Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inscenizacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inscenizacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Operacja Zachód


Operacja Zachód... jak napisał jeden z lokalnych dziennikarzy „największa impreza plenerowa w Polsce”. Nawet nie „tego typu”, po prostu największa i już. Byłem w Boryszynie, byłem w Darłowie, więc po zapowiedziach Operacji Zachód wydawało mi się, że i tu mi się spodoba.
Niestety, Operacja Zachód wielkością nie powala. Gdyby policzyć wszystkich uczestników (w tym zarówno widzów, jak i żołnierzy i pasjonatów w historyczno-wojskowych przebraniach), to pewnie byłoby ich mniej, niż pojazdów w Boryszynie. Gdyby policzyć wszystkie pojazdy w Krzyżanowicach, to pewnie byłoby ich mniej niż samego ciężkiego osprzętu w Darłowie. Ot, taki lokalny piknik wojskowy który nie ściąga nawet porządnej ilości mieszkańców z pobliskich Krzyżanowic, ledwo co mogąc wspominać o odległym kilka kilometrów dalej we Wrocławiu.
Wśród reprezentujących wojsko żołnierzy, znaleźli się pasjonaci. Zadałem ledwo jedno laickie pytanie, czy karabinu maszynowego można używać jako snajperskiego, bo po coś na nim chyba jest ta luneta. Usłyszałem... prawie że bajanie barda, który zżył się z karabinem, który zna nie tylko każdą jego śrubkę, ale wręcz każdą ryskę na wewnętrznym gwincie lufy.

Co zaskakuje na tego typu imprezach – tajne przez poufne. Skoro wystawia się sprzęt wojskowy na widok gapiów, to chyba ciężko mówić o tym, że skład wyposażenia wojskowego jest poufny, skoro każdy potencjalny szpieg może sobie przyjść, pooglądać, wypytać o szczegóły. Ale jak już cywilny laik próbuje zrobić zdjęcie plątaniny kabli – nagle się okazuje, że to „ściśle tajne”. I już nie chodzi o to, jaki sprzęt jest używany – chodzi o to, że tajne informacje są przesyłane tym przy pomocy tego sprzętu. Nie chodzi o informacje, które widać np. na monitorze – chodzi o to, że w kablach płynie kwintesencja tajności. Nie ważne nawet, że tej kwintesencji nie widać. Nie ważne, że ta kwintesencja nie płynie w tej chwili. Ważne, że płynie... czasami... a może nawet jeszcze rzadziej?
Podsumowując: Operacja Zachód to impreza bardzo skromna, taka lokalna ciekawostka, gdy już nic innego w okolicy znaleźć nie można. Ot, żeby wyprowadzić dzieciaczka na spacer, niech się po świeżym powietrzu przejdzie, kilka atrakcji wojskowych przy okazji obejrzy, nic więcej. No, może jeszcze jako okazję do zakupu spodni w których nie szkoda chodzić po lesie... choć i tu nie ma zbytnio w czym wybierać. Chyba największą ciekawostką festynu był jeep prowadzony na spacer... jak piesek, bez kierowcy w środku :) I choć co prawda niektórych pojazdów (typu przenośny radar, przenośne centrum dowodzenia z rozstawianymi kontenerami na bagażniku) nie widziałem na innych festynów, to tyle ciężkiego sprzętu wojskowego co na tym festynie, zdarzyło mi się widzieć u jednego prywatnego pasjonata na podwórku w okolicach dawnego MRU. 

niedziela, 3 czerwca 2012

Najazd husycki


Trzeba przyznać, że Oleśnica miała wspaniały pomysł na inscenizację historyczną. Rycerskie „naparzanki” to atrakcja spotykana w wielu miastach w Polsce, jednak krótkie rozeznanie w internecie pokazało, że zdobywanie wagenburga to atrakcja nie lada. Bo i walka to odmienna, nie toczona na otwartym polu, ale jakby w obozie. Obozie specyficznym, bo składającym się z wozów wędrownych, ustawionych w taki sposób, aby ułatwić obrońcom walkę. Przewaga wynika tu zarówno z walki z wyższej pozycji, jak i z utrudnień dostępu do walczących takich jak rozpięte między wozami łańcuchy. Także znaczenie ciężkiej kawalerii tu spada, bo ciężko jej wjechać z impetem między walczących – a przecież to główna siła kawalerii. Walka z konia jedynie równała jeźdźca z obrońcą względem wysokości – jednak z kolei znacznie utrudniała manewry.

