Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Stołowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Stołowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2012

Zanim spadł śnieg...


Dziś znów spadły jakieś drobiny śniegu, choć główną uciążliwością okazał się lód. Dla tych, którzy nie chcą się pogodzić z tymi utrudnieniami - na pocieszenie zdjęcie z epoki "przedlodo(wco)wej" :)

niedziela, 14 października 2012

Najpiękniejszy (nie)zamek województwa dolnośląskiego

Pałac Marianny Oriańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim zamkiem zdecydowanie nie jest, choć patrząc z zewnątrz niejednemu mogłoby się wydawać inaczej. Styl neogotycki, w którym został zbudowany jest jedynie imitacją średniowiecznych budowli obronnych, choć trzeba przyznać że bardzo dobrą imitacją. Choć stanowi wyraźny punkt panoramy Kamieńca, to już okazuje się mocno schowanym obiektem gdy znajdujemy się dosyć blisko niego. Jak na prawdziwy pałac przystało, otoczony jest wielkim parkiem, który bardzo skutecznie maskuje jego wielkość. Tak naprawdę, będąc już w parku jego piękno możemy docenić tylko z dwóch boków: od frontu (choć trzeba przyznać, że od tej strony główną uwagę przyciągają zasłaniające go arkady) oraz od znajdujących się z tyłu reprezentacyjnych tarasów. Jednak i z boków wygląda on dosyć ciekawie, bo choć nie widać całości, to uwagę przyciągają interesujące elementy budowli, takie jak chociażby okrągłe baszty. Także na jednym z boków, gdzieś w krzakach podobno wciąż można odnaleźć wywróconą rzeźbę Don Kichota i Sancho Pansy, pozostałość po jednym z plenerów artystycznych z początku tego wieku. 


Trzeba przyznać, że pałac nie miał szczęścia do właścicieli. Oczywiście pierwszą właścicielką była jego inicjatorka, księżna niderlandzka Marianna Oriańska, a właściwie Wilhelmina Fryderyka Ludwika Karolina. Choć początkowo zaręczyła się z wygnanym księciem szwedzkim Gustawem Wazą, to dzięki presji dyplomatycznej króla Szwecji zaręczyny zostały zerwane. Dlatego kilka lat później została żoną swego brata ciotecznego, Albrechta Pruskiego. Nie dane jej było szczęśliwe małżeństwo. Ona, nie pasująca raczej do wojskowego drylu charakterystycznego dla jej męża, i on, znacznie od niej głupszy i mniej inteligentny, za to bardziej wpływowy. Gdy on mógł dobierać sobie coraz to nowe kochanki zdradzając swą żonę, ona nie mogła mu się nawet odwdzięczyć pięknym za nadobne, bo przecież któż to widział zdradzać władcę pruskiego? Takie pseudo-małżeństwo trwało 15 lat, kiedy to uciekła ze swym masztalerzem do Holandii. Wzbudziło to ogromne oburzenie władców Prus, a gdy do tego okazało się, że księżna ma urodzić dziecko stajennemu chłopkowi, to oprócz rozwodu orzeczony został zakaz wjazdu na teren Prus na czas dłuższy niż jeden i każdorazowego meldowania się na policji. Na szczęście pałac stał blisko granicy czeskiej, tak więc księżna zakupiła pałac we wsi Bila Voda, skąd mogła udawać się do swego pałacu po czym wracać w przeciągu zarządzonego okresu. 



Po śmierci pierwszej właścicielki, pałac przez kilkadziesiąt lat należał do rodziny Hohenzollernów, aby później w przeciągu kilku lat stać się nazistowskim magazynem. Po przejęciu terenu przez władze radzieckie, pałac został podpalony w „akcie odwetu za okrucieństwo Hitlera” (oczywiście po uprzedniej kradzieży dokonanej przez Rosjan), a okolicznej ludności, w dużym stopniu wciąż niemieckiej, zakazano podejmowania prób gaszenia pałacu pod groźbą kary śmierci. W dalszych latach pałac był systematycznie rozgrabiany i niszczony zarówno przez szabrowników, jak i lokalnych meneli, a władze odpowiedzialne za ten teren niejednokrotnie przymierzały się do jego wysadzenia jego murów pod pretekstem zniszczenia rzekomej kryjówki śmiertelnie groźnych opozycjonistów-terrorystów. Ogromu zniszczenia dopełniła propagandowa akcja „cała Polska odbudowuje stolicę”. 







Tak więc do lat 80-tych zaniedbany pałac niszczał bezustannie, aż znalazł się pasjonat, były naukowiec Akademii Rolniczej w Poznaniu, Włodzimierz Sobiech. Trzeba przyznać, że to postać równie kontrowersyjna i znana w okolicy, jak twórczyni pałacu, Marianna Oriańska. Choć z jednej strony włożył ogromne pieniądze w remont zamku, to często robił to praktycznie bez jakichkolwiek konsultacji z konserwatorem zabytków, a nawet wbrew jego woli. Niestety, gdzieś w połowie pierwszej dekady naszego wieku znacząco podupadł na zdrowiu, a pałac przez pół dekady znów stał zaniedbany. Jeszcze w trakcie jego ciężkiej choroby podejmowano wysiłki celem unieważnienia umowy najmu, aby rok po jego śmierci zamknąć wszystkie sprawy spadkowe. Obecnie od dwóch miesięcy pałac w pełni wrócił pod władanie gminy, która planuje jego ponowne udostępnienie do zwiedzania jeszcze na wiosnę następnego roku. Niecierpliwych jednak uprzedzam: nawet gdy przejdą przez stosunkowo słabo zabezpieczone ogrodzenie od strony tarasów, to odpowiedzialna za ten teren firma ochroniarska przyjeżdża na miejsce w ciągu kilku minut i nakazuje opuszczenie terenu. Kilka minut, które wystarczą aby zakochać się w tym pałacu i docenić jego ukryte, zniszczone piękno, lecz za mało aby w pełni docenić zamysł architektoniczny Marianny Oriańskiej... No cóż, choć drobną osłodą są nadwyrężone, choć wciąż jeszcze całe ozdoby na terenie parku otaczającego pałac. 

