Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotlina Kłodzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotlina Kłodzka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2014

Wyprawa "aby podeptać śnieg"

Początek trasy na Śnieżnik nie zapowiadał się ciekawie. Chociaż był to już schyłek grudnia, to krajobraz wciąż przypominał późną jesień. Zamiast bieli śniegu, ziemię pokrywał brąz opadniętych liści. Dobrze, że chociaż niebo nie straszyło szarością, jak miało to miejsce dnia poprzedniego.
Droga początkowo też do najciekawszych nie należała. Najpierw asfalt, który w okolicach bunkrów zamieniał się co prawda w drogę „leśną”, jednak wciąż jeszcze przejezdną dla samochodów, i to nie tylko terenowych. Trochę uroku dodawał jej przepływający obok potok, jednak to trochę mało w porównaniu jakie stawiam zimowym górom.
choinka świerkowa
I tak to z pominięciem rozważań nad kierunkiem na jednym zakręconym rozstaju, powoli i bez większych atrakcji docieram do typowo turystycznego schronu leśnego. Ot, drewniany, mocno skośny dach, żeby na konstrukcji nie zbierał się śnieg, w którym można na chwilę przystanąć i odpocząć, przy okazji popijając herbatkę z dodatkiem samodzielniego robionego soku z dzikiego bzu.
Wydawałoby się, że dawno już minął wschód słońca, jednak na niebie wciąż nie było widać złocistej kuli. Pewnie dlatego, że idąc wzdłuż drzew można je widzieć tylko nad sobą – a tu akurat słońce zawita dopiero gdzieś koło południa. Jednak gdy gdzieś między gęstym skupiskiem gałęzi daje się zauważyć jaśniejszą plamę, to okazuje się, że jest ono jeszcze zaskakująco nisko. No i ten zaskakujący kolor pomarańczu, taki nienaturalny... pora jednak ruszać dalej. Na szczęście jednak tuż za chatynką niebieski szlak odbija od ceprostrady aby już dużo bardziej stromą (i dużo bardziej atrakcyjną) dróżką piąć się pod górę Śnieżnika. Gdzieś na tej drodze też powoli pojawia się śnieg...



Skapana we sloncu zimowa polanaa tymczasem zza gałęzi dostrzegam piękno spóźnionego wschodu słońca. W zasadzie ciężko to nazywać wschodem, bo wokół już wydawało by się jasno, jednak plama światła tak odróżnia się od swego otoczenia, że należy zastanowić się, czy to naprawdę na ziemię spłynęło już w pełni jasność dnia, czy może to jeszcze trochę efekt dostosowania się oczu do niewyczuwalnego już delikatnego zmroku? Natomiast kolor światła jest tak piękny, że w pełni doceniłem uroki porannego wstawania w górach. Choć to wciąż pomarańcz, to jednak trochę inny odcień niż tej widziany na postoju, a w połączeniu z poświatą bijącą zza drzew daje wspaniały efekt, jedno z tych wrażeń, które spotyka się tylko czasami na szlaku i chciałoby się do nich wrócić.
Słońce zza zimowych drzew
Na szczęście śnieg okazał się w miarę ubity, ale jeszcze nie lodowato śliski. Dlatego po krótkiej wędrówce wychodzę na na polanę, a właśnie bardzo niski młodnik. Dopiero w tym miejscu wyłania się dosyć szeroka panorama, która na szczęście tego dnia jest doskonale widoczna, a wierzchołki gór wyłaniają się niczym widma z rozmytej mgły u ich podnóża. Krótka sesja zdjęcia i pora ruszać dalej. Tutaj droga już staje się oblodzona, dlatego każdy krok należy stawiać ze szczególną ostrożnością, co i tak nie uchroni przed upadkiem. Na szczęście taki problem pojawia się na krótkim odcinku niezasłoniętego południowego stoku, jednak po krótkim odcinku udaje się wejść w teren otoczony wysokimi drzewami, w którym znów stopy swobodnie mogą deptać po śniegu.

Ślęża - korytarz powietrzny
Ślęża - szlak dla czarownic
Śniegowe przebiśniegi
Przebiśniegi wykonane ze śniegu
W zasadzie stąd dojście do Śnieżnika mogłoby zająć kilkanaście minut. Jednak tuż obok drogi wśród drzew wyłania się mała bezdrzewna łacha, akurat zaczynając od naszej drogi i idąc w dół. Dlatego ktoś z naszej wesołej gromadki postanowił przetestować, czy da się na niej zjechać. Z braku jakiegokolwiek sprzętu zjazdowego (narty, sanki) nie pozostało nic innego jak zjechać na kurtce. Szybkie samodoskonalenie techniki, i okazuje się, że mamy świetną zabawę. Trochę czasu mija, zanim decydujemy się iść dalej, zmęczeni ciągłym wdrapywaniem się przez kopny śnieg do drogi, z której ponownie rozpoczynaliśmy swój zjazd.
W zasadzie od tego miejsca droga już idzie prawie płasko aż do samego schroniska. Tutaj szybki posiłek, i pora iść dalej.

Góra „trudna psychologicznie”

