Dziś pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Kalendarzowej, bo niestety we Wrocławiu tej prawdziwej brak. Orkan Aleksandra zdaje się nie narobił wielkich szkód w dolnośląskim, jednak z pewnością przyniósł ciepłe powietrze które rzadko kiedy sprzyja zimie. Co prawda w Karkonoszach jest podobno śnieg, jednak to trochę za daleko na jednodniowy wypad, więc raczej wrzucę dziś zdjęcia z ostatniej wyprawy na Wielką Sowę.
Jednak dziś forma trochę inna - bardziej fotoreportażowa. Bo o czym tu pisać idąc po raz kolejny tą samą trasą? O wielkiej wycince drzew? Bo co ostatnio jestem w tej okolicy, to co rusz coś wycinają... o drodze, która dzięki zwożącym drewno traktorom stała się jednym wielkim błoto-bagnem? A może o nieustającym wyciu pił, które jak już dopadło, to przez dłuższy czas nie mogło odpuścić? Chyba ciężko pisać bałwochwalcze peany na cześć tych paskudztw, więc może lepiej skupić się na czymś wyjątkowym? A trzeba przyznać, że trafiło mi się wspaniałe połączenie dwóch zjawisk pogodowych. Z jednej strony mgły, która niczym ograniczająca widoczność powietrzna zawiesina dodawała podejściu pewnej tajemniczości, niesamowitości a przechodzeniu przez nią dodawała uroku poznawania czegoś nowego... z drugiej - co prawda nie śnieg, ale mróz ścinający tą mgłę, każący jej osiąść na najbliższej możliwej gałęzi, drzewie, krzaku, źdźble trawy... mróz, który odbierał mgle wszelką siłę do dalszej wędrówki i kazał jej przycupnąć w najbliższym możliwym miejscu.
Królowa zima bez problemu przejęła we władanie całą polanę z lekko rozdzielającym ją wąskim pasem drzew. Jednak wgłębiając się w gęstszy już las świerkowy wydawało się, że tu już zima nie dokonała już tak dogłębnych mrożących zniszczeń. Bo wizualnie, drzewa wyglądały jak w okresie jesiennym - dopiero dotknięcie zwalonej kłody przekonywało, że jest całkowicie przemrożona.
Na samym szczycie zima znów była widoczna. Mimo mgły, nie licząc na wielkie widoki, miałem zamiar wejść na wieżę. Jednak nie byłem sam, więc zaczęły się negocjacje.
- A będziemy mieli czas zjeść coś w schronisku?
- Nie, bo robi się trochę późno, a jeszcze kawałek drogi przed nami.
- To jak to, na schronisko nie ma czasu, a na wchodzenie na jakąś wieżę to niby mamy?
I weź tu tłumacz, że na wieżę wejdziemy na max 10 minut włącznie z wchodzeniem po schodach, a wizyta w schronisku wiąże się od razu ze zjedzeniem czegoś - słowem, pół godziny jest nierealnie krótkim terminem. Ale ponowne spojrzenie na zegarek, analiza faktów (bo przecież nie pierwszy raz idę tą drogą), sprawdzenie czy niezbędnik jest kompletny (od wyjazdu w Jurę staram się mieć ze sobą dwie latarki - zamiast obowiązkowych w terenie niezabudowanym odblasków), słowem - możemy zaryzykować końcówkę powrotu w zmierzchu, nocne wracanie nam nie grozi. No więc na górę - i tu miłe zaskoczenie, bo ze względu na mgłę bilety za pół ceny. W sumie, 2 złote to nie jest wielka różnica, ale z drugiej strony miło, że ktoś zwraca uwagę na takie szczegóły, a przecież przy 4 złotych to nie bardzo jest gdzie zaoferować klientowi lepszą promocję.
Oczywiście, na górze widoczności zbyt wielkiej nie było, nawet pobliska wieża radiowa ledwo przebijała się przez mleko, ale warto było wejść. Klimat niesamowity, bo oprócz mgły widać obrośnięte lodem lunety. Tak, te nawiewy śnieżne (a w tym przypadku raczej lodowe) to typowa cecha Wielkiej Sowy...
Dodać należy, że chodząc po górnym podeście chodzi się po podobnych jak na zdjęciu podłużnych od wiatru kryształkach lodu.
