Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałbrzych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałbrzych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2014

W poszukiwaniu zimy...



Dziś pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Kalendarzowej, bo niestety we Wrocławiu tej prawdziwej brak. Orkan Aleksandra zdaje się nie narobił wielkich szkód w dolnośląskim, jednak z pewnością przyniósł ciepłe powietrze które rzadko kiedy sprzyja zimie. Co prawda w Karkonoszach jest podobno śnieg, jednak to trochę za daleko na jednodniowy wypad, więc raczej wrzucę dziś zdjęcia z ostatniej wyprawy na Wielką Sowę.
Jednak dziś forma trochę inna - bardziej fotoreportażowa. Bo o czym tu pisać idąc po raz kolejny tą samą trasą? O wielkiej wycince drzew? Bo co ostatnio jestem w tej okolicy, to co rusz coś wycinają... o drodze, która dzięki zwożącym drewno traktorom stała się jednym wielkim błoto-bagnem? A może o nieustającym wyciu pił, które jak już dopadło, to przez dłuższy czas nie mogło odpuścić? Chyba ciężko pisać bałwochwalcze peany na cześć tych paskudztw, więc może lepiej skupić się na czymś wyjątkowym? A trzeba przyznać, że trafiło mi się wspaniałe połączenie dwóch zjawisk pogodowych. Z jednej strony mgły, która niczym ograniczająca widoczność powietrzna zawiesina dodawała podejściu pewnej tajemniczości, niesamowitości a przechodzeniu przez nią dodawała uroku poznawania czegoś nowego... z drugiej - co prawda nie śnieg, ale mróz ścinający tą mgłę, każący jej osiąść na najbliższej możliwej gałęzi, drzewie, krzaku, źdźble trawy... mróz, który odbierał mgle wszelką siłę do dalszej wędrówki i kazał jej przycupnąć w najbliższym możliwym miejscu.






Królowa zima bez problemu przejęła we władanie całą polanę z lekko rozdzielającym ją wąskim pasem drzew. Jednak wgłębiając się w gęstszy już las świerkowy wydawało się, że tu już zima nie dokonała już tak dogłębnych mrożących zniszczeń. Bo wizualnie, drzewa wyglądały jak w okresie jesiennym - dopiero dotknięcie zwalonej kłody przekonywało, że jest całkowicie przemrożona.
Na samym szczycie zima znów była widoczna. Mimo mgły, nie licząc na wielkie widoki, miałem zamiar wejść na wieżę. Jednak nie byłem sam, więc zaczęły się negocjacje. 
- A będziemy mieli czas zjeść coś w schronisku?
- Nie, bo robi się trochę późno, a jeszcze kawałek drogi przed nami.
- To jak to, na schronisko nie ma czasu, a na wchodzenie na jakąś wieżę to niby mamy?
I weź tu tłumacz, że na wieżę wejdziemy na max 10 minut włącznie z wchodzeniem po schodach, a wizyta w schronisku wiąże się od razu ze zjedzeniem czegoś - słowem, pół godziny jest nierealnie krótkim terminem. Ale ponowne spojrzenie na zegarek, analiza faktów (bo przecież nie pierwszy raz idę tą drogą), sprawdzenie czy niezbędnik jest kompletny (od wyjazdu w Jurę staram się mieć ze sobą dwie latarki - zamiast obowiązkowych w terenie niezabudowanym odblasków), słowem - możemy zaryzykować końcówkę powrotu w zmierzchu, nocne wracanie nam nie grozi. No więc na górę - i tu miłe zaskoczenie, bo ze względu na mgłę bilety za pół ceny. W sumie, 2 złote to nie jest wielka różnica, ale z drugiej strony miło, że ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły, a przecież przy 4 złotych to nie bardzo jest gdzie zaoferować klientowi lepszą promocję.
Oczywiście, na górze widoczności zbyt wielkiej nie było, nawet pobliska wieża radiowa ledwo przebijała się przez mleko, ale warto było wejść. Klimat niesamowity, bo oprócz mgły widać obrośnięte lodem lunety. Tak, te nawiewy śnieżne (a w tym przypadku raczej lodowe) to typowa cecha Wielkiej Sowy...