Na szczycie Śnieżnika
Śnieżnik od zawsze wydawał mi się górą niszczącą człowieka psychologicznie. Chociaż nie kojarzyłem masakrycznie długiego ani ciężkiego podejścia, to kojarzyła mi się z drogą nie mającą końca. Że już z radością widzisz jej szczyt, zwiększasz tempo żeby go dosięgnąć, a gdy dochodzisz do miejsca które przed chwilą widziałeś – nagle okazuje się, że to jedynie jakieś przepłaszczenie, a następny „pozorny szczyt” widzisz przed sobą. I z tego co pamiętałem, to takich „szczytów” było kilka, choć nigdy nie pamiętałem ile.
Śniegowy sękacz
Dlatego do tego podejścia nastawiłem się psychicznie. Gdy po krótkim płaskim odcinku droga odbijała w lewo i wspinała się do góry, to całkiem spokojnie pod nią podchodziłem. Jak wspomniałem, droga mocno stroma nie jest, i gdyby nie lekko oblodzone obszary, to w ogóle nie byłoby się czym przejmować. Tak że spokojnie, spokojnie przed siebie, bez szaleństw, bez przyspieszania – systematyczne podejście do pierwszego „przełamania”.
I tu mnie Śnieżnik zaskoczył. Bo owszem, to, co jeszcze przed chwilą wydawało się szczytem, wcale nim nie było, zaraz za nim teren staje się prawie że płaski, jednak przede mną roztacza się panorama charakterystyczna dla Śnieżnika. Po bokach widzę sąsiednie granie, przed sobą – wielką zanieżoną polanę z usypanym kopcem skał na samym szczycie. Więc gdzie te psychiczne pułapki, gdzie te katusze? Czyżby to moja pamięć spłatała mi figla, a nie góra? No cóż, na to wygląda, więc z radosnym entuzjazmem ochoczo wbijamy się na szczyt szczytu, czyli na kamienny kopiec... i tu nagłe zderzenie z rzeczywistością każe trochę jednak spowolnić. Podejście prawie żadne, 3 czy 5 metry po skałkach, więc skoro nie ma wspinaczki, to gdzie tu rozmawiać o wysiłku, tyle, że trzeba uważać na śliskie podłoże. Zresztą podejście jeszcze nie było takie złe, gorzej było z zejściem z tego kopczyka lekko w inną stronę – tu już nie potknąć się i nie wywrócić było dosyć ciężko.
Morawa - jej źródło przyciąga turystów
Spragniony turysta u źródeł Morawy
Wracając do samego Śnieżnika – to ewidentnie góra zasłużyła na swoją nazwę. Już od dawien dawna stąpamy po miło skrzeczącym śniegu. Jednak tutaj śnieg nie tylko leży na ziemi, ze względu na często panujące tu wiatry charakterystycznie oblepia wszystko co wystaje ponad ziemię, jak chociażby paliki szlaku wbite w ziemię. Na każdym z nich narosły niereleguralne zwały śniegu, swą strukturą przypominające ciasto sękacza. Jednak najciekawszą formacją śnieżną okazują się naturalnie stworzone (i całkiem liczne) pola „śnieżnych przebiśniegów”, drobnych, wyrzeźbionych wiatrem i słońcem śnieżnych „kwiatków”, wielkością i kształtem przypominających zbierające się do otwarcia przebiśniegi.
zimowa choinkaW zasadzie tutaj zawsze kończyła się moje wyprawy i pozostawał jedynie powrót na miejsce noclegu. Tym razem za namową znajomych przekraczam czeską granicę. Tutaj już zejście jest całkiem strome, a wydeptany w śniegu „korytarz” jest ewidentnie oblodzony. Dlatego schodząc chyba lepiej iść tuż obok, gdzie buty lekko tylko wpadają w śnieg, na tyle, żeby nie poślizgnąć się na lodzie. Gdzieniegdzie nawet daje się zjeżdżać na nogach lub nawet na kurtce, jednak 
generalnie stromizna w dół jest tak ostra, że próbując zjeżdżać bezpośrednio w dół, a nie wzdłuż wydeptanej drogi, raczej nie dałoby się już zatrzymać. Tak więc jednak głównie na nogach szybko dochodzimy do kamiennej niskiej „chaty”, która okazuje się źródłem rzeki Morawy.








zagubieni we mgle
Zagubieni we mgle
Odczynianie złych uroków pogodowych poprzez pocałowanie słonia
Odczynianie złych uroków pogodowych
Jeszcze kawałek dalej, i na kolejnym płaskim kawałku ziemi znajdujemy resztki schroniska. Chociaż mało co wystaje ponad ziemię, jednak warto zajrzeć do dawnych piwnic. Ściany są mocne i nie grozi im zawalenie, a przejście wszystkich pomieszczeń nawet mimo śniegu wymaga tylko podstawowej ostrożności. Przy mocno wiejącej pogodzie jest to też doskonałe miejsce do odpoczynku i wypicia herbaty, bo wspomniane piwnice są doskonałą ochroną od deszczu i wiatru.No to jeszcze dołączyć do gromadki turystów całujących na szczęście kamiennego słonia (i nie, wcale nie w trąbę się go całuje!), i można wracać na szczyt.

Pamatce Petra Sedlaka, ratowniku z Horskiej Slozby

Tymczasem pogoda ma swoje drobne załamanie. Będąc na szczycie pierwszy raz, mieliśmy piękne słońce i widok na panoramę wokół. W międzyczasie jednak, Śnieżnik powoli zaczął tonąć we mgle, a naprzeciwległy szczyt schował się za chmurą. Na szczęście w czasie rozmowy ze znajomymi pogoda powoli zaczyna się uspokajać, jednak nastrój powoli nabrał klimatu bardziej sprzyjający zauważeniu małego, górskiego grobu i zastanawiania się nad zmiennością pogody.
Forsowanie nieistniejącego potoku
Forsowanie nieistniejącego potoku
Pora na zejście do schroniska. Jako iż mgła sprawiła, że nastrój stał się bardziej melancholijny, to jakoś trzeba było sprawić, żeby oprócz rozgrzanego ciała cieszyła się także dusza. No więc tylko znaleźć odpowiedni skos – i hajda, znowu zjazdy na kurtkach. Chociaż kurtki goretexo-podobne doskonale się sprawdzają w takiej roli, to nic nie przebije nylowego fleku. Tak więc kilka zjazdów w dół, kontrolne porównanie kto ma najlepszy „sprzęt” (czytaj kurtkę) i można schodzić dalej. Jeszcze pamiątkowa sesja z przechodzenia po zwalonym drzewie nad najprawdopodobniej potokiem (dodam, że przejście drzewem raczej odbijało od szlaku niż było jego częścią – ale jak się bawić, to się bawić) i powoli wracamy do schroniska. Pogody ducha (dodam, że wraz z nią i pogoda atmosferyczna się poprawiła) nie mogły już zepsuć nawet tłumy praktycznie uniemożliwiające odpoczynek w środku. Na szczęście jak już wspomniałem, pogoda jest tak dobra, że odpoczynek na zewnątrz nikomu nie przeszkadza.
A potem już tylko zejście, bez żadnych większych atrakcji. Najpierw mieszanką wszystkich dochodzących do schroniska szlaków dochodzimy do Przełęczy Śnieżnickiej. O dziwo, na tej trasie o wiele szybciej niż na niebieskim szlaku, najpierw spod nóg, a później także z otoczenia znika biały kolor śniegu. Potem, szlakiem rowerowo-narciarskim, czyli kolejną drogą usypaną malachitami w dół. Po drodze spotykamy parę, która już bez nadziei upewnia się, że do Jaskini Niedźwiedziej to oni chyba pobłądzili? Tak, tak, pobłądzili państwo, to nie dość że niewłaściwa droga, to na dodatek spory kawałek za daleko. Potem już tylko w dół, w dół, ponownie do szlaku niebieskiego, a następnie wzdłuż poznanego już rano strumyka. Tym razem już za dnia wracamy od betonowych silosów do naszego noclegu w Sądejówce...


