Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 listopada 2017
niedziela, 29 października 2017
niedziela, 22 października 2017
Jesienna melancholia
Dwa lata temu uznałem, że moje pomysły na bloga się wypaliły. Nie z każdej wycieczki daje się przywieźć ładne zdjęcia, nie każdą wycieczka da się ciekawie opisać... zresztą, opisy też wydawały mi się już monotonne.
Ale wciąż wędrowałem... i wciąż robiłem zdjęcia... i w sumie ich życie kończyło się na moim dysku. Czasem wrzucałem je na swojego prywatnego fejsbuka, czasem nie... więc na co to komu?
Aż kiedyś wpadłem na pomysł: a może wrócić do bloga, i tylko zmienić jego formę? Zrobić z tego fotobloga? Samo wrzucanie zdjęć które już i tak obrobiłem nie powinno zajmować chyba zbyt dużo czasu ;)
No więc powracam... ale głównie ze zdjęciami...
wtorek, 17 listopada 2015
Ciągle pada, czyli polska (wcale nie taka) szara jesień
Ciągle pada!
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie.
A ja?
A ja chodzę desperacko
i na przekór wszystkim moknę, patrzę w niebo,
chwytam w usta deszczu krople...Ciągle pada, Czerwone gitary
w lesie
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie.
A ja?
A ja chodzę desperacko
i na przekór wszystkim moknę, patrzę w niebo,
chwytam w usta deszczu krople...Ciągle pada, Czerwone gitary
Tak, od kilku dni pogoda uparcie serwuje nam to, co tak bardzo niektórych odstrasza od jesieni. Deszcz, deszcz, z rzadkimi poprawami na mżawkę. Wysoka wilgotność sprawia, że choć na zewnątrz jest nawet 10 stopni to marźniemy bardziej niż gdyby był lekki minus. Wszędzie wokół szaro, bo przecież liście już dawno spadły na ziemię...
I może w mieście jesień wciąż szara, jednak w lesie...
w lesie
JESIEŃ PŁONIE!!!
Mimo deszczu, płomienne brązy i pomarańcze rozbrzmiewają w wciąż dumnie sterczących paprociach. I choć pewnie już wkrótce ich dumę złamie ciężar białego śniegu - to póki co, one wciąż płoną... chociaż na szczęście tylko w przenośni :)
poniedziałek, 19 października 2015
Mój pierwszy geocach!!!
No i się udało! Pierwszy geocach odnaleziony. A właściwie drugi odnaleziony, ale przy pierwszym jednak było ryzyko, że zaraz ktoś się napatoczy - a przy geocacachach należy być dyskretnym.
To co widzicie poniżej to znalezisko wydarte z mrocznych czeluści skały przy Skalnym Moście (Rudawy Janowickie) - i tu już był czas żeby na spokojnie się dopisać.
Tym, którzy mi pozazdrościli - w formie podpowiedzi zdjęcie zrobione wciąż stojąc na miejscu jej ukrycia (no dobra, nogi mam długie a i tak musiałem się mocno wyciągnąć). Więcej o samej skrzynce na stronie opencaching.

Tym, którzy nie pozazdrościli - zdjęcie Skalnego Mostu z bardziej nietypowej strony. No dobra, most co prawda chowa się za jakimiś liśćmi - ale czyż nie jest pięknie? Czy nie warto obejrzeć go z drugiej strony? I tak, ten turkusowawy odcień skał - to efekt naturalny, żadne tam fotoszopy. Ba, naturalnie jest nawet lekko bardziej turkusowy, mimo iż wydaje się to tak mało naturalne...
środa, 23 września 2015
Pierwszy dzień jesieni (Ech, muzyka, muzyka)
Pierwszy dzień jesieni, a mnie wzięło na taki sentymentalny nastrój. Więc dziś zarzucę wam piosenkę której słowa być może spisywane były na małej kawiarnianej serwetce w moim rodzinnym mieście...
Ech, muzyka, muzyka, muzyka
Spod smyka zielony kurz
Lecą gwiazdy zielone spod smyka
Damy karo, bukiety róż.
O, dajcie mi te małe skrzypce
Może na skrzypcach wygram
Wiatr i pochyłą ulicę
I noc, co taka niezwykła
Konstanty Ildefons Gałczyński,
Ech muzyka, muzyka...
poniedziałek, 10 listopada 2014
Ojców i jego dzielnice
![]() |
| Wąwóz Ciasne Skałki |
Kolejna wycieczka w Jurze, tym razem po
Ojcowie... i jego dzielnicach, bo szukając noclegów zarówno
Zazamcze jak i Grodzisko traktowane są jako Ojców, choć odległości
między nimi są dosyć spore.
Tym razem do parku wchodzę skrótem,
omijając paskudne skrzyżowanie szlaków przy Grocie Łokietka ze
swoimi toaletami. Dzięki temu chwilę wcześniej jestem na ich
rozejściu, jednak tym razem spodziewając się krótszej trasy
wybieram przejście Wąwozem Ciasne Skałki i Bramą Krakowską
(szlak niebieski). W przeciwieństwie do szlaku czarnego nie jest to
szybka dojściówka naprawdę piękny kawałek gór. Chociaż nie
widać tu żadnej rzeki czy potoku, wąwóz głęboko wżyna się w
otaczające go pasma. Co prawda wokół widać ślady ludzkiej
działalności (dosyć silnej wycinki drzew), to i tak wąwóz
wygląda malowniczo. Na dolnym jego końcu znajduje się polana, na
której odnajduję krzak dzikiego bzu. Z zazdrością na pękate
grona, bo w mojej okolicy w tym roku raczej niezbyt obrodziło w
owoce. Jednak w parku narodowym zbierać nie będę, zwłaszcza, że
zebranych owoców na miejscu przecież nie przetworzę, a zanim
dojechałbym do domu zdążyły by się popsuć. Kawałek dalej mijam
Bramę Krakowską – wyraźną, szeroką na kilkunastu ludzi
szczelinę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów wapiennymi
skałami.
