Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 października 2017

Jesienna melancholia


Dwa lata temu uznałem, że moje pomysły na bloga się wypaliły. Nie z każdej wycieczki daje się przywieźć ładne zdjęcia, nie każdą wycieczka da się ciekawie opisać... zresztą, opisy też wydawały mi się już monotonne.
Ale wciąż wędrowałem... i wciąż robiłem zdjęcia... i w sumie ich życie kończyło się na moim dysku. Czasem wrzucałem je na swojego prywatnego fejsbuka, czasem nie... więc na co to komu?
Aż kiedyś wpadłem na pomysł: a może wrócić do bloga, i tylko zmienić jego formę? Zrobić z tego fotobloga? Samo wrzucanie zdjęć które już i tak obrobiłem nie powinno zajmować chyba zbyt dużo czasu ;)

No więc powracam... ale głównie ze zdjęciami...


wtorek, 17 listopada 2015

Ciągle pada, czyli polska (wcale nie taka) szara jesień

jesień płonie pomarańczem paproci
Ciągle pada! 
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
mokre niebo się opuszcza coraz niżej, 
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. 

A ja? 
A ja chodzę desperacko
i na przekór wszystkim moknę, 
patrzę w niebo,
chwytam w usta deszczu krople...
Ciągle pada, Czerwone gitary


Tak, od kilku dni pogoda uparcie serwuje nam to, co tak bardzo niektórych odstrasza od jesieni. Deszcz, deszcz, z rzadkimi poprawami na mżawkę. Wysoka wilgotność sprawia, że choć na zewnątrz jest nawet 10 stopni to marźniemy bardziej niż gdyby był lekki minus. Wszędzie wokół szaro, bo przecież liście już dawno spadły na ziemię...

I może w mieście jesień wciąż szara, jednak w lesie...

w lesie 
JESIEŃ PŁONIE!!! 
Mimo deszczu, płomienne brązy i pomarańcze rozbrzmiewają w wciąż dumnie sterczących paprociach. I choć pewnie już wkrótce ich dumę złamie ciężar białego śniegu - to póki co, one wciąż płoną... chociaż na szczęście tylko w przenośni :)

poniedziałek, 19 października 2015

Mój pierwszy geocach!!!

No i się udało! Pierwszy geocach odnaleziony. A właściwie drugi odnaleziony, ale przy pierwszym jednak było ryzyko, że zaraz ktoś się napatoczy - a przy geocacachach należy być dyskretnym.
To co widzicie poniżej to znalezisko wydarte z mrocznych czeluści skały przy Skalnym Moście (Rudawy Janowickie) - i tu już był czas żeby na spokojnie się dopisać.



Tym, którzy mi pozazdrościli - w formie podpowiedzi zdjęcie zrobione wciąż stojąc na miejscu jej ukrycia (no dobra, nogi mam długie a i tak musiałem się mocno wyciągnąć). Więcej o samej skrzynce na stronie opencaching.















Tym, którzy nie pozazdrościli - zdjęcie Skalnego Mostu z bardziej nietypowej strony. No dobra, most co prawda chowa się za jakimiś liśćmi - ale czyż nie jest pięknie? Czy nie warto obejrzeć go z drugiej strony? I tak, ten turkusowawy odcień skał - to efekt naturalny, żadne tam fotoszopy. Ba, naturalnie jest nawet lekko bardziej turkusowy, mimo iż wydaje się to tak mało naturalne...


środa, 23 września 2015

Pierwszy dzień jesieni (Ech, muzyka, muzyka)

Konstanty Ildefons Gałczyński

Pierwszy dzień jesieni, a mnie wzięło na taki sentymentalny nastrój. Więc dziś zarzucę wam piosenkę której słowa być może spisywane były na małej kawiarnianej serwetce w moim rodzinnym mieście...


Ech, muzyka, muzyka, muzyka
Spod smyka zielony kurz
Lecą gwiazdy zielone spod smyka
Damy karo, bukiety róż.
O, dajcie mi te małe skrzypce
Może na skrzypcach wygram
Wiatr i pochyłą ulicę
I noc, co taka niezwykła


Konstanty Ildefons Gałczyński, 
Ech muzyka, muzyka...

poniedziałek, 10 listopada 2014

Ojców i jego dzielnice

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki
Kolejna wycieczka w Jurze, tym razem po Ojcowie... i jego dzielnicach, bo szukając noclegów zarówno Zazamcze jak i Grodzisko traktowane są jako Ojców, choć odległości między nimi są dosyć spore.
Tym razem do parku wchodzę skrótem, omijając paskudne skrzyżowanie szlaków przy Grocie Łokietka ze swoimi toaletami. Dzięki temu chwilę wcześniej jestem na ich rozejściu, jednak tym razem spodziewając się krótszej trasy wybieram przejście Wąwozem Ciasne Skałki i Bramą Krakowską (szlak niebieski). W przeciwieństwie do szlaku czarnego nie jest to szybka dojściówka naprawdę piękny kawałek gór. Chociaż nie widać tu żadnej rzeki czy potoku, wąwóz głęboko wżyna się w otaczające go pasma. Co prawda wokół widać ślady ludzkiej działalności (dosyć silnej wycinki drzew), to i tak wąwóz wygląda malowniczo. Na dolnym jego końcu znajduje się polana, na której odnajduję krzak dzikiego bzu. Z zazdrością na pękate grona, bo w mojej okolicy w tym roku raczej niezbyt obrodziło w owoce. Jednak w parku narodowym zbierać nie będę, zwłaszcza, że zebranych owoców na miejscu przecież nie przetworzę, a zanim dojechałbym do domu zdążyły by się popsuć. Kawałek dalej mijam Bramę Krakowską – wyraźną, szeroką na kilkunastu ludzi szczelinę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów wapiennymi skałami.

