Jadąc w Góry Sowie miałem mnóstwo szczęścia. Spodziewałem się typowej dla przedwiośnia pluchy, a na miejscu okazało się, że trafiłem na świeży śnieg, który zdaje się napadał poprzedniej nocy. Tak więc plany wejścia na Kalenicę zmieniły się na wejście na Wielką Sowę. Na zdjęciu powyżej - chyba najbardziej popularny odcinek pomiędzy szczytem a schroniskiem Sowa. Już tutaj nie było wielkich tłumów, a po zejściu z najpopularniejszej trasy, Rzeczka-Wielka Sowa, już prawie w ogóle nie było ludzi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 lutego 2018
Zima w Górach Sowich
Jadąc w Góry Sowie miałem mnóstwo szczęścia. Spodziewałem się typowej dla przedwiośnia pluchy, a na miejscu okazało się, że trafiłem na świeży śnieg, który zdaje się napadał poprzedniej nocy. Tak więc plany wejścia na Kalenicę zmieniły się na wejście na Wielką Sowę. Na zdjęciu powyżej - chyba najbardziej popularny odcinek pomiędzy szczytem a schroniskiem Sowa. Już tutaj nie było wielkich tłumów, a po zejściu z najpopularniejszej trasy, Rzeczka-Wielka Sowa, już prawie w ogóle nie było ludzi...
poniedziałek, 15 stycznia 2018
Prawie że zima we Wrocławiu
Niby -7°C na dworze, niby zmroziło i rano szyby trzeba w aucie skrobać... a śniegu jak nie było tak nie ma. To w ramach zdjęcia zastępczego zeszłoroczne zdjęcie Mostu Rędzińskiego na tle oszronionych rozlewisk Odry...
niedziela, 8 lutego 2015
O przepołowionym Mikołaju, co to zębatą koleją jeździł...
W rozstrzelanej chacie
Rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców
Pieśni wyniosłem węgle
Naciągnąłem na drzazgi gontów
Błękitną płachtę nieba
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.
Święty Mikołaju,
opowiedz jak tu było,
jakie pieśni śpiewano
Gdzie się pasły konie.
Ballada o św. Mikołaju
Mikołajów... mimo przygód na drodze
(które na szczęście skończyły się tylko na niegroźnym obiciu
felgi) jakoś udało mi się do niego dojechać. W samym sercu wioski
przywitał mnie przepołowiony biskup Mikołaj. Oczywiście mowa o
drewnianej figurze świętego, od którego miejscowość zyskała
swoją nazwę, a która stoi przy jedynym skrzyżowaniu we wsi, przy
kolorowym przystanku PKS. Krótki ogląd stanu samochodu (czy
przypadkiem, gdy wrócę za kilka godzin, opona nie będzie pusta),
zabranie „oporządzenia” i ruszam w drogę.
Jeszcze przez krótką chwilę zielony
szlak delikatnie wije się przez pobliskie pola, aby w końcu zniknąć
w wysokim lesie. Chociaż wokół szaro i nudno, to zieleń świerków
przemieszana gdzieniegdzie brązem nieopadłych liści buków jest
jednak wspaniałą alternatywą dla burego nieba. Chociaż to
końcówka stycznia, śnieg ledwie przyprószył ziemię tworząc
warstwę która bardziej kojarzy się z ziarnem nadmiernie
przeostrzonego zdjęcia niż z puchem po którym mogliby pomykać
narciarze. Smętna pogoda sprawia, że bez większych zachwytów
przebywam pierwszy odcinek trasy, łączący Mikołajów z leżącym
w dolince Żdanowem.
Wyjście na kolejny pagórek odsłania
panoramę tej sowiogórskiej wioski która jednak przy tej pogodzie
nie zachwyca. Jednak jeszcze kawałek drogi i przede mną ukazuje się
pierwsze cudo srebrnogórskiej techniki: dawny kolejowy wiadukt zwany
wiaduktem żdanowskim. Ceglana konstrukcja 24metrowej wysokości i
90metrowej długości spina ze sobą dwie strony wąwozu którym
wrzyna się w teren jeden z dopływów rzeki Budzówki. Kiedyś
wiadukt ten umożliwiał kolei przejechać pomiędzy Srebrną Górą
a Pieszycami, dziś służy jedynie turystom. Z pewnością byłby
wdzięcznym tematem zdjęciowym jednak w obecnych czasach
fotografowie mają mocno utrudnione zadanie poprzez zasłaniające go
liczne drzewa których (jak wynika ze starych widokówek) kiedyś nie
było. Zastanawiają tylko ostrzeżenia o spadających cegłach,
zwłaszcza biorąc pod uwagę remont wiaduktu który odbył się
zaledwie 2 lata temu.
W tym miejscu trzeba pilnie uważać na
szlak. Co prawda na jednej z podstaw wiaduktu jest zaznaczenie, że
szlak tutaj skręca, jednak... jednak szlak jest tu wyjątkowo mało
widoczny. Z jednej strony turystę czeka tu przebijanie się przez
gęste choć niskie chaszcze, z drugiej – kilka metrów wyżej
czeka go wciąganie się po mocno wyślizganej glinie. Słowem, po
deszczu podchodzi się źle, w czasie roztopów też, a zimą jest
tylko minimalnie lepiej. Nic, tylko wchodzić na czworaka...
kolejnych kilka metrów dalej, w miejscu gdzie podejście jest już o
wiele mniej strome i do tego mniej śliskie, z prób każdego
podciągającego się ku górze turysty nabija się drewniana
barierka. Niestety, tych kilka metrów jak wspomniałem pozostaje
wdrapywać się na czworaka korzystając z każdej możliwej gałązki
którą da się złapać. Na szczęście bez żadnych kontuzji udaje
mi się zaliczyć zarówno ten odcinek, jak i kolejny i dostać się
wreszcie na poziom dawnych torów kolejowych...