Dodać należy, że chodząc po górnym podeście chodzi się po podobnych jak na zdjęciu podłużnych od wiatru kryształkach lodu.
Z kolei sam szczyt wyglądał tak:







Tymczasem zejście do schroniska Sowa. Zadziwiające, jak bardzo mieszają się ze sobą drzewa białe od pokrywającego je śniegu z tymi kolorowymi, niepokrytymi szronem. I to, czy są to wiecznie zielone drzewa iglaste (w których igłach wciąż płynie woda, która przecież w okresie zimowym podnosi temperaturę) czy pozbawione już żywych liści drzewa liściaste - zima raczej losowo wybiera sobie które drzewa ubielić, a które pozostawić nienaruszonymi, choć przyznać trzeba, że ze szczególnym upodobaniem wybiera sobie białe przecież z natury brzozy. Trzeba przyznać, że wyczucia smaku jej nie pasuje i drzewa, choć pozornie losowo wybrane, tworzą naprawdę wspaniały efekt. Trzeba dodać, że zima po drugiej stronie szczytu wygląda już o wiele przyjaźniej, z braku mgły i tworzonego przez nią lekkiego półmroku polana na rozdrożu szlaków cieszy raczej zimą radosną.





Trzeba przyznać, że taka połowiczna zima przeplatana z jesienią zawsze wygląda pięknie, zresztą sami sobie przypomnijcie odwrotną mieszaninę z okolic Zamku Książ. Wtedy miałem zimę z dużym dodatkiem jesieni, na Wielkiej Sowie trafiłem raczej na jesień z dużą domieszką zimy. Żeby jednak nie było niedomówień, na większości trasy królowała jednak późna jesień...





piątek, 25 lipca 2014

Dokąd zmierzasz, Stary Książu???

Do zamku Cisy próbowałem dostać się już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo „zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem, zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.

Zamek Cisy koło Wałbrzycha
Zamek Cisy w swej pełnej okazałości


baszta zamku Cisy - okolice Wałbrzycha
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić na minimalne zamoczenie nóg.
kwitnąca jabłonka
Tymczasem za rzeką droga powoli przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie: obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Wałbrzych, zbiornik retencyjny
Tymczasem przechodzę obok zbiornika retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.

zabytkowy cis Bolko - struktura kory
Kora zabytkowego cisu Bolko

korzenie wyrastające w pniu starego drzewa
Chyba podświadomie przewidując, że czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi, tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa, a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół? Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu „cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok. Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi „drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają służyć.
zamek Książ koło WałbrzychaGdy już dochodzę w pobliże Starego Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron. 
Skoro w części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem – musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie, które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu – ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim niszczeniem zamku?
Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony!
Ze sromotnym żalem nad rychłym upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury – nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować, ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku można wrócić do domu.


wtorek, 6 maja 2014

Zagubiony we mgle, gdzieś na granicy powiatów

To był deszczowy dzień we Wrocławiu. Jakoś w tym roku pogoda ma takie dziwne tendencje, że jak akurat nigdzie nie wyjeżdżam, jak nie jesteś na jakimś konwencie, nie biorę dodatkowych zajęć w pracy – to bardzo często pogoda jest „pod zdechłym psem”. Oczywiście, w większość pozostałych weekendów jest słoneczko i w ogóle – no, ale jak mi zależy na dobrej pogodzie, to ta złośliwie pokazuje jęzora. 
Ale co tam, ruszyć się czasem trzeba, bo jakiś długi okres przestoju się napatoczył, poza tymczasem to ciekawie ruszyć się przy innej pogodzie, może na inne klimaty zdjęciowe się też trafi?

No więc postanowione: mimo deszczu, słoty, niepogody, ruszam się z domu. Kierunek: południe. Na samym wylocie dziwne zaskoczenie. No bo wyobraźcie sobie mgłę (bo tak w ogóle, w czasie gdy na północy Wrocławia padało i było widać chmury, to tak od rynku na południe zaczynała się coraz gęstsza mgła...) No więc wyobraźcie sobie mgłę tak gęstą, że gdy widzisz światła poprzedzającego cię pojazdu, to jesteś od niego w odległości tylko tyle co bezpiecznej – albo i bliżej. Jako iż mało kierowców decyduje się na jazdę w taką pogodę – to widzisz głównie kawałek czarnego, linię ciągłą mieszaną z przerywaną po prawej, i nic więcej. Wiesz, że gdzieś tam, po prawej od drogi, jest las – ale mgła jest tak gęsta, że tylko wiesz, bo pamiętasz, jeśli widać drzewa, to tylko te pojedyncze stojące przy drodze. I nagle z tej mgły wyłania się kramik, zaciekawiony co już sprzedają przy drodze, ledwie kątem oka dostrzegasz napis „truskawki”.

