych
mieczy-zabawek. Stroje łudząco przypominały średniowieczne,
miecze, hełmy i kolczugi wykonane były z metalu, a tarcze z drewna.
Z pewnością ciężko było jurorom wybrać najlepsze przebranie.
Co znaczy "wkrótce"?
Tymczasem z głośników wydobywać
zaczęły się nawoływania sugerujące, że już wkrótce rozpocznie
się walka. Wkrótce – to jednak mało precyzyjne określenie
czasu. Od tego momentu zdążyłem kilkukrotnie się znudzić
wyczekując przed polem walki, obejść obydwa obozy walczących, a
także kilkukrotnie odwiedzić budzące się dopiero do życia
„średniowieczne miasteczko”. Korzystając z okazji, postanowiłem
zapoznać się z uzbrojeniem typowego żołnierza. I przekonałem
się, że między bajki należy włożyć opowiadania o
wielokilogramowych mieczach. Typowy miecz jednoręczny ważył
kilogram, góra półtora. Choć w pierwszej chwili to całkiem
niepozorna waga, jednak wystarczy, aby kilkuminutowe machanie nim
okazało się katorgą dla osoby niewprawionej w walkach. Po
dorzuceniu zbroi i całego innego oporządzenia, kilkukilogramowy
miecz sprawiałby, że jego właściciel padłby na ziemię po kilku
minutach walki i jedyne na co mógłby liczyć był szybkie dobicie
„niosącym miłosierdzie” mizerykordiałem. Ze względu na
zamiłowanie do kolorowych plam barwnych jako tematu zdjęciowego,
nie pominąłem też kramu szwaczki.
Tymczasem na polu walki „coś” się
zaczęło dziać. I pierwsza inscenizacja pozytywnie mnie zaskoczyła.
Choć uczestniczyło w niej zaledwie kilka osób, to odegrana została
scena nietypowa dla takich imprez: atak na drobny transport kupców
(a może i zwykłych mieszkańców wioski). To właśnie ta scena
pokazała, jak zdradliwa jest wojna dla najprostszych ludzi, którzy
nawet spokojnie nie mogą wykonywać swoich prac. Wystarczy mały
patrol zwiadowczy, aby uprzykrzyć (a nawet u odebrać) im życie.
W samo południe, niczym pod Grunwaldem
Po tej krótkiej scence znów życie
zamarło na polu walki. Cisza, spokój, jakieś nieśmiałe
przygotowania. Miałem wrażenie, że choć inscenizacja ma dotyczyć
zupełnie innej walki, to któraś ze stron za bardzo chyba
zainspirowała się walką pod Grunwaldem i próbuje przemęczyć
drugą stronę staniem w słońcu aż do samego południa. 20 minut
przed dwunastą zwątpiłem w swoje umiejętności przewidywania
rozwoju sytuacji, gdy na pole walki wyszli pierwsi rycerze. Szybko
okazało się jednak, że to tylko skuci radni innego miasta,
pokazywani obrońcom jako prowokacja mająca na celu złamanie ich
morale. Dalsze pokrzykiwanie na obrońców grodu, bezczeszczenie
świętych relikwii miało sprowokować mieszczan, jednak ci nie byli
skorzy do walki. I zgodnie z moimi przewidywaniami, niczym pod
Grunwaldem, na minutę przed samym południem, dobre dwie godziny od pierwszych zapowiedzi, na polu walki nikt z
nikim nie walczył.
Sama walka mnie rozczarowała. Wbrew
oczekiwaniom, toczyła się głównie na otwartej przestrzeni, a
obrońcy wagenburga trzymali się z dala od swoich wozów. Gdy mimo
to siły księcia Oleśnicy dochodziły do ich obozu, w ruch szły
jedynie łuki i kusze. Trochę dynamiki wprowadził przyjazd
kawalerii, jednak i tu dużo się nie zmieniło. Gdy wreszcie siły
miasta Oleśnicy doszły do obozu husytów, okazało się, że
protestanci nie potrafią wykorzystać przewagi wynikającej z
przygotowanego przez siebie otoczenia. Bronią drzewcową machali
równie nieporadnie niczym początkujący kajakarz wiosłem. I to
dosłownie, bo częściej swymi dzidami wykonywali machnięcia
„wioślarskie” niż krótkie pchnięcia. Zapewne lepiej by im
szło walenie patelniami po głowach rycerzy, niż próby uderzenia
ich ostrym końcem dzidy.
