Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki Dolnego Śląska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki Dolnego Śląska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

Dokąd zmierzasz, Stary Książu???

Do zamku Cisy próbowałem dostać się już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo „zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem, zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.

Zamek Cisy koło Wałbrzycha
Zamek Cisy w swej pełnej okazałości


baszta zamku Cisy - okolice Wałbrzycha
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić na minimalne zamoczenie nóg.
kwitnąca jabłonka
Tymczasem za rzeką droga powoli przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie: obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Wałbrzych, zbiornik retencyjny
Tymczasem przechodzę obok zbiornika retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.

zabytkowy cis Bolko - struktura kory
Kora zabytkowego cisu Bolko

korzenie wyrastające w pniu starego drzewa
Chyba podświadomie przewidując, że czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi, tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa, a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół? Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu „cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok. Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi „drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają służyć.
zamek Książ koło WałbrzychaGdy już dochodzę w pobliże Starego Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron. 
Skoro w części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem – musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie, które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu – ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim niszczeniem zamku?
Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony!
Ze sromotnym żalem nad rychłym upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury – nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować, ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku można wrócić do domu.


niedziela, 16 czerwca 2013

Wiurbex, czyli tam, gdzie natura odzyskuje swoje tereny...

Po długiej przerwie od wycieczek, nareszcie udało się znaleźć trochę czasu. Żeby dużo nie kombinować, a i nie stracić nadmiaru czasu na dojazdy, wybór padł na pobliskie wzgórza strzelińskie. Ładnie, blisko - same zalety :)
Oczywiście, jeżdżąc w strzelińskie okolice, ciężko nie zacząć wycieczki od tzw. urbexu, czyli poznawania uroków porzuconych budynków. A właściwie wiurbexu, czyli wiejskiego urbexu, bo raczej mowa tu o porzuconych wiejskich domostwach, niż klasycznym urbexie miejsko-przemysłowym. Osobiście uważam, że najpiękniejszym atrybutem tych wzgórz nie są przepiękne lasy rozrzucone na pofalowanym terenie, nie szmaragdowe jeziorka będące pozostałością po dawnych kopalniach kamienia, ale właśnie te porzucone wiejskie chaty czy dworki. I porusza tu nie tylko ten chaotyczny urok porzuconej ruiny powoli zżeranej przez naturę, ale często bardzo specyficzna dla tego rejonu konstrukcja ścian: całość stworzona jest z powszechnego tu kamienia granitowego, a tylko wymagające większej dokładności detale (jak wykończenie otworów okiennych czy "framugi" drzwi) wykonane są z klasycznej, czerwonej glinianej cegły. Takie zestawienie samo w sobie tworzy ciekawy efekt, a jeszcze ten efekt porzucenia.

Tak więc na pierwszy ogień poszedł dawny wiejski dom, stojący naprzeciwko przystanku PKS w Krzywini. Tak więc po przedarciu się przez wysoką trawę i gęste krzaki stojące tuż przy samej ruinie, znajduję się na środku ogromnej izby, której przeznaczenia ciężko się domyslić. Brak tu już dachu czy grożącego zawaleniem sufitu, dzięki czemu całą izbę zamieszkała już roślinność. Gdzieniegdzie tylko zwisają resztki dawnej podłogi, jednak tak znikome, że raczej nie grozi już im nagłe, przypadkowe zawalenie się. Z kolei sterczące samotnie belki konstrukcyjne wyglądają na wciąż dobrze zachowane, aż proszące się, żeby odbudować na nich dawną świetność budynku. Także niedbale ukryta piwniczka nie stwarza zagrożenia zawaleniem. Za to każde z nich aż proszą się o jakieś ciekawe zdjęcia.
Kolejną porzuconą budowlą jest dawna stajnia, tak przynajmniej oceniam początkowe znaczenie tego budynku. Choć dawno już nie ma tu okien i wiatr hula po ogromnej hali, choć dzięki wszechobecnej wilgoci łuczki już dawno pokryły się mchem, to całość raczej nie wygląda na grożącą się zawaleniem, a miejsce to oferuje doskonały chłód znużonym letnim upałem turystom. 