Kolejka srebrnogórska już dawno nie
jeździ a tory już dawno zostały rozłożone. Tak więc wiadukt
mimo swej ogromnej konstrukcji ma obecnie raczej znaczenie dla
pieszych i nie musi już służyć wielotonowym kolejkom zwożącym
węgiel do Srebrnej Góry i wracających z wydobytym złotem. Dlatego
też spokojnie można nim spacerować, a także podziwiać panoramę
Gór Bardzkich czy Jaworskich. Jak się też okazuje, jest to także
chyba jedna z popularniejszych tras spacerowych mieszkańców
Srebrnej Góry bo tak jak do tej pory było praktycznie pusty na
szlaku, tak od wiaduktu co rusz spotykam jakieś grupki piesze.
Niestety, stojąca przy wiadukcie dawna wieża widokowa nie zachęca
swym stanem do wchodzenia na nią – a nawet gdyby znalazł się
odważny, to wszelkie widoki zasłaniają pobliskie drzewa. Z
pewnością wieże widokowe budowane dziesiątki lat temu przez
Niemców zapewniały odwiedzającym wspaniałe widoki, jednak od
wielu lat w całej Polsce widać wyraźne zaniedbania w tej kwestii i
obecnie chyba już większość tego typu punktów traci na swej
atrakcyjności właśnie przez rosnące powyżej ich poziomu drzewa.
Od wiaduktu, zgodnie z oznaczeniami idę
dalej dawną trasą kolejki. Trzeba przyznać, że odcinek ten jest
doskonałym przykładem tego, że na potrzeby kolei wykonywano często
niesamowitą robotę inżynieryjną żeby tylko umożliwić jej
przejazd. Z jednej strony długość składu wymusza szeroki promień
skrętu, z drugiej – zbyt strome zjazdy za chwilę zamieniające
się w podjazdy sprawiłyby, że kolejka „łamałaby” się w pół,
co wymusza znaczne „wyprostowanie” terenu. Właśnie dlatego
powstawały wiadukty takie jak ten żdanowski, właśnie dlatego
kawałek dalej trzeba było zrobić nasyp który z dwóch stron
otoczony jest stromymi zboczami, właśnie dlatego też kawałek
dalej trzeba było sztucznie wykuć wąwóz w skale... i tak jak sam
nasyp nie robi jeszcze takiego wrażenia, to wspomniany wąwóz
którym kiedyś jeździła kolejka oddaje dopiero wrażenie jaki
ogrom prac musiał zostać wykonany aby kiedyś mogła tędy jeździć
kolejka... i pomyśleć, że i to było mało, bo uzyskane w ten
sposób stałe nachylenie rzędu 5-6% wymagało stosowania kolei
zębatej, a mimo zastosowania nietypowej technologii można było
korzystać z maksymalnie 125 tonowych składów (przy masie samego
parowozu rzędu 56 ton!) i poruszać się zaledwie z prędkością
biegnącego człowieka.
Tymczasem chwilę po wyjściu z wąwozu
ukazuje się kolejny wiadukt. Tym razem jest to wiadukt
srebrnogórski, tym razem o wysokości 28 metrów. W przeciwieństwie
jednak do wiaduktu żdanowskiego wymaga zdecydowanie większej
odwagi, zwłaszcza przy silnym wietrze, gdyż nie dość że wiadukt
srebrnogórski jest węższy i chyba dłuższy, to na całej swej
długości pozbawiony jest jakichkolwiek barierek które zapewniałyby
bezpieczeństwo.
Chwila nieuwagi, chęć obejrzenia wiaduktu w
pełnej krasie oraz wypatrzona na dole wiata odpoczynkowa sprawiają,
że nie zauważam, że w tym miejscu szlak odbija całkiem stromo ku
górze i specjalnie przygotowanymi dla turystów drewnianymi
schodkami schodzę na dół. Tak, zdecydowanie wiadukty od dołu
wyglądają o wiele ciekawiej, jednak po krótkiej przerwie
postanawiam iść dalej. Skoro niebieski szlak miał zahaczać o fort
Ostróg, to wydawało mi się, że należy iść w górę... po
dłuższej chwili przekonuję się że gdzieś musiałem go zgubić,
jednak chociażby zarówno dla upewnienia się w tej kwestii jak dla
samej satysfakcji wychodzę jednak na asfalt wiodący do
srebrnogórskich parkingów i zawracam w dół – szukać szlaku
przy forcie mi się jednak nie chce. Gdy z powrotem wspinam się na
wiadukt zauważam miejsce w którym zostawiłem szlak – no tak,
oprócz mocno rzucających się w oczy drewnianych schodów z tego
miejsca dosyć stromo odchodzi ścieżynka w górę. Trzeba przyznać,
że ścieżka jest tak mało widoczna w terenie, że w ogóle bym o
niej nie pomyślał gdyby nie wypatrzony jednak znak szlaku.