herbata na zimowe mrozy
Na śnieg i zimowe mrozy najlepiej pomaga termos z gorącą herbatą

piątek, 31 stycznia 2014

Śnieżnik widziany od dołu

Drabina wgłąb ziemi
Choć kilkukrotnie byłem w Masywie Śnieżnika, to największa atrakcja tego rejonu zawsze chowała się gdzieś niezdobyta. Po trosze dlatego, że jak trafiłem za czyjąś sprawą do tego Masywu to lądowałem w okolicy Międzygórza, gdy jechałem z własnego wyboru – to też właśnie tu ciągnął mnie sentyment. No i ta konieczność rezerwacji miejsc też zawsze sprawiała, że spontaniczny wyjazd nie wchodził w rachubę. Jednak przy okazji spędzanego w Kletnie sylwestra nie podjęcie próby zwiedzenia jaskini byłoby zbyt wielkim wyzwaniem rzuconym mym pragnieniom.
Chociaż początek nie był zbyt dobry. Gdy pytałem znajomych czy zarezerwować bilety (i ile), to nikt nawet nie zauważał pytania. No przecież to dopiero po świętach, to jeszcze dużo czasu, teraz są ważniejsze sprawy. No więc, dobrze, zobaczy się na miejscu.
Na szczęście, już pierwszego dnia znalazła się ekipa pragnąca wymarszu do Jaskini. Tak więc, idziemy naprzód. Niestety, droga z Sądejówki do Jaskinii z założenia jest dostępnym wszystkim asfaltem, bo turyści muszą jakoś dotrzeć i nie zmęczyć się po drodze. Chronicznie nienawidzę chodzenia po asfalcie, ale drogi alternatywnej jakoś nie było widać. Więc mijam porzuconą dawną restaurację, której budynek wręcz świeci szczytowym PRL-em, po drodze jakieś betonowe silosy i inne bunkry, do których koniec końców zapomniałem później pójść w czasie tego wyjazdu. Gdy tylko droga odbija w bok wraz z żółtym szlakiem, to kontrolne sprawdzenie na mapie, tak, tak, powinien dochodzić „gdzieś koło jaskini”. Na pytanie czy na pewno „gdzieś obok” nie oznacza że go ominie, pada odpowiedź „w razie czego zejdziemy na GPS-a”. Na szczęście po krótkim czasie szlak faktycznie wychodzi na plac zabaw charakterystyczny dla wszelkich „podziemnych przybytków” Dolnego Śląska, i choć sam szlak akurat tu odbija w górę, to droga jest już oczywista.

Wyobrażenia zderzone z rzeczywistością

Obraz walki bizona z lwami
Niestety, entuzjazm słabnie po słowach „wszystkie miejsca zarezerwowane. Brak możliwości rezerwacji do końca roku. Zapisać na listę oczekujących?”. Kasjer wyjątkowo niekontaktowy, tylko dzięki maniakalnemu uporowi udało mi się wyciągnąć z niego informację, że przed nami 13 osób już czeka na liście. Słowem: załamka, biletów nie ma, jaskini nie będzie. Na szczęście znajomi przekonali, żeby przeczekać, i te straszne 13 osób ku mojemu zaskoczeniu wbiło się w przeciągu 2 wejść (40 minut). W tymże czasie miałem okazję poznać cały rozgardiasz organizacyjny tego miejsca i zrozumieć, czemu w wejściu, przy kasie, tak ciężko się przepchać do środka. Naprawdę, cały ten natłok można by rozładować wprowadzając tylko lekki porządek. Bo czasem kasjer wyczyta nazwiska z listy oczekujących, czasem spyta „czy ktoś chce kupić bilety” i kto pierwszy ten lepszy. Że nie wspomnę o braku głośników nawet w holu głównym (a już chyba nieosiągalnym cudem byłoby ich umieszczenie w malutkiej „restauracji” na górze). Słowem, „waruj turysto, waruj potulnie, a jak się nie podoba, to wyp...”. Istne komunistyczne podejście do klienta, kiedy to towar był reglamentowany a potrzeby i możliwości zakupowe znacząco przeważały znikomą podaż. Zresztą o restauracji na górze też ciężko powiedzieć coś dobrego, piwo grzane może i było grzane, ale z pewnością nie do zwyczajowo przyjętych temperatur, podobnie jak potrawy. Słowem, istna maszynka do wyciągania kasy z frajerów i nikt nie dba o poziom usługi.

Podwodne jeziorko gdzieś w Jaskini Niedzwiedziej
Podwodne jeziorko wapienne
Pierwszy kontakt z przewodnikiem. Szybkie zlustrowanie „o, państwo mają wykupione trzy pozwolenia, te osoby mogą robić zdjęcia”, szybkie zapoznanie z zasadami obowiązującymi na terenie jaskini, i że w ogóle jesteśmy na terenie parku krajobrazowego, który podlega ochronie, krótki quiz „co wiemy o zasadach obowiązującym w parku krajobrazowym?”. Tylko żeby nie prowokować znajdujących się w pobliżu dzieci postanowiłem nie sprawdzać reakcji pani przewodnik na czającą się już na końcu języka odpowiedź: „w przeciwieństwie do parków narodowych, w parkach krajobrazowych DOZWOLONE jest schodzenie z wyznaczonych szlaków turystycznych”.
A wracając do zezwoleń na robienie zdjęć, zupełnie nie rozumiem ich w obecnych czasach. Kiedyś – tak, to było wymuszenie zakupu pocztówek, dodatkowa kasa dla obiektów turystycznych. Inna sprawa, że jak dla mnie to akurat oczywiste było, że taniej było kupić zdjęcie zrobione przez zawodowca niż męczyć się samemu w trudnych warunkach oświetleniowych i płacić za wywołanie. Obecnie, już nawet pomijając grupę „mam smartfona z „aparatem” i nie zawaham się go użyć”, bezkrytycznie podchodzących do jakości takich zdjęć, i tak większość wolałaby mieć zdjęcie w praktyczniejszej formie cyfrowej. Niestety, jakość pocztówek od czasów tzw. komuny poszła radykalnie w dół, turystom wciska się podfarbowany kicz, więc tym bardziej chciałoby się zrobić zdjęcia samemu. No i trzecie, chyba najważniejsze z punktu widzenia zasadności takiej opłaty: ludzie jak nie muszą, mimo wszystko wolą nie wydawać pieniędzy na takie bajery, co najwyżej ci ze wzmiankowanej grupy będą się tajniaczyć, tak więc koniec końców z takich pozwoleń dochód raczej nie jest jakiś wielki. Za to w przypadku braku takiej opłaty, jeśli już komuś uda się zrobić dobre zdjęcie, to zaraz wrzuci na facebooka, bloga, twitta, pokaże znajomym – słowem, atrakcje turystyczne same odcinają się od darmowej, wszechobecnej i wszechmocnej reklamy wirusowej.

Podziemne piękno natury

Wielkie organy w Jaskini Niedźwiedziej
Wracając do samej jaskini, ta na szczęście sama w sobie zadbała o jakość usługi. Na początku mijasz fajną ekspozycję przedstawiającą prace archeologa, kawałek dalej szkielet prehistorycznego niedźwiedzia i... i zaraz zapominasz o tych atrakcjach. Stalagnaty, którą to nazwę zapewne pamiętacie zapewne z lekcji geografii może i nie robią wrażenia, jednak te stalaktyty i stalagmity są po prostu piękne. Długie, zwisające z sufitu wapienne „sople lodu”, zarówno w kolorze zamarzniętego mleka, jak i mleka zmieszanego z kakao, i wyrastające im naprzeciw zgrubiałe „kominy”, niczym spotykana czasem samotna pionowa skała na środku jeziora. Sprasowana przez ogromne ciśnienie skała co rusz „poci” się przeciskającą się przez nią wodą, która kropla po kropli, kap, kap, skapuje na dół. A że w trakcie przeciskania rozpuszczają się w niej jakieś minerały, to potem część z nich w momencie skapywania zostaje na podwale. I tak atom po atomie, mikrometr po mikrometrze z każdą kroplą narasta taki „sopel”, którego wysokość po setkach lat daje się już mierzyć w centymetrach a nawet metrach. I podobnie na dole, gdy taka kropla spadnie na podłoże, to część wody spływa w dół zostawiając osad z przesyconego roztworu na skale, część wody z rozpuszczonym wapieniem pozostaje na skale i odparowuje w powietrze – a rozpuszczone minerały zostają na powierzchni. Tam gdzie starcza miejsca, powstają zarówno pojedyncze stalaktyty, jak i czasem całe ich pola, wśród których, jak to w naturze, możemy spotkać pojedyncze mutanty. Tak więc wśród pola soplowego nagle znajdujesz jakąś bulwę, którą pani przewodnik uparcie nazywa pieczenią z dzika, a w której nasze wychowane jednak na duchu fantastyki towarzystwo raczej zauważyło serce aliena :)