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki


porzucona stodoła w Ojcowie
Od Bramy Krakowskiej można przejść Ojców z obydwu stron Prądnika. Że jednak tą bardziej zabudowaną część znałem już z poprzedniego dnia, postanowiłem pójść szlakiem zielonym, zwłaszcza że po tej stronie gdzieś w oddali widziałem ładną chatynkę. I choć co prawda tej upatrzonej wcześniej nie udało mi się odnaleźć, za to wcześniej, przy Panieńskich Skałach i Igle Deotymy odnajduję stojącą na uboczu samotną murowaną stodołę. Generalnie jednak przez Ojców przechodzę bez większych atrakcji, aby przy zamku skręcić gdzieś w leśną drogę, wzdłuż której biegnie szlak czerwony i niebieski.
Kaplica na wodzie, Ojcowski Park Narodowy
Kaplica na wodzie, Ojców
Trzeba przyznać, że podejście nie było lekkie. Stromość nie stanowiłaby problemu, bo podejście długie nie było, jednak podmokłe gliniaste podłoże sprawiało, że trudno się było nie poślizgnąć. Po krótkim już odcinku docieram w pobliże kaplicy „Na Wodzie” z 1901 r. Jak mówią podania, król pruski (pod którego zaborem znajdował się wtedy Ojców) wydał rozporządzenie na mocy którego na terenach tych mocno utrudnione było stawianie wszelkich kościołów i kaplic na pruskiej ziemi. Że jednak Polacy już od dawna walkę z zaborcami mieli we krwi, szybko znaleźli obejście tego przepisu – skoro nie można postawić na ziemi pruskiej, to czemu by nie postawić kaplicy na wodzie? Tak oto w dno wpuszczone zostały podpory, na których zbudowano drewnianą kaplicę.
Niestety, do środka mogę tylko zajrzeć przez otwarte drzwi, bo w tym czasie akurat odbywa się msza. Pozostało mi więc tylko pokontemplować na stojąco (co prawda w pobliżu jest mnóstwo ławek, niestety akurat wszystkie było mokre w związku z dosyć wilgotną pogodą) urokliwą kapliczkę i jej otoczenie i pójść dalej lasem. Kolejny krótki odcinek płaskim parowem doprowadza mnie w okolice Zazamcza. Chociaż szlak wyraźnie odbija od tej osady, to zachęcony oznaczonym na mapie młynem postanawiam zboczyć lekko ze szlaku. Okazuje się jednak, że wspomniany młyn to jedynie mało estetyczna drewniana buda wyremontowana w mocno patchworkowym stylu, która nie ma już nawet koła młyńskiego. Jedynym śladem sugerującym że był to kiedyś młyn wodny jest spiętrzenie rzeki, z którego zapewne kiedyś woda z łoskotem spadała na łopatki rozpędzonego koła.
Na szczęście za to przy samej drodze znalazłem dwa ciekawe niebieskie drewniane domki, zapewne dawno już opuszczone sądząc po ich stanie.

Ojców Zazamcze
Teraz z powrotem na połączone szlaki niebieski i czerwony. Mimo, iż to dwa szlaki, to oznaczeń nie starczyłoby na jeden szlak, więc w którymś momencie idę bardziej na czuja niż według znaków w terenie. Na szczęście udaje mi się nie zgubić szlaku i dojść do drogi tuż przed młynem Mosiura. Tutaj szlak zbacza na asfaltową drogę, co nie bardzo mi się uśmiechało, zwłaszcza ze względu na wspomniany młyn, jednak mapa sugeruje, że równolegle do niej znajduje się całkiem porządna droga (pełna kreska, nie przerywana! :) więc nią postanawiam powędrować. Kilka metrów za skrzyżowaniem za moją decyzję nagrodzony zostaję kolejnym drewnianym domkiem góralskim, jednak kolejny młyn znów nie zachwyca. Po raz kolejny żeby nie wodny próg, nikt nie odgadłby nawet, że kiedyś tutaj mieścił się jakiś młyn...




Pochylec i Łamańce  w Ojcowskim Parku Narodowym
Pochylec i Łamańce (po prawej)
Tymczasem po krótkiej wędrówce na horyzoncie pojawia się przepiękna bryła wapiennych skał unurzanych w zieleni drzew. To Łamańce i Pochylec, dwie naprawdę wielkie zęby wystające ponad horyzont. W sumie takie widoczki powinny zdaje się być główną atrakcją Jury, jednak mało które tego typu formacje skalne mnie zachwyciły – z pewnością te które znajdują się na obrzeżach Grodziska są jednymi z nich.
No właśnie, bo powoli zbliżałem się do Grodziska. Wydawałoby się, że jeszcze tylko kilka kroków... niestety, przeszkodzą okazała się rzeka. Co prawda mógłbym próbować iść dalej, nie skręcać do asfaltu – ale drogę przegradzał jakiś pomniejszy wapienny pagórek lekko połączony ze ścianą po lewej.
Łamańce widziane tuż sprzed rzeki
którą przyszło mi forsować

 Co prawda tą przeszkodę można było próbować forsować – ale widać było, że za nią rzeka coraz bardziej zbliża się do jurajskiej ściany, a nawet gdyby dałoby się przejść po wewnętrznej stronie rzecznego zakola – to i tak dalej nie było mostów aby przejść na właściwą stronę. No i dylemat – czy wracać tyle drogi do szlaku, czy próbować przejść szeroko rozlewający się Prądnik? Znalezionym kijem sprawdzam głębokość – no, najwyżej po kostki, ale buty to jednak zmoczę a to mi się wcale nie uśmiechało. Na szczęście obok zalanej drogi ktoś chyba nawrzucał jakichś kamieni i sprytnie daje się przejść na drugą stronę nie mocząc butów bardziej niż same się zmoczyły od rosy na trawie. Chwilę później mijam kolejną porzuconą drewnianą stodołę, obitą z każdej strony krzykliwymi żółtymi tabliczkami: obiekt grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony. Byłby piękny widoczek, niestety wspomniane tabliczki psują cały efekt i tylko z jednej, tej najmniej zniszczonej strony daje się zrobić ładne zdjęcie na tle Pochylca.