Oczywiście, w maju byłoby to żadne zaskoczenie, ale wycieczka o której piszę to akurat wydarzenie sprzed miesiąca, z czasu, gdy nawet te hiszpańskie truskawki dopiero się pojawiały na rynku, a co tu mówić o polskich? No i właśnie, truskawki raczej potrzebują słońca, ciepła, za to nie lubią zbyt dużej ilości deszczów bo gniją... a tu masz, wilgotność tak wysoka, że nic nie widać, słońca zza tej mgły nie widać, a oni tu truskawki...

No, ale jadę dalej. Do Łagiewników droga prosta, nawet po drodze mgła gdzieś się zawieruszyła, dalej oczywiście od roku nie postawiono dobrych drogowskazów, więc na czuja bardziej staram się kierować w kierunku Dzierżoniowa, i gps jak zwykle nie okazuje się zbyt pomocny. W Dzierżoniowe jeszcze większe zaskoczenie, bo okazuje się, że z bliżej nie znanych przyczyn połowa miasta zamknięta. Włącznie z rynkiem, przez który uparcie próbuje mnie prowadzić GPS. Oczywiście, w takich warunkach należy kierować się drogowskazami objazdów – baa, szkoda, że ktoś zapomniał ich postawić. Powiem tylko, że po wyjechaniu z Dzierżoniowa odpowiednim wyjazdem, dalsza droga okazała się banałem. Na otarcie łez za głupio straconym czasem (bo przy okazji przeszedłem się po Dzierżoniowie, ale nie specjalnie jest o czym opowiadać) w miarę podjeżdżania w górę powoli zaczęła wracać mgła... niestety, na krętej, wąskiej drodze ciężko się zatrzymać żeby zrobić piękne zdjęcia.
Tak oto dojeżdżam do Przełęczy Jugowskiej. Na parkingu prawie, że pusto, a jednak okazuje się, że obsługa pilnuje. Aż się zdziwiłem, że przy tak małej ilości chętnych chce im się pilnować – ale jak się okazuje, od niedawna właściciele prowadzą ten interes i tym bardziej zależy im na tym, żeby klienci się przyzwyczaili do tego miejsca. Tak więc 5 złotych za parking, jednak okazuje się, że opłata zawiera już ciepłą herbatę w bonusie. Miła odmiana, ale zostawmy sobie ciepłe napoje na rozgrzewkę po powrocie, bo wilgoć może okazać się trochę wychładzająca.
Skoro rano powiedzieliśmy sobie: na południe, to wypadałoby być konsekwentnym – a więc trasa w kierunku Przełęczy Woliborskiej. Jeszcze tylko konsultacje z obsługą parkingu, którędy iść (i tu trzeba ich pochwalić) i można ruszać. Na początek trasa, która wydawała się być trudniejsza, bo dłuższa. Czyli niebieski szlak rowerowy. 
Orczyk-widmo
Szeroka droga, którą mógłbym przejechać swoim autem, słowem, nie ma o czym się rozpisywać... STOP!!! Z przodu, tam gdzie drzewa ustępują miejsca polanie, jakiś dziwny szum. Nie, nie potoku, bo drobnych ciurków spływających z góry tu pełno. Tak jakby pracował wyciąg narciarski. I fakt, coś tam stoi, charakterystycznie „wywalony” dla równowagi słup z kołami napędowymi. Podchodząc bliżej widzę, że faktycznie, koła się kręcą, widać nawet, że linka się przesuwa... tylko żadnego narciarza nie widać. Zresztą, co tu się dziwić, śniegu w tym roku dużo nie było, za to w międzyczasie już 20-stopniowe upały były, więc roztopiły się pewnie ostatnie resztki... a orczyk pracuje. Takie surrealistyczne oderwanie od rzeczywistości: mgła, słaba widoczność, mimo iż to wielki obszar leśny to ledwo widać najbliższe drzewa, cisza prawie absolutna, i tylko ten dziwny, jednostajny szum kręcącej się kolejki.



