Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław i okolice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław i okolice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prawie że zima we Wrocławiu

Most Rędziński zimą - rozlewiska Odry


Niby -7°C na dworze, niby zmroziło i rano szyby trzeba w aucie skrobać... a śniegu jak nie było tak nie ma. To w ramach zdjęcia zastępczego zeszłoroczne zdjęcie Mostu Rędzińskiego na tle oszronionych rozlewisk Odry...

niedziela, 8 czerwca 2014

Muzeum Powozów w Galowicach

Muzeum powozów w Galowicach to akurat miejsce, gdzie sam z siebie bym nie trafił. Co prawda wyjeżdżając z Wrocławia parokrotnie widziałem kierunkowskazy gdzieś na Bielanach, jednak patrząc na mapę sam teren nie zapowiadał się ciekawie. Dużo małych, porozrzucanych wiosek, pola poprzecinane licznymi drogami, dróżkami, drożynami, słowem ogromną ilością asfaltu, no i autostrada, którą niekoniecznie da się przejść tam, gdzie by się chciało. Słowem, szans na porządny niedzielny spacer brak. No i tematyka nie specjalnie mnie interesująca... I pewnie gdyby nie zorganizowane przez muzeum spotkanie dolnośląskich blogerów, ta całkiem ciekawa atrakcja byłaby dla mnie niepoznana po wsze czasy.



Spotkajmy się w muzeum
Spotkanie dolnośląskich blogerów w muzeum powozów w Galowicach
Radosna, blogerska gromadka
Tak, tak, obok pogaduch blogerów, które ściągają głównie life-stylową śmietankę i na których nie specjalnie się odnajdywałem, muzeum powozów w Galowicach postanowiło zorganizować swoje spotkanie bloggerów. Czy to miejsce wydarzenia, czy może warsztaty/prelekcja na temat pisania powieści/artykułów sprawiły, że na tym spotkaniu nie pojawiły się szafiarki, kucharki czy „tropiciele celebrytów”, za to pojawiła się grupa autorów blogów wędrowno-podróżniczych, historycznych czy turystycznych. Słowem tych, którzy Dolny Śląsk traktują jako ciekawe miejsce do zwiedzania, a nie co najwyżej miejsce zamieszkania czy robienia zakupów.
Bischop-wagen czyli powóz z Biskupina
Co do warsztatów – okazały się prelekcją z domieszką dyskusji, co mi akurat pasowało, bo jakoś nie potrafię wymyślać żadnych historyjek „na zawołanie”, a jeszcze nie daj Boże na jakiś narzucony temat. Powiedziano o 18 zasadach pisania Marka Twaina, było o najczęściej popełnianych błędach, o tym, jakich słów używać a jakich unikać, i o tym, że lepiej pisać konkretnie niż ogólnie i przykładowo. No, chyba że akurat mowa o rzeczach czerwonych i o rzeczach koloru wozu strażackiego. Tak, tak, bo choć i jedno i drugie może odwoływać się do tego samego koloru, to jednak drugi przekaz sam z siebie niesie dodatkowe przesłanie, które czasem może wnosić wartość dodaną. Aha, i jeszcze o tym, że mam pisać więcej krótkich zdań. Żeby zachować równowagę.
Generalnie, wiele z podanych zasad to nieśmiertelne formułki, wbijane każdemu z nas jeszcze na lekcjach języka polskiego w podstawówce czy w liceum. Nie powtarzać słów, zauważać i świadomie unikać swoich „nawyków”. Prawdy proste i oczywiste, jednak prawie natychmiast zapominane, więc ich przypomnienie zawsze jest wskazane. I trochę nowych wskazówek, jak pisać ciekawiej. Więc mam nadzieję, że za jakiś czas spotkanie to pozytywnie wpłynie na jakość tekstów na blogu :)