![]() |
| Wąwóz Ciasne Skałki |
Od Bramy Krakowskiej można przejść
Ojców z obydwu stron Prądnika. Że jednak tą bardziej zabudowaną
część znałem już z poprzedniego dnia, postanowiłem pójść
szlakiem zielonym, zwłaszcza że po tej stronie gdzieś w oddali
widziałem ładną chatynkę. I choć co prawda tej upatrzonej
wcześniej nie udało mi się odnaleźć, za to wcześniej, przy
Panieńskich Skałach i Igle Deotymy odnajduję stojącą na uboczu
samotną murowaną stodołę. Generalnie jednak przez Ojców
przechodzę bez większych atrakcji, aby przy zamku skręcić gdzieś
w leśną drogę, wzdłuż której biegnie szlak czerwony i
niebieski.
![]() |
| Kaplica na wodzie, Ojców |
Trzeba przyznać, że podejście nie
było lekkie. Stromość nie stanowiłaby problemu, bo podejście
długie nie było, jednak podmokłe gliniaste podłoże sprawiało,
że trudno się było nie poślizgnąć. Po krótkim już odcinku
docieram w pobliże kaplicy „Na Wodzie” z 1901 r. Jak mówią
podania, król pruski (pod którego zaborem znajdował się wtedy
Ojców) wydał rozporządzenie na mocy którego na terenach tych
mocno utrudnione było stawianie wszelkich kościołów i kaplic na
pruskiej ziemi. Że jednak Polacy już od dawna walkę z zaborcami
mieli we krwi, szybko znaleźli obejście tego przepisu – skoro nie
można postawić na ziemi pruskiej, to czemu by nie postawić kaplicy
na wodzie? Tak oto w dno wpuszczone zostały podpory, na których
zbudowano drewnianą kaplicę.
Niestety, do środka mogę tylko
zajrzeć przez otwarte drzwi, bo w tym czasie akurat odbywa się
msza. Pozostało mi więc tylko pokontemplować na stojąco (co
prawda w pobliżu jest mnóstwo ławek, niestety akurat wszystkie
było mokre w związku z dosyć wilgotną pogodą) urokliwą
kapliczkę i jej otoczenie i pójść dalej lasem. Kolejny krótki
odcinek płaskim parowem doprowadza mnie w okolice Zazamcza. Chociaż
szlak wyraźnie odbija od tej osady, to zachęcony oznaczonym na
mapie młynem postanawiam zboczyć lekko ze szlaku. Okazuje się
jednak, że wspomniany młyn to jedynie mało estetyczna drewniana
buda wyremontowana w mocno patchworkowym stylu, która nie ma już
nawet koła młyńskiego. Jedynym śladem sugerującym że był to
kiedyś młyn wodny jest spiętrzenie rzeki, z którego zapewne
kiedyś woda z łoskotem spadała na łopatki rozpędzonego koła.
Na
szczęście za to przy samej drodze znalazłem dwa ciekawe niebieskie
drewniane domki, zapewne dawno już opuszczone sądząc po ich
stanie.
![]() |
| Ojców Zazamcze |
Teraz z powrotem na połączone szlaki
niebieski i czerwony. Mimo, iż to dwa szlaki, to oznaczeń nie
starczyłoby na jeden szlak, więc w którymś momencie idę bardziej
na czuja niż według znaków w terenie. Na szczęście udaje mi się
nie zgubić szlaku i dojść do drogi tuż przed młynem Mosiura.
Tutaj szlak zbacza na asfaltową drogę, co nie bardzo mi się
uśmiechało, zwłaszcza ze względu na wspomniany młyn, jednak mapa
sugeruje, że równolegle do niej znajduje się całkiem porządna
droga (pełna kreska, nie przerywana! :) więc nią postanawiam
powędrować. Kilka metrów za skrzyżowaniem za moją decyzję
nagrodzony zostaję kolejnym drewnianym domkiem góralskim, jednak
kolejny młyn znów nie zachwyca. Po raz kolejny żeby nie wodny
próg, nikt nie odgadłby nawet, że kiedyś tutaj mieścił się
jakiś młyn...
![]() |
| Pochylec i Łamańce (po prawej) |
Tymczasem po krótkiej wędrówce na
horyzoncie pojawia się przepiękna bryła wapiennych skał
unurzanych w zieleni drzew. To Łamańce i Pochylec, dwie naprawdę
wielkie zęby wystające ponad horyzont. W sumie takie widoczki
powinny zdaje się być główną atrakcją Jury, jednak mało które
tego typu formacje skalne mnie zachwyciły – z pewnością te które
znajdują się na obrzeżach Grodziska są jednymi z nich.
No właśnie, bo powoli zbliżałem się
do Grodziska. Wydawałoby się, że jeszcze tylko kilka kroków...
niestety, przeszkodzą okazała się rzeka. Co prawda mógłbym
próbować iść dalej, nie skręcać do asfaltu – ale drogę
przegradzał jakiś pomniejszy wapienny pagórek lekko połączony ze
ścianą po lewej.