opuszczona stodoła na tle Pochylca
Opuszczona stodoła pod Pochylcem
Wspinaczkowa przewieszka na Pochylcu
Ściana wspinaczkowa na Pochylcu
No właśnie, Pochylec. Od strony Ojcowa nazwa wydaje się być zupełnie przypadkowa, to raczej kolejna pionowa maczuga, podobnie jak Łamańce. Dopiero obchodząc go w centrum Grodziska dostrzega się jego drugą stronę, z bardzo silną przewieszką. Oczywiście, okazji takiej nie mogli odpuścić wspinacze i na pochyłej ściance wyraźnie widać trasę wspinaczkową.
Tymczasem ja stoję na rozdrożu i zastanawiam się, w którą stronę się udać. Pod rozwagę brałem Skałę i powrót Drewnianą Drogą obok cmentarza cholerycznego z XIX wieku, jednak gospodyni wspominała, że w Skałe nic ciekawego nie znajdę. Dlatego decyduję się na odbicie w kierunku Pieskowej Skały. A więc znów kawałek asfaltem, koło kolejnego mało młyńskiego młyna, aby kawałek dalej wraz ze szlakiem odbić w las, a potem szeroko rozrzuconym trawersem dążyć w górę. Przede mną roztacza się widok na wąwóz prowadzący asfalt drogi w kierunku Pieskowej Skały, na jednym ze zboczy odsłonięty kawał wapiennej skały nazwanej Długa, który przez wiele lat opierał się naporowi drzew i mchów, a ostatecznie poddał się w walce z wandalami malującymi wielkie czerwone serce. Jeszcze kawałek i dochodzę do kościoła świętej Salomei, niestety akurat w remoncie. 
Więc pora już wracać do Ojcowa, początkowo dopiero co zaliczonymi trawersami koło Długiej, potem asfaltem, bo w końcu przecież to lepiej niż wracać tą samą trasą, którą się przyszło. I tak wracam gdzieś na wysokość Jaskini Ciemnej, a że pora jeszcze w miarę młoda, to czemu by nie zajrzeć. Dla niewtajemniczonych – w bilety zaopatrzyć się już na dole, a następnie podejść do góry zielonym szlakiem, jeszcze jakieś 10-20 minut drogi. Tu mi pozostaje poczekać trochę, niestety wśród wrzasków rozkapryszonej dzieciarni którą w ogóle nie interesowali się rodzice, bijącej się o to kto wejdzie do środka z latarką. Te kłótnie wydawały mi się jakieś absurdalne, bo przecież w każdej udostępnionej publicznie jaskini zamontowane jest światło elektryczne, więc po co komu latarka? 
Brama Krakowska widziana z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
Brama Krakowska, widok z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
skała wapienna Rękawica koło Jaskini Ciemnej w Ojcowie
Skała wapienna Rękawica w pobliżu Jaskini Ciemnej (Ojców)
Okazuje się, że nie w Jaskini Ciemnej. Swoją nazwę zawdzięcza ona właśnie brakowi elektryczności. Co prawda nie przygotowany na to turysta dostaje od przewodniczki świeczkę z jakże niegustownym „świecznikiem” w postaci ściętej plastikowej butelki, jednak światło dawane przez tego typu latarnię nie pozwala nawet dostrzec gdzie się stawia kroki, a co tu mówić o oglądaniu sklepień jaskini... na szczęście zupełnie przez przypadek mam przy sobie latarkę, a jak się okazało nawet dwie. Bo w kieszonce plecak znalazła się zaarówno dającą wąskie światło malutką okrągłą latarkę, nie dużo większą od grubego markera, jak i dająca o wiele szersze oświetlenie latarkę przypominającą stare latarki harcerskie, takie płaskie na baterie 4,5V, jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Ta akurat była już latarką współczesną, diodową, jakiś gadżet reklamowy od jednego z dostawców w pracy, okazała się jednak doskonała do rozglądania się po wnętrzu jaskini. Trzeba przyznać, że takie zwiedzanie jaskini w której nie ma stałego oświetlenia ma swoje ogromne zalety... aaa, zapomniałem dodać czemu akurat ta jaskinia jest uważana za taką ważną w tym terenie. Otóż właśnie w niej odnaleziono szczątki człowieka prehistorycznego, a żeby to uwznioślić przed wejściem do jaskini wchodzi się na platformę widokową, z której widać zarówno przygotowaną na tą okazję makietę ludźmi pierwotnymi, jak i spojrzeć z góry w kierunku Bramy Krakowskiej.
Tymczasem po wyjściu z jaskini akurat rozświeciło się słońce. Nie można było nie skorzystać z takiej okazji i nie wejść jeszcze kawałek wyżej na jedno z dwóch miejsc widokowych z których wspaniale widać Rękawicę, formację kilku skałek wapiennych wyglądających jakby z ziemi wystawała zaledwie ręka, a właściwie tylko palce jakiegoś przysypanego rycerza, uzbrojone w kamienną rękawicę. A potem już tylko w dół, powrót do Bramy Krakowskiej i kawałek dalej zaczerpnąć wody ze Źródła Miłości, aby opisanym wcześniej wąwozem Ciasne Skałki wrócić na nocleg do Czajowic.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.