Zielono mi

Stąd pora ruszyć na właściwy szlak. Najpierw asfaltem, aby w odpowiednim momencie skręcić na żółty szlak, idący wzdłuż dawnej kopalni kamienia. I nie należy przejmować się nie do końca przejrzystemu oznaczeniu terenu prywatnego - spokojnie można iść szlakiem, a opiewany ostrzegawczymi tabliczkami niebezpieczny teren kopalni to jedynie ta wielka "wyrwa" w ziemi, wraz ze szmaragdowymi wodami jeziorka zatopionej kopalnianej dziury to  jedynie obszar leżący po prawej stronie drogi, zaś korzystając z właściwej drogi nie narażasz się na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą po nierównościami samej pozostałości po kopalni można się bezpiecznie przemieszczać zachowując elementarną ostrożność, jednak można natknąć się na strażnika pilnującego terenu.
Ja tam wolę udać się dalej szlakiem, aby na malowniczym skraju lasu z ciekawym miejscem widokowym skręcić w szlak niebieski. Długo się zastanawiałem, czy urocze wąwozy które pamiętam z którejś poprzedniej wycieczki znajdą się na mojej trasie, niestety to jednak trochę odleglejszy kawałek tego szlaku, tak więc dotarłem jedynie do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. 
Uprzedzam jednak nieuważnego turystę, bo już na tym terenie trzeba zwracać pewną uwagę na oznakowanie. Szlak, choć idzie szerokimi drogami, jednak co rusz przeskakuje na inną dróżkę, momentami wije się niczym wąż. Na dodatek, podłoże tamtego dnia mocno zaskakiwało - choć dzięki porządnym butom nie muszę omijać każdej kałuży, to jednak patrząc na podłoże piaskowe raczej spodziewałbym się pod wodą twardego podłoża. Tu najprawdopodobniej znajdująca się w ziemi glina sprawiła, że tworzyło się kilkucentymetrowe dosyć zbite błoto, które trochę utrudniało drogę, jednak nadawało temu specyficznego smaczku.
Ani szlak niebieski, ani późniejszy zielony nie zapewniały żadnych specyficznych atrakcji wartych upamiętnienia aparatem, to jednak tutejszy tworzy miły dla oka klimat, który robi się jeszcze przyjemniejszy dzięki świergotom ptaków. Zwłaszcza na zielonym szlaku otoczenie przypomina raczej cywilizowany uporządkowany las, to jednak dochodząc  do strumienia ciągnącego się wzdłuż nasypu drogi, klimat otoczenia zaczyna się powoli zmieniać. Zapach wydobywający się z leniwie płynącego niemrawego potoku choć lekko trzeźwiący, jest też lekko drażniący i kwaskowaty, kojarząc się z siarczanowymi wodami zdrojów Kudowy czy Polanicy. Dalej zaczynają się malownicze wąwozy wyrzeźbione przez kolejny, już znacznie większy potok. 
Po spojrzeniu na mapę zastanawiam się, czy potok sprytnie przewinie się pod drogą jakimś przesmykiem w nasypie, czy raczej bezczelnie przetnie drogę w miejscu, gdzie akurat droga zrówna się z płynącą wodą, i wszystko wokół wskazuje na to, że raczej czeka mnie większy skok przez błoto i wodę - jednak rzeźba terenu mnie zaskuje, a potok przepływa sobie pod drogą kilkadziesiąt metrów poniżej, co pozwala spojrzeć wzdłuż głębokiego wozu z góry. Zapatrzonym w krajobrazy radzę tu jednak uważać, bo tak jak droga zakręca o kolejne 90 stopni, tak szlak po przejściu ponad strumieniem raczej nie ma zamiaru skręcić, ładując się na nie do końca wyraźną ścieżkę, krótko za to intensywnie wspinając się na górę. Kawałek prostej, i ląduję w środku wyraźnie dwupoziomowego bukowego lasu, który swe prawdziwe piękno  odkrywa dopiero jesienią, kiedy to całość zapłonie żółcią i czerwienią. Z kolei podejście pod Gromnik to całkiem dobra próba sprawności, którą niestety okupuję jednak kilkukrotną zadyszką.
Szczyt Gromnika to całkiem przyjemne miejsce na odpoczynek. Ławeczki, stoliki, nic tylko rozłożyć się z piknikiem. Odbudowana szachulcowa wieża widokowa zachęca do spojrzenia z góry na okolice, niestety otwierana jest jedynie dla wycieczek zorganizowanych lub przy okazji większych festynów. Tak więc po krótkim odpoczynku i przebuszowaniu terenu pod kątem najciekawszego zdjęcia wieży, powolnym krokiem wchodzę znów na żółty szlak, aby nim powrócić do Krzywini.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zima koloru nieba i śniegu