Mise martwicowe w Jaskini Niedźwiedziej
Końcówki skrzydeł aniołów
w Jaskini Niedźwiedziej
Oczywiście, tak powstają stalaktyty i stalagmity tam, gdzie jest stosunkowo dużo powierzchni. Gdy jednak jej brak, na nierównych załomach ścian powstają jeszcze ciekawsze formacje naciekowe. Woda jak to woda, zawsze szuka najniższego miejsca i zawsze wybiera najbardziej stromą drogę. Czasem milimetry pojedynczego wżeru sprawiają, że cała woda spływa kanalikiem, po trosze rzeźbiąc go swym tarciem, po trosze zostawiając kamienny osad. A gdy potem przychodzi turysta, to widzi coś, co przypomina zamrożony wodospad. No i jeszcze dochodzi dynamika cieczy, ta najgorsza chyba dla studentów mechaniki dziedzina fizyki, a równocześnie dająca jakże piękne efekty w naturze, bez wykonywania Bóg wie jak skomplikowanych obliczeń. Czasem kropla nie może po prostu spaść w dół, jakby się bała spaść w wielką przepaść, tylko jeszcze chwilę klei się do posady, tak szuka, jak jeszcze może zjechać trochę niżej, tak po krawędzi, tak żeby jednak „skoczyć” z trochę mniejszej wysokości. I tak to woda trochę cofa się po krawędzi, trochę zawija się pod przepaść, i dopiero spod spodu spada efektownie w dół. Tak właśnie powstały przepiękne „organy”, tak właśnie powstają przepiękne skrzydła anioła barwione chyba w rozwarstwionej mieszaninie mleka i kawy.
Jednak chyba najpiękniejsze w jaskini są mise martwicowe, takie małe polskie Pamukkale. Po trosze w wyniku rozpryskiwania się wody na stalagmitach, po trosze w wyniku ciągłego parowania i odparowywania, w wodzie powstają takie drobne „miski”, które dzielą podziemne jezioro na kilka mniejszych. Wewnątrz każdego z nich czasem nieregularnie narasta „mała rafa koralowa” (oczywiście mówię tutaj wyłącznie o zjawisku geologicznym odbywającym się bez udziału koralowców). Co jednak najciekawsze jest w całości, to ich górne zwieńczenie, które wygląda jakby ktoś przeciął je nożem, jakby ktoś rozkroił wapienną kulę aby zajrzeć do jej środka. Z czym to jeszcze można skojarzyć? Z warstwicami jeziora naniesionymi w terenie, tak, jakby ktoś w regularnych odstępach od dna robił coraz to kolejne warstwy dzielące je na strefy wpływów...
I tylko nietoperka szkoda, gdzieś sobie na zimę przysnął w jaskini, a gdy przyszło ciepło... może i nawet się obudził, jednak zachłannie zabierający przestrzeń wapień powoli przymurował część jego ciała. Podobno na wiosnę jeszcze było go widać, pod koniec roku widoczny był tylko niczym wapienna narośl wystająca ze ściany, pewnie za rok nie będzie nawet śladu po nim...



Krótkie wyjście na powierzchnię

Nic, co dobre, nie trwa wiecznie, poprzez system wiatrołapów wychodzimy na zewnątrz. Została na dziś jaskinia uranu, i choć słońce już dawno nie stoi w zenicie, jesteśmy dziś jeszcze ją zrobić. Znajomy na swoim garminie robi szybkie rozeznanie w sytuacji i przedstawia dwa warianty: asfalt, powrót do skrzyżowania i atak na jaskinię (słowem: zło, zło, jedno wielkie zło), albo „tu kawałek na azymut, na górze dojdziemy do drogi, i tą dojdziemy już prawie do kopalni”. Słowem, lekko, prosto i przyjemnie, na dodatek nie asfaltem, zwłaszcza po wypowiedzianym lekkim tonem „da się” wybór był chyba oczywisty. Nawet dla początkującej turystyki w różowej kurteczce i kozaczkach o tym samym kolorze.
Strumyk spływający ze zboczy Czarnej Góry
W terenie to „da się” już wyglądało trochę... wykrętnie powiedzmy że ciekawiej :) Stromo, mokro, ślisko (pamiętajmy, że tej zimy jeszcze nie wspominałem o śniegu – i nie bez powodu dopiero przy następnej wycieczce dopiero o nim powiem – a więc ślisko oznacza rozmoknięte, butwiejące liście i rozmokniętą ziemię – no, ale lodu na szczęście nie ma :), na szczęście wysoka przebieżność (nie lubię tego wskaźnika na mapach biegów na orientację, bo wskaźniki procentowe nic mi nie mówią – ale znaczenie jest chyba oczywiste: wysoka przebieżność to w miarę rzadko rozstawione wysokie drzewa, brak niskich drzewek, krzaczków, malin, jeżyn i innych przeszkadzajek). Po prawej w górę wżyna się wąwozem szeroki strumień, nam pod nogami ciągle plącze się jakiś pomniejszy wodospływ, do góry, do przodu przed siebie... STOP!!! Nagle dosyć ciekawe zjawisko. W parowie zebrały się liście, co samo w sobie jeszcze nie jest niczym ciekawym. Jednak gdy trafił na nie strumień, to nagle zwodniczo przestał być strumieniem. Nie ma jeziorka, nie ma kałuży, nie ma nawet strumienia... jest kupa leżących na sobie liści, pomiędzy którymi, całym ich przekrojem przesącza się nasz strumyk. A że od wilgoci liście szybciej butwieją, tracą na elastyczności, zapadają się i zbijają – to wychodzi całkiem ciekawe przepływowe mini-bagienko o średnicy kilku metrów. Oczywiście, w praktyce oznacza to pułapkę. I choć z wierzchu wygląda to jak kociołek pełen jesiennych liści, to nagle okazuje się że wstąpiłeś butem w tą składającą się głównie z wody bryję aż po samą krawędź wysokich traperów i woda już przelała ci się górą. Na szczęście takiego obrotu sprawy udało się uniknąć, próbę sforsowania pułapki odpuściłem sobie po drugim kroku.
Sprzęt ucieczkowy w kopalni uranu w Kletnie
Sprzęt ucieczkowy w kopalni uranu w Kletnie

Znów wędrujemy ciepłym krajem,

malachitową łąką morza.
Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.