Powrót na nocleg

wtorek, 4 listopada 2014

Jesień w Jurze

Jura Krakowska nie przywitała mnie miłymi zapachami. Po krótkim dojściu z noclegu w Czajowicach do skraju Ojcowskiego Parku Narodowego już z daleka daje się wczuć zapach niczym z dawnej wiejskiej sławojki. Już wkrótce okazuje się, że poprawnie rozpoznaję zapachy – już w obrębie parku narodowego, przy krzyżówce odbijającej do Groty Łokietka, rozłożyła się buda z płatną toaletą. Taki miły akcent powitalny dla turysty, skłaniający raczej do przyspieszenia kroku niż zachwycania się pięknem przyrody. Dlatego też dosyć szybko dotarłem do skrzyżowania. W związku z tym, że tego dnia zastanawiałem się nad szarpnięciem się na Pieskową Skałę, wybieram krótszy aczkolwiek mniej atrakcyjny szlak czarny. Dzięki temu pół godziny wcześniej wychodzę na skraju Ojcowa, koło stawów rybnych i na skrzyżowaniu szlaków na chwilę przystaję na małą sesję zdjęciową.
stary drewniany mostek w Ojcowie
Stary mostek w Ojcowie
Pamiętacie piosenkę „czerwony mosteczek ugina się/trawka na nim rośnie...”... chociaż ten z piosenki raczej kojarzy mi się z małym mostkiem łukowym, jednak mostek na Sąspówce w Ojcowie też idealnie pasuje do słów tej piosenki. Wysoka konstrukcja zbita z pojedynczych drewnianych kłód wygląda tak, jakby nigdy nie była bezpieczna. Nie bez powodu chyba jednak ktoś kiedyś postawił ten mostek i pewnie za czasów swojej świetności był użyteczny, choć straszny, jednak stan zaniedbania sprawił, że konieczne stały się tabliczki zakazujące wstępu na nie. Mimo to, warto zatrzymać się przy mostku i zwrócić uwagę na jego piękno.
Samotny grób w Dolinie Sąspówki
Natomiast przy mostku odbijam od głównej drogi aby podążyć dalej doliną Sąspówki, środkiem której idzie szlak żółty. Już na wstępie mijam kolejne ostrzeżenie: droga może się zapadać z powodu bobrzych podkopów. Zalecane... żeby nie iść dalej. Z jednej strony to zapowiedź, że czeka mnie miła naturalna droga, z drugiej – zagrożenie nietypowe, kto wie na ile groźne? Na szczęście droga okazała się bezpieczna i faktycznie na początkowym odcinku dosyć urokliwa. Rzeka wżynała się w otaczające ją góry wąskim, powoli unoszącym się wąwozem. Gdzieś po lewej mijam prowizoryczny brzozowy grób bez tabliczki. Czy spoczywa tu jakiś nieznany z imienia czy nazwiska żołnierz, zabity w trakcie ucieczki przez bezwzględnego wroga? Czy może turysta, przypadkowa ofiara gór i złej pogody? A może ten zaciszny wzgórek wybrał sobie na miejsce ostatecznego spoczynku jakiś człowiek gór? A może właśnie tu pochowano właściciela porzuconego domku znajdującego się kilka kilometrów dalej? Na to pytanie zapewne nikt nie udzieli już odpowiedzi...
obora i stara studnia przy leśniczówce w Sąspowie
Tymczasem wąski wąwóz rozlewa się w szeroką, nudną dolinę. Na delikatnie wznoszących się zboczach co prawda rozłożył się jeszcze las, jednak środkiem ciągnie się pustka polany gdzieniegdzie przecinana pojedynczymi drzewami. Po lewej kusząco do skręcenia zachęca skryty w tajemniczym cieniu wąwóz Jamki, jednak wszelkie znaki i tabliczki sugerują, że skręcenie w tą drogę nie jest zalecane. Tak więc podążam wciąż przed siebie dochodząc do starej leśniczówki. Chociaż sama leśniczówka wygląda na wciąż używaną, prowadzące do niej schodki porośnięte są mchem a spomiędzy poszczególnych kamieni wyrasta trawka. Romantyzm tego pozornie opuszczonego miejsca skłania mnie do zatrzymania się w cieniu. Chwilowy postój skłania mnie też do zauważenia ciekawej kompozycji ze starą ręczną studnią i stojącą za nią nową stodołą o charakterystycznych mocno kontrastowych deskach...

Jeden z budynków na obrzeżach Sąspowa
Chatynka na przedmieściu Sąspowa... z przymrużeniem oka

Sąspów, obrzeża - porzucona stodoła
Dalsza droga do Sąspówki raczej nie zaliczała się do ciekawych. Jak już wspomniałem, szeroka polana pośrodku, monotonny krajobraz ciągnący się po obu stronach rzeki tylko gdzieniegdzie przerywany pojedynczym domkiem. Wioska też nie obfitowała w ciekawe tematy, tylko gdzieś ponad nią, spomiędzy gęstych drzew przebijała się wieża zabytkowego kościoła. 
Sąspów był też miejscowością graniczną, w której trzeba było się zdecydować, czy idę dalej do Pieskowej Skały, czy może tutaj zawracam. Zgodnie z mapą dalsza droga miała być asfaltem ciągnącym się wśród nudnych pól, i dopiero pod sam koniec miał pojawić się teren zalesiony z Maczugą Herkulesa i innymi ciekawymi skałkami wokół. Już wcześniej miałem informacje, że zamek w Pieskowej Skale obudowany jest rusztowaniami ze względu na toczący się w nim remont, co nie tylko psuło atrakcyjność krajobrazu, ale i nie pozwalało na zwiedzanie zamku. Gdybym miał nocleg w Ojcowie, być może zdecydowałbym się na dalszą trasę, jednak dojście z Czajowic do Ojcowa i przewidywany powrót na tej trasie wydłużał ją o około 10 km, więc wszystkiego razem było już zbyt dużo na moje nogi. 