To był krótki spacer. Nie chciało mi się daleko jeździć, w okolicy Wrocławia śniegu nie było, najbliższe górki to Wałbrzych – a akurat nie miałem pomysłu na dłuższą pętelkę przy samym Wałbrzychu. Zamkowa Góra w połączeniu z Borową na mapie wyglądała świetnie, opcja zrobienia ciut większej pętelki w miarę ładnego śniegu też jakaś była – więc czemu by nie.
A więc zaczynamy. Pod wiaduktem w Wałbrzychu, prawie że na stacji Wałbrzych Główny. Gdzieś między podwórkami trafiam na kałużę skutą cieniutką warstewką lodu, z gatunku takich, które uwielbiam rozkruszać nogą. Potem między starymi, zniszczonymi budynkami otaczającymi podwórko wychodzę czerwonym szlakiem na pole. Tu trafiam na byłego górnika, jak się okazuje także zapalonego kiedyś łazika. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, w szczególności o pylicy i o tym, jak niszczy ona życie tych, co kiedyś pracowali pod ziemią. Trochę o grzybach, które mi ten człowiek opowiadał gdzie zbierać (i trzeba było mu przypomnieć że to nie ta pora roku), trochę o ruinach na Zamkowej Górze, i o tym, że nie, nie idę do Andrzejówki. Jakoś nie przepadam ani za tym schroniskiem, ani tą nadmiernie eksploatowaną okolicą, a i szlak na tej trasie zapowiada się najmniej ciekawie.
Potem przez pole, gdy nagle słyszę donośne szczekanie dużej ilości psów. Jak na wieś, musiałoby być ich strasznie dużo, a przecież dopiero wyszedłem z miasta, kiedyś wojewódzkiego, więc psy raczej nie powinny tak hałasować. Jak się później dowiedziałem, pobliskie schronisko dla zwierząt dla wielu jest wręcz punktem orientacyjnym.
Droga powoli zaczyna kręcić się lasem, i tu już widać trochę więcej śniegu. Jeszcze przez pewien czas jest to jednak tylko cieniutka posypka, spod której silnie przebijają jesienne brązy. Słowem, kolorystyka niczym gofr posypany cukrem pudrem, a i to korzystając z resztek tego ostatniego.

Im dalej w las, tym więcej … śniegu

W miarę jak droga coraz bardziej zagłębia się w las, coraz bardziej wzrasta wysokość na której jestem. W którymś nawet momencie nawet zaczyna mi brakować tchu, co chyba jednak bardziej jest wynikiem mojej utraty kondycji, niż stromego zbocza. Powoli też wzrasta ilość śniegu wokół. Z każdym przebytym metrem jest jakby więcej tego „cukru pudru”, a po tym ciut bardziej męczącym podejściu nagle okazuje się, że cała ziemia pokryta jest śniegiem. Choć nie jest to warstwa tak gruba, żeby zapadać się po kolana, biała pokrywa sprawia specyficzne problemy. Gdy stawiasz na niej nogę, najpierw ostrożnie, sprawdzając czy się podda pod ciężarem, pod podeszwą czujesz pękanie delikatnej, lodowej skorupki, po czym noga pewnie staje na śniegu. Delikatnie głębiej się zapada, gdy pewniej opierasz się na tej nodze. I dopiero, gdy podnosisz drugą kończynę i przenosisz swój ciężar na postawioną właśnie nogę – nagle pod butem zapada się śnieg. Tak, żeby za prosto nie było.
Za to okolica powoli nabiera takiej kolorystyki, jaką w zimie najbardziej lubię. Białe gałęzie wspaniale kontrastują z granatem nieba... gdzieniegdzie nawet pokryte delikatnym lodowym nalotem delikatne witki brzozy wręcz błyszczą światłem odbitym od słońca. Widok będący najlepszą nagrodą za te chwile podchodzenia pod Borową i krótkotrwałego błądzenia wśród drzew na słabo oznakowanej górze.
Krótka sesja zdjęciowa, i zejście na dół. Nie powiem, że było prosto – baa, choć z pewnością zadyszka byłaby niezła, to chyba wolałbym tędy wchodzić niż schodzić. Choć pozornie początkowo zejście do stromych nie należało, to jednak w pewnym momencie zaskakuje ogromny wyłom w skale. Zejście mocno pochyłe, prawie że bliskie pionu, na dodatek pokryte lodem mocno już wyślizganym przez osoby idące przede mną w obydwu kierunkach, z pewnością lepiej by się nadawało do zjechania nim sankami niż do schodzenia. Słowem: masakra, na szczęście tą przeszkodę daje się obejść bocznymi ściankami tego wyłomu. Chociaż wciąż stromo, to jednak już trochę mniej, do tego droga wciąż jeszcze pokryta świeżym śniegiem. I te drzewa, na których można się zatrzymać co kilka kroków, zanim się jeszcze człowiek rozpędzi do niebezpiecznej prędkości.
Jeszcze kawałek i dochodzę do przełęczy pod Borową. Stąd rozpościera się panoramka, co do której mam mieszane uczucia. Z jednej strony, z pewnością panoramka ta byłaby piękniejsza gdyby odległe góry zazieleniły się wiosną czy latem, z drugiej jednak strony – budzi wątpliwości, czy wiosną będzie ją widać zza drzew najbliższego stoku.
A potem dalej w drogę, w kierunku Przełęczy Koziej. Tu już nie ma lodowej skorupki na warstwie śniegu, generalnie droga to lód z przebijającą spod niej domieszką zmrożonej ziemi. Dlatego gdy na przełęczy Koziej zastanawiam się nad ewentualną pętelką dodatkową w kierunku Kamieńska i Jedliny, wolę jednak sobie odpuścić. Bo raz, że będzie równie lodowo, bo dwa, że mogę nie zdążyć przed wieczorem, bo trzy że bez śniegu to pewnie nie będzie na trasie nic ciekawego, no i po cztery, że mnie może wywiać z zimna. Bo chociaż na reszcie trasy nie było z tym problemów, to akurat na przełęczy Koziej wiało całkiem mocno.