Znów wędrujemy, Grzegorz Turnau

Po drodze jeszcze tylko jakieś radosne udawanie wielkiej wędrówki smerfów (a daleko jeszcze, papo Smerfie? :), i bez większych przygód docieramy do obiecanej drogi. Różowe kozaczki początkującej turystki już dawno kolorem przestają straszyć zwierzęta, różowa kurtka wciąż nie nosi żadnych śladów maskowania, czyli: coś się działo, nie było źle, słowem: tak jak obiecano, „da się”. Nawet bez strat w ludziach czy sprzęcie!
Górniczy kaganek Dla przeciętnego oka droga niczym nie różni się od innych krętych górskich dróg wijących się niczym węgorz wzdłuż jakiejś warstwicy, jednak nie będzie przesadą mowa o malachitowej drodze. Wśród kopanych butami drobnych kamyków doświadczone oko geologa co chwila zauważyłoby malachity, większości znane jako przepiękne zielone kamienie szlachetne. No cóż, co chwila kopane kamyki nie mają żadnej wartości materialnej, ich szlifowanie u specjalisty kosztowałoby więcej, niż za nie można by dostać, ale jak to brzmi „ze stromego bezdroża wyszliśmy na gładką malachitową drogę”. Radość nie trwała jednak zbyt długo, bo zaraz okazuje się, że kopalnia „to gdzieś tam” (oczywiście wyposażona w garmina ręka „Papy Smerfa” zdecydowanie wskazuje kierunek inny niż droga). Na szczęście, tutaj już jest trochę mniej stromo, więc mimo licznych wykrotów i wyciętych, zwalonych drzewek, daje się nawet lekko zbiegiwać. Powoli już zmierzchało, więc niektórzy oszuści nawet próbują oszukiwać czołówek, jednak jak dla mnie, to pora zbyt wczesna, a światło czołówki wciąż jeszcze bardziej rozprasza się w świetle słońca niż cokolwiek daje. Ale jak ktoś lubi to kto mu zabroni?
Górniczy kaganek w kopalni uranu w KletnieDo kopalni uranu trzeba chwilę poczekać, bo poprzednia grupa dopiero co weszła, za to przynajmniej nie trzeba mieć rezerwacji. Jeszcze tylko radosne hasło „moja grupa z Sądejówki proszę na końcu”, okazało się, że faktycznie spotykamy też tą „mniej naszą” część naszego sylwestra (sylwester był zorganizowany na zasadzie skrzyknięcia się kilku grupek, z których pojedyncze osoby znały się z pozostałymi grupkami, oczywiście później to się trochę bardziej pomieszało), no tylko skąd ich przewodnik kopalniany zna? Nie ważne, choć pod koniec tekstu wszystko się wyjaśni. Na razie wchodzimy do kopalni.
Sprzęt górniczy
Kopalnia... jak kopalnia. Choć wszystkie są do siebie na tyle podobne że ciężko pisać o każdej co innego (a kopalnię złota już opisywałem), to oczywiście powstrzymałbym się od stwierdzenia, że kto widział jedną, widział wszystkie. Oczywiście, chodniki wszędzie są takie same, ale skały trochę inne, wystawki inne, o innych rzeczach opowiadają przewodnicy, wreszcie inne są „atrakcje dodatkowe” (wąskie lub niskie chodniki, podziemne wodospady, głębokie przepaście...), słowem, każda warto zobaczyć. No i fatalistycznie brzmiący „uran” też robi wrażenie, chociaż szkodliwego wpływu promieniowania nie ma się co obawiać we WSZYSTKICH kopalniach uranu w Polsce. Za inne kraje, w szczególności za te na wschód od naszej granicy, raczej nie odpowiadam. Co zapamiętałem z tej kopalni? Kolekcję ceramicznych kufli, wystawkę wyposażenia górnika, w szczególności sprzętu ucieczkowy i dawnych kaganków i lamp, które w tych warunkach dosyć szybko nabierają ciekawego, rdzawego kolorytu. No i uroczego nietoperza, który na miejsce swego odpoczynku postanowił wybrać sobie komin nad trasą turystyczną, dzięki czemu każdy turysta mógł go sobie obejrzeć. Niestety, zdjęciem się nie pochwalę - mój aparat nie chciał się na niego ustawić, a nie było czasu na nastawy ręczne.
Na koniec zwiedzania zdajemy kaski, wychodzę korytarzem do przodu i... co jest? To już powinno być wyjście, nie przypominam sobie żadnej większej komory za tą z kaskami, droga odbija na prawo i na lewo, którą wybrać, zdezorientowany próbuję chwilę poczekać na przewodnika, dopiero po chwili do mnie dochodzi: JA JUŻ JESTEM NA ZEWNĄTRZ, po prostu przez ten czas słońce zaszło już do końca za horyzont i tu po prostu jest już tak ciemno. No dobra, więc schodzimy do asfaltu, asfaltem w dół, tylko sporadycznie mijają nas samochody, co akurat dziwi – bo trochę turystów było w środku, trochę samochodów stało na parkingu, a my już dłuższą chwilę idziemy. 
Dawno zrudziałe wyposażenie górniczeZ tyłu podskakuje czyjaś czołówka, zarys drogi co prawda jest widoczny, mimo to sporadycznie też ją sobie doświetlam aparatem (lampa szukania ostrości jest całkiem fajną latarką, na kilka sekund wystarczy nie dociskać przycisku aby nie zrobić zdjęcia). Gdy tylko lampka gaśnie i wokół znów robi się ciemno, najwyraźniejsze szczegóły drogi wciąż pozostają wypalone gdzieś na dnie siatkówki, więc nie trzeba co chwila świecić przed siebie, i nagle nasz przewodnik mówi: to tu przez łąkę, nie ma sensu nadrabiać asfaltem. Fakt, mimo iż obniżenie nie jest tu wielkie, to asfalt obchodzi polanę ogromnym łukiem, jednak na szagę, przez te zwalone drzewa? Co prawda, tak, mamy czołówkę, ale jedną na pięć osób, więc to chyba trochę ryzykowne? Co gorsza, tempo narzucone lekko biegowe, więc potknąć się łatwo, a samemu mi się wracać nie chce... na szczęście doświetlanie przedpola aparatem świetnie się sprawdza, do tego korona drzew już nie zasłania światła księżyca i gwiazd, droga okazała się lżejsza niż się zapowiadała. Jeszcze tylko ostatni kawałek asfaltem, który o takiej godzinie wyjątkowo jest miło widzianym podłożem (głównie ze względu na brak niewidocznych w nocy nierówności terenu i w miarę wyraźny zarys drogi – w najgorszym wypadku chociaż po wyraźnie odcinających się od nieba ciemnych wierzchołkach drzew), i jesteśmy z powrotem w sądejówce.