Z kolei sam szczyt wyglądał tak:
Tymczasem zejście do schroniska Sowa. Zadziwiające, jak bardzo mieszają się ze sobą drzewa białe od pokrywającego je śniegu z tymi kolorowymi, niepokrytymi szronem. I to, czy są to wiecznie zielone drzewa iglaste (w których igłach wciąż płynie woda, która przecież w okresie zimowym podnosi temperaturę) czy pozbawione już żywych liści drzewa liściaste - zima raczej losowo wybiera sobie które drzewa ubielić, a które pozostawić nienaruszonymi, choć przyznać trzeba, że ze szczególnym upodobaniem wybiera sobie białe przecież z natury brzozy. Trzeba przyznać, że wyczucia smaku jej nie pasuje i drzewa, choć pozornie losowo wybrane, tworzą naprawdę wspaniały efekt. Trzeba dodać, że zima po drugiej stronie szczytu wygląda już o wiele przyjaźniej, z braku mgły i tworzonego przez nią lekkiego półmroku polana na rozdrożu szlaków cieszy raczej zimą radosną.
Trzeba przyznać, że taka połowiczna zima przeplatana z jesienią zawsze wygląda pięknie, zresztą sami sobie przypomnijcie odwrotną mieszaninę z okolic Zamku Książ. Wtedy miałem zimę z dużym dodatkiem jesieni, na Wielkiej Sowie trafiłem raczej na jesień z dużą domieszką zimy. Żeby jednak nie było niedomówień, na większości trasy królowała jednak późna jesień...
Do zamku Cisy próbowałem dostać się
już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo
prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że
musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie
nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od
strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo
„zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy
drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się
wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek
dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś
bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami
wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co
zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co
samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem,
zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy
iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek
drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak
można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe
pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz
pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję
właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz
zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.
Zamek Cisy w swej pełnej okazałości
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z
której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje
dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co
odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku
i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z
poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do
jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry
nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam
wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość
tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele
wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd
jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę
do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku
betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie
nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że
to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż
poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się
przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić
na minimalne zamoczenie nóg.
Tymczasem za rzeką droga powoli
przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z
kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie:
obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa
polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z
kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las
mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne
kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach
przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach
po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką
kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na
butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową
napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które
często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Tymczasem przechodzę obok zbiornika
retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem
przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak
ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do
cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką
kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie
tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym
do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który
notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś
łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie
miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie
chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to
zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.
Kora zabytkowego cisu Bolko
Chyba podświadomie przewidując, że
czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi,
tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa,
a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra
ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz
gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono
przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski
przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół?
Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w
tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak
przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał
mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu
„cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co
totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja
kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą
drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie
zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w
ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok.
Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie
wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi
„drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają
służyć.
Gdy już dochodzę w pobliże Starego
Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze
pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje
rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został
spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras
widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety
spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod
zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten
widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron.
Skoro w
części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo
przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem –
musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się
do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego
ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie
nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i
tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał
takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach
zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie,
które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest
w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z
nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu –
ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek
i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko
ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim
niszczeniem zamku?
Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony!
Ze sromotnym żalem nad rychłym
upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i
tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem
omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym
szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu
pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że
wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią
mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić
mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z
niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc
wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy
pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może
drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury –
nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że
podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ
na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w
specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem
przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się
pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem
prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką
drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na
butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi
brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować,
ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku
można wrócić do domu.
To był deszczowy dzień we Wrocławiu.
Jakoś w tym roku pogoda ma takie dziwne tendencje, że jak akurat
nigdzie nie wyjeżdżam, jak nie jesteś na jakimś konwencie, nie
biorę dodatkowych zajęć w pracy – to bardzo często pogoda jest
„pod zdechłym psem”. Oczywiście, w większość pozostałych
weekendów jest słoneczko i w ogóle – no, ale jak mi zależy na
dobrej pogodzie, to ta złośliwie pokazuje jęzora.
Ale co tam,
ruszyć się czasem trzeba, bo jakiś długi okres przestoju się
napatoczył, poza tymczasem to ciekawie ruszyć się przy innej
pogodzie, może na inne klimaty zdjęciowe się też trafi?
No więc postanowione: mimo deszczu,
słoty, niepogody, ruszam się z domu. Kierunek: południe. Na samym
wylocie dziwne zaskoczenie. No bo wyobraźcie sobie mgłę (bo tak w
ogóle, w czasie gdy na północy Wrocławia padało i było widać
chmury, to tak od rynku na południe zaczynała się coraz gęstsza
mgła...) No więc wyobraźcie sobie mgłę tak gęstą, że gdy
widzisz światła poprzedzającego cię pojazdu, to jesteś od niego
w odległości tylko tyle co bezpiecznej – albo i bliżej. Jako iż
mało kierowców decyduje się na jazdę w taką pogodę – to
widzisz głównie kawałek czarnego, linię ciągłą mieszaną z
przerywaną po prawej, i nic więcej. Wiesz, że gdzieś tam, po
prawej od drogi, jest las – ale mgła jest tak gęsta, że tylko
wiesz, bo pamiętasz, jeśli widać drzewa, to tylko te pojedyncze
stojące przy drodze. I nagle z tej mgły wyłania się kramik,
zaciekawiony co już sprzedają przy drodze, ledwie kątem oka
dostrzegasz napis „truskawki”.