Tymczasem pozostaje mi wrócić kawałek
tą samą drogą którą przyszedłem, bo na tym odcinku szlak
zielony idą razem z niebieskim. Żeby jednak uniknąć nudy, to
zamiast iść kolejowym wąwozem, wolę wybrać idącą jego górę
ścieżynkę napadających go rozbójników – i trzeba przyznać,
że jest to dobry wybór, bo wąwóz widziany z góry nabiera nowego
piękna. Jednak z drugiej strony nie jest to do końca rozważny
wybór – bo gdy wreszcie wąwóz się kończy i schodzę do dawnych
torów kolejowych, to okazuje się, że szlak niebieski gdzieś po
drodze uciekł. To akurat jest o tyle dziwne, bo szedłem zachodnią
stroną wąwozu, ta, w którą właśnie miał odbić szlak...
okazuje się, że ten skręca tuż pod koniec jaru, co z pewnością
zaznaczone jest na końcu jaru. Jednak ówcześni rozbójnicy musieli
znać teren i nie potrzebne były im oznaczenia nie wyznaczonych
jeszcze wtedy szlaków – ja jednak terenu nie znałem i chwilę
musiałem szukać niebieskiego szlaku w terenie. Na szczęście udaje
mi się go jednak znaleźć i wrócić do Żdanowa, tym razem do
górnej jego części, gdzie w terenie przypominającym dawne
grodzisko wypatruję porządną wiatę przystankową.
Niestety, po przejściu przez wioskę i
pola, szlak niebieski ciągnie się asfaltem aż do Przełęczy
Wilczej. Tym razem wiatę przystankową pomijam mimo dopalającego
się wciąż jeszcze pieca, aby żółtym szlakiem rowerowym odbić w
kierunku Mikołajowa. Tutaj droga wije się niczym piskorz wśród
licznych szczytów, czasem delikatnie się tylko wznosząc, a to
czasem opadając... gdzieś przy ambonie oznaczenia szlaku znów
zanikają, jednak posiłkując się kompasem udaje mi się wybrać
właściwą drogę. Drzewa pokryte śniegiem wyglądają malowniczo
nawet mimo szarego nieba, trzeba nawet przyznać, że w którymś
momencie odbijająca w bok droga wyglądała niczym... dolina
prowadząca do królestwa Królowej Śniegu... białe od śniegu i
szadzi drzewa aż zapraszają żeby pójść uratować biednego Kaja,
jednak kto wie, czy to nie jest tylko pułapka a za zakrętem lodowe
yeti nie czekają na nazbyt odważnego śmiałka? Wolałem jednak nie
ryzykować, zwłaszcza że pora była późna. Tak więc powoli
schodząc w dół wraz ze szlakiem wracam do przepołowionego
Świętego Mikołaja, który przez cały ten czas pilnował mego
samochodu...piątek, 23 stycznia 2015
Dolnośląska Baker Street
A teraz rzućmy trochę więcej światła na miejsce zbrodni...
Mgła... odwieczna sprzymierzyni zarówno przestępców, jak i nieuzasadnionego strachu... w połączeniu z mrokiem sprawia, że nasz podstawowy zmysł poznawczy - zmysł wzroku - staje się nieużyteczny, a w każde nierozpoznane wzrokiem puste pole wywodząca się jeszcze z czasów pierwotnych wyobraźnia dopowiada sobie jakieś zagrożenie.
A jednak nie zawsze to zagrożenie jest urojone. To właśnie mgła i mrok ukrywały kulisy niejednego przestępstwa popełnianego w angielskich parkach, pieczołowicie rozpatrywanych później przez Sherlocka Holmesa.
I chociaż na szczycie Srebrnej Góry pięknie świeciło słońce, to zejście kilka krótkich trawersów niżej sprawiło, że świat wokół mnie spowiła mgła, a roztaczające się wokół drzewa tworzyły mroczny nastrój angielskich parków rodem powieści Artura Conana Doyle'a. Każdy zbliżający się człowiek mógł być zwykłym przechodniem, jednak mógł się okazać przestępcą przy którym Kuba Rozpruwacz był łagodny niczym baranek. Tak oto czerwony szlak w Srebrnej Górze stał się na krótki czas dolnośląską Baker Street....
niedziela, 21 grudnia 2014
W poszukiwaniu zimy...
Dziś pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Kalendarzowej, bo niestety we Wrocławiu tej prawdziwej brak. Orkan Aleksandra zdaje się nie narobił wielkich szkód w dolnośląskim, jednak z pewnością przyniósł ciepłe powietrze które rzadko kiedy sprzyja zimie. Co prawda w Karkonoszach jest podobno śnieg, jednak to trochę za daleko na jednodniowy wypad, więc raczej wrzucę dziś zdjęcia z ostatniej wyprawy na Wielką Sowę.
Jednak dziś forma trochę inna - bardziej fotoreportażowa. Bo o czym tu pisać idąc po raz kolejny tą samą trasą? O wielkiej wycince drzew? Bo co ostatnio jestem w tej okolicy, to co rusz coś wycinają... o drodze, która dzięki zwożącym drewno traktorom stała się jednym wielkim błoto-bagnem? A może o nieustającym wyciu pił, które jak już dopadło, to przez dłuższy czas nie mogło odpuścić? Chyba ciężko pisać bałwochwalcze peany na cześć tych paskudztw, więc może lepiej skupić się na czymś wyjątkowym? A trzeba przyznać, że trafiło mi się wspaniałe połączenie dwóch zjawisk pogodowych. Z jednej strony mgły, która niczym ograniczająca widoczność powietrzna zawiesina dodawała podejściu pewnej tajemniczości, niesamowitości a przechodzeniu przez nią dodawała uroku poznawania czegoś nowego... z drugiej - co prawda nie śnieg, ale mróz ścinający tą mgłę, każący jej osiąść na najbliższej możliwej gałęzi, drzewie, krzaku, źdźble trawy... mróz, który odbierał mgle wszelką siłę do dalszej wędrówki i kazał jej przycupnąć w najbliższym możliwym miejscu.
Królowa zima bez problemu przejęła we władanie całą polanę z lekko rozdzielającym ją wąskim pasem drzew. Jednak wgłębiając się w gęstszy już las świerkowy wydawało się, że tu już zima nie dokonała już tak dogłębnych mrożących zniszczeń. Bo wizualnie, drzewa wyglądały jak w okresie jesiennym - dopiero dotknięcie zwalonej kłody przekonywało, że jest całkowicie przemrożona.