Drewniana dzwonnica w Sąspowie
Drewniana dzwonnica w Sąspowie
Dlatego postanowiłem, że na Sąspowie zakończę swoją trasę i skoro już tu jestem, to warto zajrzeć do zauważonego wcześniej kościółka i zabytkowej drewnianej dzwonnicy. Jak się okazało po ostrej wspinaczce, murowany kościółek był zamknięty i z zewnątrz nie stanowił wielkiej atrakcji, za to drewniana dzwonnica przykryta miedzianym dachem zachwycała swą smukłością. Także zejście do żółtego szlaku okazało się wąską ścieżynką wśród zielonej gęstwiny, co dodawało uroku tej trasie. Potem powróciłem do monotonii żółtego szlaku, który doprowadził mnie do poznanej wcześniej leśniczówki. Dla odmiany za leśniczówką postanowiłem skręcić w lewo, w nienazwany wąwóz powoli wspinający się w górę. Chociaż krótki, to głęboko wżynający się potokiem w skały stanowił miłą odmianę po nudzie doliny Sąspówki, na którym udało mi się nawet spotkać wiewiórkę.

Dym, mgła i promienie słońcaKawałek dalej, w pobliżu wspomnianego już domku, w oddali zauważam wznoszącą się sponad ziemi mgłę. Chociaż pora jeszcze była w miarę wczesna, to jednak byłoby to zdumiewające żeby mgła wznosiła się tak późno, skoro wcześniej jej tu nie było. Więc może to dym unoszący się z jakiegoś? Zapewne musiałoby to być dosyć duże ognisko, z kolei rozwieszonej w powietrzu bieli było zbyt mało aby bać się pożaru lasu. W miarę jak posuwałem się do przodu, znalazła się przyczyna dymu: to ludzie palili zebrane w polu chwasty i inne suche rośliny. I znów kolejna okazja do wspaniałych zdjęć i do zachwytu nad naturą światła.
Aby nie wracać tą samą drogą, i żeby nie zmarnować pozostałej jeszcze całkiem sporej części dnia, na kolejnym skrzyżowaniu szlaków odbijam w lewo, w szlak zielony. Krótkie podejście i po chwili docieram do pierwszej zabudowy, najprawdopodobniej dużego ośrodka wypoczynkowego. Kontynuując wędrówkę zielonym szlakiem, po kolejnej pół godziny czasu docieram do ruin zamku w Ojcowie.

Ojców, brama średniowiecznego zamku
Brama zamku w Ojcowie
Zamek w Ojcowie widoczny jest już z daleka, więc samotną wieżę strażniczą z kawałkiem muru obronnego wisząca gdzieś ponad wsią widziałem już na początku dnia, gdy odbijałem na szlak żółty. Zupełnie inaczej zamek ten wygląda od strony wejścia. Ustawione pionowo, ściśnięte ze sobą wapienne obeliski z pewnością chciałyby się zwalić w przepaść po prawej stronie, jednak powstrzymuje je od tego podpierająca je wieża bramna. Jak nic budzi to skojarzenia z książkami stojącymi na nie do końca zapełnionej półce. Książki z pewnością wywróciły by się żeby leżeć na półce poziomo, jednak powstrzymuje je od tego stojąca obok nich przegródka do książek. Tutaj to właśnie kolejne wystające skrzydła ściany wyglądają jak chcące się zwalić książki, a wspomniana wieża – jak powstrzymująca je od tego przegródka.
Matka Boska Ojcowska
Figura Matki Boskiej przed zamkiem w Ojcowie
Oczywiście w oficjalnych godzinach otwarcia przejście bramy nie stwarza większego problemu, konieczne jest, niczym w średniowieczu, opłacenie drobnego, kilkuzłotowego myta które potwierdzone zostaje paragonem. Ciężko tu mówić o bilecie wstępu, skoro oprócz wspomnianego wydruku z kasy fiskalnej nie dostajemy tu absolutnie nic. To zresztą typowa cecha Ojcowskiego Parku Narodowego i ciężko by tu szukać ozdobnych biletów które mogłyby z radością zbierać dzieci.
Trudno mówić o wielkich atrakcjach ojcowskiego zamku, jednak skoro już jest się w Ojcowie, to szkoda go ominąć. Ostatecznie jest to miłe miejsce na spędzenie krótkiego odpoczynku połączonego z podziwianiem panoramy Ojcowa z góry i przejściem przez resztki dawnego muru obronnego. Potem wracam przez bramę, aby lekko okrężną drogą wrócić do wioski. Zamiast wracać schodkami wybieram drogę asfaltową aby od dołu przyjrzeć się figurze zadumanej Matki Boskiej. Co prawda ze ścieżynki prowadzącej od szlaku do zamku da się zejść w bezpośrednie pobliże figurki, jednak dopiero od dołu zyskuje się odpowiednią perspektywę do jej podziwiania.