Festiwal niewykorzystanych możliwości
Gdyby próbować oceniać imprezę jako
całość, to pojawiają się zarówno wady, jak i zalety. Wśród
zalet należy wymienić te nieliczne namioty udostępnione dla
publiczności: tkaczki, „zbrojownię” z oporządzeniem rycerzy.
Jednak to, co pozornie dawało Oleśnicy znaczącą przewagę nad
imprezami przy zamku leśnickim, okazało się wielką wadą. Nadmiar
przestrzeni sprawił, że oprócz wspomnianych kilku wydzielonych
namiotów z atrakcjami dla publiczności, to nie można było wejść
„w głąb akcji”. Zarówno pole walki, jak i obydwa obozy zostały
bezwzględnie zamknięte dla publiczności. I tak jak jest to dla
mnie oczywiste w trakcie trwania inscenizacji, to powoduje niedosyt w
czasie pomiędzy poszczególnymi walkami. Zdecydowanie bardziej
ciasne tereny przyzamkowe Leśnicy sprawiają, że nie można
wydzielić strefy dla widzów i strefy zamkniętej. Atmosferę
średniowiecza psuło też „tło”, bo pole walki z obydwu stron
otoczone było publicznością, choć jedną ze stron można było
zamknąć, a jedyne miejsca z „dobrym widokiem z tyłu” stanowiły
niedostępne dla publiczności obozu. Jeszcze większe niezadowolenie
budziły nadmiernie lansujące się władze lokalne (zdaje się, że
do wyborów samorządowych jeszcze daleko, więc nie rozumiem) i
ilość aparatów fotograficznych wśród... uczestników
inscenizacji. Oczywiście żaden rycerz nie walczył z aparatem a na
polu walki nie pojawił się żaden „fotoreporter wojenny”
jednak już cywilni członkowie obydwu obozów nie próbowali nawet
się maskować z „zabawkami z przyszłości”.
Tak więc
podsumowując, w następnych latach impreza ma duży potencjał,
jednak wymaga też gruntownej poprawy.
czwartek, 24 maja 2012
Stary las, stara wieś...
Z tej wycieczki jakoś nie idzie mi pisanie tekstu, więc chociaż kilka ciekawych zdjęć zamieszczę. Wszystkie zrobione w okolicach Urazu.
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
W poszukiwaniu wiosny
Przedwiośnie to chyba jedyna pora
roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje
uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i
odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień
choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i
chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o
przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu,
błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają...
spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej
okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się
nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi,
jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało
wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w
góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć
główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch
spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od
Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć
to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny
znajdę.
Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai
Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków
nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów,
klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza
gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy
jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś
miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej
małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym
mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką
poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje
przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy
widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa.
Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci
komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie
dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy
czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się
on komponuje z całością otoczenia.
Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z
pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć
mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie,
w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską,
odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością
warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta
dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc
pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na
dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje
się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność
miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia
wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych
kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich
wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę
do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się
zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.
Trzeba przyznać, że park miejski w
Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie
bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co
wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz
tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo
odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co
kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś
dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe
ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób
przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem
galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.
Cystersi a krzyże celtyckie?
Także rzeźba terenu
też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim
płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym
rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek
się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo
wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też
się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku,
jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam
właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą
krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu
przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii
ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż
wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z
tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto
podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie
tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego
kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa,
wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu
powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra
starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla
wielowiekowych tradycji i historii.