środa, 19 września 2012

Szczęścia szukaj na szlaku (Dzień dzikiej flory, fauny i naturalnych siedlisk)

Dziś Dzień dzikiej flory, fauny i naturalnych siedlisk.
Z tej okazji zdjęcie "Szczęścia szukaj na szlaku" - czyli siedlisko kończyn gdzieś przy żółtym szlaku między Błędnymi Skałami a Bukowiną Kłodzką. Wam pozostawiam sprawdzenie, czy znajdziecie wśród nich tę czterolistną.

sobota, 15 września 2012

Góry Stołowe na ludowo


Skansen dawnych sprzętów w Wambierzycach 

Będąc w Wambierzycach, warto odwiedzić mini-skansen na ulicy Wiejskiej 52. Choć mapa wskazywała coś innego, praktycznie jest to już zachodni koniec wioski, całkiem sporo zarówno od wambierzyckiej świątyni, jak i dużego parkingu w pobliżu kościoła. Co prawda na piechotę można przejść, jednak wracając zdarzyło mi się zabrać na stopa ojca rodziny, któremu zarówno żona, jak i dzieci zbuntowały się twierdząc, że spacer w jedną stronę im wystarczy. Więc musiał sam wracać na parking aby zabrać swój samochód i odebrać zbuntowaną dziatwę i żonę. Tak więc zmotoryzowanym zalecam nie kombinować i twardo jechać samochodem do samego skansenu (miejsc parkingowych mnóstwo), a siły zostawić na późniejsze spacerowanie po otaczających górach. 
Wracając do samego skansensu: już na wstępie wita nas stary traktor z 1954 roku. Choć na zdjęciach które widziałem wcześniej wygląda on... no, jak taka „pokazywajka dla mieszczuchów, co to na wieś przyjechali traktora oglądać”, czyli źródło ironii i podśmiewajek ze strony mieszkańców wsi w kierunku przybyłych z miasta. W rzeczywistości  coś w nim jest, choć stoi tak niefortunnie, że faktycznie przy robieniu zdjęć trzeba się chwilę pobawić nastawieniami, żeby wyszło dobrze. 
Oczywiście, ciężko skansenem nazywać podwórko z jednym traktorem. Tak więc eksponatów jest tu więcej – niestety, pierwsze odwiedzone pojedyncze izdebki nie zachęcają do zwiedzania. Eksponatów jest dużo... dużo za dużo do pokazywania ich w tak małych pomieszczeniach. Niestety, przypomina to typowe muzeum, w którym eksponaty leżą jeden przy drugim, a całość nie tworzy żadnego ciekawego klimatu. Z pewnością dociekliwy muzealnik doceni wielkość kolekcji, dla przeciętnego zwiedzającego czytanie „mądrych tabliczek” nie stanowi przyjemności. Może lepiej odpuścić było sobie tematykę poza-skansenową i skupić się na mniejszych, za to tworzących całość wystawkach rolniczych? 
Gdy jednak przejść do właściwego domu wiejskiego, sytuacja ulega znacznej poprawie. Choć często ekspozycje nie przypominają typowych wiejskich kuchni czy izb (bo nikt nie trzyma wszystkich garnków na wierzchu, a w szafie), to jednak eksponaty nie są już tak upchnięte, ba, tworzą już jakąś całość. To doceni już także przeciętny odwiedzający. Mamy tu zarówno zwykłe sprzęty, takie jak wrzeciona, wagi kuchenne, różne słoje, butelki, buteleczki do przechowywania żywności, ceramiczne garnki, itp., jak i całą konstrukcję żaren mechanicznych napędzanych zwierzęcym kieratem. Tak, szczególnie pierwsze piętro głównego domu wystawowego mi się podobało. 
Idąc dalej w kierunku mini-zoo, mijam półotwarte „garaże” na sprzęt do uprawy roli. Niestety, tu już w szczególności widać brak miejsca na upchnięcie tych wszystkich, jakże cennych eksponatów. Miejsce to wygląda raczej jak zapomniany składzik odpadów, do którego coś się dopycha, wciska, żeby weszło, i nie zastanawia się, jaki tam powstaje bałagan. Niestety, takie właśnie były moje wrażenia po zobaczeniu tej, potencjalnie jakże ciekawej części skansenu. 
Pozostaje jeszcze zwiedzenie mini-zoo. Tutaj typowe polskie zwierzęta zarówno leśne, jak i domowe, pomieszane są ze zwierzętami egzotycznymi. Tak więc są jelenie, sarny, bażanty, kozy... i tylko dzięki temu pomieszaniu można zobaczyć czasem nietypowe sceny podwórkowe. Bo z pewnością każdy, kto spędził trochę czasu na wsi, widział bójkę koguta z gęsią. Jednak walka staje się ciekawsza, gdy po jednej ze stron zadeklaruje się duży struś emu. 
Zwierzęta są na tyle ufne, że większość można spokojnie karmić trawą zbieraną spod nóg. 
Aha, no i zapomniałbym o ostatniej, nietypowej atrakcji – ścianie udekorowanej ogromną ilością różnych „urzędowych” tabliczek, typu „urząd gminy”, „komenda milicji” itp. 
Niestety, ogromną wadą tego skansenu (zwłaszcza z punktu widzenia fotografów) jest ogromna ilość szyb odgradzających od każdego eksponatu. Przy naturalnym, słabo rozproszonym oświetleniu wpadającym przez nieliczne, oddalone od wielu eksponatów okna, na szybach oczywiście powstają liczne refleksy co utrudnia nie tylko fotografowanie, ale nawet podziwianie zgromadzonych zbiorów. 