Dziecięce przebieranki

Tak więc z nadzieją jechałem na inscenizację husyckiego najazdu w Oleśnicy. Okazało się jednak, że „początek atrakcji” w piątek to pusta propaganda, a miasto mocno naciągało promocję przedstawiając zwykłe przygotowania organizacyjne jako „pierwszy dzień festynu”. Sobotni poranek zrobił trochę lepsze wrażenie, bo choć miasteczko średniowieczne nie było jeszcze rozstawione, to scenie odbywał się konkurs na najlepsze średniowieczne przebranie dla uczniów. I trzeba przyznać dzieciom (i przypuszczalnie pewnie także ich rodzicom i nauczycielom), że dobrze przygotowały się do konkursu, bo przebrania nie ograniczały się do tanich plastikowych mieczy-zabawek. Stroje łudząco przypominały średniowieczne, miecze, hełmy i kolczugi wykonane były z metalu, a tarcze z drewna. Z pewnością ciężko było jurorom wybrać najlepsze przebranie.

Co znaczy "wkrótce"?

Tymczasem z głośników wydobywać zaczęły się nawoływania sugerujące, że już wkrótce rozpocznie się walka. Wkrótce – to jednak mało precyzyjne określenie czasu. Od tego momentu zdążyłem kilkukrotnie się znudzić wyczekując przed polem walki, obejść obydwa obozy walczących, a także kilkukrotnie odwiedzić budzące się dopiero do życia „średniowieczne miasteczko”. Korzystając z okazji, postanowiłem zapoznać się z uzbrojeniem typowego żołnierza. I przekonałem się, że między bajki należy włożyć opowiadania o wielokilogramowych mieczach. Typowy miecz jednoręczny ważył kilogram, góra półtora. Choć w pierwszej chwili to całkiem niepozorna waga, jednak wystarczy, aby kilkuminutowe machanie nim okazało się katorgą dla osoby niewprawionej w walkach. Po dorzuceniu zbroi i całego innego oporządzenia, kilkukilogramowy miecz sprawiałby, że jego właściciel padłby na ziemię po kilku minutach walki i jedyne na co mógłby liczyć był szybkie dobicie „niosącym miłosierdzie” mizerykordiałem. Ze względu na zamiłowanie do kolorowych plam barwnych jako tematu zdjęciowego, nie pominąłem też kramu szwaczki.
Tymczasem na polu walki „coś” się zaczęło dziać. I pierwsza inscenizacja pozytywnie mnie zaskoczyła. Choć uczestniczyło w niej zaledwie kilka osób, to odegrana została scena nietypowa dla takich imprez: atak na drobny transport kupców (a może i zwykłych mieszkańców wioski). To właśnie ta scena pokazała, jak zdradliwa jest wojna dla najprostszych ludzi, którzy nawet spokojnie nie mogą wykonywać swoich prac. Wystarczy mały patrol zwiadowczy, aby uprzykrzyć (a nawet u odebrać) im życie.

W samo południe, niczym pod Grunwaldem

Po tej krótkiej scence znów życie zamarło na polu walki. Cisza, spokój, jakieś nieśmiałe przygotowania. Miałem wrażenie, że choć inscenizacja ma dotyczyć zupełnie innej walki, to któraś ze stron za bardzo chyba zainspirowała się walką pod Grunwaldem i próbuje przemęczyć drugą stronę staniem w słońcu aż do samego południa. 20 minut przed dwunastą zwątpiłem w swoje umiejętności przewidywania rozwoju sytuacji, gdy na pole walki wyszli pierwsi rycerze. Szybko okazało się jednak, że to tylko skuci radni innego miasta, pokazywani obrońcom jako prowokacja mająca na celu złamanie ich morale. Dalsze pokrzykiwanie na obrońców grodu, bezczeszczenie świętych relikwii miało sprowokować mieszczan, jednak ci nie byli skorzy do walki. I zgodnie z moimi przewidywaniami, niczym pod Grunwaldem, na minutę przed samym południem, dobre dwie godziny od pierwszych zapowiedzi, na polu walki nikt z nikim nie walczył.
Sama walka mnie rozczarowała. Wbrew oczekiwaniom, toczyła się głównie na otwartej przestrzeni, a obrońcy wagenburga trzymali się z dala od swoich wozów. Gdy mimo to siły księcia Oleśnicy dochodziły do ich obozu, w ruch szły jedynie łuki i kusze. Trochę dynamiki wprowadził przyjazd kawalerii, jednak i tu dużo się nie zmieniło. Gdy wreszcie siły miasta Oleśnicy doszły do obozu husytów, okazało się, że protestanci nie potrafią wykorzystać przewagi wynikającej z przygotowanego przez siebie otoczenia. Bronią drzewcową machali równie nieporadnie niczym początkujący kajakarz wiosłem. I to dosłownie, bo częściej swymi dzidami wykonywali machnięcia „wioślarskie” niż krótkie pchnięcia. Zapewne lepiej by im szło walenie patelniami po głowach rycerzy, niż próby uderzenia ich ostrym końcem dzidy.