Powrót przez zniszczony zamek

No więc powrót, tym razem przez Górę Zamkową. Zwiezione przez leśników ścięte drzewa całkiem dobrze maskują zejście na żółty szlak i gdyby nie kierunkowskaz, to chwilę bym szukał właściwej drogi. Chociaż – może i mieli oni jakiś cel w tym ukrywaniu drogi? Bo zejście choć nie jest bardzo strome, za to pełno na nim lodu, i kilka razy o mało co nie zaliczyłbym jakiejś wywrotki. Na szczęście bez upadku daje się dojść do granicy lasu, gdzie spotykam parę staruszków.
A więc znów chwila na pogaduchy. Najpierw mnie wypytują, którędy szedłem, jak długo mi to zajęło, że cieszą się, że jeszcze są tacy młodzi, co chce im się gdzieś chodzić. Po chwili okazuje się, że widzieli mnie jak zaczynałem spacer, a żeby się upewnić, że to byłem ja, to mówią że widzieli jak kruszyłem lód na kałuży na podwórko. To także od nich się dowiaduję, że droga którą szedłem to droga koło schroniska, i stąd te rozszczekane psy.
Swoją drogą, w tej okolicy radzę uważać. Jeden ze znaków sugeruje, że krótko przed budynkiem należy skręcić w prawo. Choć znak sugeruje zejście z głównej drogi i wejście znów pod górę, to nieuważnie można skierować się na Wołowiec, mimo iż Zamkową Górę widać już z bliska. Więc w razie wątpliwości, sugeruję jednak dojść do budynku, a dopiero wtedy rozglądać się za szlakiem.
Tu znów czeka nas podejście, choć wcale nie najlższejsze, to jednak stosunkowo krótkie. Zresztą, dla mniej zaprawionych w chodzeniu, wokół pełno wydeptanych bardziej płaskich trawersów, więc nie trzeba zdobywać zamku forsownie.
No właśnie, zamek. W pierwszej chwili nie wygląda na zbyt wielki. Ot, narożnik ściany wysokiej na 3 metry, i nic więcej. Plus mała płaska platforma obserwacyjna, z której wypatrywano wroga. Dopiero kilka metrów dalej można się przekonać o powierzchni, jaką zajmował ten zamek, z którego dziś zostało tak mało. Kilka ścian ledwo wystających z ziemi, z jednej strony zachowana brama, zniszczone schody po których można wejść na taras widokowy pewnie jeszcze pamiętający barierki sprzed kilku lat... i znów napotkany turysta, z którym można porozmawiać o tym, co nam pozostało po naszych przodkach, o ile inaczej Dolny Śląsk wyglądałby gdyby nie ogrom pracy włożonej przez Niemców i jak mało dbamy o nasz teraz teren. No i małe ostrzeżenie o stromości zejścia... no cóż, w połowie zejścia żałowałem, że nie skorzystałem z rady tego człowieka i nie wróciłem do „cywilizowanej” drogi, którą można by i samochodem przejechać. Z drugiej strony – to już był taki moment, że sam nie wiedziałem, czy wolę kontynuować schodzenie w tym miejscu, czy wolę zaryzykować tak forsowny powrót. A że już było widać koniec tego stoku, to wolałem zejść na dół, aby już bez większego wysiłku przejść przez polanę, a potem wrócić do samochodu. Na przyszłość – podejście pod Zamkową Górę od strony miasta polecam wszystkim, którzy mają ochotę na forsowny trening kondycyjny.

sobota, 10 listopada 2012

Zima do jesieni przyjechała w odwiedziny

Przyjechała zima do jesieni w odwiedziny. Jak co roku się zbierała, pakowała, lecz zawsze wybierała się niczym sójka za morze. Lecz wreszcie raz jej się udało – i odwiedziła jesień zanim ta się ze swych terenów wyniosła. Lecz cóż myślicie, że się jesień ucieszyła? Naindyczyła się, napuszyła, zafoszyła... że jak to, że ty już mnie wyganiasz? Przecież to październik jeszcze, a ty już chcesz mi tereny zabrać i na biało wszystko przemalować? Przecież ja jeszcze zieleni dobrze w żółcie i brązy nie zmieniłam, a ty już chcesz wszystko na jednolity kolor? Gdzież ty mi ze swymi zaśnieżonymi buciorami na me kolorowe dywany?
Próżno się zima tłumaczyła, przepraszała, o przebłaganie prosiła. Tak się jesień wzburzyła, tak drzewnymi ramionami wstrząsnęła, że aż się wszystkich liści z brzóz, dębów i buków pozbyła... i choć pozornie wygrała, a ziemię znów pokryły kolorowe liściaste kobierce, to jednak dużo nie zyskała, bo drzewa prawie wszystkie swej kolorowej ozdoby się pozbyły – i choć chwilowo pięknie było, to już było widać, że jesień swego piękna długo nie pociągnie.