Szlak Ginących Zawodów w Kudowie-Czermnej 

Po wizytach w warsztatach rzemieślników w Kairze, bardzo liczyłem na tą atrakcję. Bo rzemieślnik przy pracy to wdzięczny temat nie tylko zdjęć. Jest coś fascynującego w tych starych zawodach, w tworzeniu przedmiotów i ozdób które wymagają nie tylko wysiłku, ale i pewnej wprawy, dokładności i delikatności wykonania. To nie to co bezduszne wlanie roztopionego plastiku do formy i trzaskanie tysięcy dokładnie takich samych wiaderek, koszów na śmieci, zabawek. Tu każdy przedmiot wymaga od swego twórcy włożenia w niego kawałka swojej duszy. 
Niestety, to miejsce stworzone z wielkim rozgłosem za unijne pieniądze mocno rozczarowuje. Nie spotkasz tu artysty skupionego nad swym dziełem, a jedynie wyrobników trzaskających setki prawie takich samych sztuk. Niepowtarzalność nie wynika z kaprysów artysty, z podejścia „a teraz sobie trzasnę niebieski szlaczek zamiast zielonego i zobaczymy co wyjdzie” - niepowtarzalność to jedynie ułomność tutejszego procesu twórczego, niedokładność wykonującego swe ruchy „robocika”. „Robocika” czyli człowieka który przychodzi na ileś tam godzin do pracy, odbija kartę przed i po i sprawdza czy wypłata pojawiła się na koncie 10-tego. Nie ma podejścia „a dziś mam humor na doniczki, a jutro na wazoniki” - co tyle i tyle czasu kolejny pokaz, robimy wazonik, sprawdzamy czy jakieś dziecko nie chce (za dodatkową opłatą) wykonać czegoś samodzielnie, pomoc dziecku... kilka minut wolnego i wracamy do kieratu. 
To jeśli chodzi o garncarza. Choć to tylko przyuczony wyrobnik, a nie doświadczony rzemieślnik, to i tak jest to maksimum na które możemy liczyć w skansenie. W domu piekarza jest tylko „pradawna” gastronomia, w chacie kowala – enigmatyczna karteczka mówiąca że pokazy odbywają się gdy jest wystarczająco dużo osób. Co to znaczy wystarczająco dużo osób? Skoro na garncarzu sala była dosłownie wypełniona, a już w trakcie pokazu za drzwiami zbierali się chętni na kolejny pokaz, to ile musi być osób na kowala? Poza tym, skoro dom piekarza, to czemu kwas chlebowy nie jest „domowy”, robiony samodzielnie, a taki „marketowy”, z plastikowej butelki robiony na hektolitry sposobami pewnie mającymi mały związek z dawnymi recepturami. Bo skoro już ktoś wpadł na pomysł zrobienia tego typu atrakcji nie mając odpowiedniego zaplecza, to czy nie można było się wysilić na znalezienie chociaż porządnego dostawcy kwasu chlebowego? Dodam, że chleb do smalczyku też nie wyglądał na pochodzący od dobrego piekarza, ot taki, jaki kupuję w tesco czy w żabce... 



Tak więc na ginące zawody to raczej nie należy liczyć odwiedzając Szlak Ginących Zawodów. Jednak jeżeli nie postawimy poprzeczki tak wysoko, jak wynika z nazwy, to skansen ma i swoje zalety. Chyba największą jest typowo skansenowa koncepcja. Nie ma tu izb wypchanych wystawkami muzealnych eksponatów, chronionych od zniszczenia paskudnymi szybami. Każda z chat jest próbą rekonstrukcji chaty wiejskiej, z typowymi dla niej sprzętami, rozkładem, itp. Raczej nie ma tu, pozornie niewidocznych, barier pomiędzy zwiedzającym a ekspozycją. Przychodząc w jakiś mniej popularny wśród turystów dzień, ma się dosłownie wrażenie że jest się w odwiedzinach w jakiejś dawnej wiejskiej izbie, a nie w muzeum. Wszędzie wokół zbudowane w dawnym stylu góralskie, drewniane chaty... Choć potrzebują jeszcze kilku lat żeby się pięknie zestarzeć, to już teraz można poczuć ten ich przyszły urok. Z pewnością wielką atrakcją byłby wiatrak-koźlak stojący na środku, niestety, nie dość że pozbawiony tego co w wiatraku najważniejsze (skrzydeł), to na dodatek niedostępny do zwiedzania od środka. Nawet nie wiadomo, czy w środku są te wszystkie drewniane zębatki, korbowody, przekładnie... słowem, czy w środku wiatraka znajduje się wiatrak.


Niestety, trochę trudniej pisać pozytywnie o znajdującym się obok mini-zoo. Znaczy, z jednej strony faktycznie, jest tu trochę ciekawych zwierząt, szczególnie ciekawie prezentuje się kolekcja ptactwa egzotycznego, zwłaszcza bażantów „dworskich”, jakże odmiennych od naszych polskich „polnych” bażantów. Z drugiej strony – podobnie jak w mini-zoo w Wambierzycach, tak i tu poważne obawy budzi stan zwierzaków, którym często brakuje całych dużych kęp piór (lub futra, zależnie od rodzaju zwierzęcia). Jakoś z wiosek z dzieciństwa nie kojarzę aż tak oskubanych zwierząt... także sprzedaż chleba do karmienia zwierząt budzi jakieś wewnętrzne sprzeciwy. Po pierwsze, wokół jest tak dużo zielonej trawy, którą zwierzęta ochoczo skubią przez kraty, zwłaszcza jak się wie, które rośliny im podkładać. Po drugie, zastanawia mnie, czy suchy chleb jest najlepszym pokarmem dla tych zwierząt? Czy podobnie jak w przypadku dokarmianych w miastach kaczek i łabędzi chleb nie powoduje spustoszenia w układzie pokarmowym, i nie lepiej byłoby sprzedawać np. ziarno? Zwłaszcza, że dokarmiając kaczki w mieście tym nieszczęsnym chlebem, chociaż pomagamy im przeżyć ciężkie czasy niedostatku pożywienia, jednak karmienie chlebem zwierząt gdy wokół pełno zdrowej, świeżej zielonej trawy nie ma chyba większej racji bytu z punktu widzenia zdrowia zwierzaków...