Bielawska polanka skąpana we mgle
Chwila zadumy i ruszam dalej. Kilometry szybko mijają pod butami bo podejść ani zejść prawie że nie ma, jedynie trochę postojów na zdjęcia, bo co rusz próbuję pomęczyć swój aparat i siebie tą mgłą. Jednak bez żadnych godnych wspomnienia faktów dochodzę do Bielawskiej Polanki. Całkiem przyjemne miejsce na postój, jednak wszędobylska mgła raczej nie skłania do zbytniego zwalniania tempa. Jedynie szybkie zapoznanie się ze stojącą tu tablicą z mapą (z której wynika, że zaliczę 3/4 trasy nietoperza, kawałek okazuje się, że szedłem równolegle do niej) i pora ruszać dalej w drogę.
Dalej jednak już nie tą szutrówką, i to nie tylko dlatego, że mało ciekawa. Po pierwsze, raczej daleko nią nie dojdę, nawet gdybym długo nią szedł. Po prostu dochodzi ona do Przełęczy Woliborskiej tak wielkim łukiem, że trasa robi się 2-3 razy dłuższa. Tak więc teraz już trochę węższą drogą, wśród głównie świerkowego lasu powoli podążam pod górę. Gdzieś po drodze sztuczna polanka powstała poprzez wycinkę lasu, szczyt Popielak ze znacznie większą leśną „łysinką”, potem zejście i powoli dochodzę do kolejnej Polanki. Z daleka, wśród mrocznej mgły, powoli wyłania się złowieszczy znak: wysoki „pieniek” w kształcie, który kojarzyć mi się może jedynie z okładką gry Diablo. Jak się zresztą okazuje, słupek raczej nie był nastawiony do mnie pozytywnie, skoro wisiał na nim zakaz wchodzenia z powodu prac leśnych. Oczywiście, jak zwykle ostrzeżenie to wisiało w taki sposób, że o ostrzeżeniu dowiaduje się dopiero wychodząc z terenu ścinki – na szczęście w niedzielę leśnicy raczej nie pracują. 
Czy to znak, że pora zawracać?
Patrząc na mapę i zegarek równocześnie dochodzę do wniosku, że do samej Przełęczy pewnie nie dojdę, ale może warto przejść chociaż jeszcze kawałek? Tak więc czeka mnie forsowanie zalanej drogi, potem trochę bardziej strome podejście niż ostatnio... to może przejdę jeszcze kawałek? Tak więc jeszcze kawałek przez rozległy młodnik, kolejny pagórek, a na jego szczycie całkiem spore zwalone drzewo, tak rozłożyste, że nie tak łatwo znaleźć jakieś obejście i praktycznie trzeba przechodzić przez zwalone gałęzie. Przy kolejnym zwalonym drzewie, tym razem prostszym do przejścia, postanawiam jednak zawrócić, bo z daleka daje się zauważyć całkiem duża i hałaśliwa grupka, więc skoro mam nie dojść do kolejnej przełęczy (do Kobylca, czy poprzedzającego go jeszcze ciut wyższego szczytu chyba mi jednak trochę zostało), to może teraz już pora zawrócić?

Widok z Bielawskiej Polanki w kierunku na Kalenicę
Tak więc do Bielawskiej Polanki wracam tą samą drogą, a w międzyczasie powoli zaczyna zanikać mgła. Jako iż z powodu mniejszej wilgotności czuć jakby było cieplej, tu postanawiam zrobić pierwszy swój dłuższy postój tego dnia. Tak, tak, wokół mnie pozostają jedynie niedobitki mgła. Wśród mocno przerzedzonych drzew za drewnianym schronem, tylko wśród najdalszych drzew widać jakieś lekkie rozmycie, w pierwszym planie mgły brak. Dumną monotonię rzadkiego lasu iglastego burzą jedynie obszary nasadzeń bukowego młodnika. Jednak w miarę zbliżania się do Kalenicy, powoli wracają drzewa iglaste.