Kawałek dalej (na odcinku już zarówno
rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki:
ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie
kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni
pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii
przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski
park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby
zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby
nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.
Nie dużo dalej później trzeba wyjść z
parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera
się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich.
Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza
do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona
jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze
ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu
nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach
tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.
Piknik pod wiszącą skałą
Wychodząc ze wsi, zgodnie z
oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę
przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na
chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w
filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku,
lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka
konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku –
i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim
wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną
teren znów bardziej pofalowany.
Na horyzoncie widzę odremontowany
wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda
się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt
wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny”
aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się
najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy,
wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch,
niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże
odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w
Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż
obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na
ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na
gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do
środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót
do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych
atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z
tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak
nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak
blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze
przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już
po godzinach zwiedzania).
środa, 21 marca 2012
Galijski horoskop dla wiosny (i urodzonych dziś)
Chociaż wyjątkowo w tym roku pierwszym dniem wiosny okazał się 20 marca (ze względu na rok przestępny), to dziś przytaczam horoskop dla urodzonych 21 marca. Jak na Galów przystało, horoskop opiera się na drzewach a 21 marca to dzień urodzonych pod dębem. Jeśli dodać że ciekawostkę znalazłem w trakcie poszukiwania wiosny w dolnośląskim Henrykowie, kolebce polskiego języka, to poniższa piosenka "Historia pewnego dębu" Basa Tajpana wydaje się oczywistym tłem muzycznym do tego horoskopu.
Galijski horoskop dla urodzonych 21 marca ("pod dębem")
Trudno ukryć, nie mają łatwego charakteru. Są wprawdzie wierni, stateczni i sumienni, ale wytrzymać z nimi trudno, bo obdarzeni są niezwykle silną wolą i nie mają wyrozumiałości dla ludzi słabszych i chwiejnych.
niedziela, 3 lipca 2011
Ślęża przygotowująca się do sobótki...
Na wstępie tego tekstu muszę zaznaczyć, że opisuje on trasę sprzed dwóch tygodni... wolę dodać, bo odwołania do Nocy Kupały mogą trochę zdziwić teraz, w lipcu. Trochę zapóźnień na blogu w czerwcu powstało, i powoli staram się to nadrobić.
No, a teraz już można na trasę. Od przyjazdu do Wrocławia zdążyłem już zaliczyć Ślężę i Wieżycę, więc z ważniejszych szczytów w tym masywie została mi tylko Radunia. Tak więc po lekkim błądzeniu po wioskach, rano docieram do Przełęczy Tąpadła, gdzie z trudem udaje się znaleźć miejsce parkingowe. Podziękowania dla miejscowych, którzy organizując biegi na orientacje z jednej strony zarezerwowali sobie umieszczoną w głębi część parkingu, z drugiej strony jednak pozwolili uczestnikom w pierwszej kolejności parkować w części ogólnodostępnej. Ot, nasze polskie bagienko, pół parkingu puste, ale jak normalny turysta do masywu Ślęży przyjedzie, to już musi kombinować, gdzie stanąć. Na szczęście miejsce się znalazło, choć po południu już wielu parkowało blokując przejazd na drodze. Ale nieważne to... idziemy w trasę.