Na samym szczycie zima znów była widoczna. Mimo mgły, nie licząc na wielkie widoki, miałem zamiar wejść na wieżę. Jednak nie byłem sam, więc zaczęły się negocjacje.
- A będziemy mieli czas zjeść coś w schronisku?
- Nie, bo robi się trochę późno, a jeszcze kawałek drogi przed nami.
- To jak to, na schronisko nie ma czasu, a na wchodzenie na jakąś wieżę to niby mamy?
I weź tu tłumacz, że na wieżę wejdziemy na max 10 minut włącznie z wchodzeniem po schodach, a wizyta w schronisku wiąże się od razu ze zjedzeniem czegoś - słowem, pół godziny jest nierealnie krótkim terminem. Ale ponowne spojrzenie na zegarek, analiza faktów (bo przecież nie pierwszy raz idę tą drogą), sprawdzenie czy niezbędnik jest kompletny (od wyjazdu w Jurę staram się mieć ze sobą dwie latarki - zamiast obowiązkowych w terenie niezabudowanym odblasków), słowem - możemy zaryzykować końcówkę powrotu w zmierzchu, nocne wracanie nam nie grozi. No więc na górę - i tu miłe zaskoczenie, bo ze względu na mgłę bilety za pół ceny. W sumie, 2 złote to nie jest wielka różnica, ale z drugiej strony miło, że ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły, a przecież przy 4 złotych to nie bardzo jest gdzie zaoferować klientowi lepszą promocję.
Oczywiście, na górze widoczności zbyt wielkiej nie było, nawet pobliska wieża radiowa ledwo przebijała się przez mleko, ale warto było wejść. Klimat niesamowity, bo oprócz mgły widać obrośnięte lodem lunety. Tak, te nawiewy śnieżne (a w tym przypadku raczej lodowe) to typowa cecha Wielkiej Sowy...
Dodać należy, że chodząc po górnym podeście chodzi się po podobnych jak na zdjęciu podłużnych od wiatru kryształkach lodu.
Z kolei sam szczyt wyglądał tak:

Tymczasem zejście do schroniska Sowa. Zadziwiające, jak bardzo mieszają się ze sobą drzewa białe od pokrywającego je śniegu z tymi kolorowymi, niepokrytymi szronem. I to, czy są to wiecznie zielone drzewa iglaste (w których igłach wciąż płynie woda, która przecież w okresie zimowym podnosi temperaturę) czy pozbawione już żywych liści drzewa liściaste - zima raczej losowo wybiera sobie które drzewa ubielić, a które pozostawić nienaruszonymi, choć przyznać trzeba, że ze szczególnym upodobaniem wybiera sobie białe przecież z natury brzozy. Trzeba przyznać, że wyczucia smaku jej nie pasuje i drzewa, choć pozornie losowo wybrane, tworzą naprawdę wspaniały efekt. Trzeba dodać, że zima po drugiej stronie szczytu wygląda już o wiele przyjaźniej, z braku mgły i tworzonego przez nią lekkiego półmroku polana na rozdrożu szlaków cieszy raczej zimą radosną.
Trzeba przyznać, że taka połowiczna zima przeplatana z jesienią zawsze wygląda pięknie, zresztą sami sobie przypomnijcie odwrotną mieszaninę z okolic Zamku Książ. Wtedy miałem zimę z dużym dodatkiem jesieni, na Wielkiej Sowie trafiłem raczej na jesień z dużą domieszką zimy. Żeby jednak nie było niedomówień, na większości trasy królowała jednak późna jesień...
niedziela, 16 lutego 2014
Wyprawa "aby podeptać śnieg"
Początek trasy na Śnieżnik nie zapowiadał się ciekawie. Chociaż był to już schyłek grudnia, to krajobraz wciąż przypominał późną jesień. Zamiast bieli śniegu, ziemię pokrywał brąz opadniętych liści. Dobrze, że chociaż niebo nie straszyło szarością, jak miało to miejsce dnia poprzedniego.
Droga początkowo też do najciekawszych nie należała. Najpierw asfalt, który w okolicach bunkrów zamieniał się co prawda w drogę „leśną”, jednak wciąż jeszcze przejezdną dla samochodów, i to nie tylko terenowych. Trochę uroku dodawał jej przepływający obok potok, jednak to trochę mało w porównaniu jakie stawiam zimowym górom.
I tak to z pominięciem rozważań nad kierunkiem na jednym zakręconym rozstaju, powoli i bez większych atrakcji docieram do typowo turystycznego schronu leśnego. Ot, drewniany, mocno skośny dach, żeby na konstrukcji nie zbierał się śnieg, w którym można na chwilę przystanąć i odpocząć, przy okazji popijając herbatkę z dodatkiem samodzielniego robionego soku z dzikiego bzu.
Wydawałoby się, że dawno już minął wschód słońca, jednak na niebie wciąż nie było widać złocistej kuli. Pewnie dlatego, że idąc wzdłuż drzew można je widzieć tylko nad sobą – a tu akurat słońce zawita dopiero gdzieś koło południa. Jednak gdy gdzieś między gęstym skupiskiem gałęzi daje się zauważyć jaśniejszą plamę, to okazuje się, że jest ono jeszcze zaskakująco nisko. No i ten zaskakujący kolor pomarańczu, taki nienaturalny... pora jednak ruszać dalej. Na szczęście jednak tuż za chatynką niebieski szlak odbija od ceprostrady aby już dużo bardziej stromą (i dużo bardziej atrakcyjną) dróżką piąć się pod górę Śnieżnika. Gdzieś na tej drodze też powoli pojawia się śnieg...
a tymczasem zza gałęzi dostrzegam piękno spóźnionego wschodu słońca. W zasadzie ciężko to nazywać wschodem, bo wokół już wydawało by się jasno, jednak plama światła tak odróżnia się od swego otoczenia, że należy zastanowić się, czy to naprawdę na ziemię spłynęło już w pełni jasność dnia, czy może to jeszcze trochę efekt dostosowania się oczu do niewyczuwalnego już delikatnego zmroku? Natomiast kolor światła jest tak piękny, że w pełni doceniłem uroki porannego wstawania w górach. Choć to wciąż pomarańcz, to jednak trochę inny odcień niż tej widziany na postoju, a w połączeniu z poświatą bijącą zza drzew daje wspaniały efekt, jedno z tych wrażeń, które spotyka się tylko czasami na szlaku i chciałoby się do nich wrócić.