Festiwal niewykorzystanych możliwości

Gdyby próbować oceniać imprezę jako całość, to pojawiają się zarówno wady, jak i zalety. Wśród zalet należy wymienić te nieliczne namioty udostępnione dla publiczności: tkaczki, „zbrojownię” z oporządzeniem rycerzy. Jednak to, co pozornie dawało Oleśnicy znaczącą przewagę nad imprezami przy zamku leśnickim, okazało się wielką wadą. Nadmiar przestrzeni sprawił, że oprócz wspomnianych kilku wydzielonych namiotów z atrakcjami dla publiczności, to nie można było wejść „w głąb akcji”. Zarówno pole walki, jak i obydwa obozy zostały bezwzględnie zamknięte dla publiczności. I tak jak jest to dla mnie oczywiste w trakcie trwania inscenizacji, to powoduje niedosyt w czasie pomiędzy poszczególnymi walkami. Zdecydowanie bardziej ciasne tereny przyzamkowe Leśnicy sprawiają, że nie można wydzielić strefy dla widzów i strefy zamkniętej. Atmosferę średniowiecza psuło też „tło”, bo pole walki z obydwu stron otoczone było publicznością, choć jedną ze stron można było zamknąć, a jedyne miejsca z „dobrym widokiem z tyłu” stanowiły niedostępne dla publiczności obozu. Jeszcze większe niezadowolenie budziły nadmiernie lansujące się władze lokalne (zdaje się, że do wyborów samorządowych jeszcze daleko, więc nie rozumiem) i ilość aparatów fotograficznych wśród... uczestników inscenizacji. Oczywiście żaden rycerz nie walczył z aparatem a na polu walki nie pojawił się żaden „fotoreporter wojenny” jednak już cywilni członkowie obydwu obozów nie próbowali nawet się maskować z „zabawkami z przyszłości”. 
Tak więc podsumowując, w następnych latach impreza ma duży potencjał, jednak wymaga też gruntownej poprawy.

środa, 14 września 2011

Renesansowo się działo w Leśnicy


I znowu się działo w Leśnicy... Na przepięknych zamkowych ogrodach znów zatańczyli renesansowi żołnierze, znów zabrzmiał bojowy szczęk mieczy. Na podzamczu pojawiły się kramy przedwiecznych rzemieślników i kupców. A wszystko za sprawą Jarmarku Renesansowego, jednej z głównych imprez organizowanych przez Centrum Kultury Zamek.
Choć gwar przygotowań ucichł z kramów wcześniej, ustępując miejsca głośnym targom sprzedających i kupujących, to właściwa impreza zaczęła się o godzinie 15. To wtedy ruszył kolorowy korowód tancerzy. Za nim postąpiła procesja... na przedzie szła opętana przez Szatana czarownica, trzymana na powrozie przez pomocnika kata. Kolejnych dwóch pomocników... hmmm, trudno powiedzieć, czy bardziej rozganiało tłum tworząc przejście, czy wręcz odwrotnie, swymi występami próbowało zainteresować gawiedź, aby każdy przyjrzał się, jaki koniec czeka sługów Szatana. Z tyłu, za nimi, podążał klecha, który nieporadnie próbował wypędzić Szatana. Nie pomagały ani krzyż, ani modlitwy, ani nawet egzorcyzmy. Tak więc prowadzący ją wcześniej zaczął bardziej katowskich metod: lżenia, maltretowania, tortur. I to nie pomogło, jednak dobrotliwy ksiądz okazał miłosierdzie, i dał dziewce ostatnią szansę: zakucie w dyby plus baty, aby w zadumie (przerywanej uderzeniami rzemienia i powrozu) podjęła ostateczną decyzję.