Droga z Bielawskiej Polanki w kierunku na Przełęcz Jugowską
Oczywiście, skoro zaznaczono na mapie, to na Kalenicy obowiązkowo trzeba było wejść na wieżę widokową. Choć oczywiście, zaskoczenia nie było – gdy perspektywa pozwala oddalić horyzont od siebie, mgła daje o sobie znać. Widoczność kiepska, po trosze o ile pamiętam wieżę już za bardzo zarastają drzewa, ale z pewnością tego dnia główną przeszkodą była mgła.
Po zejściu z wieży ruszam dalej szlakiem. Kawałek dalej droga lekkim łukiem omija grupę wystających z ziemi dużych kamieni. Że akurat miejsce to odwiedziłem krótko po tym, jak znajomi z Warszawy chwali się swoimi zdjęciami z Gry o Tron, to i wyobraźnia też już była lekko ukierunkowana. Jednak gdyby porównywać te trony... ten filmowy, choć pełen szczegółów kusił przepychem i luksusem (choć o ironio, nie wyglądał na zbyt wygodny do siedzenia). Ten naturalny, mimo swej prostoty i minimalizmu (a może to właśnie dzięki nim) o wiele bardziej kojarzył się z powagą i dostojnością tego miejsca, a równocześnie przestrzeń i miękka trawa kojarzyła się z wygodnie rozłożonymi wokół damami dworu.
Tymczasem kawałek dalej doganiam grupkę, która ruszyła z Kalenicy w czasie, gdy ja próbowałem podziwiać widoki. Okazuje się, że z Rzeczki wybrali się na Wielką Sowę, a że już siłą rozpędu... to doszli do Kalenicy. I że ten rozpęd, to nie taka fajna sprawa, bo potem wrócić trzeba, więc jak by było ciut bliżej... koniec końców stwierdzili, że jednak nie będą mnie nakłaniać do jazdy moim małym autkiem w 6 czy 7 osób i wrócą na własnych nogach. Tyle im pomogłem, że skorzystali z mapy (wybrali się bez), trochę doradziłem w kwestii wyboru drogi powrotnej, między innymi, że mogę sobie zaoszczędzić kwadrans drogi nie zaglądając do i tak nieczynnego schroniska. Tak, parking kojarzyli, głównie z „dziwnie wyglądającej szarlotki”, co akurat nie poprawiło mi humoru, bo liczyłem, że do darmowej herbatki dokupię sobie jeszcze jakieś ciasto dla smaku. Kawałek dalej, i na tej samej szutrówce którą zaczynałem kilka godzin temu, już w miarę blisko parkingu rozstajemy się. Mi wypada jeszcze raz pójść kilkadziesiąt metrów „z powrotem” (w tym samym kierunku co rano – przeciwnie do parkingu), do miejsca, gdzie szlak zwinnie wywija się w dół. (Tu radzę uważać, to zejście nie jest zbyt widocznie oznakowane, raczej pamiętałem je sprzed kilku godzin niż zauważyłem oznakowanie w tym momencie).
Po chwili droga z wąskiego przejścia między drzewami staje się raczej śladem ścieżki. W końcu wśród szeroko rozstawionych drzew, w lekki zagłębieniu skoncentrowanym wokół płynącego niżej strumienia nie ma większego znaczenia czy idziesz drogą, czy dwa drzewa od niej. I tak oto dochodzę do nieczynnego schroniska, które w tej mgle wygląda jeszcze bardziej opuszczenie. Teraz znów kawalątek pod górkę, obok ledwo wystających ponad ziemię ruin, i wracam na parking.
No właśnie, wracając do parkingu, dziwnie wyglądającej szarlotki... trzeba przyznać, że krzykliwe napisy na szybach stojącej na środku budki i to akwarium pod ladą (na kiego czorta w tym miejscu akwarium???) nie zachęcają do spędzenia tu miejsca. Środek też jeszcze surowo i mało klimatycznie wygląda, choć widać, że miejsce można zrobić ciekawiej i właściciele powoli idą w tym kierunku. W szarlotce nie dopatrzyłem się ani niczego dziwnego, ani niczego zachęcającego do konsumpcji, ale ciężko zrobić szarlotkę która swym wyglądem zachwyci osobę, która nie jest wielkim fanem jabłeczników. Szarlotka jak szarlotka, czy jest coś „nie-jabłecznikowatego”? Na szczęście jest: piernik. To lubię. Zaskakujący... gdy wdaje się z rozmowę z obsługą na jego temat, wychodzi, czemu tak trochę nietypowo smakuje. Ananas i jeszcze jeden owoc (po prostu nie pamiętam jaki) to faktycznie to, co skłoniło mnie do zapytania, ale okazuje się, że ten piernik jest... marchewkowy. Nie, to nie ciasto marchewkowe, to jednak jest inne, po prostu piernik marchewkowy. Z ananasem, bakaliami, z przyprawami korzennymi dającymi się łatwo wyczuć, ale nie narzucającymi się smakiem (chociaż wolę takie narzucające się :), domowej roboty – chyba nie trzeba więcej przyimków żeby je zareklamować? No dobrze, jakby ktoś miał wątpliwości – oczywiście, że pyszne!!!