Stary Książ po raz pierwszy, choć po raz kolejny

To był kolejny wyjazd do Starego Książa. Kolejny, bo mafia wrocławskich duchów i zjaw zniszczyła mi kartę wraz zawartymi na niej zdjęciami. Ostatnio warunki fotograficzne też były ciężkie (lato, południowe ostre słońce, co akurat w staroksiążowej scenerii tworzy straszne kontrasty). Pora jesienna to nie tylko słabsze światło, ale dzięki wczesnemu śniegowi to także światło o wiele silniej rozproszone. 

Ale do Starego Książa najpierw trzeba dotrzeć. Zawieja z poprzedniego dnia co prawda ucichła i wiatr nie sprawiał problemów, za to topniejący na polu śnieg miejscami tworzył niemiłe kałuże. Gdy dobrnąłem do lasu, o mało nie pogoniłem w kierunku palmiarni zamiast Starego Książa, na szczęście coś jeszcze pamiętałem z poprzedniej wizyty – po krótkim szukaniu (i sprawdzeniu na mapie) znalazłem, że szlak idzie także za szlaban, co akurat było moim właściwym kierunkiem. Jeszcze tylko charakterystyczny wąwozik ze strumykiem, krótkie podejście i oto jest – Stary Książ. 

Jednak nie wspomniałem o pięknie przyrody po drodze. Śnieg posypany kolorowymi liśćmi to rzadki, a jakże piękny widok. Nie brzydsze są oczywiście wielobarwne drzewa, obsypane czapami śniegu. Drobne liście wciąż utrzymujące się na drzewach sprawiają, że śnieg o wiele bardziej trzyma się na gałązkach, co zmienia krajobraz na dwa sposoby – po pierwsze lekko rozmiękcza kontrastowe już kolory listków, z drugiej przygina niejedną brzózkę czy inne cieńsze drzewo o wiele bardziej, niż czynić to będzie w środku zimy, gdy śnieg swobodniej spada pomiędzy wąskimi witkami. 

A na zamku wojna 

Zamek, jak podaje definicja, to budowla o celach obronnych. Tak więc biegających wokół maniaków ASG należy potraktować jako dodatkowy klimat tego starego zamku, a nie jako dużą uciążliwość. Zwłaszcza, że nie dość, że całe ich wojskowe zabawy odbyły się akurat pomiędzy moim wyjściem z zamku a powrotem do niego, to jeszcze na szczęście towarzystwo „wojskowe” zaliczało się do tej grupy ludzi, których miło spotkać na szlaku. 

Za to zamek przysypany śniegiem dużo traci na swej zjawiskowości. Uważam, że rudawa ubita ziemia dobrze komponuje się z ceglaną kolorystyką zamku. Oczywiście, zamek wciąż jest piękny – ale nie tak bardzo jak w maju. Śnieg cieniutką warstwą skrywa część tego piękna, a i zamek skąpany w cieniach wygląda ciekawiej. Jednak piękna w zamku tak dużo, że nawet w śniegu wygląda lepiej, niż niejedna ruina w najbardziej sprzyjających okolicznościach. 

Trochę spokoju na drodze



Po krótkim zwiedzaniu Starego Książa wybieram się w dalszą drogę, tym razem w przeciwnym kierunku niż poprzednio. Zastanawiałem się nawet, czy nie odszukać na czerwonym szlaku miejsca widokowego, z którego ostatnio podziwiałem „nowy” zamek, jednak wybrałem szlak zielony do zabytkowego cisu Bolko. Dzięki temu, że jesień strąciła już znaczną część liści z drzew, nagle odkrywam nowy punkt widokowy na duży zamek. Gdzieś między gałęźmi wypatruję część twierdzy obronnej... i to tylną. Choć oczywiście strona wejściowa Książa jest o wiele bardziej reprezentacyjna i spektakularna, to podziwiając panoramę zamku zdecydowanie piękniejsza wydaje mi się tylna, kamienna część zamku. 

Dziś i sama droga funduje mi dodatkową atrakcję – miejscami gruba warstwa śniegu połączona z mieszanką mokrych liści pod spodem powoduje, że schodząc w dół trzeba obrać inną taktykę – nie zawsze daje się normalnie zejść w dół, za to daje możliwość wykonania wielu zjazdów na butach. Choć niejednokrotnie zjazdy te odbywają się w niskim przysiadzie, a czasem i dosłownie na czterech literach, to atrakcji co niemiara... tak więc polecam tą drogę (oczywiście w tym samym kierunku) w okresie zimowym. 