Przewodnik na tle kolorowej ściany w kopalni uranu w Kletnie
Przewodnik w kopalni uranu akurat obrócił latarkę,
gdy chciałem mu zrobić zdjęcie
Poranek, wszyscy jeszcze śpią. Schodzę na dół, jeden czajnik już się wygrzewa na kuchence gazowej, drugi zalewam do pełna i stawiam na palniku obok. Do pierwszego, prawie pustego, też dolewam, bo zaraz się wszyscy pobudzą i będą chcieli kawy/herbaty, a na tym gazie to cała wieczność ugotować wodę. Za chwilę przychodzi właściciel Sądejówki, poburczał pod nosem „Przecież człowiek musi zdążyć do pracy” i odlewa z czajnika prawie całą wodę, zostaje trochę więcej niż na jeden kubeczek herbaty. Ta twarz jakaś taka mi znajoma, jakby przypomina wczorajszego przewodnika z kopalni, i jeszcze to „moja grupa z sądejówki”... niestety, choć akurat chciałem zrobić mu zdjęcie w kopalni to zupełnie przypadkowo akurat się obracał w stronę niekomponującą mi się z resztą zdjęcia, albo światło akurat ktoś zasłonił czy odsłonił, no słowem, nie dawało się, więc nie miałem jak dla pewności porównać i takie drążące zapytanie pozostawało: czy to ten sam człowiek, czy tylko podobny i przypadkowa zbieżność faktów, czy los zaczyna się pastwić nad mym umysłem. Koniec końców okazało się, że jednak ten sam człowiek :)

Zrudziały, dawno już nieczynny kaganek na podłodze w kopalni uranu w Kletnie
Oczywiście, drobne naburmuszenie wynikające z niedospania było uzasadnione, nie mogę nic złego o nim jako o gospodarzu sądejówki powiedzieć, jako przewodnik kopalniany – w kwestii wiedzy merytorycznej stoi na poziomie trochę wyższym od przeciętnego, jako osoba opiekująca się grupą zdecydowanie błyszczy na tle przewodników z Jaskini Niedźwiedziej, a powyższą anegdotkę przytaczam raczej jako anegdotkę na przypadkową zbieżność niż narzekanie na czyjeś poranne niedospanie :)

czwartek, 6 grudnia 2012

Zanim spadł śnieg...


Dziś znów spadły jakieś drobiny śniegu, choć główną uciążliwością okazał się lód. Dla tych, którzy nie chcą się pogodzić z tymi utrudnieniami - na pocieszenie zdjęcie z epoki "przedlodo(wco)wej" :)

niedziela, 14 października 2012

Najpiękniejszy (nie)zamek województwa dolnośląskiego

Pałac Marianny Oriańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim zamkiem zdecydowanie nie jest, choć patrząc z zewnątrz niejednemu mogłoby się wydawać inaczej. Styl neogotycki, w którym został zbudowany jest jedynie imitacją średniowiecznych budowli obronnych, choć trzeba przyznać że bardzo dobrą imitacją. Choć stanowi wyraźny punkt panoramy Kamieńca, to już okazuje się mocno schowanym obiektem gdy znajdujemy się dosyć blisko niego. Jak na prawdziwy pałac przystało, otoczony jest wielkim parkiem, który bardzo skutecznie maskuje jego wielkość. Tak naprawdę, będąc już w parku jego piękno możemy docenić tylko z dwóch boków: od frontu (choć trzeba przyznać, że od tej strony główną uwagę przyciągają zasłaniające go arkady) oraz od znajdujących się z tyłu reprezentacyjnych tarasów. Jednak i z boków wygląda on dosyć ciekawie, bo choć nie widać całości, to uwagę przyciągają interesujące elementy budowli, takie jak chociażby okrągłe baszty. Także na jednym z boków, gdzieś w krzakach podobno wciąż można odnaleźć wywróconą rzeźbę Don Kichota i Sancho Pansy, pozostałość po jednym z plenerów artystycznych z początku tego wieku. 


Trzeba przyznać, że pałac nie miał szczęścia do właścicieli. Oczywiście pierwszą właścicielką była jego inicjatorka, księżna niderlandzka Marianna Oriańska, a właściwie Wilhelmina Fryderyka Ludwika Karolina. Choć początkowo zaręczyła się z wygnanym księciem szwedzkim Gustawem Wazą, to dzięki presji dyplomatycznej króla Szwecji zaręczyny zostały zerwane. Dlatego kilka lat później została żoną swego brata ciotecznego, Albrechta Pruskiego. Nie dane jej było szczęśliwe małżeństwo. Ona, nie pasująca raczej do wojskowego drylu charakterystycznego dla jej męża, i on, znacznie od niej głupszy i mniej inteligentny, za to bardziej wpływowy. Gdy on mógł dobierać sobie coraz to nowe kochanki zdradzając swą żonę, ona nie mogła mu się nawet odwdzięczyć pięknym za nadobne, bo przecież któż to widział zdradzać władcę pruskiego? Takie pseudo-małżeństwo trwało 15 lat, kiedy to uciekła ze swym masztalerzem do Holandii. Wzbudziło to ogromne oburzenie władców Prus, a gdy do tego okazało się, że księżna ma urodzić dziecko stajennemu chłopkowi, to oprócz rozwodu orzeczony został zakaz wjazdu na teren Prus na czas dłuższy niż jeden i każdorazowego meldowania się na policji. Na szczęście pałac stał blisko granicy czeskiej, tak więc księżna zakupiła pałac we wsi Bila Voda, skąd mogła udawać się do swego pałacu po czym wracać w przeciągu zarządzonego okresu. 



Po śmierci pierwszej właścicielki, pałac przez kilkadziesiąt lat należał do rodziny Hohenzollernów, aby później w przeciągu kilku lat stać się nazistowskim magazynem. Po przejęciu terenu przez władze radzieckie, pałac został podpalony w „akcie odwetu za okrucieństwo Hitlera” (oczywiście po uprzedniej kradzieży dokonanej przez Rosjan), a okolicznej ludności, w dużym stopniu wciąż niemieckiej, zakazano podejmowania prób gaszenia pałacu pod groźbą kary śmierci. W dalszych latach pałac był systematycznie rozgrabiany i niszczony zarówno przez szabrowników, jak i lokalnych meneli, a władze odpowiedzialne za ten teren niejednokrotnie przymierzały się do jego wysadzenia jego murów pod pretekstem zniszczenia rzekomej kryjówki śmiertelnie groźnych opozycjonistów-terrorystów. Ogromu zniszczenia dopełniła propagandowa akcja „cała Polska odbudowuje stolicę”. 