Dalsza rozmowa daje więcej informacji o „budzie parkingowej”. Właściciele są tu dopiero od roku, na górze znajduje się wypożyczalnia sprzętu zimowego, o tej porze roku oczywiście nieczynna, prowadzone są rozmowy, żeby zrobić tu też bezpłatny punkt pomocy rowerowej. Przy okazji dzięki uprzejmości właścicieli załapuję się na przedpremierowy pokaz prezentacji ze starymi zdjęciami tego miejsca, jeszcze w czasach, gdy stało tam schronisko (nie, nie mówię o pobliskiej zygmuntówce – tu było kolejne). Włącznie ze zdjęciem z dokładnie takiej perspektywy, jakbym wyglądał przez okno. Docelowo, zdjęcia mają wylądować w ramkach i zawisnąć na ścianach, co ma być jednym z kroków upiększania tego miejsca (ale błagam, zmyjcie te napisy żarówiastym markerem z szyb!!!). Docelowo opłata za parking ma pozostać na poziomie 5 złotych, ale ma to być traktowane w całości jako przedpłata na szeroko rozumianą konsumpcję (a więc, nie tylko praktykowana obecnie herbata, ale także kawa, ciasto – kto co woli). Czy tak będziecie? Pożyjemy, zobaczymy, właścicielom życzę, aby się ten interes rozwinął, bo może to być ciekawe miejsce na postój.
Aha, obiecałem wam wyjawić zagadkę orczyka zagubionego we mgle. Okazuje się, że wśród narciarzy obowiązuje tradycja „czekoladowego zjazdu” (mogłem pomylić drugi człon nazwy, na pewno coś z czekoladą). Gdy już kończy się sezon, gdy śnieg ustąpi miejsca ciapie i błotu (brrr, przedwiośnie... to paskudztwo można celebrować???), niektórzy narciarze wyciągają swoje stare, zajechane narty, których już naprawdę nie szkoda, bo nadają się tylko do wyrzucenia, i „dojeżdżają” je na takich „czekoladowych dniach”. Oczywiście, że człowiek wychodzi z czegoś takiego ubłocony jak po niektórych wędrówkach, ale podobno taka atrakcja zapewnia niepowtarzalne przeżycia. Sam osobiście nie próbowałem, i podobno nie dla początkujących narciarzy (a ja nawet początkujący nie jestem).
A potem już tylko jazda samochodem do domu. W radiu zaczyna grać Enej... „Tak smakuje życie”. W pierwszej chwili pomyślałem, że będzie doskonale pasować do wpisu, potem – że nie, nie, zbyt radosne, zbyt wesołe do tego dnia zadumy. Ale przecież właśnie tak smakuje prawdziwe życie – tajemniczą mgłą, żywymi kolorami natury wybijającymi się z pogodowej szarugi, wysiłkiem i wynikającym z niego zmęczeniem. I oczywiście marchewkowym piernikiem!!!!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wielka Sowa - podejście letnie

Wielka Sowa od zawsze kojarzyła mi się ze śniegiem... kto widział zimowe zdjęcia wieży widokowej, wie o co mi chodzi. Czy udało mi się ją zdobyć do tej pory latem? Ostatecznie już nie pamiętam, za to niezdobyta pół roku temu droga od strony Rościszowa kusiła. Ostatnie podejście nie wyszło z powodu grubej warstwy śniegu, więc może to pretekst, aby latem spróbować właśnie od tej strony?
No cóż, Rościszów nie wygląda już tak pięknie latem. Kolorowa ruderka chowa się w cieniu, samotne drzewo na krawędzi skały przestało być samotne i ginie w oceanie zieleni, o dwupiętrowych soplach lodu można pomarzyć w ten gorący czas... zwiedzanie wioski startowej ograniczyło się do przejechania samochodem i odnalezienia miejsca parkingowego. Tak więc na skraju Rościszowa, tuż przed Lasocinem rozpocząłem swoją wędrówkę. 



Tak, jak zazwyczaj moje wędrówki odbywam w samotności i sporadycznie spotykam jakiegokolwiek turystę, tak tym razem początek drogi stanowił istną odmianę. Choć droga sama w sobie mało popularna chyba i mało wydeptana, to już na wstępie spotykam gromadkę drwali powiększających polanę przed Lasocinem, potem jakąś rodzinę na szlaku, zagubionych turystów pod starą jodłą, nie wiedzących gdzie iść... tak więc szybko mija czas na zielonym, a później niebieskim szlaku gdzieś tak do Młyniska, gdzie utkwiłem ostatnio. Trasa już nie wygląda tak pięknie jak zimą, choć już kawałek za starą jodłą odkrywa swoją prawdziwą naturę. Od kiedy niebieski szlak zostaje porzucony przez towarzyszące mu szlaki żółty i zielony, środkiem drogi wije się wydrążony wodny potoczek. Tak, tak, to pierwsze zapowiedzi czekającej nas stromości, bo woda oczywiście wybiera sobie najkrótszą drogę w dół – czyli najbardziej stromą. Tak więc zadyszka raz po raz daje o sobie znać, upał wzmagany jest gorącem spalanych kalorii a gdy wychodzę na odsłoniętą polankę są chmury chroniące przed słońcem. Jednak całej jej nie udaje przejść się w cieniu, już pod koniec zaczyna świecić słońce, jednak jestem już na tyle blisko granicy lasu, że nie zdąży mocno nagrzać ciała. 