Oczywiście, w maju byłoby to żadne
zaskoczenie, ale wycieczka o której piszę to akurat wydarzenie
sprzed miesiąca, z czasu, gdy nawet te hiszpańskie truskawki
dopiero się pojawiały na rynku, a co tu mówić o polskich? No i
właśnie, truskawki raczej potrzebują słońca, ciepła, za to nie
lubią zbyt dużej ilości deszczów bo gniją... a tu masz,
wilgotność tak wysoka, że nic nie widać, słońca zza tej mgły
nie widać, a oni tu truskawki...
No, ale jadę dalej. Do Łagiewników
droga prosta, nawet po drodze mgła gdzieś się zawieruszyła, dalej
oczywiście od roku nie postawiono dobrych drogowskazów, więc na
czuja bardziej staram się kierować w kierunku Dzierżoniowa, i gps
jak zwykle nie okazuje się zbyt pomocny. W Dzierżoniowe jeszcze
większe zaskoczenie, bo okazuje się, że z bliżej nie znanych
przyczyn połowa miasta zamknięta. Włącznie z rynkiem, przez który
uparcie próbuje mnie prowadzić GPS. Oczywiście, w takich warunkach
należy kierować się drogowskazami objazdów – baa, szkoda, że
ktoś zapomniał ich postawić. Powiem tylko, że po wyjechaniu z
Dzierżoniowa odpowiednim wyjazdem, dalsza droga okazała się
banałem. Na otarcie łez za głupio straconym czasem (bo przy okazji
przeszedłem się po Dzierżoniowie, ale nie specjalnie jest o czym
opowiadać) w miarę podjeżdżania w górę powoli zaczęła wracać
mgła... niestety, na krętej, wąskiej drodze ciężko się
zatrzymać żeby zrobić piękne zdjęcia.
Tak oto dojeżdżam do Przełęczy
Jugowskiej. Na parkingu prawie, że pusto, a jednak okazuje się, że
obsługa pilnuje. Aż się zdziwiłem, że przy tak małej ilości
chętnych chce im się pilnować – ale jak się okazuje, od
niedawna właściciele prowadzą ten interes i tym bardziej zależy
im na tym, żeby klienci się przyzwyczaili do tego miejsca. Tak więc
5 złotych za parking, jednak okazuje się, że opłata zawiera już
ciepłą herbatę w bonusie. Miła odmiana, ale zostawmy sobie ciepłe
napoje na rozgrzewkę po powrocie, bo wilgoć może okazać się
trochę wychładzająca.
Skoro rano powiedzieliśmy sobie: na
południe, to wypadałoby być konsekwentnym – a więc trasa w
kierunku Przełęczy Woliborskiej. Jeszcze tylko konsultacje z
obsługą parkingu, którędy iść (i tu trzeba ich pochwalić) i
można ruszać. Na początek trasa, która wydawała się być
trudniejsza, bo dłuższa. Czyli niebieski szlak rowerowy.
Orczyk-widmo
Szeroka
droga, którą mógłbym przejechać swoim autem, słowem, nie ma o
czym się rozpisywać... STOP!!! Z przodu, tam gdzie drzewa ustępują
miejsca polanie, jakiś dziwny szum. Nie, nie potoku, bo drobnych
ciurków spływających z góry tu pełno. Tak jakby pracował wyciąg
narciarski. I fakt, coś tam stoi, charakterystycznie „wywalony”
dla równowagi słup z kołami napędowymi. Podchodząc bliżej
widzę, że faktycznie, koła się kręcą, widać nawet, że linka
się przesuwa... tylko żadnego narciarza nie widać. Zresztą, co tu
się dziwić, śniegu w tym roku dużo nie było, za to w
międzyczasie już 20-stopniowe upały były, więc roztopiły się
pewnie ostatnie resztki... a orczyk pracuje. Takie surrealistyczne
oderwanie od rzeczywistości: mgła, słaba widoczność, mimo iż to
wielki obszar leśny to ledwo widać najbliższe drzewa, cisza prawie
absolutna, i tylko ten dziwny, jednostajny szum kręcącej się
kolejki.