Niestety, urlopu zbrakło aby dotrzeć skansenu w Pstrążnej, myślę że chyba najciekawszego skansenu w tej okolicy. Oczywiście, ludowe Góry Stołowe to także ruchome szopki w Kudowie-Czermnej i w Wambierzycach, ale chyba nie ma sensu jeszcze raz o nich pisać - zainteresowanych zachęcam do kliknięcia w nazwy obydwu miejscowości powyżej aby przekierowało was na odpowiedni wpis na blogu. 

wtorek, 4 września 2012

Góry Stołowe w pigułce

Małpolud, Szczeliniec Wielki
Góry Stołowe – nazwa pasma górskiego nawiązująca do specyficznego ich kształtu. Większość gór, które znamy, patrząc na ich panoramę, ma formę mniej lub bardziej skośną, a horyzont wypełniają przecinające się linie wznoszące ku poszczególnym szczytom, i z nich schodzące. Góry stołowe są zdecydowanie bardziej kanciate, a ich stoki… wyglądają jak ucięte gilotyną. Płasko, płasko, nagle ostre, pionowe wzniesienie, i znowu płasko – tylko że już znacznie wyżej. Coś, co automatyk czy elektronik nazwałby „przebiegiem logicznym” – zero, zero, zero, nagle jedynka (góra), jedynka, jedynka, i znowu ciąg zer. Góry specyficzne nie tylko w swym wyglądzie, ale i w chodzeniu po nich. Gdy już wejdziesz na jedną… no właśnie, gdy już wejdziesz, bo o ile szlak nie idzie mocno w poprzek zbocza, to podejścia do łagodnych nie należą. Za to gdy już wejdziesz… to nie raz się zdarza, że wszędzie wokół równo niczym na stole.
 Błędne Skały i Szczeliniec Wielki

Wąskie przejście gdzieś na Szczelińcu
Tak jak dla panoramy Gór Stołowych charakterystyczne są kanciaste, „stołowe” kształty wzniesień, tak w trakcie ich przemierzania najbardziej rzucają się w oczy liczne formy skalne. Z jednej strony jest się już na samym szczycie, z drugiej zaciekły wspinacz wciąż może stanąć wyżej. Wystarczy wspiąć się na jedną z otaczających nas formacji skalnych… jednak ciężko nazwać je szczytami, skoro wiele z nich ma ledwo kilka metrów szerokości. Ciężko więc mówić o 50 szczytach mijanych (i niezdobytych) na odcinku jednego kilometra. Gdyby je porównywać do czegokolwiek, to raczej nasuwa się skojarzenie z losowo rozstawionymi na stole filiżankami. Co ważniejsze, każda z tych formacji skalnych ma swój kształt, który łatwo można z czymś skojarzyć. Co gorsza, skały te tworzą pozornie prawie kwadratową siatkę przejść, niczym sieć ulic w wielu nowoczesnych miastach.


Przepaść Piekiełko, Szczeliniec Wielki

Prawie, bo gdzieniegdzie siatka ta jest nie do przejścia z powodu zwalisk skalnych, krótkich przepaści i tym podobnych przeszkód. Gdy do tak pozornie prostej siatki labiryntu dorzucimy wieczorną porę, to labirynt staje się trudniejszy. Wystraszony zbieg uciekający przed wojskiem czy wiejski parobek uciekający przed zbójami, otoczony tajemniczymi dźwiękami natury, z wzrokiem osłabionym zapadającą ciemnością, z pewnością sam dopowiadał sobie ze skalnych zarysów widok strasznych potworów i wpadał w panikę. Uciekając przed wyobrażonymi sobie stworami szybko gubił kierunek, błądził…ginął czy to rozbijając sobie głowę w zbyt wąskim przejściu, czy spadając w jedną z nielicznych przepaści, czy wreszcie, umierał w długich męczarniach z głodu, pragnienia czy zimna nie mogąc odnaleźć drogi powrotnej. W ten sposób powstawały legendy… dziś z obydwu labiryntów, zarówno Szczelińca, jak i Błędnych Skał, wyodrębniono ścieżki turystyczne. Znakowane szlaki turystyczne, w połączeniu z barierkami utrudniającymi zejście ze szlaku raczej uniemożliwiają przypadkowe zgubienie się, a tabliczki z nazwami skał nie tylko pomagają w orientacji w terenie, ale i w zauważeniu najciekawszych form skalnych. Z kolei trasa turystyczna specjalnie przeprowadzona jest tak, aby doświadczyć turystom jak najciekawszych wrażeń. Choć nie zawsze w sposób najprostszy – nie raz przyjdzie nam się przeciskać chociażby w wąskich szczelinach, co stanowi dodatkową atrakcję. A gdy uda nam się przecisnąć przez wszystkie szczeliny, w zamian za to zobaczymy skały jak żywo przypominające chociażby wielbłądy, mamuty, małpoludy, kwoki, sowy…

Głowa smoka (w opinii autora) - Szczeliniec Wielki


Gdzieś w labiryncie Błędnych Skał

 Na Błędne Skały dostałem się szlakiem czerwonym. Po ominięciu zabytkowej dzwonnicy na krańcach Kudowy, stanęło przede mną malownicze, za to bardzo strome podejście. Niestety, po powrocie po zostawiony w samochodzie aparat musiałem sobie narzucić dosyć ostre tempo, aby dogonić idącą już od pewnego czasu rodzinę. Choć podziwiać piękno tego wąwozu daje się w biegu, to ciężej już robić zdjęcia. Jakoś jednak udaje mi się ich dogonić, i do Rozdroża pod Lelkową dochodzimy już razem. Odcinek pomiędzy Jakubowicami a wspomnianym Rozdrożem do najciekawszych nie należy, za to pomiędzy Lelkową Górą a Błędnymi Skałami droga jest już znów dużo ciekawsza. Mały Turysta oczywiście postanawia zaliczyć wszystkie mostki, kładki, itp. jakże liczne w tej okolicy, z góry całkiem trafnie odgadując ich ilość. Szlak obfituje co prawda w krótkie acz strome podejścia, jednak nie polecam jako alternatywy ubitej drogi Aleksandra. Już nie chodzi o samochody, które i tak mogą poruszać się tylko co godzinę w każdym kierunku. Droga, choć znacznie łagodniejsza dzięki licznym trawersom, z pewnością nie będzie tak malownicza… potem oczywiście zwiedzanie opisanych już labiryntów, aby po ok. godzinie wracać z powrotem do Kudowy. Tym razem zielonym szlakiem, malowniczo ciągnącym się pomiędzy pionowymi skałami, aż do Połoniny Bukowińskiej. Z pewnością amatorzy bieszczadzkich połonin docenią roztaczającą się stąd panoramę, ja jednak wolę klimaty leśno-skalne.Odcinek z Bukowiny Kłodzkiej do Pstrążnej nie należy do najciekawszych, na szczęście jednak gdzie tylko się da, szlak ucieka z długaśnych trawersów asfaltu, aby pozwolić na pójście na skróty. Z kolei przy Pstrążnej przez chwilę należy uważnie pilnować szlaku, aby lekkim podejściem (charakterystycznym raczej dla wyżyn niż gór) choć trochę zbliżyć się do szczytu Dufałki. Stąd już droga do Kudowy jest raczej opadająca (ku ogromnemu zadowoleniu Małego Turysty). Wysoki spadek stworzył doskonałe warunki dla powstania potoku, który przez setki lat wyrzeźbił w skale to zejście, a obecnie cicho szemra ku zadowoleniu nielicznych turystów. I nawet nie wiadomo, kiedy znowu wychodzi się na nielubiany asfalt w pobliżu ruchomej szopki w Kudowie-Czermnej. 
Panorama widziana z platformy na Błędnych Skałach