Jeszcze tylko powrót czarnym szlakiem, zahaczając o Grotę Łokietka która nie okazała się zbyt ciekawym obiektem do zwiedzania i można uznać dzień za skończony.
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...

gdzieś na czarnym szlaku

wtorek, 21 stycznia 2014

W poszukiwaniu oznak zimy

Gdy zaglądam tego, to aż mnie bierze zgroza. To już ponad 2 miesiące od ostatniego wpisu... przedświąteczne zabieganie, posylwestrowe lenistwo, i tak się powoli przeciąga... i właśnie na Blue Mondaya musiało mi się zebrać, żeby wreszcie coś napisać?*
No cóż, kiedyś trzeba powiedzieć: DZIŚ, NIE JUTRO – więc dzień nie gorszy niż każdy inny. Blue Monday? A może to tylko kolejna wymówka, żeby powiedzieć: może jutro, może jutro, może jednak jutro? Nie, żadne jutro, DZIŚ, DZIŚ, chociaż tekst napisać, jak będzie za późno, to najwyżej zdjęcia się obrobi jutro.

A w kolejce do opisania czeka wycieczka do Okulic. Tak, może to właśnie los sprzyja, bo wycieczka w takim właśnie blu-mondajowym klimacie. Choć mapa pokazuje teren z doskonałym potencjałem, to ja już znam te okolice i wiem, czego się po nich spodziewać.
No więc zacznijmy od wioski startowej. Okulice, mała wioska gdzieś na pograniczu Parku krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Ruina renesansowego dworu, młyn, stara gorzelnia... zapowiada się pięknie. Rzeczywistość okazuje się bardziej szara – dworek ciężko rozpoznać od pozostałych zabudowań, teren starej gorzelni zamknięty i odgrodzony płotem, młyn to tylko wysoki narożnik ściany... gdzieś na zejściu udaje się odnaleźć jakąś wiurbexową stodołę. Porzucony fotel choć nie zachęca do zasiąścia, jednak w połączeniu z drugim, obróconym bokiem raczej przypomina allegoryczny pokój „telewizyjny”. Geometryczna konstrukcja drewnianych dachowych podpór w połączeniu z ciekawym światłem jest już ciekawsza, jednak szału nie ma. Tak więc wychodzę na drogę na Milin. Gdzieś z boku wiejski domek z jabłonkową aleją, która z pewnością wiosną pięknie „prowadzi wzork” ku temu budynkowi... pogoda raczej przypomina przedwiośnie, więc całość radością nie napawa. Jedynie gdzieś z boku porzucony stary traktor tworzy ciekawy fotograficznie klimat.
No to odbijam do lasu. Co prawda w tej okolicy ma się wątpliwości, czy to najlepszy wybór. Bo czy na pewno rozjechana przez ciężkie cieżarówki, szeroka na 3-4 stojące obok siebie kamazy rozjechana piaszczysta droga jest mniej cywilizowana niż wąski, podziurawiony niczym szwajcarski ser, wiejski asfalt? Mapa mówi jedno – do lasu to jednak tą przyszłą „autostradą”. Bo choć jeszcze jej nie ma, docelowo powstanie tu szeroka asfaltówka klasy ewropejskiej. Bo przecież to park krajobrazowy, to trzeba chronić – także od pożaru. Więc buduje się tu „drogę przeciwpożarową” podobną do pobliskiej drogi krajowej nr 35 do Wałbrzycha... „żeby chronić krajobraz”. Ech, logika europejskich wymogów połączona z głupotą polskich urzędników.
Tymczasem gdzieś obok mnie rozpościera się widok na staw rybny. Małe wodne uroczysko, z zadaszoną drewnianą konstrukcją (a właściwie – drzewną, bo nad drewnianymi deskami przeważają ilościowo drzewne okrąglaki), z ledwie jednym dyskretnie szpecącą tabliczką o zakazie połowu ryb. Co tam, za ten kawałek natury z tymi łysymi pniami pobliskich buków odbijającymi się w wodzie można przeboleć tą jedną tabliczkę. Zwłaszcza, że już jej chyba nie dużo brakuje, żeby uroczo rozkwitła rudą rdzą.
Choćby nie wiem jak kluczyć, z takich uroczych zakątków co chwila wychodzę na rozkopany piach przyszłej „przeciwpożarówki”. Dopiero przechodząc na jej północną stronę nareszcie udaje się zostawić drogową szpetotę z dala od siebie. No cóż, z pewnością wyznaczając jej przebieg, projektant kierował się już istniejącą siecią ścieżek – więc gdy już ją przekraczam, pozostaje mi wąski (2 kilometrowy?) pasek bezdroży. Wysokie drzewa wśród których co chwila płoży się bardzo gęsta dolna warstwa młodych drzewek co rusz ustępują miejsca wysokim trawom despotycznie panoszącym się na polanach chaotycznie porozrzucanych na tym płacie lasu. Choć starałem się wypatrzyć początków zimy, raczej częściej znajduję kolory jesieni. I tylko gdzieś przy powierzchni ziemi daje się dostrzec pojedyncze oznaki szronu...
I tak oto błądząc od lewa na prawo (i z prawa na lewo), docieram do rozlewającej się szerokim nurtem Bystrzycy. Ech, lasy lubuskie, ech, rozlewiska Warty... rozbestwiłyście mą estetykę. I choć rozlewiska Bystrzycy nie wyglądają źle, to gdzież im do Was? Rzewna tęsknota za tym jakże leśnym województwem się włącza.
Rozlewiska mają to do siebie, że łatwo na nich zbłądzić. Choć czasem domy wydają się tak pobliskie, to nagle się okazuje, że dzieli nas od nich dzień drogi. Bo przecież rzeka po drodze, czy to główne koryto, czy ledwie jakaś odnoga, która za chwilę rozdziela się na kolejne i kolejne. Choć Piława się wydaje tak bliska, niczym na wyciągnięcie ręki, to nie dane mi będzie dziś do niej dotrzeć. Więc pozostaje mi iść wzdłuż Bystrzycy, rzewnie wspominając rozlewiska Warty. A zwalone drzewo aż kusi aby wykorzystać je niczym most. Gałęzie niczym rozpostarte palce wpiły się w przeciwległy brzeg i z całą siłą drzewnego potwora starają się przyciągnąć go jak najbliżej do siebie. Szeroko rozpościerająca się woda walczy z próbą zgniecenia jej w tym zabójczym uścisku...
Jak jednak już wspomniałem, rozlewiska to dosyć zdradliwy teren, i często brak dokładnej „sztabówki” sprawia, że możemy błądzić kilometrami, aby tylko obejść jakąś nieprzewidzianą odnogę. Na szczęście to, co na mapie zaznaczone było podwójna niebieską kreską, w terenie okazuje się jedynie zasychającym przez większą część roku korytem, które tylko sporadycznie wypełnia się wodą. Nie trzeba zawracać, nie trzeba nic nadrabiać aby obejść „deltę” pojedynczego dopływu, w którą się wpakowałem. „Rzekę” daje się przejść suchą stopą po twardym gruncie, nawet przez chwilę nie ryzykując zakopania się w błoto. Ale te cudnie kuszące oczka wodne... jakże pięknie wyglądałyby skąpane w drobnej mgle... jakie niebezpieczne są ich rozbagnione okolice. Choć do zdjęcia nie trzeba podchodzić zbyt blisko, choć o tej porze dnia łatwo wyrwać się przyciągającej magii ich uroku, to aż obawiam się, co by było gdyby one tonęły w osłaniającej je mgle... czy tak właśnie powstawały legendy o tajemniczych mokradłach?
Tymczasem po przekroczeniu nienazwanego dopływu, droga okazuje się już utwardzona. Tak dochodzę do spiętrzającej rzekę zapory. Choć kusi do przejścia na drugą stronę, jednak uskok betonu jest trochę zbyt wysoki: pewnie udałoby się zeskoczyć nie ryzykując wpadnięcia do wody, jednak z powrotem już nie da się wrócić. A gdzie najbliższy most, aby wrócić na południową stronę Bystrzycy? Więc odpuszczam sobie...
Tuż za zaporą dosyć ciekawa kolekcja „krzaków”. Czy to wiklina, czy jakaś inna roślinność – trudno powiedzieć. Jednak geometryczny „uporządkowany chaos” linii równoległych w połączeniu z kompozycją kolorystyczną brązów robi wrażenie. Choć wolę gdy okolice rozkwitają zielenią, jednak ten „busz” zyskuje na urodzie właśnie zimą, czy nawet późną jesienią, gdy zielsko pozbędzie się liści.
Droga do Kamionnej gdzieś umyka we wspomnieniach. Ot, zwykła droga polna gdzieś na pograniczu pola i lasu. Taka zwykła, sielankowa wiejska droga, tak zwana „leśna klasyka” - choć przyjemnie nią iść, to ciężko o niej pisać. Z pewnością prawdziwy wieszcz rozpisywałby się na miarę znanej chyba każdemu inwokacji Pana Tadeusza, jednak mi raczej wyjdzie opis pokroju pierwszej polskiej encyklopedii... Koń, jaki jest, każdy widzi :)
Tak więc zwykłą wiejską drogą docieram do Kamionnej. Po lewej duża leśniczówka, po prawej – drewniana gospodarcza komórka na drzewo i inne bambetle. Kawałek dalej – most (a więc nie byłoby tak daleko, ale kto wiedział? Mapa niby coś sugeruje, ale nuż by się okazało, że to nieopatrznie machnięta kreska przez niedokładnego kartografa?), a za nim – CUDO. Porzucony pałac, praktycznie ruina – lecz nie taka zwykła. Jeszcze miejscami wysoka na piętro czy dwa, jeszcze gdzieniegdzie pozwalająca wejść po murach na wyższą kondygnację i spojrzeć na otaczający świat z góry, gdzieniegdzie odkrywająca wejście do zasypanych piwnic... i portal, z dwójką siłaczy podtrzymujących nadgryziony zębem czasu reprezentacyjny kiedyś balkon...