![]() |
| Łamańce widziane tuż sprzed rzeki którą przyszło mi forsować |
Co prawda tą przeszkodę można było próbować
forsować – ale widać było, że za nią rzeka coraz bardziej
zbliża się do jurajskiej ściany, a nawet gdyby dałoby się
przejść po wewnętrznej stronie rzecznego zakola – to i tak dalej
nie było mostów aby przejść na właściwą stronę. No i dylemat
– czy wracać tyle drogi do szlaku, czy próbować przejść
szeroko rozlewający się Prądnik? Znalezionym kijem sprawdzam
głębokość – no, najwyżej po kostki, ale buty to jednak zmoczę
a to mi się wcale nie uśmiechało. Na szczęście obok zalanej
drogi ktoś chyba nawrzucał jakichś kamieni i sprytnie daje się
przejść na drugą stronę nie mocząc butów bardziej niż same się
zmoczyły od rosy na trawie. Chwilę później mijam kolejną
porzuconą drewnianą stodołę, obitą z każdej strony krzykliwymi
żółtymi tabliczkami: obiekt grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony.
Byłby piękny widoczek, niestety wspomniane tabliczki psują cały
efekt i tylko z jednej, tej najmniej zniszczonej strony daje się
zrobić ładne zdjęcie na tle Pochylca.
![]() |
| Opuszczona stodoła pod Pochylcem |
![]() |
| Ściana wspinaczkowa na Pochylcu |
No właśnie, Pochylec. Od strony
Ojcowa nazwa wydaje się być zupełnie przypadkowa, to raczej
kolejna pionowa maczuga, podobnie jak Łamańce. Dopiero obchodząc
go w centrum Grodziska dostrzega się jego drugą stronę, z bardzo
silną przewieszką. Oczywiście, okazji takiej nie mogli odpuścić
wspinacze i na pochyłej ściance wyraźnie widać trasę
wspinaczkową.
Tymczasem ja stoję na rozdrożu i
zastanawiam się, w którą stronę się udać. Pod rozwagę brałem
Skałę i powrót Drewnianą Drogą obok cmentarza cholerycznego z
XIX wieku, jednak gospodyni wspominała, że w Skałe nic ciekawego
nie znajdę. Dlatego decyduję się na odbicie w kierunku Pieskowej
Skały. A więc znów kawałek asfaltem, koło kolejnego mało
młyńskiego młyna, aby kawałek dalej wraz ze szlakiem odbić w
las, a potem szeroko rozrzuconym trawersem dążyć w górę. Przede
mną roztacza się widok na wąwóz prowadzący asfalt drogi w
kierunku Pieskowej Skały, na jednym ze zboczy odsłonięty kawał
wapiennej skały nazwanej Długa, który przez wiele lat opierał się
naporowi drzew i mchów, a ostatecznie poddał się w walce z
wandalami malującymi wielkie czerwone serce. Jeszcze kawałek i
dochodzę do kościoła świętej Salomei, niestety akurat w
remoncie.
Więc pora już wracać do Ojcowa, początkowo dopiero co
zaliczonymi trawersami koło Długiej, potem asfaltem, bo w końcu
przecież to lepiej niż wracać tą samą trasą, którą się
przyszło. I tak wracam gdzieś na wysokość Jaskini Ciemnej, a że
pora jeszcze w miarę młoda, to czemu by nie zajrzeć. Dla
niewtajemniczonych – w bilety zaopatrzyć się już na dole, a
następnie podejść do góry zielonym szlakiem, jeszcze jakieś
10-20 minut drogi. Tu mi pozostaje poczekać trochę, niestety wśród
wrzasków rozkapryszonej dzieciarni którą w ogóle nie interesowali
się rodzice, bijącej się o to kto wejdzie do środka z latarką.
Te kłótnie wydawały mi się jakieś absurdalne, bo przecież w
każdej udostępnionej publicznie jaskini zamontowane jest światło
elektryczne, więc po co komu latarka? ![]() |
| Brama Krakowska, widok z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej |
![]() |
| Skała wapienna Rękawica w pobliżu Jaskini Ciemnej (Ojców) |
Okazuje się, że nie w
Jaskini Ciemnej. Swoją nazwę zawdzięcza ona właśnie brakowi
elektryczności. Co prawda nie przygotowany na to turysta dostaje od
przewodniczki świeczkę z jakże niegustownym „świecznikiem” w
postaci ściętej plastikowej butelki, jednak światło dawane przez
tego typu latarnię nie pozwala nawet dostrzec gdzie się stawia
kroki, a co tu mówić o oglądaniu sklepień jaskini... na szczęście
zupełnie przez przypadek mam przy sobie latarkę, a jak się okazało
nawet dwie. Bo w kieszonce plecak znalazła się zaarówno dającą
wąskie światło malutką okrągłą latarkę, nie dużo większą
od grubego markera, jak i dająca o wiele szersze oświetlenie
latarkę przypominającą stare latarki harcerskie, takie płaskie na
baterie 4,5V, jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Ta akurat była już
latarką współczesną, diodową, jakiś gadżet reklamowy od
jednego z dostawców w pracy, okazała się jednak doskonała do
rozglądania się po wnętrzu jaskini. Trzeba przyznać, że takie
zwiedzanie jaskini w której nie ma stałego oświetlenia ma swoje
ogromne zalety... aaa, zapomniałem dodać czemu akurat ta jaskinia
jest uważana za taką ważną w tym terenie. Otóż właśnie w niej
odnaleziono szczątki człowieka prehistorycznego, a żeby to
uwznioślić przed wejściem do jaskini wchodzi się na platformę
widokową, z której widać zarówno przygotowaną na tą okazję
makietę ludźmi pierwotnymi, jak i spojrzeć z góry w kierunku
Bramy Krakowskiej.
Tymczasem po wyjściu z jaskini akurat
rozświeciło się słońce. Nie można było nie skorzystać z
takiej okazji i nie wejść jeszcze kawałek wyżej na jedno z dwóch
miejsc widokowych z których wspaniale widać Rękawicę, formację
kilku skałek wapiennych wyglądających jakby z ziemi wystawała
zaledwie ręka, a właściwie tylko palce jakiegoś przysypanego
rycerza, uzbrojone w kamienną rękawicę. A potem już tylko w dół,
powrót do Bramy Krakowskiej i kawałek dalej zaczerpnąć wody ze
Źródła Miłości, aby opisanym wcześniej wąwozem Ciasne Skałki
wrócić na nocleg do Czajowic.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.