Białe Skały i Fort Karola

Białe Skały

Z kolei wypad na Szczeliniec zaczął i zakończył się w Karłowie. Skoro zdobywanie tego labiryntu nie było zaplanowane na zbyt długie, dorzucić trzeba było jeszcze dodatkowe atrakcje, aby nie marnować dnia. Znajdujące się przy drodze Białe Skały aż prosiły się, aby je odwiedzić. W przeciwieństwie do Szczelińca i Błędnych Skał, tutaj zwiedzanie odbywa się „od dołu”. Żółty szlak prowadzi poniżej skalistych szczytów, dostępnych tylko dla wspinaczy. Droga wije się w cieniu rzucanym przez otaczające ją drzewa. I choć drzewa zasłaniają częściowo niezdobyte szczyty, to dopiero tu odczuwa się niespożytą potęgę gór. Dotrzeć należy zwłaszcza do skrzyżowania szlaków żółtego i zielonego, gdzie zobaczyć można dwie skały przypominające dwie wieże ograniczające przejście pod skalną furtą.
Z kolei idąc od parkingu w przeciwną stronę szlakiem zielonym, po krótkim podejściu dochodzimy na ścieżkę, za którą znajduje się kilka skał przypominających koronę zbudowaną z kilkumetrowych, skalnych menhirów. Nieuważny turysta pomyśli, że to zaznaczony na mapie Fort Karola – jakże błędne wyobrażenie. Zamiast skręcić zgodnie ze szlakiem w lewo, należy tu odbić w lewo i przejść jeszcze lekkim wzniesieniem kolejne 200-300 metrów. Choć brak tu wyraźnej bramy, to za kolejnym zakrętem nagle zauważa się, że znalazło się w dawnym forcie. Zarówno naturalne formacje, jak i sztucznie wybudowane ściany tworzą tu doskonały krąg obronny, a zaraz za nim znajduje się platforma widokowa.

Skalna Furta broniąca wstępu do Białych Skał

Skalne grzyby

Kolejnym miejscem znanym z nazwy chyba każdemu turyście odwiedzającemu Góry Stołowe są Skalne Grzyby. Trudno nazwać ten obszar szczytem, bo choć znajduje się on na wzniesieniu w stosunku do otaczających go miejscowości, to obszar Skalnych Grzybów to raczej teren równinny. Samochód pozostaje na parkingu w Batorówku, a my z Małym Turystą udajemy się szlakiem żółtym. Zaraz po wejściu w las, napotykamy na tajemniczy potok o kolorze rudobrązowym niczym w Kolorowych Jeziorkach. Gdy przyjdzie się o odpowiedniej porze, w jego wodzie wspaniale odbija się soczysta zieleń wiszącym nad nim mchów. Gdzieś jeszcze przed dojściem do czerwonego szlaku mijamy pierwszą, ukrytą wśród zieleni drzew (za to chyba najwyższą) skałkę. Po przekroczeniu czerwonego szlaku, żółty szlak ciągnie się przez krainę Skalnych Grzybów – licznych formacji skalnych, rozrzuconych tu niczym garść kości do gry rzuconych bezładnie na stole. Oprócz podziwiania piękna tych skałek, Mały Turysta za szczególną atrakcję uznał eżsprawdzanie, na którą ze skałek można spokojnie się wdrapać co powoduje, że szlak staje się dużo dłuższy. W drodze powrotnej okazuje się niestety, że równolegle prowadzący do niego szlak czerwony nie jest już tak atrakcyjny. To szeroka ceprostrada, poprowadzona na płaskim terenie, wśród drzew zasadzonych prawie jak według linijki, co gorsza nie widać żadnych skał – tak więc dużo nie różni się on od tych nudniejszych szlaków równinnych. Niestety, wcześniejsze zwiedzanie Wambierzyc a później Skalnych Grzybów zbyt bardzo dało się we znaki Małemu Turyście, aby zrobić jeszcze małą pętelkę przez Pielgrzyma.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Góry Stołowe dla dzieci


Ruchoma szopka w Kudowie Czermnej

Ruchoma szopka w Kudowie Czermnej, źródło: strona miasta Kudowa
Chyba pierwsza atrakcja „dziecięca” jaką napotkaliśmy na trasie. Był wręcz moment, że „wypożyczony” Mały Turysta już nie chciał iść, i jednym z nielicznych argumentów jakie do niego trafiały był stosunkowo już krótki czas dojścia do wspomnianej ruchomej szopki. Choć większość turystów dociera tu własnym samochodem (szopka znajduje się przy samej ulicy, pod adresem Kościuszki 101 – uwaga dla zmotoryzowanych, brak wyraźnego parkingu), to my zeszliśmy ze szlaku zielonego. W środku, w specjalnie wydzielonej izbie, stoi sobie szopka, ukazująca różne sceny z życia dawnych ludzi. Drwale rąbią drewno, stolarze je piłują, zakonnicy dzwonią w dzwonnicach, tancerze tańczą w okręgu.. długo by wymieniać, zwłaszcza że to chyba największa (a przynajmniej najdłuższa) szopka jaką widziałem. I gdy pomyśleć, że całą tą szopkę wykonała jedna osoba… aż podziw bierze dla tej mrówczej pracy.
Informacje praktyczne:
Adres: ul. Kościuszki 101, Kudowa-Czermna, wstęp bezpłatny (co łaska)