Bielawska polanka skąpana we mgle
Chwila zadumy i ruszam dalej. Kilometry
szybko mijają pod butami bo podejść ani zejść prawie że nie ma,
jedynie trochę postojów na zdjęcia, bo co rusz próbuję pomęczyć
swój aparat i siebie tą mgłą. Jednak bez żadnych godnych
wspomnienia faktów dochodzę do Bielawskiej Polanki. Całkiem
przyjemne miejsce na postój, jednak wszędobylska mgła raczej nie
skłania do zbytniego zwalniania tempa. Jedynie szybkie zapoznanie
się ze stojącą tu tablicą z mapą (z której wynika, że zaliczę
3/4 trasy nietoperza, kawałek okazuje się, że szedłem równolegle
do niej) i pora ruszać dalej w drogę.
Dalej jednak już nie tą szutrówką,
i to nie tylko dlatego, że mało ciekawa. Po pierwsze, raczej daleko
nią nie dojdę, nawet gdybym długo nią szedł. Po prostu dochodzi
ona do Przełęczy Woliborskiej tak wielkim łukiem, że trasa robi
się 2-3 razy dłuższa. Tak więc teraz już trochę węższą
drogą, wśród głównie świerkowego lasu powoli podążam pod
górę. Gdzieś po drodze sztuczna polanka powstała poprzez wycinkę
lasu, szczyt Popielak ze znacznie większą leśną „łysinką”,
potem zejście i powoli dochodzę do kolejnej Polanki. Z daleka,
wśród mrocznej mgły, powoli wyłania się złowieszczy znak:
wysoki „pieniek” w kształcie, który kojarzyć mi się może
jedynie z okładką gry Diablo. Jak się zresztą okazuje, słupek
raczej nie był nastawiony do mnie pozytywnie, skoro wisiał na nim
zakaz wchodzenia z powodu prac leśnych. Oczywiście, jak zwykle
ostrzeżenie to wisiało w taki sposób, że o ostrzeżeniu dowiaduje
się dopiero wychodząc z terenu ścinki – na szczęście w
niedzielę leśnicy raczej nie pracują.
Czy to znak, że pora zawracać?
Patrząc na mapę i zegarek
równocześnie dochodzę do wniosku, że do samej Przełęczy pewnie
nie dojdę, ale może warto przejść chociaż jeszcze kawałek? Tak
więc czeka mnie forsowanie zalanej drogi, potem trochę bardziej
strome podejście niż ostatnio... to może przejdę jeszcze kawałek?
Tak więc jeszcze kawałek przez rozległy młodnik, kolejny pagórek,
a na jego szczycie całkiem spore zwalone drzewo, tak rozłożyste,
że nie tak łatwo znaleźć jakieś obejście i praktycznie trzeba
przechodzić przez zwalone gałęzie. Przy kolejnym zwalonym drzewie,
tym razem prostszym do przejścia, postanawiam jednak zawrócić, bo
z daleka daje się zauważyć całkiem duża i hałaśliwa grupka,
więc skoro mam nie dojść do kolejnej przełęczy (do Kobylca, czy
poprzedzającego go jeszcze ciut wyższego szczytu chyba mi jednak
trochę zostało), to może teraz już pora zawrócić?
Widok z Bielawskiej Polanki w kierunku na Kalenicę
Tak więc do Bielawskiej Polanki wracam tą samą drogą, a w międzyczasie powoli zaczyna zanikać mgła. Jako iż z powodu mniejszej wilgotności czuć jakby było cieplej, tu postanawiam zrobić pierwszy swój dłuższy postój tego dnia. Tak, tak, wokół mnie pozostają jedynie niedobitki mgła. Wśród mocno przerzedzonych drzew za drewnianym schronem, tylko wśród najdalszych drzew widać jakieś lekkie rozmycie, w pierwszym planie mgły brak. Dumną monotonię rzadkiego lasu iglastego burzą jedynie obszary nasadzeń bukowego młodnika. Jednak w miarę zbliżania się do Kalenicy, powoli wracają drzewa iglaste.
Droga z Bielawskiej Polanki w kierunku na Przełęcz Jugowską
Oczywiście, skoro zaznaczono na mapie,
to na Kalenicy obowiązkowo trzeba było wejść na wieżę widokową.
Choć oczywiście, zaskoczenia nie było – gdy perspektywa pozwala
oddalić horyzont od siebie, mgła daje o sobie znać. Widoczność
kiepska, po trosze o ile pamiętam wieżę już za bardzo zarastają
drzewa, ale z pewnością tego dnia główną przeszkodą była mgła.