Tak więc wokół stanowiska kata ucichło, a plebs poszedł na zwiedzanie kramów, przymierzanie bursztynowych ozdób czy próbowanie karczemnych trunków. Wiadomo, gawiedź zawsze lubiła świecidełka, no i żarcie wszelakie. Jak mawiają, Igrzysk i chleba – jednak na igrzyska jeszcze zbyt wcześnie. Na początek niech gawiedź zachwyci się pięknem życia szlachty. Tak więc na scenę wyszli tancerze. Niewiasty w przepięknych kolorowych sukniach do ziemi, paniczowie – jacyś tacy zniewieścieli, w rajtuzach, bufiastych spodniach. I tylko delikatnie opięte koszule sugerują, że pod tym ubraniem kryje się kawał chłopa. I w tańcu trudno powiedzieć kto prowadził... choć mam wrażenie, że kobiety dominowały nie tylko ilością, ale i umiejętnościami i energią. Tak, jakby mężczyźni próbowali jedynie nieśmiało się przypodobować...
I nagle wszystkie pary stają w tańcu niczym zamrożone, po chwili ostatnie dźwięki zamierają bezgłośnie w powietrzu. To król idzie, i królowa. Jakże odmienne ich stroje. Królewski ubiór, choć prostszy i skromniejszy niż szlachecki, to jednak o wiele bardziej dostojny. Królewska suknia... długo by prawić zachwyty nad jej pięknem. Od razu widać, kto tu jest główną gwiazdą na firnamencie. Tak więc wszyscy ustąpili miejsca głównej parze – a muzycy zagrali melodię. Już nie skoczną, jak dla młodych podlotków. Taką najwspanialszą, królewską, pełną władzy i dostojeństwa. Takoż też zatańczyła para monarchów, w spokoju i dostojeństwie.



Jako iż w tańcu szlachetni mężowie nie wykazali się męstwem, pora więc nadrobić to w walkach. Po drugiej stronie przejścia już rozłożyli się renesansowi wojowie. Świeżo wypolerowane hełmy i zbroje błyszczą w intensywnym świetle późnego lata. Wnet rozpoczął się harmider wojenny. Ze sceny co chwila dawało się słyszeć metaliczny wydźwięk mieczy uderzających w zbroje, hełmy czy tarcze. Słońce połyskujące na ostrych krawędziach złośliwie oślepiało zarówno broniących się, jak i atakujących. Jedynie mała armatka cicho milczała, nie rozrzucając wokół kamiennych pocisków. To byłby pogrom, a przecież nikt nie chciał zabijać plebsu dla którego przygotowano te igrzyska. W którymś momencie jeden z walczących upada – i to już koniec walki. Choć gdzieniegdzie słychać pomruk niezadowolonych z obrotu zdarzeń, to większość gawiedzi głośno wyraża aplauz dla wygranego.




Po wygranej, przejrzeć trzeba zbroje, czy nie za bardzo ucierpiały w walce. I ewentualne usterki natychmiast naprawić u kowala, bo nie wiadomo, czy wkrótce znów pancerz nie będzie potrzebny. Tak więc do kowala. Ten paroma machnięciami miecha kowalskiego rozpala do czerwoności żelazo, aby z niego wykuwać niezbędne do naprawy rekwizyty. I znów słychać metalu uderzającego o metal. Jednak to już brzmienie niezwiązane z niszczeniem, wręcz odwrotnie – właśnie tworzy się coś nowego. Coś, co po kilku uderzeniach młota przyjmie właściwy kształt. I choć to na razie bezkształtna bryła, za chwilę może z tego powstać brakujący element hełmu, broszka... a może wisiorek? Wszystko w rękach kowala...
Skoro o broszkach mowa, warto i na inne stoiska zajrzeć. A wybór wszelakich – ogromny. Są maski weneckie, doskonałe na bal. Są ozdoby bursztynowe. Są kolorowe apaszki, sakiewki. Do wyboru, do koloru, czego dusza zapragnie. Takoż i ja zostawię więc to pisanie i czegoś dla siebie poszukam ...
PS. Wątki fantastyczne też były, i zachęcam do obejrzenia opisu ludzi zionących ogniem i czarownicy.