Początkowo chciałem lekko skrócić trasę i z parkingu dojść prawą stroną tutejszego ośrodka wypoczynkowego. Nie polecam tego robić, bo omijamy w ten sposób przepiękną „polankę” wśród drzew, na której środku dumnie pręży się „mała górka” skalna, którą naprawdę warto obejrzeć. Tak więc z parkingu warto się cofnąć w kierunku Sobótki i tuż za ośrodkiem skręcić na niebieski szlak pieszy. Idąc dalej mijam pnącą się w górę drogę pożarową i dziwię się, czemu szlak nie idzie nią w górę. Moje obawy rozwiewają się kawałek dalej, gdy szlak nagle zakręca i stromymi trawersami przecina ponownie wspomnianą drogę pożarową kawałek dalej. A co, niech turysta poczuje, że jest w górach, niech się pomęczy ;) Po drodze mijam drzewka jarzębiny, o dziwo owoce już mają pomarańczowy kolor.Odpoczynek pod dębem
Kawałek dalej strome podejście wychodzi na płaską grań, którą powoli dochodzę do szczytu Raduni. A tam starożytne głazy kultowe, resztki czyjegoś wczorajszego ogniska, a wokół szum dębów. I same się cisną słowa piosenki o tysiącletnim dębie, w cieniu którego można usiąść i posłuchać jego opowieści o dawnych czasach. Niestety, tutejsze drzewa to same młodziki, które nie wiadomo czy nawet byłyby w stanie opowiedzieć historie z II wojny światowej. Tak więc po krótkim odpoczynku idę dalej. Kawałek dalej kolejne ciekawe miejsce warte polecenia, nagłe obniżenie terenu – i nagle zupełnie inaczej wygląda krajobraz. Droga jednak szybko przechodzi w charakterystyczne dla masywu Ślęży płaskości wśród drzew i jagodowych pól (niestety, jeszcze nie owocują). A ja dalej idę Dębowym Grzbietem, aby za Świerczyną dojść do czerwonego szlaku. Z lasu wychodzę na rozległe pola, z których rozciąga się panorama na okolicę. No i na zdziczałe drzewka czereśniowe, te jednak już owocujące, z czego nie omieszkałem skorzystać. I tak jak wiem, że kolory szlaków nie mają żadnego związku z poziomem ich trudności, tak zacząłem się zastanawiać, czy nie mówią o owocach, które można przy nich znaleźć, bo i trafiły się pojedyncze poziomki, i kwitnące dopiero maliny. Jagody przy szlaku niebieskim też to sugerowały, jednak całą tęczową harmonię burzyła wspomniana już jarzębina i jagody, które później miałem znaleźć przy szlaku czerwonym na podejściu na Ślężę.
![]() |
| Deszcz nad Ślężą (ta wyraźna linia, za którą wszystko jest takie wyblakłe, to właśnie linia deszczu) |
Na razie jednak nie dotarłem do Sulistrowic. Wcześniej dopadają mnie pierwsze krople deszczu. Ot, takie nieśmiałe, pojedyncze, jednak każące spojrzeć z nieufnością na wznoszące się nade mną szare chmury. Wykorzystując przerwę między kolejnymi chałupami udaje się spojrzeć na pobliską Ślężę i zadziwić się lokalnością deszczu. Czyżby mieszkające na tej tajemniczej górze dawne słowiańskie duchy wezwały sobie deszcz na swoje potrzeby? W końcu dawne nimfy i kapłanki muszą oczyścić się przed wielką ceremonią Nocy Kupały, a i woda tchnąć musi życie w wyschnięte rośliny, aby na to jakże ważne święto wypuściły kwiaty na wianki? No cóż, intencji duchów nie dojdę, faktem jednak jest, że widziany deszcz padał tylko nad Ślężą.
![]() |
| Zalew Sulistrowicki |
Tymczasem ja powoli dochodzę do Zalewu Sulistrowckiego, aby kawałek dalej pomylić drogę. Na skrzyżowaniu zamiast skręcić w lewo, odbijam w las na wprost. Droga teraz już sama ucieka w prawo, a mnie zadziwia, że jak na podejście pod Ślężę, to nie dość, że za płasko, to jeszcze widoczne wzgórze robi się coraz niższe. Chwila debatowania nad mapą i... i decyzja zawrócenia. Widać tutejszy kot lepiej ode mnie wiedział gdzie chcę iść, bo najpierw przykuł moją uwagę, a zaraz potem obszedł mnie, i mimo iż wcześniej szedł gdzie indziej, to czmychnął we właściwym dla mnie kierunku. Tyle z tej pomyłki pożytku, że przy okazji odnalazłem artystycznie pokręcone drzewo. To właśnie takie drzewo musiało być inspiracją dla metalowej rzeźby drzewa, która wędruje po Wrocławiu pomiędzy ogrodem botanicznym i arsenałem.