Po zejściu z wieży ruszam dalej
szlakiem. Kawałek dalej droga lekkim łukiem omija grupę
wystających z ziemi dużych kamieni. Że akurat miejsce to
odwiedziłem krótko po tym, jak znajomi z Warszawy chwali się
swoimi zdjęciami z Gry o Tron, to i wyobraźnia też już była
lekko ukierunkowana. Jednak gdyby porównywać te trony... ten
filmowy, choć pełen szczegółów kusił przepychem i luksusem
(choć o ironio, nie wyglądał na zbyt wygodny do siedzenia). Ten
naturalny, mimo swej prostoty i minimalizmu (a może to właśnie
dzięki nim) o wiele bardziej kojarzył się z powagą i dostojnością
tego miejsca, a równocześnie przestrzeń i miękka trawa kojarzyła
się z wygodnie rozłożonymi wokół damami dworu.
Tymczasem kawałek dalej doganiam
grupkę, która ruszyła z Kalenicy w czasie, gdy ja próbowałem
podziwiać widoki. Okazuje się, że z Rzeczki wybrali się na Wielką
Sowę, a że już siłą rozpędu... to doszli do Kalenicy. I że ten
rozpęd, to nie taka fajna sprawa, bo potem wrócić trzeba, więc
jak by było ciut bliżej... koniec końców stwierdzili, że jednak
nie będą mnie nakłaniać do jazdy moim małym autkiem w 6 czy 7
osób i wrócą na własnych nogach. Tyle im pomogłem, że
skorzystali z mapy (wybrali się bez), trochę doradziłem w kwestii
wyboru drogi powrotnej, między innymi, że mogę sobie zaoszczędzić
kwadrans drogi nie zaglądając do i tak nieczynnego schroniska. Tak,
parking kojarzyli, głównie z „dziwnie wyglądającej szarlotki”,
co akurat nie poprawiło mi humoru, bo liczyłem, że do darmowej
herbatki dokupię sobie jeszcze jakieś ciasto dla smaku. Kawałek
dalej, i na tej samej szutrówce którą zaczynałem kilka godzin
temu, już w miarę blisko parkingu rozstajemy się. Mi wypada
jeszcze raz pójść kilkadziesiąt metrów „z powrotem” (w tym
samym kierunku co rano – przeciwnie do parkingu), do miejsca, gdzie
szlak zwinnie wywija się w dół. (Tu radzę uważać, to zejście
nie jest zbyt widocznie oznakowane, raczej pamiętałem je sprzed
kilku godzin niż zauważyłem oznakowanie w tym momencie).
Po chwili droga z wąskiego przejścia
między drzewami staje się raczej śladem ścieżki. W końcu wśród
szeroko rozstawionych drzew, w lekki zagłębieniu skoncentrowanym
wokół płynącego niżej strumienia nie ma większego znaczenia czy
idziesz drogą, czy dwa drzewa od niej. I tak oto dochodzę do
nieczynnego schroniska, które w tej mgle wygląda jeszcze bardziej
opuszczenie. Teraz znów kawalątek pod górkę, obok ledwo
wystających ponad ziemię ruin, i wracam na parking.
No właśnie, wracając do parkingu,
dziwnie wyglądającej szarlotki... trzeba przyznać, że krzykliwe
napisy na szybach stojącej na środku budki i to akwarium pod ladą
(na kiego czorta w tym miejscu akwarium???) nie zachęcają do
spędzenia tu miejsca. Środek też jeszcze surowo i mało
klimatycznie wygląda, choć widać, że miejsce można zrobić
ciekawiej i właściciele powoli idą w tym kierunku. W szarlotce nie
dopatrzyłem się ani niczego dziwnego, ani niczego zachęcającego
do konsumpcji, ale ciężko zrobić szarlotkę która swym wyglądem
zachwyci osobę, która nie jest wielkim fanem jabłeczników.
Szarlotka jak szarlotka, czy jest coś „nie-jabłecznikowatego”?
Na szczęście jest: piernik. To lubię. Zaskakujący... gdy wdaje
się z rozmowę z obsługą na jego temat, wychodzi, czemu tak trochę
nietypowo smakuje. Ananas i jeszcze jeden owoc (po prostu nie
pamiętam jaki) to faktycznie to, co skłoniło mnie do zapytania,
ale okazuje się, że ten piernik jest... marchewkowy. Nie, to nie
ciasto marchewkowe, to jednak jest inne, po prostu piernik
marchewkowy. Z ananasem, bakaliami, z przyprawami korzennymi dającymi
się łatwo wyczuć, ale nie narzucającymi się smakiem (chociaż
wolę takie narzucające się :), domowej roboty – chyba nie trzeba
więcej przyimków żeby je zareklamować? No dobrze, jakby ktoś
miał wątpliwości – oczywiście, że pyszne!!!