![]() |
| Powrót na nocleg |
wtorek, 4 listopada 2014
Jesień w Jurze
Jura Krakowska nie przywitała mnie
miłymi zapachami. Po krótkim dojściu z noclegu w Czajowicach do
skraju Ojcowskiego Parku Narodowego już z daleka daje się wczuć
zapach niczym z dawnej wiejskiej sławojki. Już wkrótce okazuje
się, że poprawnie rozpoznaję zapachy – już w obrębie parku
narodowego, przy krzyżówce odbijającej do Groty Łokietka,
rozłożyła się buda z płatną toaletą. Taki miły akcent
powitalny dla turysty, skłaniający raczej do przyspieszenia kroku
niż zachwycania się pięknem przyrody. Dlatego też dosyć szybko
dotarłem do skrzyżowania. W związku z tym, że tego dnia
zastanawiałem się nad szarpnięciem się na Pieskową Skałę,
wybieram krótszy aczkolwiek mniej atrakcyjny szlak czarny. Dzięki
temu pół godziny wcześniej wychodzę na skraju Ojcowa, koło
stawów rybnych i na skrzyżowaniu szlaków na chwilę przystaję na
małą sesję zdjęciową.
![]() |
| Stary mostek w Ojcowie |
Pamiętacie piosenkę „czerwony
mosteczek ugina się/trawka na nim rośnie...”... chociaż ten z
piosenki raczej kojarzy mi się z małym mostkiem łukowym, jednak
mostek na Sąspówce w Ojcowie też idealnie pasuje do słów tej
piosenki. Wysoka konstrukcja zbita z pojedynczych drewnianych kłód
wygląda tak, jakby nigdy nie była bezpieczna. Nie bez powodu chyba
jednak ktoś kiedyś postawił ten mostek i pewnie za czasów swojej
świetności był użyteczny, choć straszny, jednak stan zaniedbania
sprawił, że konieczne stały się tabliczki zakazujące wstępu na
nie. Mimo to, warto zatrzymać się przy mostku i zwrócić uwagę na
jego piękno.
![]() |
| Samotny grób w Dolinie Sąspówki |
Natomiast przy mostku odbijam od
głównej drogi aby podążyć dalej doliną Sąspówki, środkiem
której idzie szlak żółty. Już na wstępie mijam kolejne
ostrzeżenie: droga może się zapadać z powodu bobrzych podkopów.
Zalecane... żeby nie iść dalej. Z jednej strony to zapowiedź, że
czeka mnie miła naturalna droga, z drugiej – zagrożenie
nietypowe, kto wie na ile groźne? Na szczęście droga okazała się
bezpieczna i faktycznie na początkowym odcinku dosyć urokliwa.
Rzeka wżynała się w otaczające ją góry wąskim, powoli
unoszącym się wąwozem. Gdzieś po lewej mijam prowizoryczny
brzozowy grób bez tabliczki. Czy spoczywa tu jakiś nieznany z
imienia czy nazwiska żołnierz, zabity w trakcie ucieczki przez
bezwzględnego wroga? Czy może turysta, przypadkowa ofiara gór i
złej pogody? A może ten zaciszny wzgórek wybrał sobie na miejsce
ostatecznego spoczynku jakiś człowiek gór? A może właśnie tu
pochowano właściciela porzuconego domku znajdującego się kilka
kilometrów dalej? Na to pytanie zapewne nikt nie udzieli już
odpowiedzi...
Tymczasem wąski wąwóz rozlewa się w
szeroką, nudną dolinę. Na delikatnie wznoszących się zboczach co
prawda rozłożył się jeszcze las, jednak środkiem ciągnie się
pustka polany gdzieniegdzie przecinana pojedynczymi drzewami. Po
lewej kusząco do skręcenia zachęca skryty w tajemniczym cieniu
wąwóz Jamki, jednak wszelkie znaki i tabliczki sugerują, że
skręcenie w tą drogę nie jest zalecane. Tak więc podążam wciąż
przed siebie dochodząc do starej leśniczówki. Chociaż sama
leśniczówka wygląda na wciąż używaną, prowadzące do niej
schodki porośnięte są mchem a spomiędzy poszczególnych kamieni
wyrasta trawka. Romantyzm tego pozornie opuszczonego miejsca skłania
mnie do zatrzymania się w cieniu. Chwilowy postój skłania mnie też
do zauważenia ciekawej kompozycji ze starą ręczną studnią i
stojącą za nią nową stodołą o charakterystycznych mocno
kontrastowych deskach...
![]() |
| Chatynka na przedmieściu Sąspowa... z przymrużeniem oka |
Dalsza droga do Sąspówki raczej nie
zaliczała się do ciekawych. Jak już wspomniałem, szeroka polana
pośrodku, monotonny krajobraz ciągnący się po obu stronach rzeki
tylko gdzieniegdzie przerywany pojedynczym domkiem. Wioska też nie
obfitowała w ciekawe tematy, tylko gdzieś ponad nią, spomiędzy
gęstych drzew przebijała się wieża zabytkowego kościoła.
Sąspów był też miejscowością graniczną, w której trzeba
było się zdecydować, czy idę dalej do Pieskowej Skały, czy może
tutaj zawracam. Zgodnie z mapą dalsza droga miała być asfaltem
ciągnącym się wśród nudnych pól, i dopiero pod sam koniec miał
pojawić się teren zalesiony z Maczugą Herkulesa i innymi ciekawymi
skałkami wokół. Już wcześniej miałem informacje, że zamek w
Pieskowej Skale obudowany jest rusztowaniami ze względu na toczący
się w nim remont, co nie tylko psuło atrakcyjność krajobrazu, ale
i nie pozwalało na zwiedzanie zamku. Gdybym miał nocleg w Ojcowie,
być może zdecydowałbym się na dalszą trasę, jednak dojście z
Czajowic do Ojcowa i przewidywany powrót na tej trasie wydłużał
ją o około 10 km, więc wszystkiego razem było już zbyt dużo na
moje nogi.