Co do samej drogi – skalne kamienie już dawno uderzają pod starymi podeszwami traperów, a droga wygląda jak na typową górską drogę przystało. Choć chwilowe wyrównania terenu dają na złapanie oddechu na polanie, to kolejne strome podejścia zmuszają do kilkuminutowego postoju. Potem już jednak wychodzę na szczyt, choć jak zwykle mam to w zwyczaju, trafiam od tyłu na płot, który miał nakłaniać turystów do niewchodzenia tam, skąd przyszedłem. 


Wielka Sowa równa się tłumy
Oczywiście na Wielkiej Sowie zawsze są ludzie, tym razem działa nawet sklepik o wyborze ciastek na drogę większym niż sklepik w wiosce (w kwestii czekolad wybór był nawet podobny, ale czekolada na takie upały to oczywiście nie jest dobry pomysł). Krótka rozmowa ze sprzedawcą, potem trochę dłuższa z kilkoma turystami grillującymi przy ognisku która zaowocowała ich do odwiedzenia Wielkiej Sowy zimą, kiedy dopiero pokazuje swoje piękno, krótka sesja zdjęciowa (ilość kierunkowskazów na jednym słupku imponuje), i szybkie zejście do schroniska Sowa. O czym opowiadać po drodze – no cóż, nie bardzo jest o czym, wszystkie cudowne miejsca które znam z zimy wyglądają teraz... tak normalnie-górsko, znaczy pięknie, ale nie cudownie, więc o czym pisać? Nostalgia każe sobie przypomnieć czasy zimowe, i to nie tylko z powodu upałów. Chyba jedynym miejsce które zyskuje nowego uroku jest polana krótko przed schroniskiem Sowa, na której można walnąć się plackiem i zapomnieć o otaczającym świecie... 






Butelkowe kolory

Ja jednak szybkim krokiem zmierzam do Sowy, gdzie czeka na mnie posiłek i cukierkowo słodka i landrynkowo czerwona oranżada rodem z PRL-u. Na posiłek trzeba jednak poczekać, więc uważnie rozglądam się po sali kominkowej. Urocza rysunkowa mapa „100 atrakcji Gór Sowich” zaczyna już niestety świecić białymi plamami wytartymi przez palce turystów, za to sala kominkowa dopiero w środku letniego dnia nabiera przytulnej jasności i przestaje być pomieszczeniem mrocznym. Z pewnością przytulnego mentalnego ciepła dodałby jeszcze ogień w kominku, ale równocześnie podgrzałby temperaturę w sali do naprawdę nieznośnej. Za to z pewnością w tym świetle łatwiej zauważyć kolekcję żelazek z duszą i kolorowych butelek na parapetach okienek dających wgląd do drugiej, zamkniętej salki.

Potęga wiurbexu

Skrzyżowanie szlaków przy Sowie to na pierwszy rzut oka kolejne miejsce które latem traci na uroku w stosunku do zimy. Ciężkie terenowe samochody nie wyzierają już ledwo-ledwo reflektorami spod śniegowej czapy, do rąk nie łasi się wymarznięty kot dla którego każde głaskanie jest próbą skradzenia brakującego ciepła przechodniom... za to dopiero letnia trawa pobliskiej łąki sprawia, że odkrywam stare pomieszczenia dawnego schroniska. Lekko poniżej, przy drodze którą nie idzie żaden szlak (a na tym skrzyżowaniu jest to raczej ewenementem), w dali dostrzegam trochę większą bryłę dawnego budynku schroniska i mniejszą porzuconą chatę góralską z podwójnie spadziowym dachem. No cóż, chyba czułem że w konkursie na Dolnośląski Blog Roku podkreślony będzie temat wi-urbexu, więc i tym razem przyciągnęła mnie ta chata. Pozornie zamknięta z każdej strony, jednak gdy obejdzie się ją z tej najmniej widocznej z każdej drogi strony – to pod zwalonym dachem wielkim otworem pojawia się brak ściany zapraszający do eksploracji starych pomieszczeń. No cóż, środek dnia to chyba nie pora, aby bawić się światłem przebijającym się przez zabite okiennice, ale górne pomieszczenia zdecydowanie niosą ze sobą ogromny potencjał zdjęciowy, i tylko ta drabinka trochę zbyt straszna, aby próbować wchodzić na górę bez żadnej asekurującej osoby. Ale i z drabiny można zrobić już świetne zdjęcie, czego nie omieszkałem uczynić...