Dalsza rozmowa daje więcej informacji
o „budzie parkingowej”. Właściciele są tu dopiero od roku, na
górze znajduje się wypożyczalnia sprzętu zimowego, o tej porze
roku oczywiście nieczynna, prowadzone są rozmowy, żeby zrobić tu
też bezpłatny punkt pomocy rowerowej. Przy okazji dzięki
uprzejmości właścicieli załapuję się na przedpremierowy pokaz
prezentacji ze starymi zdjęciami tego miejsca, jeszcze w czasach,
gdy stało tam schronisko (nie, nie mówię o pobliskiej zygmuntówce
– tu było kolejne). Włącznie ze zdjęciem z dokładnie takiej
perspektywy, jakbym wyglądał przez okno. Docelowo, zdjęcia mają
wylądować w ramkach i zawisnąć na ścianach, co ma być jednym z
kroków upiększania tego miejsca (ale błagam, zmyjcie te napisy
żarówiastym markerem z szyb!!!). Docelowo opłata za parking ma
pozostać na poziomie 5 złotych, ale ma to być traktowane w całości
jako przedpłata na szeroko rozumianą konsumpcję (a więc, nie
tylko praktykowana obecnie herbata, ale także kawa, ciasto – kto
co woli). Czy tak będziecie? Pożyjemy, zobaczymy, właścicielom
życzę, aby się ten interes rozwinął, bo może to być ciekawe
miejsce na postój.
Aha, obiecałem wam wyjawić zagadkę
orczyka zagubionego we mgle. Okazuje się, że wśród narciarzy
obowiązuje tradycja „czekoladowego zjazdu” (mogłem pomylić
drugi człon nazwy, na pewno coś z czekoladą). Gdy już kończy się
sezon, gdy śnieg ustąpi miejsca ciapie i błotu (brrr,
przedwiośnie... to paskudztwo można celebrować???), niektórzy
narciarze wyciągają swoje stare, zajechane narty, których już
naprawdę nie szkoda, bo nadają się tylko do wyrzucenia, i
„dojeżdżają” je na takich „czekoladowych dniach”.
Oczywiście, że człowiek wychodzi z czegoś takiego ubłocony jak
po niektórych wędrówkach, ale podobno taka atrakcja zapewnia
niepowtarzalne przeżycia. Sam osobiście nie próbowałem, i podobno
nie dla początkujących narciarzy (a ja nawet początkujący nie
jestem).
A potem już tylko jazda samochodem do
domu. W radiu zaczyna grać Enej... „Tak smakuje życie”. W
pierwszej chwili pomyślałem, że będzie doskonale pasować do
wpisu, potem – że nie, nie, zbyt radosne, zbyt wesołe do tego
dnia zadumy. Ale przecież właśnie tak smakuje prawdziwe życie –
tajemniczą mgłą, żywymi kolorami natury wybijającymi się z
pogodowej szarugi, wysiłkiem i wynikającym z niego zmęczeniem. I
oczywiście marchewkowym piernikiem!!!!
Wielka Sowa od zawsze kojarzyła mi się ze śniegiem... kto widział zimowe zdjęcia wieży widokowej, wie o co mi chodzi. Czy udało mi się ją zdobyć do tej pory latem? Ostatecznie już nie pamiętam, za to niezdobyta pół roku temu droga od strony Rościszowa kusiła. Ostatnie podejście nie wyszło z powodu grubej warstwy śniegu, więc może to pretekst, aby latem spróbować właśnie od tej strony?
No cóż, Rościszów nie wygląda już tak pięknie latem. Kolorowa ruderka chowa się w cieniu, samotne drzewo na krawędzi skały przestało być samotne i ginie w oceanie zieleni, o dwupiętrowych soplach lodu można pomarzyć w ten gorący czas... zwiedzanie wioski startowej ograniczyło się do przejechania samochodem i odnalezienia miejsca parkingowego. Tak więc na skraju Rościszowa, tuż przed Lasocinem rozpocząłem swoją wędrówkę.