krótki rekonesans po Kamionnej, odwiedzenie poznanego kiedyś Nepomucena, i pora wracać do domu. Gdzieś po drodze mijam spotkaną wcześniej komórkę na drzewo, która zadziornie pińdrzy się w ostrych promieniach słońca aby zaraz przybrać szarą szatę Kopciuszka gdy tylko wyciągnę aparat, gdzieś obok starej wierzby w której mogłaby zamieszkać jakaś wiedźma, znów obok tamy...
gdzieś znów cywilizacja zaczyna się o mnie dopraszać – gdzieś tu kończy się usypany nasyp ziemny przyszłej przeciwpożarowej „autostrady”, by kawałek dalej zamienić się w rozjeżdżoną błotnisto-trawiastą drogę, w której gliniastej nawierzchni co rusz buty toną na głębokość kostki... gdzieś na tle oślepiającej plamy słońca samotny rolnik ze swym traktorem, zniszczony przez budowniczych drogi dawny podziemny przekop, którym przepływała sobie tutejsza rzeczka, troszkę szersza niż długi skok, rzeczka teraz wymagająca trochę zręczności aby przejść ją po tych kilku kamieniach... mapa, która postanawia wraz z nurtem uciec gdzieś w otchłań tego cieku wodnego, bo przecież już za chwilę wsiądę do auta z gps-em... Nie, choć to już powrót do cywilizacji, nie wyprę tej odrobiny natury z siebie, tego kawałka dzikości. Mapa wraca ze mną do domu, taki relikt dawnych czasów w wielkim mieście cywilizacji...