wtorek, 6 września 2011

Święto Mąki, czyli Rycerze kontra Dzikie Tłumy


O wrocławskich piekarzach nigdy nie miałem dobrego zdania. Przyjazd do Wielkiego Miasta pod względem pieczywa najciekawszy nie był – o wiele wyższe ceny chleba, pułapki w postaci „bułki wrocławskiej” czy „batonu wrocławskiego”, który mimo charakterystycznego kształtu wcale nie smakował jak chleb. Gdy już wreszcie nauczyłem się nie kupować tej namiastki chleba, gdy już nauczyłem się kupować chleb (niestety, i ten gorszy niż w okolicach, z których przybyłem), przekonałem się, że i z ciastami nie najlepiej we Wrocławiu. Jak do tej pory w różnych miastach nie przebierałem przy ich zakupie, choć chodziłem do przypadkowych cukierni, tak we Wrocławiu ciężko mi znaleźć cukiernię, w której bez problemu znajdę jakieś ciekawe ciasto. Wydawało się, że Święto Mąki to wreszcie festyn, przy okazji którego przekonam się do wrocławskiego pieczywa. Niestety, i tu Wrocław wypadł biednie na tle północnolubuskiego Święta Chleba. Choć Ogród Botaniczny na Wyspie Tumskiej ma rozległe przestrzenie, organizatorzy uparli się ograniczyć do jednego mini-skwerku, gdzie starali się upchnąć wszystkie stoiska. Co bardziej niesforne starały się uciec z tego zgiełku, mimo to nie wykorzystane zostało nawet 30% ogrodu w czasie, gdy przed sceną główną dzikie tłumy rozbijały się o siebie. Jedynym bezpiecznym rozwiązaniem było chyba chodzenie w średniowiecznej zbroi rycerskiej. I tak zmierzamy do głównej atrakcji Święta Mąki, które sprawiło że jednak postanowiłem coś napisać. Nie, to nie przepiękne formy wypieków zafascynowały mnie do napisania artykułu (bo z tych udało mi się znaleźć jedynie świnkę niewiele większa od zwykłego bochenka), ale właśnie pokazy średniowiecznych walk i tańców ufundowane przez Hotel Tumski i Zamek Kliczków.



... aby męstwo wasze, którego wam
widać brakuje, podniecić, śle wam te
dwa nagie miecze.
(H. Sienkiewicz, Krzyżacy)
A zaczęło się od turnieju o Ostatnią Wrocławską Dziewicę. Tak, to z powodu bajecznych opowiadań o jej urodzie przybyli na Wyspę Tumską trzej bracia. Oszołomieni nieziemskim wręcz pięknem niewiasty, zmysły postradali i zaczęli okładać się mieczami, pięściami i tarczami. Nawet hałas dzikich tłumów zagłuszony został szczękiem metalu, głuchymi pomrukami zginanych pod siłą ciosów zbroi, dudnieniem uginających się pod naporem uderzeń tarcz. Zagorzała była to walka, choć dzięki twardości osłon na szczęście bezkrwawa walka. I choć cały turniej odbył się z zachowaniem rycerskiego kodeksu honorowego, to ostatecznym zwycięzcą okazał się podstępny oszust. Tak więc biedna niewiasta skazana została na życie aż do śmierci z przedstawicielem mało popularnego, choć jakże istotnego dla zachowania porządku, zawodu. Teraz zapewne jej uroda marnuje się w ciemnych lochach ich wspólnego już mieszkania.




