Na szczęście śnieg okazał się w miarę ubity, ale jeszcze nie lodowato śliski. Dlatego po krótkiej wędrówce wychodzę na na polanę, a właśnie bardzo niski młodnik. Dopiero w tym miejscu wyłania się dosyć szeroka panorama, która na szczęście tego dnia jest doskonale widoczna, a wierzchołki gór wyłaniają się niczym widma z rozmytej mgły u ich podnóża. Krótka sesja zdjęcia i pora ruszać dalej. Tutaj droga już staje się oblodzona, dlatego każdy krok należy stawiać ze szczególną ostrożnością, co i tak nie uchroni przed upadkiem. Na szczęście taki problem pojawia się na krótkim odcinku niezasłoniętego południowego stoku, jednak po krótkim odcinku udaje się wejść w teren otoczony wysokimi drzewami, w którym znów stopy swobodnie mogą deptać po śniegu.
![]() |
| Ślęża - szlak dla czarownic |
![]() |
| Przebiśniegi wykonane ze śniegu |
W zasadzie stąd dojście do Śnieżnika mogłoby zająć kilkanaście minut. Jednak tuż obok drogi wśród drzew wyłania się mała bezdrzewna łacha, akurat zaczynając od naszej drogi i idąc w dół. Dlatego ktoś z naszej wesołej gromadki postanowił przetestować, czy da się na niej zjechać. Z braku jakiegokolwiek sprzętu zjazdowego (narty, sanki) nie pozostało nic innego jak zjechać na kurtce. Szybkie samodoskonalenie techniki, i okazuje się, że mamy świetną zabawę. Trochę czasu mija, zanim decydujemy się iść dalej, zmęczeni ciągłym wdrapywaniem się przez kopny śnieg do drogi, z której ponownie rozpoczynaliśmy swój zjazd.
W zasadzie od tego miejsca droga już idzie prawie płasko aż do samego schroniska. Tutaj szybki posiłek, i pora iść dalej.
Góra „trudna psychologicznie”
![]() |
| Na szczycie Śnieżnika |
Śnieżnik od zawsze wydawał mi się górą niszczącą człowieka psychologicznie. Chociaż nie kojarzyłem masakrycznie długiego ani ciężkiego podejścia, to kojarzyła mi się z drogą nie mającą końca. Że już z radością widzisz jej szczyt, zwiększasz tempo żeby go dosięgnąć, a gdy dochodzisz do miejsca które przed chwilą widziałeś – nagle okazuje się, że to jedynie jakieś przepłaszczenie, a następny „pozorny szczyt” widzisz przed sobą. I z tego co pamiętałem, to takich „szczytów” było kilka, choć nigdy nie pamiętałem ile.
![]() |
| Śniegowy sękacz |
I tu mnie Śnieżnik zaskoczył. Bo owszem, to, co jeszcze przed chwilą wydawało się szczytem, wcale nim nie było, zaraz za nim teren staje się prawie że płaski, jednak przede mną roztacza się panorama charakterystyczna dla Śnieżnika. Po bokach widzę sąsiednie granie, przed sobą – wielką zanieżoną polanę z usypanym kopcem skał na samym szczycie. Więc gdzie te psychiczne pułapki, gdzie te katusze? Czyżby to moja pamięć spłatała mi figla, a nie góra? No cóż, na to wygląda, więc z radosnym entuzjazmem ochoczo wbijamy się na szczyt szczytu, czyli na kamienny kopiec... i tu nagłe zderzenie z rzeczywistością każe trochę jednak spowolnić. Podejście prawie żadne, 3 czy 5 metry po skałkach, więc skoro nie ma wspinaczki, to gdzie tu rozmawiać o wysiłku, tyle, że trzeba uważać na śliskie podłoże. Zresztą podejście jeszcze nie było takie złe, gorzej było z zejściem z tego kopczyka lekko w inną stronę – tu już nie potknąć się i nie wywrócić było dosyć ciężko.
![]() |
| Spragniony turysta u źródeł Morawy |
Wracając do samego Śnieżnika – to ewidentnie góra zasłużyła na swoją nazwę. Już od dawien dawna stąpamy po miło skrzeczącym śniegu. Jednak tutaj śnieg nie tylko leży na ziemi, ze względu na często panujące tu wiatry charakterystycznie oblepia wszystko co wystaje ponad ziemię, jak chociażby paliki szlaku wbite w ziemię. Na każdym z nich narosły niereleguralne zwały śniegu, swą strukturą przypominające ciasto sękacza. Jednak najciekawszą formacją śnieżną okazują się naturalnie stworzone (i całkiem liczne) pola „śnieżnych przebiśniegów”, drobnych, wyrzeźbionych wiatrem i słońcem śnieżnych „kwiatków”, wielkością i kształtem przypominających zbierające się do otwarcia przebiśniegi.