![]() |
| Drewniana dzwonnica w Sąspowie |
Dlatego postanowiłem, że na Sąspowie zakończę swoją
trasę i skoro już tu jestem, to warto zajrzeć do zauważonego
wcześniej kościółka i zabytkowej drewnianej dzwonnicy. Jak się
okazało po ostrej wspinaczce, murowany kościółek był zamknięty
i z zewnątrz nie stanowił wielkiej atrakcji, za to drewniana
dzwonnica przykryta miedzianym dachem zachwycała swą smukłością.
Także zejście do żółtego szlaku okazało się wąską ścieżynką
wśród zielonej gęstwiny, co dodawało uroku tej trasie. Potem
powróciłem do monotonii żółtego szlaku, który doprowadził mnie
do poznanej wcześniej leśniczówki. Dla odmiany za leśniczówką
postanowiłem skręcić w lewo, w nienazwany wąwóz powoli
wspinający się w górę. Chociaż krótki, to głęboko wżynający
się potokiem w skały stanowił miłą odmianę po nudzie doliny
Sąspówki, na którym udało mi się nawet spotkać wiewiórkę.
Kawałek dalej, w pobliżu wspomnianego
już domku, w oddali zauważam wznoszącą się sponad ziemi mgłę.
Chociaż pora jeszcze była w miarę wczesna, to jednak byłoby to
zdumiewające żeby mgła wznosiła się tak późno, skoro wcześniej
jej tu nie było. Więc może to dym unoszący się z jakiegoś?
Zapewne musiałoby to być dosyć duże ognisko, z kolei rozwieszonej
w powietrzu bieli było zbyt mało aby bać się pożaru lasu. W
miarę jak posuwałem się do przodu, znalazła się przyczyna dymu:
to ludzie palili zebrane w polu chwasty i inne suche rośliny. I znów
kolejna okazja do wspaniałych zdjęć i do zachwytu nad naturą
światła.
Aby nie wracać tą samą drogą, i
żeby nie zmarnować pozostałej jeszcze całkiem sporej części
dnia, na kolejnym skrzyżowaniu szlaków odbijam w lewo, w szlak
zielony. Krótkie podejście i po chwili docieram do pierwszej
zabudowy, najprawdopodobniej dużego ośrodka wypoczynkowego.
Kontynuując wędrówkę zielonym szlakiem, po kolejnej pół godziny
czasu docieram do ruin zamku w Ojcowie.
![]() |
| Brama zamku w Ojcowie |
Zamek w Ojcowie widoczny jest już z
daleka, więc samotną wieżę strażniczą z kawałkiem muru
obronnego wisząca gdzieś ponad wsią widziałem już na początku
dnia, gdy odbijałem na szlak żółty. Zupełnie inaczej zamek ten
wygląda od strony wejścia. Ustawione pionowo, ściśnięte ze sobą
wapienne obeliski z pewnością chciałyby się zwalić w przepaść
po prawej stronie, jednak powstrzymuje je od tego podpierająca je
wieża bramna. Jak nic budzi to skojarzenia z książkami stojącymi
na nie do końca zapełnionej półce. Książki z pewnością
wywróciły by się żeby leżeć na półce poziomo, jednak
powstrzymuje je od tego stojąca obok nich przegródka do książek.
Tutaj to właśnie kolejne wystające skrzydła ściany wyglądają
jak chcące się zwalić książki, a wspomniana wieża – jak
powstrzymująca je od tego przegródka.
![]() |
| Figura Matki Boskiej przed zamkiem w Ojcowie |
Oczywiście w oficjalnych godzinach
otwarcia przejście bramy nie stwarza większego problemu, konieczne
jest, niczym w średniowieczu, opłacenie drobnego, kilkuzłotowego
myta które potwierdzone zostaje paragonem. Ciężko tu mówić o
bilecie wstępu, skoro oprócz wspomnianego wydruku z kasy fiskalnej
nie dostajemy tu absolutnie nic. To zresztą typowa cecha Ojcowskiego
Parku Narodowego i ciężko by tu szukać ozdobnych biletów które
mogłyby z radością zbierać dzieci.
Trudno mówić o wielkich atrakcjach
ojcowskiego zamku, jednak skoro już jest się w Ojcowie, to szkoda
go ominąć. Ostatecznie jest to miłe miejsce na spędzenie
krótkiego odpoczynku połączonego z podziwianiem panoramy Ojcowa z
góry i przejściem przez resztki dawnego muru obronnego. Potem
wracam przez bramę, aby lekko okrężną drogą wrócić do wioski.
Zamiast wracać schodkami wybieram drogę asfaltową aby od dołu
przyjrzeć się figurze zadumanej Matki Boskiej. Co prawda ze
ścieżynki prowadzącej od szlaku do zamku da się zejść w
bezpośrednie pobliże figurki, jednak dopiero od dołu zyskuje się
odpowiednią perspektywę do jej podziwiania.
Jeszcze tylko powrót czarnym szlakiem,
zahaczając o Grotę Łokietka która nie okazała się zbyt ciekawym
obiektem do zwiedzania i można uznać dzień za skończony.