A ja wracam na właściwa trasę. No może nie szlakiem, bo nie chce mi się iść po asfalcie, lekko na czuja odszukuję szlak już za wioską. Kawałek dalej powoli zaczyna się wspinaczka, po niekoniecznie dobrze przetartej ścieżce, wzdłuż spływającego z góry strumyka. Tu już zaczynam spotykać kolejnych ludzi, powoli zbliżając się do Świętego Źródełka tuż pod samym szczytem. Jeszcze tylko krótki wysiłek, i już jestem na miejscu.
I trzeba przyznać, że miejsce wygląda zupełnie inaczej. Przyzwyczaiłem się do schroniska w którym siedzi kilka osób, a i przed nim też tłumów nie ma. Dziś – palące się ognisko u podnóża schodów, pod schroniskiem buda z kiełbaskami, wszędzie wokół tłumy ludzi. Zapach ogniska sprawił, że zachciało mi się smażonej kiełbasy. Niestety, choć dostałem najbardziej wypieczoną, to i tak w głowie tej kiełbasy nie zdążyła się jeszcze nawet narodzić myśl, że kiedykolwiek w swoim krótkim życiu może zostać usmażona. Gdybym miał chociaż nóż, to bym ją chociaż dopiekł nad ogniskiem, niestety, muszę się zadowolić tym, co mam. O zgrozo, nie była nawet przed smażeniem ponacinana, przez co spod pękającej skórki co rusz wypryskuje rozgrzany tłuszcz, czasem parząc podniebienie, czasem pryskając wokół. Na szczęście udało się uniknąć plam na ubraniu. Oczywiście po herbatkę na popicie trzeba zajrzeć do pustego schroniska (wszyscy korzystają ze słonecznych promieni).
![]() |
| Widok ze Ślęży (wieża widokowa) na Radunię |
I gdy już mam ruszyć dalej, nagle wszyscy zlatują się do środka. Okazuje się, że kolejna fala deszczu (a za chwilę nawet gradu) zapewniała chętnym kąpiele trochę inne niż słoneczne. Na szczęście, po kilku minutach pogoda się uspokaja. Przed dalszą drogą jeszcze tylko ponapawać się widokiem zarówno na panoramę w oddali, jak i na kamienny kościółek. Przy okazji zauważyłem ciekawe zjawisko – kamienie, nagrzane wcześniej od słońca, zmoczone deszczem, bardzo intensywnie parują, co trochę przypomina klimat gejzerów.
Niestety, bez pomyślunku idę dalej zaplanowanym wcześniej szlakiem niebieskim. Postanowiłem uniknąć rozbijania się o tabuny ludzi, którzy idą głównie tą ceprostradą. Niebieski szlak co prawda zapewnia spokój jeśli chodzi o towarzystwo, niestety po deszczu nie zapewnia spokoju jeśli chodzi o bezpieczeństwo. No cóż, właśnie na tym polega jej urok, że idzie stromymi skałkami – jedak po deszczu strasznie śliskimi. Każdy więc krok stawiam z wielką uwagą, co i tak nie ratuje mnie przed lądowaniem na tylnej części ciała. Co gorsza, po zejściu ze Skalnej Perci, akurat gdy wypada mi wyjść na otwartą przestrzeń, deszcz znowu nasila swój atak. A co prawda wziąłem kurtkę przeciwdeszczową, ale raczej na drobne kapuśniaczki. No cóż, jeszcze jeden kolejny „szczyt lokalny” (Skalna) i dochodzę do miejsca, gdzie niebieski szlak łączący się z zielonym – a stąd już prawie że płaściutką jak stół drogą docieram na parking. Wycieczkę śladami korzeni naszej kultury można uznać za zakończoną...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

















