Gwoli wyjaśnienia: Z pewnością zdziwi was (w szczególności zmotoryzowanych), że piszę o poszukiwaniu zimy akurat tego dnia, gdy wszystkie samochody pokryły się grubą warstwą lodu, której skrobanie zajmowało nawet pół godziny. No i że we wtorek piszę o Blue Mondayu... otóż powyższy wpis to zaległy opis wycieczki z końca listopada, napisany wczoraj, dziś tylko obrobiłem zdjęcia i skleiłem całość. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Dżdżysto-jesienne, takie moje wędrowanie...

zagubiona droga na Wzgórzach Strzelińskich
Wzgórza Strzelińskie... ciężko je opisywać w ich północno-zachodniej części. Takie zwykłe wędrowanie, takie najprostsze, a przez to właśnie przyjemne. Ot, po prostu las, i droga. A jednak przyjemnie – bo las taki naturalny, a nie „przemysłowy”, rozsiewany naturalnie, a nie sadzony od linijki. I choć pogoda nie dopisywała, nareszcie odnalazł się czas na kolejną wycieczkę, więc nie można było go zmarnować z byle powodu. 
Tak więc gdzieś na początku Dębników skręcam w bok z pełnej dziur drogi, mijam Dolinę Żab i tam pozostawiam samochód. Teraz już tylko na piechotę. Choć to początek listopada, to wciąż nie widać tego po drzewach. Choć na ziemi pełno brązowych liści, to te, które ostały się na drzewach są tylko zielone. Nie sprzyjała w tym roku pogoda aurze polskiej złotej jesieni, oj nie sprzyjała. Najpierw długo, długo liście trzymały się zielone, a potem rach-ciach i są na ziemi. Niektóre ledwie zdążyły zżółknąć, inne spadały nawet zielone i odbarwiały się już na ziemi... a gdzie czas na brązy i czerwenie? 
I w takiej oto zadumie docieram do niebieskiego szlaku rowerowego, a nim do Skrzyżowania Pod Dębem. Pogoda, jak już chyba wspomniałem, dżdżysta, więc wyjątkowo nie ma tu zbyt wielu ludzi, niestety nie obyło się bez idiotów na motorach, którzy nie tylko nie dbali o bezpieczeństwo pieszych, szarżujących bez zastanowienia się nad zagrożeniami... idiotów, którzy skutecznie zakłócili spokój lasu na całkiem długim odcinku. Lekki deszcz zachęcał ptaki do świergotu... lecz kto będzie konkurował z hukiem motoru. Dopiero zejście z głównego szlaku dało wreszcie wytchnienie od tego ryku... 
krzyż cygański jesienią (Wzgórza Strzelińskie)
Krzyż cygański na Wzgórzach Strzelińskich
... ale po drodze jeszcze Cygański Krzyż. Dwa lata temu cieszyłem się, że udało mi się go odnaleźć, tym razem, wiedząc, czego szukam, odnalazłem bez problemu. Jeszcze tylko sesja zdjęciowa i można ruszać dalej.
Najpierw żółtym szlakiem. Dawno już nie chodziłem według map 1:100.000, więc odległości w terenie wydają się dziwnie wielkie. A więc tu już powinien dochodzić czarny szlak rowerowy, a tam powinien odbijać zielony – a jednak zbyt dawno nie wędrowałem, trochę ginie poczucie odległości. Na szczęście udaje się odnaleźć szlak zielony i nim podążam w kierunku Skrzyżowania pod Dębem. 




zagubiony na Wzgórzach Strzelińskich
Szeroka droga leśna, i znów nie byłoby o czym opowiadać... gdyby nie bardzo głęboki wąwóz w poprzek. Ostrożne schodzenie w dół, żeby na mokrych liściach nie ześliznąć się do wody, lekki przeskok, i już można wdrapywać się na jego szczyt po drugiej stronie. Gdy potem spoglądam za siebie, dopada mnie taka dziwna myśl: to wygląda, jakby prowadzący ścinkę zaczęli ją z jednej strony, dojechali do wąwozu, a ten stanął im na drodze. Więc objechali teren, przyjechali z drugiej strony... niby nic wielkiego rzucić górą kładkę, ale taka urwana w połowie drogi sprawia wrażenie, jakby potęga natury wygrała nad człowiekiem.

Skrzyżowanie Pod Dębem (Wzgórza Strzelińskie)
Wiata odpoczynkowa na Skrzyżowaniu Pod Dębem

ułamane drzewo (Wzgórza Strzelińskie)
A ja idę dalej. Gdzieś po drodze jakieś zwalone drzewo, gdzieś jakieś zalane oczko wodne, co rusz trzeba uważać, żeby nie wstawić buta w sam środek kałuży – bo ani nie chcę ryzykować przemoknięcia wilgotnych przecież butów, ani zmywanie z nich potem błocka nie jest żadną atrakcją. Nie zawsze się jednak udaje, więc do Skrzyżowania pod Dębem i tak wracam ubłocony. Tutaj krótki popas, rozmowa z napotkanymi staruszkami, i ruszam w dalszą trasę. Szeroką ceprostradą dochodzę do leśniczówki, gdzie znów odnajduję niebieski szlak rowerowy. Tak jak w lesie wyraźnie było widać, którędy szła droga, tak na łąkowych terenie już nie jest tak łatwo. Nie widać nie tylko znaków oznaczających szlak, czasem nie widać nawet zarysu drogi. Wszędzie wokół trawa, tylko gdzieniegdzie jakby trochę niższa niż obok. A jak tu szukać drogi zimą, gdy napada śniegu? Na szczęście to tylko prosty kawałek, i już wkrótce wracam do miejsca, gdzie kilka godzin temu odnalazłem szlak. Teraz jeszcze tylko wrócić do asfaltu i cywilizacji, czasem wyraźną drogą, czasem przez gęstwinę malin, gdzieniegdzie tylko odnajdując zatarte ślady...