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...
wtorek, 21 stycznia 2014
W poszukiwaniu oznak zimy
Gdy zaglądam tego, to aż mnie bierze
zgroza. To już ponad 2 miesiące od ostatniego wpisu...
przedświąteczne zabieganie, posylwestrowe lenistwo, i tak się
powoli przeciąga... i właśnie na Blue Mondaya musiało mi się
zebrać, żeby wreszcie coś napisać?*
No cóż, kiedyś trzeba
powiedzieć: DZIŚ, NIE JUTRO – więc dzień nie gorszy niż każdy
inny. Blue Monday? A może to tylko kolejna wymówka, żeby
powiedzieć: może jutro, może jutro, może jednak jutro? Nie, żadne
jutro, DZIŚ, DZIŚ, chociaż tekst napisać, jak będzie za późno,
to najwyżej zdjęcia się obrobi jutro.
A w kolejce do opisania czeka wycieczka
do Okulic. Tak, może to właśnie los sprzyja, bo wycieczka w takim
właśnie blu-mondajowym klimacie. Choć mapa pokazuje teren z
doskonałym potencjałem, to ja już znam te okolice i wiem, czego
się po nich spodziewać.
No więc zacznijmy od wioski startowej.
Okulice, mała wioska gdzieś na pograniczu Parku krajobrazowego
Doliny Bystrzycy. Ruina renesansowego dworu, młyn, stara
gorzelnia... zapowiada się pięknie. Rzeczywistość okazuje się
bardziej szara – dworek ciężko rozpoznać od pozostałych
zabudowań, teren starej gorzelni zamknięty i odgrodzony płotem,
młyn to tylko wysoki narożnik ściany... gdzieś na zejściu udaje
się odnaleźć jakąś wiurbexową stodołę. Porzucony fotel choć
nie zachęca do zasiąścia, jednak w połączeniu z drugim,
obróconym bokiem raczej przypomina allegoryczny pokój
„telewizyjny”. Geometryczna konstrukcja drewnianych dachowych
podpór w połączeniu z ciekawym światłem jest już ciekawsza,
jednak szału nie ma. Tak więc wychodzę na drogę na Milin. Gdzieś
z boku wiejski domek z jabłonkową aleją, która z pewnością
wiosną pięknie „prowadzi wzork” ku temu budynkowi... pogoda
raczej przypomina przedwiośnie, więc całość radością nie
napawa. Jedynie gdzieś z boku porzucony stary traktor tworzy ciekawy
fotograficznie klimat.
No to odbijam do lasu. Co prawda w tej
okolicy ma się wątpliwości, czy to najlepszy wybór. Bo czy na
pewno rozjechana przez ciężkie cieżarówki, szeroka na 3-4 stojące
obok siebie kamazy rozjechana piaszczysta droga jest mniej
cywilizowana niż wąski, podziurawiony niczym szwajcarski ser,
wiejski asfalt? Mapa mówi jedno – do lasu to jednak tą przyszłą
„autostradą”. Bo choć jeszcze jej nie ma, docelowo powstanie tu
szeroka asfaltówka klasy ewropejskiej. Bo przecież to park
krajobrazowy, to trzeba chronić – także od pożaru. Więc buduje
się tu „drogę przeciwpożarową” podobną do pobliskiej drogi
krajowej nr 35 do Wałbrzycha... „żeby chronić krajobraz”. Ech,
logika europejskich wymogów połączona z głupotą polskich
urzędników.
Tymczasem gdzieś obok mnie rozpościera
się widok na staw rybny. Małe wodne uroczysko, z zadaszoną
drewnianą konstrukcją (a właściwie – drzewną, bo nad
drewnianymi deskami przeważają ilościowo drzewne okrąglaki), z
ledwie jednym dyskretnie szpecącą tabliczką o zakazie połowu ryb.
Co tam, za ten kawałek natury z tymi łysymi pniami pobliskich buków
odbijającymi się w wodzie można przeboleć tą jedną tabliczkę.
Zwłaszcza, że już jej chyba nie dużo brakuje, żeby uroczo
rozkwitła rudą rdzą.
Choćby nie wiem jak kluczyć, z takich
uroczych zakątków co chwila wychodzę na rozkopany piach przyszłej
„przeciwpożarówki”. Dopiero przechodząc na jej północną
stronę nareszcie udaje się zostawić drogową szpetotę z dala od
siebie. No cóż, z pewnością wyznaczając jej przebieg, projektant
kierował się już istniejącą siecią ścieżek – więc gdy już
ją przekraczam, pozostaje mi wąski (2 kilometrowy?) pasek bezdroży.
Wysokie drzewa wśród których co chwila płoży się bardzo gęsta
dolna warstwa młodych drzewek co rusz ustępują miejsca wysokim
trawom despotycznie panoszącym się na polanach chaotycznie
porozrzucanych na tym płacie lasu. Choć starałem się wypatrzyć
początków zimy, raczej częściej znajduję kolory jesieni. I tylko
gdzieś przy powierzchni ziemi daje się dostrzec pojedyncze oznaki
szronu...
I tak oto błądząc od lewa na prawo
(i z prawa na lewo), docieram do rozlewającej się szerokim nurtem
Bystrzycy. Ech, lasy lubuskie, ech, rozlewiska Warty...
rozbestwiłyście mą estetykę. I choć rozlewiska Bystrzycy nie
wyglądają źle, to gdzież im do Was? Rzewna tęsknota za tym jakże
leśnym województwem się włącza.
Rozlewiska mają to do siebie, że
łatwo na nich zbłądzić. Choć czasem domy wydają się tak
pobliskie, to nagle się okazuje, że dzieli nas od nich dzień
drogi. Bo przecież rzeka po drodze, czy to główne koryto, czy
ledwie jakaś odnoga, która za chwilę rozdziela się na kolejne i
kolejne. Choć Piława się wydaje tak bliska, niczym na wyciągnięcie
ręki, to nie dane mi będzie dziś do niej dotrzeć. Więc pozostaje
mi iść wzdłuż Bystrzycy, rzewnie wspominając rozlewiska Warty. A
zwalone drzewo aż kusi aby wykorzystać je niczym most. Gałęzie
niczym rozpostarte palce wpiły się w przeciwległy brzeg i z całą
siłą drzewnego potwora starają się przyciągnąć go jak
najbliżej do siebie. Szeroko rozpościerająca się woda walczy z
próbą zgniecenia jej w tym zabójczym uścisku...