 





Park Dinozaurów w Karłowie


W Karłowie, tuż u podnóża Szczelińca, wśród typowych dla atrakcji turystycznych bud z pamiątkami, frytkami, kiełbaskami, a w zasadzie na samym końcu szlaku trwonienia pieniędzy, jakiś czas temu postawiono nową atrakcję: Park Dinozaurów. Trzeba przyznać, że sam pomysł atrakcji jest interesujący, zwłaszcza dla dziecka, więc na plus należy zaliczyć powstanie tego parku. To chyba jedyny park w Polsce, w którym zdjęcia dinozaurów można robić nie tylko wśród drzew, ale także na tle gór. Cena biletu nie odbiega od cen w innych, bardziej typowych turystycznych atrakcjach, muzeach, itp. a nawet mile zaskakuje na tle innych parków dinozaurów, niestety po wejściu szybko przekonujemy się że niższa cena nie wynika z wysokiej frekwencji, a z mniejszej atrakcyjności parku.
Choć dinozaurów jest tutaj całkiem sporo, wiele można mieć uwag co do ich jakości. Po pierwsze, choć twórcy tych stworów starali się wiernie oddać kształt i kolorystykę prehistorycznych gadów, to jednak chyba na każdym z nich daje się zauważyć z jakiego materiału został wykonany, i to trochę psuje wrażenie. Jeszcze większym problemem jest stabilność tych gadów i sposób ich umieszczenia w terenie. Tak jak wcześniej wyczytałem na jakimś blogu, podstawki na których stoją prehistoryczne zwierzęta wystają ponad ziemię, więc wygląda to trochę nienaturalnie. Co gorsza, część z tych stworów widać była totalnie niewyważona, bo niektóre z nich podpierane są dodatkowymi belkami, co czasem wygląda wręcz komicznie – przy jednym z dinozaurów miałem wrażenie, że stoi przede mną przedpotopowa wersja Charlie Chaplina wspartego na lasce i wesoło uśmiechającego się do mnie. Tylko zaokrąglonego kapelusika na głowie mu brak... Jednak wszystko to ginie gdzieś w ogromie zaniedbania ze strony właścicieli. Brakujące, niedomalowane łuski twardej skóry to tylko drobiazg przy psujących realizm sznurkach, na których podwieszone są oderwane ogony, obłamane łapy itp.
Żeby nie było jednak że nie ma zalet, to i te odnaleźć można. Z pewnością realistyczne (choć nie do końca udane) podejście do rzeźb, ich wielkość, a także próby komponowania „scenek” jak chociażby duży dinozaur atakowany przez 3 dużo mniejsze (niestety, w tej chwili nie podam wam ich nazwy)
Podsumowując: myślę, że park ten może stanowić ciekawą atrakcję dodatkową dla osób idących na Szczeliniec, zwłaszcza dla małych dzieci (wspomniany wcześniej 8-latek, choć był zadowolony z parku, to jednak fascynację dinozaurami miał już za sobą), jednak nie należy go traktować jako czynnik decydujący o wyjeździe w daną okolicę. Jeśli jednak już zależy wam właśnie na dinozaurach, zdecydowanie polecam Park Dinozaurów w Nowinach Wielkich, stworzonych nie przez biznesmenów kupujących sobie figurki, a przez pasjonatów którzy sami te wymarłe potwory rekonstruują.
Informacje praktyczne:
godziny otwarcia: 9-18, tylko w sezonie (1.04-30.10),
ceny biletów: 4/8 zł (ulgowy/normalny)



Ruchoma szopka w Wambierzycach


Ruchoma szopka w Wambierzycach, źródło: strona Parafafii NMP
Gdy chodzicie ze swoim Małym Turystą wśród kapliczek góry Kalwarii, wasz Mały Turysta zmęczony ciągłym bieganiem może dojść do wniosku, że to mało ciekawe, gdy to on jest jedynym ruchomym elementem w okolicy, a wszystko wokół zastygło w bezruchu. Sytuację tą może odwrócić ruchoma szopka, gdzie nasz wypompowany szkrab aż przystanie z wrażenia, gdy zobaczy ilość poruszających się figur. Choć w Kudowie Czermnej mamy szopkę dłuższą, to z kolei w Wambierzycach mamy kilka niezależnych szopek. Pierwsze kilka szopek stworzył Longin Wittig,któremu ogrom pracy wkładany w tworzenie nowych postaci pozwalał oderwać mu się od żałoby po umarłej żonie. Z czasem pasję po ojcu przejął syn, Hermann, który z czasem już samodzielnie rozbudowywał istniejące szopki o kolejne sceny. Efekt ich pracy możemy dziś zobaczyć za symboliczną (w stosunku do włożonego przez twórców wysiłku) opłatą 3/6zł (bilet ulgowy/normalny). Niestety, w szopce obowiązuje zakaz robienia zdjęć i, o dziwo, jest to zakaz egzekwowany (co jest rzadkością w polskich muzeach). Na pocieszenie jednak opiekująca się kapliczką Parafia Nawiedzenia NMP przygotowała stronę z galerią zdjęć zarówno w normalnej, jak i w dużej rozdzielczości, o czym zwiedzający jest informowany już w trakcie zwiedzania. Jak każde rozwiązanie ma to swoje wady i zalety. Na plus należy liczyć brak półgodzinnych przestojów przy każdej szopce bo każdy chce sobie zrobić zdjęcie typu „ja tam byłem”. Rozumiem też obawy konserwatorów przed błyskami fotograficznych flaszów, zwłaszcza że większość pstrykających zdjęcia i tak robi je z lampą błyskową tłumacząc się głupio: „ja nie wiedziałem, że lampa zadziała”, „nie umiem wyłączyć”. Z drugiej strony, szkoda, że w ograniczonej liczbie zdjęć część z nich się pojawia naprawdę wiele razy, co gorsza, część zdjęć ma poważne błędy fotograficzne typu „odbicie na szybie zasłania wszystko”. Niejeden turysta chciałby zrobić zdjęcia interesujących go detali, jednak nie można. Mimo wszystko, w odwiecznym konflikcie „muzeum kontra upierdliwy turysta” stanąć jednak muszę po stronie muzeów.
Informacje praktyczne:
Adres: ul. Objazdowa 6, Wambierzyce,
godziny otwarcia: 10-18 (maj-wrzesień), 10-15:45 (kwiecień-październik),
wstęp: 3/6zł (ulgowy/normalny);

OBOWIĄZUJE   CAŁKOWITY   ZAKAZ   ROBIENIA   ZDJĘĆ!!!