Czyń swoje małżeńskie obowiązki,
kacie... znaczy się, ŻONO, 
ŻONO, to tylko przejęzyczenie!
Na załagodzenie nastrojów popłynęła średniowieczna muzyka, a na pocieszenie smutnych z powodu straty Wrocławian w szranki stanęły przepiękne kliczkowskie niewiasty. Długie suknie unosiły się nieznacznie przy każdym pełniejszym obrocie... i znów pora na mężczyzn. Tym razem wrocławskich. Szybko zakuci zostali w ciężkie hełmy, wkrótce zgodnie z grunwaldzką tradycją kliczkowski rycerz przyniósł dwa skrzyżowane miecze. Niestety, ze względu na ich wagę żaden z mieszczan nie okazał się godzien ich podniesienia, nie lepiej im szło z katowskim toporem. Choć z drugiej strony... to przecież nie narzędzie walki, a jego jedyną rolą jest spadać z góry, więc może w tej kategorii należy oceniać ich osiągnięcia? Nie ważne to, w zaciszu lochów kat przygotowywał kolejne narzędzie walki, w tym czasie łby mieszczan zakute zostały w twarde hełmy mające ich bronić w trakcie bitwy. Doświadczony rycerz sam wiedział jak sprawdzić czy został on dobrze zapięty (selekcja naturalna sprawiała, że ci, którzy sobie z tym nie radzili, nie przeżyli zbyt wielu wojen), jak jednak zawierzyć ocenie początkujących wojów? Znów pora na niewiasty, choć wrocławskie. Wybrane z widowni dziewczęcia dostały w ręce miecz testowy. I już tak młode przyuczone zostały do odwiecznej walki płci. Pierwsze przymiarki do przyszłego walenia męża wałkiem... i na szczęście okazało się, że hełm stanowi dobre zabezpieczenie (polecam go więc mężom wracającym nad ranem z ciężko zakrapianej imprezy). No, jest i kat z bronią... trzeba przyznać, że figle ze zdobytą niewiastą znacząco poprawiły mu nastrój, nawet na żart się wysilił. Walka odbyła się... na worki z gałganami. Choć trzeba przyznać, że ich ciężar sprawił, że broń śmieszna, okazywała się nadzwyczaj niebezpieczna, więc niejeden raz obydwaj z mieszczan padali na ziemię rażeni workiem ze szmatami. I gdzieś w tym natłoku zagrożeń i zabawy umknęło mi, który z nich wygrał i jaką nagrodę wygrał. A może to z powodu radosnych spojrzeń średniowiecznych kobiet... zresztą, któż by tam wnikał?

Na koniec, mała ciekawostka znaleziona przy okazji robienia tego wpisu. Dlaczego nagich mieczy było akurat dwa a nie dziesięć i o innym znaczeniu dwóch nagich mieczy i innych mitach grunwaldzkich. 

środa, 31 sierpnia 2011

Proszę się nie bać, proszę podejść do artystów!

Życiem zmęczony...
Wrocławski rynek... duma wszystkich Wrocławian, chyba największy rynek w Europie, wyróżniony niedawno w konkursie na najbardziej kolorowe miejsce na świecie. Choć osobiście uważam go za miejsce ciekawe, to w przeciwieństwie do większości mieszkańców stolicy Dolnego Śląska, ósmym cudem świata bym go nie nazwał – i ze względu na swą rozległość wolę poznańską starówkę. Bo niestety, jak sam rynek jest piękny, to po zniszczeniach wojennych ciężko oceniać całą starówkę – zbyt blisko jej centrum krajobraz skażony jest komunistycznymi potworkami.
A mimo to, staram się regularnie odwiedzać rynek. Nie z powodu licznych klubów, nie z powodu wielkich imprez – to, co mnie urzeka to tzw. „kultura ulicy”, czyli pokazy wszelakich buskerów. Ludzie z metalu (srebrna para i mosiężny samotnik), tancerze ognia (na tych trafiłem niestety tylko raz), muzycy czy ludzie od wielkich baniek mydlanych. Tak, jak dla mnie to największy atut wrocławskiego rynku i szkoda, że europejskiej stolicy kultury tak daleko do europejskiej stolicy buskerów. Bo to właśnie oni najbardziej mogliby ożywić to miejsce...

Kairskie wspomnienia kolonialne

Artyści w czerwieni
Tym bardziej cieszą imprezy typu buskerbus. Buskerzy z całego świata zjeżdżają się w jedno miejsce, i dzieląc się rynkiem (zbyt małym, by pomieścić ich wszystkich naraz) pokazują alternatywne sztuki. A to przecież sztuka dla wszystkich – i bogatych, i biednych, bo bez biletów, a opłatę uiszcza się w zależności od własnych możliwości i własnego zadowolenia. Dla eleganckich, i dla tych co wolą sportowe ubranie, bo przecież cóż szkodzi dres w słuchaniu koncertu fortepianowego. Sztuki dla dzieci, młodzieży i dorosłych, bo zróżnicowanie tematów sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie – dzieci figlarskie sztuczki, dorośli pewnie piękno muzyki wszelakiej czy zabawne kabarety. 