Jak jednak już wspomniałem,
rozlewiska to dosyć zdradliwy teren, i często brak dokładnej
„sztabówki” sprawia, że możemy błądzić kilometrami, aby
tylko obejść jakąś nieprzewidzianą odnogę. Na szczęście to,
co na mapie zaznaczone było podwójna niebieską kreską, w terenie
okazuje się jedynie zasychającym przez większą część roku
korytem, które tylko sporadycznie wypełnia się wodą. Nie trzeba
zawracać, nie trzeba nic nadrabiać aby obejść „deltę”
pojedynczego dopływu, w którą się wpakowałem. „Rzekę” daje
się przejść suchą stopą po twardym gruncie, nawet przez chwilę
nie ryzykując zakopania się w błoto. Ale te cudnie kuszące oczka
wodne... jakże pięknie wyglądałyby skąpane w drobnej mgle...
jakie niebezpieczne są ich rozbagnione okolice. Choć do zdjęcia
nie trzeba podchodzić zbyt blisko, choć o tej porze dnia łatwo
wyrwać się przyciągającej magii ich uroku, to aż obawiam się,
co by było gdyby one tonęły w osłaniającej je mgle... czy tak
właśnie powstawały legendy o tajemniczych mokradłach?
Tymczasem po przekroczeniu nienazwanego
dopływu, droga okazuje się już utwardzona. Tak dochodzę do
spiętrzającej rzekę zapory. Choć kusi do przejścia na drugą
stronę, jednak uskok betonu jest trochę zbyt wysoki: pewnie udałoby
się zeskoczyć nie ryzykując wpadnięcia do wody, jednak z powrotem
już nie da się wrócić. A gdzie najbliższy most, aby wrócić na
południową stronę Bystrzycy? Więc odpuszczam sobie...
Tuż za zaporą dosyć ciekawa kolekcja
„krzaków”. Czy to wiklina, czy jakaś inna roślinność –
trudno powiedzieć. Jednak geometryczny „uporządkowany chaos”
linii równoległych w połączeniu z kompozycją kolorystyczną
brązów robi wrażenie. Choć wolę gdy okolice rozkwitają
zielenią, jednak ten „busz” zyskuje na urodzie właśnie zimą,
czy nawet późną jesienią, gdy zielsko pozbędzie się liści.
Droga do Kamionnej gdzieś umyka we
wspomnieniach. Ot, zwykła droga polna gdzieś na pograniczu pola i
lasu. Taka zwykła, sielankowa wiejska droga, tak zwana „leśna
klasyka” - choć przyjemnie nią iść, to ciężko o niej pisać.
Z pewnością prawdziwy wieszcz rozpisywałby się na miarę znanej
chyba każdemu inwokacji Pana Tadeusza, jednak mi raczej wyjdzie opis
pokroju pierwszej polskiej encyklopedii... Koń, jaki jest, każdy
widzi :)
Tak więc zwykłą wiejską drogą
docieram do Kamionnej. Po lewej duża leśniczówka, po prawej –
drewniana gospodarcza komórka na drzewo i inne bambetle. Kawałek
dalej – most (a więc nie byłoby tak daleko, ale kto wiedział?
Mapa niby coś sugeruje, ale nuż by się okazało, że to
nieopatrznie machnięta kreska przez niedokładnego kartografa?), a
za nim – CUDO. Porzucony pałac, praktycznie ruina – lecz nie
taka zwykła. Jeszcze miejscami wysoka na piętro czy dwa, jeszcze
gdzieniegdzie pozwalająca wejść po murach na wyższą kondygnację
i spojrzeć na otaczający świat z góry, gdzieniegdzie odkrywająca
wejście do zasypanych piwnic... i portal, z dwójką siłaczy
podtrzymujących nadgryziony zębem czasu reprezentacyjny kiedyś
balkon...
krótki rekonesans po Kamionnej,
odwiedzenie poznanego kiedyś Nepomucena, i pora wracać do domu.
Gdzieś po drodze mijam spotkaną wcześniej komórkę na drzewo,
która zadziornie pińdrzy się w ostrych promieniach słońca aby
zaraz przybrać szarą szatę Kopciuszka gdy tylko wyciągnę aparat,
gdzieś obok starej wierzby w której mogłaby zamieszkać jakaś
wiedźma, znów obok tamy...
gdzieś znów cywilizacja zaczyna się
o mnie dopraszać – gdzieś tu kończy się usypany nasyp ziemny
przyszłej przeciwpożarowej „autostrady”, by kawałek dalej
zamienić się w rozjeżdżoną błotnisto-trawiastą drogę, w
której gliniastej nawierzchni co rusz buty toną na głębokość
kostki... gdzieś na tle oślepiającej plamy słońca samotny rolnik
ze swym traktorem, zniszczony przez budowniczych drogi dawny
podziemny przekop, którym przepływała sobie tutejsza rzeczka,
troszkę szersza niż długi skok, rzeczka teraz wymagająca trochę
zręczności aby przejść ją po tych kilku kamieniach... mapa,
która postanawia wraz z nurtem uciec gdzieś w otchłań tego cieku
wodnego, bo przecież już za chwilę wsiądę do auta z gps-em...
Nie, choć to już powrót do cywilizacji, nie wyprę tej odrobiny
natury z siebie, tego kawałka dzikości. Mapa wraca ze mną do domu,
taki relikt dawnych czasów w wielkim mieście cywilizacji...