Tak więc do lat 80-tych zaniedbany pałac niszczał bezustannie, aż znalazł się pasjonat, były naukowiec Akademii Rolniczej w Poznaniu, Włodzimierz Sobiech. Trzeba przyznać, że to postać równie kontrowersyjna i znana w okolicy, jak twórczyni pałacu, Marianna Oriańska. Choć z jednej strony włożył ogromne pieniądze w remont zamku, to często robił to praktycznie bez jakichkolwiek konsultacji z konserwatorem zabytków, a nawet wbrew jego woli. Niestety, gdzieś w połowie pierwszej dekady naszego wieku znacząco podupadł na zdrowiu, a pałac przez pół dekady znów stał zaniedbany. Jeszcze w trakcie jego ciężkiej choroby podejmowano wysiłki celem unieważnienia umowy najmu, aby rok po jego śmierci zamknąć wszystkie sprawy spadkowe. Obecnie od dwóch miesięcy pałac w pełni wrócił pod władanie gminy, która planuje jego ponowne udostępnienie do zwiedzania jeszcze na wiosnę następnego roku. Niecierpliwych jednak uprzedzam: nawet gdy przejdą przez stosunkowo słabo zabezpieczone ogrodzenie od strony tarasów, to odpowiedzialna za ten teren firma ochroniarska przyjeżdża na miejsce w ciągu kilku minut i nakazuje opuszczenie terenu. Kilka minut, które wystarczą aby zakochać się w tym pałacu i docenić jego ukryte, zniszczone piękno, lecz za mało aby w pełni docenić zamysł architektoniczny Marianny Oriańskiej... No cóż, choć drobną osłodą są nadwyrężone, choć wciąż jeszcze całe ozdoby na terenie parku otaczającego pałac. 

środa, 10 października 2012

Tajemniczy wodospad


Tajemniczy wodospad płynący gdzieś wewnątrz budynku... zagubione schody, które z pewnością dokądś kiedyś prowadziły... dziś wszystko porasta zieleń natury, która z czasem odbiera człowiekowi to, co kiedyś on od niej zagrabił...

Miejsce: Złoty Stok, wąwóz od kopalni do Skaliska

środa, 19 września 2012

Szczęścia szukaj na szlaku (Dzień dzikiej flory, fauny i naturalnych siedlisk)

Dziś Dzień dzikiej flory, fauny i naturalnych siedlisk.
Z tej okazji zdjęcie "Szczęścia szukaj na szlaku" - czyli siedlisko kończyn gdzieś przy żółtym szlaku między Błędnymi Skałami a Bukowiną Kłodzką. Wam pozostawiam sprawdzenie, czy znajdziecie wśród nich tę czterolistną.

sobota, 15 września 2012

Góry Stołowe na ludowo


Skansen dawnych sprzętów w Wambierzycach 

Będąc w Wambierzycach, warto odwiedzić mini-skansen na ulicy Wiejskiej 52. Choć mapa wskazywała coś innego, praktycznie jest to już zachodni koniec wioski, całkiem sporo zarówno od wambierzyckiej świątyni, jak i dużego parkingu w pobliżu kościoła. Co prawda na piechotę można przejść, jednak wracając zdarzyło mi się zabrać na stopa ojca rodziny, któremu zarówno żona, jak i dzieci zbuntowały się twierdząc, że spacer w jedną stronę im wystarczy. Więc musiał sam wracać na parking aby zabrać swój samochód i odebrać zbuntowaną dziatwę i żonę. Tak więc zmotoryzowanym zalecam nie kombinować i twardo jechać samochodem do samego skansenu (miejsc parkingowych mnóstwo), a siły zostawić na późniejsze spacerowanie po otaczających górach. 
Wracając do samego skansensu: już na wstępie wita nas stary traktor z 1954 roku. Choć na zdjęciach które widziałem wcześniej wygląda on... no, jak taka „pokazywajka dla mieszczuchów, co to na wieś przyjechali traktora oglądać”, czyli źródło ironii i podśmiewajek ze strony mieszkańców wsi w kierunku przybyłych z miasta. W rzeczywistości  coś w nim jest, choć stoi tak niefortunnie, że faktycznie przy robieniu zdjęć trzeba się chwilę pobawić nastawieniami, żeby wyszło dobrze. 
Oczywiście, ciężko skansenem nazywać podwórko z jednym traktorem. Tak więc eksponatów jest tu więcej – niestety, pierwsze odwiedzone pojedyncze izdebki nie zachęcają do zwiedzania. Eksponatów jest dużo... dużo za dużo do pokazywania ich w tak małych pomieszczeniach. Niestety, przypomina to typowe muzeum, w którym eksponaty leżą jeden przy drugim, a całość nie tworzy żadnego ciekawego klimatu. Z pewnością dociekliwy muzealnik doceni wielkość kolekcji, dla przeciętnego zwiedzającego czytanie „mądrych tabliczek” nie stanowi przyjemności. Może lepiej odpuścić było sobie tematykę poza-skansenową i skupić się na mniejszych, za to tworzących całość wystawkach rolniczych? 
Gdy jednak przejść do właściwego domu wiejskiego, sytuacja ulega znacznej poprawie. Choć często ekspozycje nie przypominają typowych wiejskich kuchni czy izb (bo nikt nie trzyma wszystkich garnków na wierzchu, a w szafie), to jednak eksponaty nie są już tak upchnięte, ba, tworzą już jakąś całość. To doceni już także przeciętny odwiedzający. Mamy tu zarówno zwykłe sprzęty, takie jak wrzeciona, wagi kuchenne, różne słoje, butelki, buteleczki do przechowywania żywności, ceramiczne garnki, itp., jak i całą konstrukcję żaren mechanicznych napędzanych zwierzęcym kieratem. Tak, szczególnie pierwsze piętro głównego domu wystawowego mi się podobało. 
Idąc dalej w kierunku mini-zoo, mijam półotwarte „garaże” na sprzęt do uprawy roli. Niestety, tu już w szczególności widać brak miejsca na upchnięcie tych wszystkich, jakże cennych eksponatów. Miejsce to wygląda raczej jak zapomniany składzik odpadów, do którego coś się dopycha, wciska, żeby weszło, i nie zastanawia się, jaki tam powstaje bałagan. Niestety, takie właśnie były moje wrażenia po zobaczeniu tej, potencjalnie jakże ciekawej części skansenu. 
Pozostaje jeszcze zwiedzenie mini-zoo. Tutaj typowe polskie zwierzęta zarówno leśne, jak i domowe, pomieszane są ze zwierzętami egzotycznymi. Tak więc są jelenie, sarny, bażanty, kozy... i tylko dzięki temu pomieszaniu można zobaczyć czasem nietypowe sceny podwórkowe. Bo z pewnością każdy, kto spędził trochę czasu na wsi, widział bójkę koguta z gęsią. Jednak walka staje się ciekawsza, gdy po jednej ze stron zadeklaruje się duży struś emu. 
Zwierzęta są na tyle ufne, że większość można spokojnie karmić trawą zbieraną spod nóg. 
Aha, no i zapomniałbym o ostatniej, nietypowej atrakcji – ścianie udekorowanej ogromną ilością różnych „urzędowych” tabliczek, typu „urząd gminy”, „komenda milicji” itp. 
Niestety, ogromną wadą tego skansenu (zwłaszcza z punktu widzenia fotografów) jest ogromna ilość szyb odgradzających od każdego eksponatu. Przy naturalnym, słabo rozproszonym oświetleniu wpadającym przez nieliczne, oddalone od wielu eksponatów okna, na szybach oczywiście powstają liczne refleksy co utrudnia nie tylko fotografowanie, ale nawet podziwianie zgromadzonych zbiorów. 