Tak, jak zazwyczaj moje wędrówki odbywam w samotności i sporadycznie spotykam jakiegokolwiek turystę, tak tym razem początek drogi stanowił istną odmianę. Choć droga sama w sobie mało popularna chyba i mało wydeptana, to już na wstępie spotykam gromadkę drwali powiększających polanę przed Lasocinem, potem jakąś rodzinę na szlaku, zagubionych turystów pod starą jodłą, nie wiedzących gdzie iść... tak więc szybko mija czas na zielonym, a później niebieskim szlaku gdzieś tak do Młyniska, gdzie utkwiłem ostatnio. Trasa już nie wygląda tak pięknie jak zimą, choć już kawałek za starą jodłą odkrywa swoją prawdziwą naturę. Od kiedy niebieski szlak zostaje porzucony przez towarzyszące mu szlaki żółty i zielony, środkiem drogi wije się wydrążony wodny potoczek. Tak, tak, to pierwsze zapowiedzi czekającej nas stromości, bo woda oczywiście wybiera sobie najkrótszą drogę w dół – czyli najbardziej stromą. Tak więc zadyszka raz po raz daje o sobie znać, upał wzmagany jest gorącem spalanych kalorii a gdy wychodzę na odsłoniętą polankę są chmury chroniące przed słońcem. Jednak całej jej nie udaje przejść się w cieniu, już pod koniec zaczyna świecić słońce, jednak jestem już na tyle blisko granicy lasu, że nie zdąży mocno nagrzać ciała.
Co do samej drogi – skalne kamienie już dawno uderzają pod starymi podeszwami traperów, a droga wygląda jak na typową górską drogę przystało. Choć chwilowe wyrównania terenu dają na złapanie oddechu na polanie, to kolejne strome podejścia zmuszają do kilkuminutowego postoju. Potem już jednak wychodzę na szczyt, choć jak zwykle mam to w zwyczaju, trafiam od tyłu na płot, który miał nakłaniać turystów do niewchodzenia tam, skąd przyszedłem.
Wielka Sowa równa się tłumy
Oczywiście na Wielkiej Sowie zawsze są ludzie, tym razem działa nawet sklepik o wyborze ciastek na drogę większym niż sklepik w wiosce (w kwestii czekolad wybór był nawet podobny, ale czekolada na takie upały to oczywiście nie jest dobry pomysł). Krótka rozmowa ze sprzedawcą, potem trochę dłuższa z kilkoma turystami grillującymi przy ognisku która zaowocowała ich do odwiedzenia Wielkiej Sowy zimą, kiedy dopiero pokazuje swoje piękno, krótka sesja zdjęciowa (ilość kierunkowskazów na jednym słupku imponuje), i szybkie zejście do schroniska Sowa. O czym opowiadać po drodze – no cóż, nie bardzo jest o czym, wszystkie cudowne miejsca które znam z zimy wyglądają teraz... tak normalnie-górsko, znaczy pięknie, ale nie cudownie, więc o czym pisać? Nostalgia każe sobie przypomnieć czasy zimowe, i to nie tylko z powodu upałów. Chyba jedynym miejsce które zyskuje nowego uroku jest polana krótko przed schroniskiem Sowa, na której można walnąć się plackiem i zapomnieć o otaczającym świecie...
Butelkowe kolory
Ja jednak szybkim krokiem zmierzam do Sowy, gdzie czeka na mnie posiłek i cukierkowo słodka i landrynkowo czerwona oranżada rodem z PRL-u. Na posiłek trzeba jednak poczekać, więc uważnie rozglądam się po sali kominkowej. Urocza rysunkowa mapa „100 atrakcji Gór Sowich” zaczyna już niestety świecić białymi plamami wytartymi przez palce turystów, za to sala kominkowa dopiero w środku letniego dnia nabiera przytulnej jasności i przestaje być pomieszczeniem mrocznym. Z pewnością przytulnego mentalnego ciepła dodałby jeszcze ogień w kominku, ale równocześnie podgrzałby temperaturę w sali do naprawdę nieznośnej. Za to z pewnością w tym świetle łatwiej zauważyć kolekcję żelazek z duszą i kolorowych butelek na parapetach okienek dających wgląd do drugiej, zamkniętej salki.
Potęga wiurbexu
Skrzyżowanie szlaków przy Sowie to na pierwszy rzut oka kolejne miejsce które latem traci na uroku w stosunku do zimy. Ciężkie terenowe samochody nie wyzierają już ledwo-ledwo reflektorami spod śniegowej czapy, do rąk nie łasi się wymarznięty kot dla którego każde głaskanie jest próbą skradzenia brakującego ciepła przechodniom... za to dopiero letnia trawa pobliskiej łąki sprawia, że odkrywam stare pomieszczenia dawnego schroniska. Lekko poniżej, przy drodze którą nie idzie żaden szlak (a na tym skrzyżowaniu jest to raczej ewenementem), w dali dostrzegam trochę większą bryłę dawnego budynku schroniska i mniejszą porzuconą chatę góralską z podwójnie spadziowym dachem. No cóż, chyba czułem że w konkursie na Dolnośląski Blog Roku podkreślony będzie temat wi-urbexu, więc i tym razem przyciągnęła mnie ta chata. Pozornie zamknięta z każdej strony, jednak gdy obejdzie się ją z tej najmniej widocznej z każdej drogi strony – to pod zwalonym dachem wielkim otworem pojawia się brak ściany zapraszający do eksploracji starych pomieszczeń. No cóż, środek dnia to chyba nie pora, aby bawić się światłem przebijającym się przez zabite okiennice, ale górne pomieszczenia zdecydowanie niosą ze sobą ogromny potencjał zdjęciowy, i tylko ta drabinka trochę zbyt straszna, aby próbować wchodzić na górę bez żadnej asekurującej osoby. Ale i z drabiny można zrobić już świetne zdjęcie, czego nie omieszkałem uczynić...