Taniec z kapeluszami


Przysiądź i posłuchaj...
Dla smutnych, którzy przystaną przy płaczliwym jęku fletu z kraju będącego od lat w niewoli, dla wesołych, których rozbawią skoczne dźwięki kairskiego jazzu z okresu kolonializmu. Setki, tysiące wrażeń estetycznych, które często byśmy pominęli, przyzwyczajeni do swojego ulubionego wykonawcy, do galerii, do których stale chadzamy, do ciągle tych samych programów telewizyjnych. Na ulicy – zawsze możesz podejść, gdy coś ci się spodoba, zawsze możesz odejść i poszukać innych wrażeń, gdy dany pokaz ci się nie spodoba. Przystanąć na chwilę, podpatrzeć i... może pozostać, gdy sztuka się spodoba?



Radość artysty
Buskerstwo to także socjologia. Jak pobudzić serca widza, aby zadowolony chętnie rzucił pieniążek do kapelusza? Zapewne nie typowym dla poważnej sztuki odgrodzeniem się od patrzących – wręcz odwrotnie. Więc wciągają buskerzy widzów do zabawy, aby z nimi się podzielić radością tworzenia, aby wzbogacić swój pokaz odrobiną świeżości, aby poznać coś nowego – co być może stanie się zalążkiem jakiegoś nowego pokazu? I nagle okazuje się, że język polski, jakże trudny dla innych obcokrajowców, dźwięcznie brzmi w ustach angielskiego buskera, co ciekawsze, nawet wybór piosenki jakoś powiązany jest z danym dniem, chwilą – bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że w ostatnią niedzielę wakacji śpiewana jest piosenka Mieczysława Fogga? I choć części słów nie udało się zrozumieć, to pokłony dla Philippa Fairweathera za wykonanie tej piosenki...

Ooo, chyba widziałem kurczaczka
Kairskie wspomnienia kolonialne
Buskerstwo to także sposób życia. Choć podróże łączą ich z pradawnymi kupcami, nomadami czy cyganami, to jednak tylko z tą ostatnią grupą można ich porównywać. Z tą różnicą, że tu bycie w ciągłym ruchu wynika nie z tradycji, a z własnego wyboru. Porzucając własny dom i wynikające z niego przywileje, zyskują coś innego. Dla jednych decydująca jest wolność i oderwanie od wszelkich ograniczających ich korzeni, dla innych możliwość robienia tego, co się kocha, dla innych jeszcze liczy się radość widzów. Dla niektórych, niestety, jest to jedyny sposób na zdobycie środków życiowych, ze względu na swą ułomność nie mając możliwości życia w sposób „normalny”. I wydawałoby się, że trudy życia, deszcz, słota czy wreszcie choroby zmuszą ich aby osiąść w jednym miejscu na stałe – jednak znajdujący się wśród ulicznych artystów staruszkowie pokazują, że to nie jest tylko młodzieńczy wybryk. Może wręcz jest to sposób, aby na starość wciąż utrzymać nie tylko pogodę ducha, ale i siłę do radosnej zabawy?


Kapelusze nad Wrocławiem

Udręka (nie)czytania
Któż był najlepszy? Jakże trudno oceniać... Wesoły nieporadny anglik rzucający kapeluszami rozbawiający publiczność nieudanymi akrobacjami – i chwilę później wykazujący się ogromnym kunsztem w ich wykonaniu? Grupka trębaczy sprawiająca, że rynek stał się radosny, przy któych nie sposób nie było nie usiąść i nie odpocząć przy muzyce? Flecista z Chin, swym graniem oddającym cierpienie uciśnionego kraju... i pokazujący, że mimo cierpień znajdujący czas na zabawę? Nieogolony elegant, w idealnie dobranym choć luzacko założonym garniturze, z roztrzepaną na wietrze fryzurą, śpiewający nawet po polsku Philippe Fairweather? Czy może człowiek robot, pokazujący scenki rodzajowe nietypowe dla bezuczuciowych maszyn? Niepełnosprawny mim, zmuszający wyobraźnie do wysiłku, imitujący różne zachowania poprzez odpowiednie ustawienie maski – a na koniec ukazujący swą twarz w wyjątkowo uderzający sposób? Golfista grający na fortepianie, którego romantyczne dźwięki same rozbiegały się po rynku i poruszały serca? Przejmująca muzyka francuska, czy portugalska śpiewaczka latino pobudzająca biodra do kocich ruchów? Może, jak sami buskerzy mówią, Na szczęście, w przeciwieństwie do profesjonalnej sztuki, tu nie ma rywalizacji, a najważniejsze wartości to radość i zabawa.

It's a paytime!!