Wąwozem Książ, czyli przełom Pełcznicy

Nic co piękne nie trwa wiecznie, i w końcu docieram do dna doliny, do wijącej się meandrami rzeki. Choć teraz wygląda jak zwykła rzeka, to w maju przełom Pełcznicy bije swym krajobrazem wiele miejsc popularnych wśród turystów. Za to o tej porze roku zupełnie blisko spotkam dzięcioła. W życiu ledwie kilka razy zdarzyło mi się wypatrzyć go gdzieś z daleka, nawet jego charakterystycznego dziobania w drzewa zbyt często nie słyszę – ten dawał się podejść tak blisko, że wyraźne były jego kolory i dopiero wtedy odlatywał kawałek dalej, bawiąc się ze mną niczym w berka. 

Kawałek dalej bagienko przy drodze. Ot, kwadrat wielkości boiska do koszykówki. W porze letniej światło przebijające się przez liście tworzyło cienie budujące charakter tego miejsca – dziś to uroczysko równomiernie oświetlone (niczym sportowe boisko do gry w koszykówkę :) nie tworzy żadnego klimatu a co gorsze, nie widać nawet jego bagniskowatości, co może stwarzać zagrożenie dla potencjalnych szwendaczy. Gdzieś po drodze minąłem zamocowany w skale mostek, krótkie obejście miejsca w którym nie ma naturalnej ścieżki. Tak jak mostek sam w sobie jest łatwy do pokonania, jednak tuż przed nim wąska w warstwie śnieżnego puchu nie dość że prawie zanika, to zbliża się tak blisko krawędzi, że nawet lekkie ześlizgnięcie nogi może zaowocować upadkiem o 2 metry w dół. Na szczęście odrobina ostrożności wystarczy, aby przejść ten kawałek, choć odrobina strachu gdzieś tam drąży umysł, choć to właśnie dzięki niej człowiek decyduje się na większą rozwagę. 

Półmetrowy wodospadzik też traci na urodzie w tych warunkach pogodowych, bo śniegu wciąż jeszcze zbyt mało, aby rzeka skryła się pod warstwą lodu, a zacienienie rzeki schowanej w wąwozie plus woda silnie zmącona wzburzonym nurtem sprawiają, że wszystko staje się szare i bure. Oczywiście, wokół pełno jesiennych drzew – jednak jednostajny szum wody sprawia, że to rzeka jest tu główną gwiazdą, a ta akurat nie przybrała dziś swego makijażu. 

Za to idąc dalej czerwonym szlakiem ku zamkowi, jakoś bardziej widzi się jesień. Wokół pełno kolorowych liści. Choć trochę dalej od drogi to głównie już drzewa o grubych pniach, to bliżej drogi widać głównie brzózki o cienkich pniach, uginające się pod ciężarem czap śniegu. Tak, trzeba przyznać, że tak wczesna zima to trudna próba dla młodych drzewek, bo dzięki liściom tworzą się większe (cięższe) czapy. Stare drzewa zdążyły stworzyć sobie twardy pień, który utrzyma trzon drzewa, najmłodsze nie mają jeszcze tak rozłożystej korony a równocześnie bardziej elastycznie poddają się naciskowi, jednak te średnie – trudno powiedzieć ile z nich przetrwa ten okres... 

Powoli do domu wracać pora...

O samym zamku Książ nie będę się rozpisywał, bo tym razem go nie zwiedzałem, zajrzałem jedynie do schowanego gdzieś w piwnicy baru. Połowa pętli zrobiona, warto się posilić. Aż dziwnie wygląda Książ gdy te wszystkie budy przed pierwszą bramą są zamknięte. Po posiłku pora ruszać dalej. Szlakiem niebiesko-żółto-niebieskim udaje się w kierunku Starego Książa. Jeszcze przez chwilę podziwiam jesienno-zimą dekorację lasu, jednak przy pierwszym ostrym skręcie przy rododendronach bardziej zwracam uwagę na drogę. Choć droga wije się prawie cały czas na jednej wysokości, nie ma większych wejść czy zejść, to właśnie taka droga najbardziej kojarzy mi się z drogą górską. Droga z wygładzonych setkami kroków dużych kamieni, z jednej strony opadająca stromo w dół i odsłaniająca widoki na naprzeciwległe zbocza, z drugiej ograniczona kamiennymi blokami wspinających się stromo ku górze. Mimo śniegu i jesiennego ubarwienia liści, wydaje się wyglądać tak samo jak w maju, bo przecież to nie żywa, a martwa natura stanowi głównie o jej pięknie. A przecież skały nie zmieniają swych ostrych kształtów niczym zgrubnie ledwo ociosany kamień, a prawie pionowe powierzchnie raczej nie utrzymują trwale śniegu, który uchować się może jedynie w drobnych zagłębieniach. 

Jednak ta droga kiedyś się kończy... na drugim jej końcu znajduje się spore wypłaszczenie. Choć droga przestaje tu być tak wyraźna, a i znakowanie szlaku nie zawsze zdaje się zbyt dobrze, to jednak ciężko się tu zgubić. Więc w tym okresie przejściowym, zamiast skupiać się na wypatrywaniu właściwej drogi, lepiej napawać się pięknem drzew. Główna droga w dół, nie dość że szeroka, obchodzi to wzgórze takim łukiem, że z którejkolwiek strony by go nie okrążać trudno by tu zbłądzić i zejść w dół w niewłaściwym kierunku. To chyba najmniej strome zejście/podejście na całej trasie, trasa co rusz zakręca, nie ma ostrych zakrętów, nie ma ostrych zejść. Za to wokół pełno brzózek przygiętych ciężarem ogromnych czap śniegu, z którego to znaczną część uwalniam w ramach zabawy, dając szansę cieniutkim drzewkom znów dumnie spojrzeć ku niebu. 