Muzeum zabawek w Kudowie

"... są zabawki dostosowane do każdego wieku,
od grzechotki do tronu, a posiadacze ich
jednakowo zapewne sobie je cenią,
każdy swoją..."
Henry Fielding

Któż w dzieciństwie nie bawił się zabawkami? Zależnie od tego, kiedy się wychowaliśmy, były one różne – jedne mniej kolorowe, inne bardziej. Jedne kupione w sklepie, inne zrobione samodzielnie. Z pewnością jednak jakieś miał każdy i z sentymentem do nich wracamy. Z kolei nasze dzieci zawsze chciałyby mieć takie zabawki, jakich jeszcze nie mają – a ma je ktoś inny… więc każdy, zarówno dorosły jak i dziecko z chęcią zajrzy do Muzeum Zabawek w Kudowie.
Choć brzmi dziecięco i niepoważnie, to jednak kolekcje tego muzeum wręcz zapychają cały dwupiętrowy domek, w którym zostały wystawione. Są zabawki dla dziewczynek (lalki, domki dla lalek, kuchnie), jak i dla chłopców (samochodziki, żołnierzyki). Co ważne, zabawki nie są poustawiane jako pojedyncze ekspozycje, każda z nudną tabliczką opisującą nie wiadomo jak (nie) ważne fakty historyczne. Osoba która tworzyła te wystawy raczej skupiła się na jakiejś kompozycji, utworzeniu całości. Tak więc żołnierzyki tutaj rozgrywają swoje wojny a lalki opiekują się swymi domami, pichcą coś w kuchni czy wreszcie tańczą na balach. Spektrum zabawek jest ogromne – poczynając na wspomnianych już żołnierzykach czy lalkach, poprzez chociażby bajkowe dziadki do orzechów, aż po zabawki optyczne w postaci przeglądarek przezroczy, okularów do oglądania zdjęć trójwymiarowych (oczywiście zabytkowych, nie współczesnych) czy jakże popularne za moich czasów kalejdoskopy. Istotne jest też spektrum geograficzne i historyczne, bo w muzeum znajdują się oczywiście nie tylko zabawki współczesne, ale głównie stare, zarówno z czasów gdy to ja byłem dzieckiem, jak i pradawnych, sprzed wieków, sprzed ery. Już po wyglądzie zabawek można się szybko zorientować, że są to zarówno pochodzące z Polski lalki ubrane w stroje ludowe, jak i marionetki pochodzące z dalekiej Azji. Z kolei wśród żołnierzyków znajdziemy też Indian i kowboi walczących na Dzikim Zachodzie. Z pewnością jest tu wiele rzeczy, i ciężko by je było spamiętać i wymieniać, więc może zróbmy to prościej: sami odwiedźcie muzeum i powiedzcie mi, czego tam NIE MA. Uprzedzam, zadanie nie będzie proste, tak wielki przekrój zabawek tam jest…
Informacje praktyczne:
Adres: Kudowa, ul. Zdrojowa 46b
godziny otwarcia: 9-18 (maj-wrzesień), 10-17 (październik-kwiecień)
ceny biletów: 9/7/6zł (normalny/ulgowy/grupowy)

 
Muzeum żaby w Kudowie

Choć szkraby często nudzą się w klasycznych muzeach, to często ich ciekawość wzbudzają muzea o tematyce nietypowej. Dlatego małego turystę warto zabrać na ul. Słoneczną 31 w Kudowie. Tam właśnie, przy siedzibie dyrekcji Parku Narodowego Gór Stołowych znajduje się muzeum żaby. Choć sam powód założenia tego muzeum brzmi dla wielu sztywno, „muzealnie” i odstraszająco (promocja ochrony płazów), a i żaba często kojarzy się ze zwierzęciem mało estetycznym (a nie daj Boże jeszcze w muzeum jakieś przekroje płazów… błeee) to już wykonanie zachęca do zwiedzania. Bo tak naprawdę raczej kojarzy się ono z filią Muzeum Zabawek, specjalizującą się w zabawkach żabowych. Ekspozycję stanowią przedmioty codziennego użytku właśnie w kształcie wspomnianego płaza. Poczynając od zabawkowych ceramicznych miniaturek, poprzez szmaciane maskotki, domowe i ogrodowe ozdoby, czy wreszcie popielniczkę lub kosz na śmieci... Choć niestety wszystko jest za szybą, to brak tu muzealnego patosu, więc myślę, że warto.
Informacje praktyczne:
Adres: Kudowa Zdrój, Słoneczna 31
Godziny otwarcia: pon.-pia: 9-17, sob.–nie: 9-13, wstęp bezpłatny
Zwiedzanie wirtualne na Dolny Śląsk 360