Gwoli wyjaśnienia: Z pewnością zdziwi was (w szczególności zmotoryzowanych), że piszę o poszukiwaniu zimy akurat tego dnia, gdy wszystkie samochody pokryły się grubą warstwą lodu, której skrobanie zajmowało nawet pół godziny. No i że we wtorek piszę o Blue Mondayu... otóż powyższy wpis to zaległy opis wycieczki z końca listopada, napisany wczoraj, dziś tylko obrobiłem zdjęcia i skleiłem całość.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Dżdżysto-jesienne, takie moje wędrowanie...
Wzgórza Strzelińskie... ciężko je opisywać w ich północno-zachodniej części. Takie zwykłe wędrowanie, takie najprostsze, a przez to właśnie przyjemne. Ot, po prostu las, i droga. A jednak przyjemnie – bo las taki naturalny, a nie „przemysłowy”, rozsiewany naturalnie, a nie sadzony od linijki. I choć pogoda nie dopisywała, nareszcie odnalazł się czas na kolejną wycieczkę, więc nie można było go zmarnować z byle powodu.
Tak więc gdzieś na początku Dębników skręcam w bok z pełnej dziur drogi, mijam Dolinę Żab i tam pozostawiam samochód. Teraz już tylko na piechotę. Choć to początek listopada, to wciąż nie widać tego po drzewach. Choć na ziemi pełno brązowych liści, to te, które ostały się na drzewach są tylko zielone. Nie sprzyjała w tym roku pogoda aurze polskiej złotej jesieni, oj nie sprzyjała. Najpierw długo, długo liście trzymały się zielone, a potem rach-ciach i są na ziemi. Niektóre ledwie zdążyły zżółknąć, inne spadały nawet zielone i odbarwiały się już na ziemi... a gdzie czas na brązy i czerwenie?
I w takiej oto zadumie docieram do niebieskiego szlaku rowerowego, a nim do Skrzyżowania Pod Dębem. Pogoda, jak już chyba wspomniałem, dżdżysta, więc wyjątkowo nie ma tu zbyt wielu ludzi, niestety nie obyło się bez idiotów na motorach, którzy nie tylko nie dbali o bezpieczeństwo pieszych, szarżujących bez zastanowienia się nad zagrożeniami... idiotów, którzy skutecznie zakłócili spokój lasu na całkiem długim odcinku. Lekki deszcz zachęcał ptaki do świergotu... lecz kto będzie konkurował z hukiem motoru. Dopiero zejście z głównego szlaku dało wreszcie wytchnienie od tego ryku...
![]() |
| Krzyż cygański na Wzgórzach Strzelińskich |
... ale po drodze jeszcze Cygański Krzyż. Dwa lata temu cieszyłem się, że udało mi się go odnaleźć, tym razem, wiedząc, czego szukam, odnalazłem bez problemu. Jeszcze tylko sesja zdjęciowa i można ruszać dalej.
Najpierw żółtym szlakiem. Dawno już nie chodziłem według map 1:100.000, więc odległości w terenie wydają się dziwnie wielkie. A więc tu już powinien dochodzić czarny szlak rowerowy, a tam powinien odbijać zielony – a jednak zbyt dawno nie wędrowałem, trochę ginie poczucie odległości. Na szczęście udaje się odnaleźć szlak zielony i nim podążam w kierunku Skrzyżowania pod Dębem.
Szeroka droga leśna, i znów nie byłoby o czym opowiadać... gdyby nie bardzo głęboki wąwóz w poprzek. Ostrożne schodzenie w dół, żeby na mokrych liściach nie ześliznąć się do wody, lekki przeskok, i już można wdrapywać się na jego szczyt po drugiej stronie. Gdy potem spoglądam za siebie, dopada mnie taka dziwna myśl: to wygląda, jakby prowadzący ścinkę zaczęli ją z jednej strony, dojechali do wąwozu, a ten stanął im na drodze. Więc objechali teren, przyjechali z drugiej strony... niby nic wielkiego rzucić górą kładkę, ale taka urwana w połowie drogi sprawia wrażenie, jakby potęga natury wygrała nad człowiekiem.
![]() |
| Wiata odpoczynkowa na Skrzyżowaniu Pod Dębem |
A ja idę dalej. Gdzieś po drodze jakieś zwalone drzewo, gdzieś jakieś zalane oczko wodne, co rusz trzeba uważać, żeby nie wstawić buta w sam środek kałuży – bo ani nie chcę ryzykować przemoknięcia wilgotnych przecież butów, ani zmywanie z nich potem błocka nie jest żadną atrakcją. Nie zawsze się jednak udaje, więc do Skrzyżowania pod Dębem i tak wracam ubłocony. Tutaj krótki popas, rozmowa z napotkanymi staruszkami, i ruszam w dalszą trasę. Szeroką ceprostradą dochodzę do leśniczówki, gdzie znów odnajduję niebieski szlak rowerowy. Tak jak w lesie wyraźnie było widać, którędy szła droga, tak na łąkowych terenie już nie jest tak łatwo. Nie widać nie tylko znaków oznaczających szlak, czasem nie widać nawet zarysu drogi. Wszędzie wokół trawa, tylko gdzieniegdzie jakby trochę niższa niż obok. A jak tu szukać drogi zimą, gdy napada śniegu? Na szczęście to tylko prosty kawałek, i już wkrótce wracam do miejsca, gdzie kilka godzin temu odnalazłem szlak. Teraz jeszcze tylko wrócić do asfaltu i cywilizacji, czasem wyraźną drogą, czasem przez gęstwinę malin, gdzieniegdzie tylko odnajdując zatarte ślady...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)











