Patrzcie do góry

W miejscu tym schodzi się bardzo łatwo, więc szybko docieram do mostka przerzuconego nad rzeką. Niestety, za mostkiem trudno odnaleźć szlak, na szczęście w mocno przerzedzonym poszyciu drzew łatwo wypatrzyć mury zamku. Tak więc na czuja obieram jedną z dróg, która okazuje się właśnie zaplanowanym na ten odcinek żółtym szlakiem. To dosyć strome podejście, a wchodzenia nie ułatwia fakt, że tą samą drogę (choć oczywiście w kierunku przeciwnym) wybrała sobie woda spływająca ze szczytów do głównego koryta Pełcznicy. Tak ostre nachylenie stoku sprawia, że częściej spoglądam ku górze. To dzięki temu zauważam, że choć na ziemi pełno jest śniegu, to na gałęziach wysokich drzew jest go raczej mało. Jakże pięknie wyglądają kolorowe, jesienne liście na tle błękitnego nieba... 

Zjawa ze Starego Książa

Jeszcze kawałek i ponownie dochodzę do Starego Książa. Choć zmieniło się oświetlenie, to wciąż nie zyskuje dużo na swym pięknie. Jednak wolę go podziwiać zatopionego w mnóstwo cieni i kontrastujących z nimi plam światła, w warunkach o wiele trudniejszych fotograficznie, za to o ile piękniejszych. A może to tylko problem ze śniegiem który przykrywa jego piękno? Któż to wie? Nie wiem tego ja, nie wiedzą tego także fani strzelania z ASG, których tym razem spotykam zmęczonych długą walką między sobą, próbujących z mokrych witek drzewnych wykrzesać trochę ognia na ognisku. Gdzieś między murami daje się zauważyć tajemnicza zjawa, choć nie słyszałem raczej o żadnej legendzie dotyczącej tego zamku. 

Słońce powoli zniża się nad horyzontem. Jeszcze kilka fotek na próbę, z drzewami schowanych w cieniu zbocza na tle jasnego słońca i można wracać do domu. W wielu miejscach śnieg już pokrywa warstwa wody, ciężko więc przejść suchą stopą, na szczęście w samochodzie czekają suche buty na zmianę. 
Na koniec powiedzieć muszę jedno: pętelka zahaczająca o obydwa zamki Książ jest przepiękna, i warto ją odwiedzać w różnych porach roku aby odkrywać kolejne jej uroki - bo o każdej porze roku największą atrakcją stają się inne jej zakątki. I strata to ogromna nie móc poznać ich wszystkich...

Zasmuciła się wielce zima, że jesień tak tą wizytę odebrała. A przecież tylko chciała ją odwiedzić, podziwiać jej piękne stroje w odcieniach brązu, przeplatane złocistymi ozdobami. Ustalić chciała kiedy ma już przyjść na stałe, czy przyjść dzień wcześniej, bo jesieni już spieszno na nowe ziemie, czy może odwrotnie, dać jej jeszcze tydzień więcej, na spakowanie, na uspokojenie sentymentu po opuszczanych ziemiach... nic nie ustaliły, więc zima w tym roku przyjdzie wtedy, kiedy jej będzie pasowało, i pewnie jak co roku spierać się będą zawzięcie, czy to już, czy jeszcze nie – a ludzie narzekać będą na przejściową chlapę, szarość i nudę. No cóż, nie zimy to wina, wszak próbowała, lecz skoro jej nie chcą, skoro tak przegnali – to i odeszła na razie w sromocie, aby za jakiś czas już jak na swoje tereny tu wrócić...


niedziela, 14 października 2012

Najpiękniejszy (nie)zamek województwa dolnośląskiego

Pałac Marianny Oriańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim zamkiem zdecydowanie nie jest, choć patrząc z zewnątrz niejednemu mogłoby się wydawać inaczej. Styl neogotycki, w którym został zbudowany jest jedynie imitacją średniowiecznych budowli obronnych, choć trzeba przyznać że bardzo dobrą imitacją. Choć stanowi wyraźny punkt panoramy Kamieńca, to już okazuje się mocno schowanym obiektem gdy znajdujemy się dosyć blisko niego. Jak na prawdziwy pałac przystało, otoczony jest wielkim parkiem, który bardzo skutecznie maskuje jego wielkość. Tak naprawdę, będąc już w parku jego piękno możemy docenić tylko z dwóch boków: od frontu (choć trzeba przyznać, że od tej strony główną uwagę przyciągają zasłaniające go arkady) oraz od znajdujących się z tyłu reprezentacyjnych tarasów. Jednak i z boków wygląda on dosyć ciekawie, bo choć nie widać całości, to uwagę przyciągają interesujące elementy budowli, takie jak chociażby okrągłe baszty. Także na jednym z boków, gdzieś w krzakach podobno wciąż można odnaleźć wywróconą rzeźbę Don Kichota i Sancho Pansy, pozostałość po jednym z plenerów artystycznych z początku tego wieku. 