W zasadzie tutaj zawsze kończyła się moje wyprawy i pozostawał jedynie powrót na miejsce noclegu. Tym razem za namową znajomych przekraczam czeską granicę. Tutaj już zejście jest całkiem strome, a wydeptany w śniegu „korytarz” jest ewidentnie oblodzony. Dlatego schodząc chyba lepiej iść tuż obok, gdzie buty lekko tylko wpadają w śnieg, na tyle, żeby nie poślizgnąć się na lodzie. Gdzieniegdzie nawet daje się zjeżdżać na nogach lub nawet na kurtce, jednak
generalnie stromizna w dół jest tak ostra, że próbując zjeżdżać bezpośrednio w dół, a nie wzdłuż wydeptanej drogi, raczej nie dałoby się już zatrzymać. Tak więc jednak głównie na nogach szybko dochodzimy do kamiennej niskiej „chaty”, która okazuje się źródłem rzeki Morawy.
![]() |
| Zagubieni we mgle |
![]() |
| Odczynianie złych uroków pogodowych |
Jeszcze kawałek dalej, i na kolejnym płaskim kawałku ziemi znajdujemy resztki schroniska. Chociaż mało co wystaje ponad ziemię, jednak warto zajrzeć do dawnych piwnic. Ściany są mocne i nie grozi im zawalenie, a przejście wszystkich pomieszczeń nawet mimo śniegu wymaga tylko podstawowej ostrożności. Przy mocno wiejącej pogodzie jest to też doskonałe miejsce do odpoczynku i wypicia herbaty, bo wspomniane piwnice są doskonałą ochroną od deszczu i wiatru.No to jeszcze dołączyć do gromadki turystów całujących na szczęście kamiennego słonia (i nie, wcale nie w trąbę się go całuje!), i można wracać na szczyt.
![]() |
| Pamatce Petra Sedlaka, ratowniku z Horskiej Slozby |
Tymczasem pogoda ma swoje drobne załamanie. Będąc na szczycie pierwszy raz, mieliśmy piękne słońce i widok na panoramę wokół. W międzyczasie jednak, Śnieżnik powoli zaczął tonąć we mgle, a naprzeciwległy szczyt schował się za chmurą. Na szczęście w czasie rozmowy ze znajomymi pogoda powoli zaczyna się uspokajać, jednak nastrój powoli nabrał klimatu bardziej sprzyjający zauważeniu małego, górskiego grobu i zastanawiania się nad zmiennością pogody.
![]() |
| Forsowanie nieistniejącego potoku |
Pora na zejście do schroniska. Jako iż mgła sprawiła, że nastrój stał się bardziej melancholijny, to jakoś trzeba było sprawić, żeby oprócz rozgrzanego ciała cieszyła się także dusza. No więc tylko znaleźć odpowiedni skos – i hajda, znowu zjazdy na kurtkach. Chociaż kurtki goretexo-podobne doskonale się sprawdzają w takiej roli, to nic nie przebije nylowego fleku. Tak więc kilka zjazdów w dół, kontrolne porównanie kto ma najlepszy „sprzęt” (czytaj kurtkę) i można schodzić dalej. Jeszcze pamiątkowa sesja z przechodzenia po zwalonym drzewie nad najprawdopodobniej potokiem (dodam, że przejście drzewem raczej odbijało od szlaku niż było jego częścią – ale jak się bawić, to się bawić) i powoli wracamy do schroniska. Pogody ducha (dodam, że wraz z nią i pogoda atmosferyczna się poprawiła) nie mogły już zepsuć nawet tłumy praktycznie uniemożliwiające odpoczynek w środku. Na szczęście jak już wspomniałem, pogoda jest tak dobra, że odpoczynek na zewnątrz nikomu nie przeszkadza.
A potem już tylko zejście, bez żadnych większych atrakcji. Najpierw mieszanką wszystkich dochodzących do schroniska szlaków dochodzimy do Przełęczy Śnieżnickiej. O dziwo, na tej trasie o wiele szybciej niż na niebieskim szlaku, najpierw spod nóg, a później także z otoczenia znika biały kolor śniegu. Potem, szlakiem rowerowo-narciarskim, czyli kolejną drogą usypaną malachitami w dół. Po drodze spotykamy parę, która już bez nadziei upewnia się, że do Jaskini Niedźwiedziej to oni chyba pobłądzili? Tak, tak, pobłądzili państwo, to nie dość że niewłaściwa droga, to na dodatek spory kawałek za daleko. Potem już tylko w dół, w dół, ponownie do szlaku niebieskiego, a następnie wzdłuż poznanego już rano strumyka. Tym razem już za dnia wracamy od betonowych silosów do naszego noclegu w Sądejówce...
![]() |
| Na śnieg i zimowe mrozy najlepiej pomaga termos z gorącą herbatą |
wtorek, 21 stycznia 2014
W poszukiwaniu oznak zimy
Gdy zaglądam tego, to aż mnie bierze
zgroza. To już ponad 2 miesiące od ostatniego wpisu...
przedświąteczne zabieganie, posylwestrowe lenistwo, i tak się
powoli przeciąga... i właśnie na Blue Mondaya musiało mi się
zebrać, żeby wreszcie coś napisać?*
No cóż, kiedyś trzeba
powiedzieć: DZIŚ, NIE JUTRO – więc dzień nie gorszy niż każdy
inny. Blue Monday? A może to tylko kolejna wymówka, żeby
powiedzieć: może jutro, może jutro, może jednak jutro? Nie, żadne
jutro, DZIŚ, DZIŚ, chociaż tekst napisać, jak będzie za późno,
to najwyżej zdjęcia się obrobi jutro.
A w kolejce do opisania czeka wycieczka
do Okulic. Tak, może to właśnie los sprzyja, bo wycieczka w takim
właśnie blu-mondajowym klimacie. Choć mapa pokazuje teren z
doskonałym potencjałem, to ja już znam te okolice i wiem, czego
się po nich spodziewać.