Szlak Ginących Zawodów w Kudowie-Czermnej 

Po wizytach w warsztatach rzemieślników w Kairze, bardzo liczyłem na tą atrakcję. Bo rzemieślnik przy pracy to wdzięczny temat nie tylko zdjęć. Jest coś fascynującego w tych starych zawodach, w tworzeniu przedmiotów i ozdób które wymagają nie tylko wysiłku, ale i pewnej wprawy, dokładności i delikatności wykonania. To nie to co bezduszne wlanie roztopionego plastiku do formy i trzaskanie tysięcy dokładnie takich samych wiaderek, koszów na śmieci, zabawek. Tu każdy przedmiot wymaga od swego twórcy włożenia w niego kawałka swojej duszy. 
Niestety, to miejsce stworzone z wielkim rozgłosem za unijne pieniądze mocno rozczarowuje. Nie spotkasz tu artysty skupionego nad swym dziełem, a jedynie wyrobników trzaskających setki prawie takich samych sztuk. Niepowtarzalność nie wynika z kaprysów artysty, z podejścia „a teraz sobie trzasnę niebieski szlaczek zamiast zielonego i zobaczymy co wyjdzie” - niepowtarzalność to jedynie ułomność tutejszego procesu twórczego, niedokładność wykonującego swe ruchy „robocika”. „Robocika” czyli człowieka który przychodzi na ileś tam godzin do pracy, odbija kartę przed i po i sprawdza czy wypłata pojawiła się na koncie 10-tego. Nie ma podejścia „a dziś mam humor na doniczki, a jutro na wazoniki” - co tyle i tyle czasu kolejny pokaz, robimy wazonik, sprawdzamy czy jakieś dziecko nie chce (za dodatkową opłatą) wykonać czegoś samodzielnie, pomoc dziecku... kilka minut wolnego i wracamy do kieratu. 
To jeśli chodzi o garncarza. Choć to tylko przyuczony wyrobnik, a nie doświadczony rzemieślnik, to i tak jest to maksimum na które możemy liczyć w skansenie. W domu piekarza jest tylko „pradawna” gastronomia, w chacie kowala – enigmatyczna karteczka mówiąca że pokazy odbywają się gdy jest wystarczająco dużo osób. Co to znaczy wystarczająco dużo osób? Skoro na garncarzu sala była dosłownie wypełniona, a już w trakcie pokazu za drzwiami zbierali się chętni na kolejny pokaz, to ile musi być osób na kowala? Poza tym, skoro dom piekarza, to czemu kwas chlebowy nie jest „domowy”, robiony samodzielnie, a taki „marketowy”, z plastikowej butelki robiony na hektolitry sposobami pewnie mającymi mały związek z dawnymi recepturami. Bo skoro już ktoś wpadł na pomysł zrobienia tego typu atrakcji nie mając odpowiedniego zaplecza, to czy nie można było się wysilić na znalezienie chociaż porządnego dostawcy kwasu chlebowego? Dodam, że chleb do smalczyku też nie wyglądał na pochodzący od dobrego piekarza, ot taki, jaki kupuję w tesco czy w żabce... 



Tak więc na ginące zawody to raczej nie należy liczyć odwiedzając Szlak Ginących Zawodów. Jednak jeżeli nie postawimy poprzeczki tak wysoko, jak wynika z nazwy, to skansen ma i swoje zalety. Chyba największą jest typowo skansenowa koncepcja. Nie ma tu izb wypchanych wystawkami muzealnych eksponatów, chronionych od zniszczenia paskudnymi szybami. Każda z chat jest próbą rekonstrukcji chaty wiejskiej, z typowymi dla niej sprzętami, rozkładem, itp. Raczej nie ma tu, pozornie niewidocznych, barier pomiędzy zwiedzającym a ekspozycją. Przychodząc w jakiś mniej popularny wśród turystów dzień, ma się dosłownie wrażenie że jest się w odwiedzinach w jakiejś dawnej wiejskiej izbie, a nie w muzeum. Wszędzie wokół zbudowane w dawnym stylu góralskie, drewniane chaty... Choć potrzebują jeszcze kilku lat żeby się pięknie zestarzeć, to już teraz można poczuć ten ich przyszły urok. Z pewnością wielką atrakcją byłby wiatrak-koźlak stojący na środku, niestety, nie dość że pozbawiony tego co w wiatraku najważniejsze (skrzydeł), to na dodatek niedostępny do zwiedzania od środka. Nawet nie wiadomo, czy w środku są te wszystkie drewniane zębatki, korbowody, przekładnie... słowem, czy w środku wiatraka znajduje się wiatrak.


Niestety, trochę trudniej pisać pozytywnie o znajdującym się obok mini-zoo. Znaczy, z jednej strony faktycznie, jest tu trochę ciekawych zwierząt, szczególnie ciekawie prezentuje się kolekcja ptactwa egzotycznego, zwłaszcza bażantów „dworskich”, jakże odmiennych od naszych polskich „polnych” bażantów. Z drugiej strony – podobnie jak w mini-zoo w Wambierzycach, tak i tu poważne obawy budzi stan zwierzaków, którym często brakuje całych dużych kęp piór (lub futra, zależnie od rodzaju zwierzęcia). Jakoś z wiosek z dzieciństwa nie kojarzę aż tak oskubanych zwierząt... także sprzedaż chleba do karmienia zwierząt budzi jakieś wewnętrzne sprzeciwy. Po pierwsze, wokół jest tak dużo zielonej trawy, którą zwierzęta ochoczo skubią przez kraty, zwłaszcza jak się wie, które rośliny im podkładać. Po drugie, zastanawia mnie, czy suchy chleb jest najlepszym pokarmem dla tych zwierząt? Czy podobnie jak w przypadku dokarmianych w miastach kaczek i łabędzi chleb nie powoduje spustoszenia w układzie pokarmowym, i nie lepiej byłoby sprzedawać np. ziarno? Zwłaszcza, że dokarmiając kaczki w mieście tym nieszczęsnym chlebem, chociaż pomagamy im przeżyć ciężkie czasy niedostatku pożywienia, jednak karmienie chlebem zwierząt gdy wokół pełno zdrowej, świeżej zielonej trawy nie ma chyba większej racji bytu z punktu widzenia zdrowia zwierzaków...

Niestety, urlopu zbrakło aby dotrzeć skansenu w Pstrążnej, myślę że chyba najciekawszego skansenu w tej okolicy. Oczywiście, ludowe Góry Stołowe to także ruchome szopki w Kudowie-Czermnej i w Wambierzycach, ale chyba nie ma sensu jeszcze raz o nich pisać - zainteresowanych zachęcam do kliknięcia w nazwy obydwu miejscowości powyżej aby przekierowało was na odpowiedni wpis na blogu.