Trzeba przyznać, że pałac nie miał szczęścia do właścicieli. Oczywiście pierwszą właścicielką była jego inicjatorka, księżna niderlandzka Marianna Oriańska, a właściwie Wilhelmina Fryderyka Ludwika Karolina. Choć początkowo zaręczyła się z wygnanym księciem szwedzkim Gustawem Wazą, to dzięki presji dyplomatycznej króla Szwecji zaręczyny zostały zerwane. Dlatego kilka lat później została żoną swego brata ciotecznego, Albrechta Pruskiego. Nie dane jej było szczęśliwe małżeństwo. Ona, nie pasująca raczej do wojskowego drylu charakterystycznego dla jej męża, i on, znacznie od niej głupszy i mniej inteligentny, za to bardziej wpływowy. Gdy on mógł dobierać sobie coraz to nowe kochanki zdradzając swą żonę, ona nie mogła mu się nawet odwdzięczyć pięknym za nadobne, bo przecież któż to widział zdradzać władcę pruskiego? Takie pseudo-małżeństwo trwało 15 lat, kiedy to uciekła ze swym masztalerzem do Holandii. Wzbudziło to ogromne oburzenie władców Prus, a gdy do tego okazało się, że księżna ma urodzić dziecko stajennemu chłopkowi, to oprócz rozwodu orzeczony został zakaz wjazdu na teren Prus na czas dłuższy niż jeden i każdorazowego meldowania się na policji. Na szczęście pałac stał blisko granicy czeskiej, tak więc księżna zakupiła pałac we wsi Bila Voda, skąd mogła udawać się do swego pałacu po czym wracać w przeciągu zarządzonego okresu. 



Po śmierci pierwszej właścicielki, pałac przez kilkadziesiąt lat należał do rodziny Hohenzollernów, aby później w przeciągu kilku lat stać się nazistowskim magazynem. Po przejęciu terenu przez władze radzieckie, pałac został podpalony w „akcie odwetu za okrucieństwo Hitlera” (oczywiście po uprzedniej kradzieży dokonanej przez Rosjan), a okolicznej ludności, w dużym stopniu wciąż niemieckiej, zakazano podejmowania prób gaszenia pałacu pod groźbą kary śmierci. W dalszych latach pałac był systematycznie rozgrabiany i niszczony zarówno przez szabrowników, jak i lokalnych meneli, a władze odpowiedzialne za ten teren niejednokrotnie przymierzały się do jego wysadzenia jego murów pod pretekstem zniszczenia rzekomej kryjówki śmiertelnie groźnych opozycjonistów-terrorystów. Ogromu zniszczenia dopełniła propagandowa akcja „cała Polska odbudowuje stolicę”. 







Tak więc do lat 80-tych zaniedbany pałac niszczał bezustannie, aż znalazł się pasjonat, były naukowiec Akademii Rolniczej w Poznaniu, Włodzimierz Sobiech. Trzeba przyznać, że to postać równie kontrowersyjna i znana w okolicy, jak twórczyni pałacu, Marianna Oriańska. Choć z jednej strony włożył ogromne pieniądze w remont zamku, to często robił to praktycznie bez jakichkolwiek konsultacji z konserwatorem zabytków, a nawet wbrew jego woli. Niestety, gdzieś w połowie pierwszej dekady naszego wieku znacząco podupadł na zdrowiu, a pałac przez pół dekady znów stał zaniedbany. Jeszcze w trakcie jego ciężkiej choroby podejmowano wysiłki celem unieważnienia umowy najmu, aby rok po jego śmierci zamknąć wszystkie sprawy spadkowe. Obecnie od dwóch miesięcy pałac w pełni wrócił pod władanie gminy, która planuje jego ponowne udostępnienie do zwiedzania jeszcze na wiosnę następnego roku. Niecierpliwych jednak uprzedzam: nawet gdy przejdą przez stosunkowo słabo zabezpieczone ogrodzenie od strony tarasów, to odpowiedzialna za ten teren firma ochroniarska przyjeżdża na miejsce w ciągu kilku minut i nakazuje opuszczenie terenu. Kilka minut, które wystarczą aby zakochać się w tym pałacu i docenić jego ukryte, zniszczone piękno, lecz za mało aby w pełni docenić zamysł architektoniczny Marianny Oriańskiej... No cóż, choć drobną osłodą są nadwyrężone, choć wciąż jeszcze całe ozdoby na terenie parku otaczającego pałac.