No więc zacznijmy od wioski startowej.
Okulice, mała wioska gdzieś na pograniczu Parku krajobrazowego
Doliny Bystrzycy. Ruina renesansowego dworu, młyn, stara
gorzelnia... zapowiada się pięknie. Rzeczywistość okazuje się
bardziej szara – dworek ciężko rozpoznać od pozostałych
zabudowań, teren starej gorzelni zamknięty i odgrodzony płotem,
młyn to tylko wysoki narożnik ściany... gdzieś na zejściu udaje
się odnaleźć jakąś wiurbexową stodołę. Porzucony fotel choć
nie zachęca do zasiąścia, jednak w połączeniu z drugim,
obróconym bokiem raczej przypomina allegoryczny pokój
„telewizyjny”. Geometryczna konstrukcja drewnianych dachowych
podpór w połączeniu z ciekawym światłem jest już ciekawsza,
jednak szału nie ma. Tak więc wychodzę na drogę na Milin. Gdzieś
z boku wiejski domek z jabłonkową aleją, która z pewnością
wiosną pięknie „prowadzi wzork” ku temu budynkowi... pogoda
raczej przypomina przedwiośnie, więc całość radością nie
napawa. Jedynie gdzieś z boku porzucony stary traktor tworzy ciekawy
fotograficznie klimat.
No to odbijam do lasu. Co prawda w tej
okolicy ma się wątpliwości, czy to najlepszy wybór. Bo czy na
pewno rozjechana przez ciężkie cieżarówki, szeroka na 3-4 stojące
obok siebie kamazy rozjechana piaszczysta droga jest mniej
cywilizowana niż wąski, podziurawiony niczym szwajcarski ser,
wiejski asfalt? Mapa mówi jedno – do lasu to jednak tą przyszłą
„autostradą”. Bo choć jeszcze jej nie ma, docelowo powstanie tu
szeroka asfaltówka klasy ewropejskiej. Bo przecież to park
krajobrazowy, to trzeba chronić – także od pożaru. Więc buduje
się tu „drogę przeciwpożarową” podobną do pobliskiej drogi
krajowej nr 35 do Wałbrzycha... „żeby chronić krajobraz”. Ech,
logika europejskich wymogów połączona z głupotą polskich
urzędników.
Tymczasem gdzieś obok mnie rozpościera
się widok na staw rybny. Małe wodne uroczysko, z zadaszoną
drewnianą konstrukcją (a właściwie – drzewną, bo nad
drewnianymi deskami przeważają ilościowo drzewne okrąglaki), z
ledwie jednym dyskretnie szpecącą tabliczką o zakazie połowu ryb.
Co tam, za ten kawałek natury z tymi łysymi pniami pobliskich buków
odbijającymi się w wodzie można przeboleć tą jedną tabliczkę.
Zwłaszcza, że już jej chyba nie dużo brakuje, żeby uroczo
rozkwitła rudą rdzą.
Choćby nie wiem jak kluczyć, z takich
uroczych zakątków co chwila wychodzę na rozkopany piach przyszłej
„przeciwpożarówki”. Dopiero przechodząc na jej północną
stronę nareszcie udaje się zostawić drogową szpetotę z dala od
siebie. No cóż, z pewnością wyznaczając jej przebieg, projektant
kierował się już istniejącą siecią ścieżek – więc gdy już
ją przekraczam, pozostaje mi wąski (2 kilometrowy?) pasek bezdroży.
Wysokie drzewa wśród których co chwila płoży się bardzo gęsta
dolna warstwa młodych drzewek co rusz ustępują miejsca wysokim
trawom despotycznie panoszącym się na polanach chaotycznie
porozrzucanych na tym płacie lasu. Choć starałem się wypatrzyć
początków zimy, raczej częściej znajduję kolory jesieni. I tylko
gdzieś przy powierzchni ziemi daje się dostrzec pojedyncze oznaki
szronu...
I tak oto błądząc od lewa na prawo
(i z prawa na lewo), docieram do rozlewającej się szerokim nurtem
Bystrzycy. Ech, lasy lubuskie, ech, rozlewiska Warty...
rozbestwiłyście mą estetykę. I choć rozlewiska Bystrzycy nie
wyglądają źle, to gdzież im do Was? Rzewna tęsknota za tym jakże
leśnym województwem się włącza.
Rozlewiska mają to do siebie, że
łatwo na nich zbłądzić. Choć czasem domy wydają się tak
pobliskie, to nagle się okazuje, że dzieli nas od nich dzień
drogi. Bo przecież rzeka po drodze, czy to główne koryto, czy
ledwie jakaś odnoga, która za chwilę rozdziela się na kolejne i
kolejne. Choć Piława się wydaje tak bliska, niczym na wyciągnięcie
ręki, to nie dane mi będzie dziś do niej dotrzeć. Więc pozostaje
mi iść wzdłuż Bystrzycy, rzewnie wspominając rozlewiska Warty. A
zwalone drzewo aż kusi aby wykorzystać je niczym most. Gałęzie
niczym rozpostarte palce wpiły się w przeciwległy brzeg i z całą
siłą drzewnego potwora starają się przyciągnąć go jak
najbliżej do siebie. Szeroko rozpościerająca się woda walczy z
próbą zgniecenia jej w tym zabójczym uścisku...