Magia powietrza i wody

Potem już szybki powrót do żółtego szlaku i prawie tak płaską jak na równinach żwawo podążam do przodu. Szeroka, płaska droga raczej nie wymaga wysiłku, więc podświadomie podążam tak żwawym krokiem, że nawet nie zwracam uwagi na okolicę. Jednak do mego nosa dociera zapach... trzeba zwolnić i poczuć to niepowtarzalne piękno. Wycinka lasu sprawiła, że na krótkim odcinku powietrze wypełniło się specyficzną mieszaniną zapachu żywicy z lekką domieszką mokrego drewna. Tak, zapach pleśniejącego którego miałem dość pracując w Barlinku i przechodząc codziennie koło suszarni drewna, tutaj dodaje żywicy specyficznego posmaku, zupełnie upiększając efekt końcowy. I tak jak żywicę możecie sobie zebrać patyczkiem z naciętej/okaleczonej sosny i upajać się tym zapachem, tak aby zasłużyć na poznanie tego zapachu, przejść będziecie musieli tysiące kilometrów poprzez lasy, a i szczęście mieć, żeby kiedyś utrafić we właściwy dzień i właściwe miejsce – bo z pewnością dzień przed czy dzień proporcja zapachów nie byłaby tak doskonała. Krótka rozmowa z drwalami upewnia mnie, że nie wytną za dużo drzew (żartobliwa uwaga, że mają sprawdzać, czy leśnik nie pooznaczał za dużo drzew przyjęta została z uśmiechem) i ze stoickim spokojem mogę iść dalej. 


I taką wodą być,
co nawilży twoje wargi,
uwolni kąciki ust, gdy przyłożysz je do szklanki[...]
A kiedy z nieba poleje się żar, poczęstuje chłodem.
Happysad, I taką wodą być


Gdzieś przed kolejnym skrzyżowaniem szlaków natykam się na wodopój. Strumyk w górach to żadna atrakcja, co chwila jakiś przecina drogę. Drewniane „rynienki” przecinające drogę zapobiegające jej rozmyciu też nie powinny chyba nikogo dziwić, jednak cała konstrukcja drewnianej rynienki-źródełka to naprawdę oryginalna odmiana. Gdy próbuję znaleźć najciekawszą perspektywę do zrobienia zdjęcia tego cuda, znów natykam się na moich drwali – tym razem to oni w drodze mijają mnie. Widząc moje zainteresowanie tym obiektem, wspominają, że to podobno najlepsza woda w okolicy. Lekko brunatny kolor wody sugerować mógłby wysokie stężenie żelaza, a tym samym metaliczny smak... rozczarowany rozpoznaję jednak raczej lekko mułkowaty posmak. Dopiero kilka minut poznaję prawdziwą magię tej wody... nie dość, że woda ta bardzo skutecznie gasi pragnienie na dłuższy czas, to jeszcze w przeciwieństwie do soków czy coli, delikatny, jakże przyjemny posmak pozostaje w ustach jeszcze przez długi czas... 




















Drogi wszelakie, czyli powrót

Potem już dalej powrót żółtym szlakiem. Droga kilkukrotnie zmienia swój charakter, od szerokiej ceprostrady, poprzez skrytą bujną zielenią ziemią mającą skłonności do bycia błotem w niższych koleinach, czy poprzez mieszankę ziemno-skalną, z której każdy deszcz tworzy, a następnie wypłukuje urodzajne błoto, pozostawiając jedynie leżące tu od setek lat skaliste kamulce... poprzez takie urozmaicenie „standardnych górskich dróg” pozostaje przejść, aby znowu odnaleźć się koło Młyniska, miejsca, które stało się końcem mojej ostatniej zimowej wędrówki... a potem już powrót koło starej jodły. I tylko się cieszę, że tym razem nie zdecydowałem się na szybki powrót skrótem omijającym zabytkowe drzewo, inaczej ominąłbym jakże ciekawą kępkę rudordzawych mchów, które stały się tematem kolejnej fotograficznej sesji, której efektami będę się z wami po trochu dzielił.