Magia powietrza i wody
Potem już szybki powrót do żółtego szlaku i prawie tak płaską jak na równinach żwawo podążam do przodu. Szeroka, płaska droga raczej nie wymaga wysiłku, więc podświadomie podążam tak żwawym krokiem, że nawet nie zwracam uwagi na okolicę. Jednak do mego nosa dociera zapach... trzeba zwolnić i poczuć to niepowtarzalne piękno. Wycinka lasu sprawiła, że na krótkim odcinku powietrze wypełniło się specyficzną mieszaniną zapachu żywicy z lekką domieszką mokrego drewna. Tak, zapach pleśniejącego którego miałem dość pracując w Barlinku i przechodząc codziennie koło suszarni drewna, tutaj dodaje żywicy specyficznego posmaku, zupełnie upiększając efekt końcowy. I tak jak żywicę możecie sobie zebrać patyczkiem z naciętej/okaleczonej sosny i upajać się tym zapachem, tak aby zasłużyć na poznanie tego zapachu, przejść będziecie musieli tysiące kilometrów poprzez lasy, a i szczęście mieć, żeby kiedyś utrafić we właściwy dzień i właściwe miejsce – bo z pewnością dzień przed czy dzień proporcja zapachów nie byłaby tak doskonała. Krótka rozmowa z drwalami upewnia mnie, że nie wytną za dużo drzew (żartobliwa uwaga, że mają sprawdzać, czy leśnik nie pooznaczał za dużo drzew przyjęta została z uśmiechem) i ze stoickim spokojem mogę iść dalej.
I taką wodą być, co nawilży twoje wargi, uwolni kąciki ust, gdy przyłożysz je do szklanki[...]
A kiedy z nieba poleje się żar, poczęstuje chłodem.
Happysad, I taką wodą być
Gdzieś przed kolejnym skrzyżowaniem szlaków natykam się na wodopój. Strumyk w górach to żadna atrakcja, co chwila jakiś przecina drogę. Drewniane „rynienki” przecinające drogę zapobiegające jej rozmyciu też nie powinny chyba nikogo dziwić, jednak cała konstrukcja drewnianej rynienki-źródełka to naprawdę oryginalna odmiana. Gdy próbuję znaleźć najciekawszą perspektywę do zrobienia zdjęcia tego cuda, znów natykam się na moich drwali – tym razem to oni w drodze mijają mnie. Widząc moje zainteresowanie tym obiektem, wspominają, że to podobno najlepsza woda w okolicy. Lekko brunatny kolor wody sugerować mógłby wysokie stężenie żelaza, a tym samym metaliczny smak... rozczarowany rozpoznaję jednak raczej lekko mułkowaty posmak. Dopiero kilka minut poznaję prawdziwą magię tej wody... nie dość, że woda ta bardzo skutecznie gasi pragnienie na dłuższy czas, to jeszcze w przeciwieństwie do soków czy coli, delikatny, jakże przyjemny posmak pozostaje w ustach jeszcze przez długi czas...
Drogi wszelakie, czyli powrót
Potem już dalej powrót żółtym szlakiem. Droga kilkukrotnie zmienia swój charakter, od szerokiej ceprostrady, poprzez skrytą bujną zielenią ziemią mającą skłonności do bycia błotem w niższych koleinach, czy poprzez mieszankę ziemno-skalną, z której każdy deszcz tworzy, a następnie wypłukuje urodzajne błoto, pozostawiając jedynie leżące tu od setek lat skaliste kamulce... poprzez takie urozmaicenie „standardnych górskich dróg” pozostaje przejść, aby znowu odnaleźć się koło Młyniska, miejsca, które stało się końcem mojej ostatniej zimowej wędrówki... a potem już powrót koło starej jodły. I tylko się cieszę, że tym razem nie zdecydowałem się na szybki powrót skrótem omijającym zabytkowe drzewo, inaczej ominąłbym jakże ciekawą kępkę rudordzawych mchów, które stały się tematem kolejnej fotograficznej sesji, której efektami będę się z wami po trochu dzielił.