Jak jednak już wspomniałem,
rozlewiska to dosyć zdradliwy teren, i często brak dokładnej
„sztabówki” sprawia, że możemy błądzić kilometrami, aby
tylko obejść jakąś nieprzewidzianą odnogę. Na szczęście to,
co na mapie zaznaczone było podwójna niebieską kreską, w terenie
okazuje się jedynie zasychającym przez większą część roku
korytem, które tylko sporadycznie wypełnia się wodą. Nie trzeba
zawracać, nie trzeba nic nadrabiać aby obejść „deltę”
pojedynczego dopływu, w którą się wpakowałem. „Rzekę” daje
się przejść suchą stopą po twardym gruncie, nawet przez chwilę
nie ryzykując zakopania się w błoto. Ale te cudnie kuszące oczka
wodne... jakże pięknie wyglądałyby skąpane w drobnej mgle...
jakie niebezpieczne są ich rozbagnione okolice. Choć do zdjęcia
nie trzeba podchodzić zbyt blisko, choć o tej porze dnia łatwo
wyrwać się przyciągającej magii ich uroku, to aż obawiam się,
co by było gdyby one tonęły w osłaniającej je mgle... czy tak
właśnie powstawały legendy o tajemniczych mokradłach?
Tymczasem po przekroczeniu nienazwanego
dopływu, droga okazuje się już utwardzona. Tak dochodzę do
spiętrzającej rzekę zapory. Choć kusi do przejścia na drugą
stronę, jednak uskok betonu jest trochę zbyt wysoki: pewnie udałoby
się zeskoczyć nie ryzykując wpadnięcia do wody, jednak z powrotem
już nie da się wrócić. A gdzie najbliższy most, aby wrócić na
południową stronę Bystrzycy? Więc odpuszczam sobie...
Tuż za zaporą dosyć ciekawa kolekcja
„krzaków”. Czy to wiklina, czy jakaś inna roślinność –
trudno powiedzieć. Jednak geometryczny „uporządkowany chaos”
linii równoległych w połączeniu z kompozycją kolorystyczną
brązów robi wrażenie. Choć wolę gdy okolice rozkwitają
zielenią, jednak ten „busz” zyskuje na urodzie właśnie zimą,
czy nawet późną jesienią, gdy zielsko pozbędzie się liści.
Droga do Kamionnej gdzieś umyka we
wspomnieniach. Ot, zwykła droga polna gdzieś na pograniczu pola i
lasu. Taka zwykła, sielankowa wiejska droga, tak zwana „leśna
klasyka” - choć przyjemnie nią iść, to ciężko o niej pisać.
Z pewnością prawdziwy wieszcz rozpisywałby się na miarę znanej
chyba każdemu inwokacji Pana Tadeusza, jednak mi raczej wyjdzie opis
pokroju pierwszej polskiej encyklopedii... Koń, jaki jest, każdy
widzi :)
Tak więc zwykłą wiejską drogą
docieram do Kamionnej. Po lewej duża leśniczówka, po prawej –
drewniana gospodarcza komórka na drzewo i inne bambetle. Kawałek
dalej – most (a więc nie byłoby tak daleko, ale kto wiedział?
Mapa niby coś sugeruje, ale nuż by się okazało, że to
nieopatrznie machnięta kreska przez niedokładnego kartografa?), a
za nim – CUDO. Porzucony pałac, praktycznie ruina – lecz nie
taka zwykła. Jeszcze miejscami wysoka na piętro czy dwa, jeszcze
gdzieniegdzie pozwalająca wejść po murach na wyższą kondygnację
i spojrzeć na otaczający świat z góry, gdzieniegdzie odkrywająca
wejście do zasypanych piwnic... i portal, z dwójką siłaczy
podtrzymujących nadgryziony zębem czasu reprezentacyjny kiedyś
balkon...
krótki rekonesans po Kamionnej,
odwiedzenie poznanego kiedyś Nepomucena, i pora wracać do domu.
Gdzieś po drodze mijam spotkaną wcześniej komórkę na drzewo,
która zadziornie pińdrzy się w ostrych promieniach słońca aby
zaraz przybrać szarą szatę Kopciuszka gdy tylko wyciągnę aparat,
gdzieś obok starej wierzby w której mogłaby zamieszkać jakaś
wiedźma, znów obok tamy...
gdzieś znów cywilizacja zaczyna się
o mnie dopraszać – gdzieś tu kończy się usypany nasyp ziemny
przyszłej przeciwpożarowej „autostrady”, by kawałek dalej
zamienić się w rozjeżdżoną błotnisto-trawiastą drogę, w
której gliniastej nawierzchni co rusz buty toną na głębokość
kostki... gdzieś na tle oślepiającej plamy słońca samotny rolnik
ze swym traktorem, zniszczony przez budowniczych drogi dawny
podziemny przekop, którym przepływała sobie tutejsza rzeczka,
troszkę szersza niż długi skok, rzeczka teraz wymagająca trochę
zręczności aby przejść ją po tych kilku kamieniach... mapa,
która postanawia wraz z nurtem uciec gdzieś w otchłań tego cieku
wodnego, bo przecież już za chwilę wsiądę do auta z gps-em...
Nie, choć to już powrót do cywilizacji, nie wyprę tej odrobiny
natury z siebie, tego kawałka dzikości. Mapa wraca ze mną do domu,
taki relikt dawnych czasów w wielkim mieście cywilizacji...
Gwoli wyjaśnienia: Z pewnością zdziwi was (w szczególności zmotoryzowanych), że piszę o poszukiwaniu zimy akurat tego dnia, gdy wszystkie samochody pokryły się grubą warstwą lodu, której skrobanie zajmowało nawet pół godziny. No i że we wtorek piszę o Blue Mondayu... otóż powyższy wpis to zaległy opis wycieczki z końca listopada, napisany wczoraj, dziś tylko obrobiłem zdjęcia i skleiłem całość.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)











.jpg)
.jpg)

