Muzeum Frankensteina

Ząbkowice Śląskie od lat promują się jako „miasto Frankensteina”. Rzekomo to właśnie ta miejscowość zainspirowała Marię Shelley do napisania najsłynniejszej chyba powieści na świecie. I podstawy do takich podejrzeń są, bo za niemieckich czasów miejscowość nazywała się właśnie Frankenstein, a i swojego czasu miała tu miejsce afera z grabarzami na skalę łódzkich „łowców skór”, to jednak mam odmienne zdanie na ten temat. Jednak dokładną analizę zostawię sobie na później na bloga o fantastyce, dziś jedynie wspomnę o atrakcjach dla dzieci związanych z wzmiankowanym Frankensteinem. Niestety, trudno ich szukać bez wcześniejszego internetowego researchu na ten temat, a i tak odnaleźć daje się tylko jedną – Labolatorium Frankensteina w Izbie Pamiątek Regionalnych. O ile wiemy, czego szukać, to nie ma już problemów ze znalezieniem, zwłaszcza dzięki pomocnej pani z Biura Informacji Turystycznej. Jako iż jednak biuro to mają zlikwidować, bo gmina je uważa za niepotrzebne, to zapobiegawczo po krótce opiszę Wam trasę: na rynek trafiamy idąc w kierunku widocznej z daleka charakterystycznej wieży ratusza, tutaj rozglądamy się za najbardziej krzywą wieżą w Polsce. Z kolei tuż za nią skręcamy w lewo, aby przejść między wieżą a terenem kościoła, i jesteśmy na ulicy Krzywej. Teraz jeszcze 50 metrów wzdłuż tej ulicy (zwracając uwagę, że nie bez powodu zyskała ona swą nazwę) i stoimy przed wejściem do Izby Pamiątek Regionalnych. Teraz jeszcze zakup biletu za złotówkę, i wrota laboratorium Frankensteina otwierają się przed nami na oścież.
Trzeba przyznać, że trochę skromne to labolatorium, powiedziałbym wręcz, że to labolatorium zubożałego alchemika a nie wielka pracownia szalonego naukowca próbującego okiełznać pioruny. Jedna większa izba, nic więcej. Z jednej strony pomieszczenie alchemika ze szklanymi kolbami i aortami, na wprost – łoże operacyjne z ludzkimi komponentami niezbędnymi do uszycia nowego człowieka, z prawej – gabinet, w którym za stolikiem siedzi nasz Frankenstein. Choć izdebka jest mała, a rekwizytów zbyt wielu nie ma, to punktowe oświetlenie o odpowiednich kolorach nadaje temu miejscu odrobinę tajemniczości. Dodajmy, że w ramach corocznych ząbkowickich Spotkań z Frankensteinem, cały budynek Izby Pamiątek Regionalnych zajmowany jest przez zjawy, duchy i inne potwory (oczywiście włącznie z samym Frankensteinem) . Ta atrakcja czeka nas już w tą sobotę wieczorem.
Informacje praktyczne:
Adres: ul. Krzywa 1, Ząbkowice Śląskie,
godziny otwarcia: wtorek-sobota: 9-16, w sezonie (1.05-30.09) także w niedzielę, g. 11-17,  
bilety: 1zł

Aby dopełnić frankensteinowskiego klimatu, warto przejść jeszcze kawałek dalej ulicą Krzywą do pobliskich ruin zamku. Niestety, na dziedzińce (a właściwie do dawnych wnętrz) wejść się nie da z powodu trwającego tam obecnie remontu, warto jednak obejść go wokół. Z pewnością po wizycie w Laboratorium wieczorny spacer wokół zamku obfitował będzie w nieprzewidziane atrakcje, a stracha napędzać wam będzie zarówno każdy zacieniony zakamarek zamkowy, jak i tajemnicze odgłosy dające się słyszeć z każdej strony. Tylko nie pomylcie go z ruinami pobliskiego opuszczonego kościoła, bo tam podobno straszy jeszcze bardziej...


Park (opóźnionej) rozrywki w Kudowie

Niestety, nie wszystkie atrakcje dziecięce Gór Stołowych dają się opisać pozytywnie. Przykładem negatywnym okazał się park rozrywki przy ul. Słonecznej w Kudowie. Mały park, w zasadzie większy plac pomiędzy budynkami, na których szkraby mogą bawić się na bungee, mini-gokartach (napęd nożny), trampolinie, żyroskopie no i park linowy. Choć poprzedniego dnia park zrobił na Małym Turyście wrażenie, to drugiego dnia było gorzej. Aby na koniec miał on jeszcze ostatnią atrakcję, postanowiliśmy odczekać godzinę po śniadaniu. Spacer po parku zdrojowym trochę się przedłużył, więc na miejscu byliśmy 20 minut po rzekomym otwarciu parku. Nie powiem, park był „otwarty” – pani z obsługi nie domknęła za sobą furtki, więc wejść „można było”. Niestety, atrakcje wciąż jeszcze nie rozłożone i choć nas z parku nie wygoniono... to rozstawiająca dopiero pani zauważyła wtedy, jak to nieroztropnie się zachowała i furtkę domknęła, aby następni klienci nie wpadli na równie uciążliwy pomysł jak my (czyli wejście do środka i czekanie na ławeczce). Choć pani z obsługi dzielnie walczyła z rozstawianiem, to zaczęła od atrakcji, które Małego Turystę zupełnie nie interesowały. Po jakichś 20-30 minutach wpadła nawet na pomysł spytania, na które atrakcje czekamy – niestety, chyba odpowiedzieliśmy nie po jej myśli, bo wróciła do rozstawiania tego, co jej pasowało. Jedynie dowiedzieliśmy się, że z parku linowego musimy zrezygnować, bo otwarty zostanie w ogóle po 12-ej (zapewne też z opóźnieniem). Obawialiśmy się jednak ją poganiać, bo nie daj Boże złośliwie nie dokręci np. śrub w żyroskopie – owszem, prokurator pewnie by ją ukarał gdyby coś się stało, jednak żadne to pocieszenie. Pierwszą atrakcję udało się zaliczyć przed godziną 11-tą, na drugą trzeba było jeszcze czekać. Ostatecznie Mały Turysta wyszedł zadowolony, jednak niesmak pozostał. Pomyśleć można, że widać jesteśmy jakimiś pomylonymi turystami, którzy przychodzą tak wcześnie rano – jednak to nie ja ustaliłem godzinę otwarcia na 10-tą i rozwieszałem plakaty informujące o tym. Dodać muszę, że czekając widzieliśmy też wielu opiekunów z dziećmi, którzy co prawda chcieli wejść, ale musieli zrezygnować z powodu niegotowości urządzeń, więc chyba jednak klient z dzieckiem skorym do zabawy o godzinie 10-tej chyba nie jest jakąś większą anomalią.