Chomąta w muzeum powozów w Galowicach


Zwiedzanie właściwe
wóz strażacki z Galowitz w muzeum powozów
Wóz strażacki z Galowic
Po prelekcji oczywistym punktem programu było zwiedzanie muzeum powozów. Kierunek trochę mało oczywisty, powiedziałbym że muzeum zwiedzane jest „od tyłu”. Zaczyna się nie przy wejściu, ale na drugim piętrze, gdzie akurat ciężko byłoby wciągnąć te wszystkie karoce i inne sanie. Słowem, zwiedzanie muzeum powozów wcale nie zaczynamy od powozów, tylko od mniejszych ekspozycji. Od szczegółu do ogółu, czyli tak zwana indukcja. Małe sanie, siodła, uzdy, chomąta, stoiska rzemieślnicze. Bo oprócz zacięcia stricte powozowo-koniarskiego, muzeum postanowiło zrobić wystawki o tematyce powiązanej, takie jak opis rzemiosł związanych z powozami. Była ekspozycja dotycząca kowala, kołodzieja, rymarza, a nawet pojawiły się elementy związane z zawodem bartnika. Jak na mój gust prowadząca spotkanie Monika trochę goniła z oprowadzaniem, więc nawet nie zauważyłem gdy z powodu zdjęć zostałem mocno z tyłu. Co tam, na szczęście nikt nie pilnował, żebyśmy trzymali się w zbitej grupie.
Tymczasem na kolejnym piętrze pojawiają się faktycznie pierwsze pojazdy konne. Oczywiście pierwszym eksponatem jest upiększony niemieckim napisem Gallowitz wóz strażacki koloru... wozu strażackiego, bo przecież sformułowanie „koloru wozu strażackiego” jest silniejsze niż zwrot „koloru czerwonego”. Idąc dalej, mijamy kolejne dokotorki, wozy szlacheckie otwarte, zabudowane, karece, karoty, wozy chłopskie do przewozu zarówno ludzi, jak i towarów. Gdzieś po drodze oczom mignął żydowski sklepik z materiałami różnymi. Powoli zmierzałem do wyjścia... które okazało się zamknięte. Tak, tak, tak się z blogerką od zapomnianych miejsc zasiedzieliśmy, że nasza grupa zdążyła już wyjść i zakluczyć za sobą drzwi. Na szczęście z góry słychać już kolejną grupę, więc chociaż może trochę „pod prąd”, ale sprawnie wydostaliśmy się na II piętro, z którego to udało się wrócić do naszej salki prelekcyjnej, w której można było sobie pogadać z innymi blogerami.

stanowiska rzemieślnicze w muzeum powozów w Galowicach
Jeśli chodzi o ogólne wrażenia, to muzeum powozów mnie mocno zaskoczyło. Jak kilka godzin później znajoma cosplayerka stwierdziła (w dyskusji na zupełnie inny temat), „szczegół robi robotę”. I dokładnie to samo mogę powiedzieć o wystawie zorganizowanej w spichlerzu: tu też „szczegół robi robotę”. Oprócz samego tematu głównego, jak ma to miejsce chociażby w Łańcucie czy w muzeum starych pojazdów w pobliskim Topaczu, ekspozycja nie skupia się wyłącznie na powozach. 

Już ekspozycje dotyczące „elementów pomocniczych” takich jak chomąta i uzdy wzmacniają wrażenia. Jednak to co podkreślić trzeba w muzeum w Galowicach, to tworzenie całego klimatu wokół eksponatów. Oczywiście, właściciele mają tu spore ułatwienie w postaci klimatycznego budynku spichlerza w którym znajduje się ekspozycja, jednak to tylko początek walki o stylistyczne detale. A to rozłożona pod wozem sztuczna trawka, a to powóz ustawiony na usypanej z kamieni „drodze”, a to przyozdobiony kolorowymi kwiatami „Bischop-wagen”, a to pozornie bezładnie porzucona skrzynka lekarska, elegancki męski kapelusz czy damski toczek z piórkiem. Tak, jakby ich właściciel tylko na chwilę odszedł z tego miejsca i miał tu zaraz powrócić. Tak, szczegół to chyba najważniejsze w momencie gdy idziemy na spotkanie z historią. Na co dzień otoczeni pozbawionym finezyjnych ozdób plastikiem, mieszkający w sześciokątnych nowoczesnych budynkach pozbawionych zdobień, otoczeni zbitymi z prostych „desek” meblami w których jedynymi ozdobami jest wystająca prosta klamka, z chęcią odwiedzamy miejsca, w których możemy zobaczyć prawdziwe piękno, rzeczy które mają nie tylko swój praktyczny cel, ale i są bogato dekorowane na swój niepowtarzalny sposób. Z radością patrzymy i dotykamy na przedmioty które mają swoją fakturę, swoje wklęsłości i nierówności, swoje ostre krawędzie i wygładzenia. Słowem, szukamy rzeczy prawdziwych, a nie tylko przaśnej i prostej marketowej taniości...



Co warto by zmienić w samym muzeum?
skrzynka lekarska z powozu, muzeum Galowice


Żeby nie było, że dałem się kupić za garść reklamowych folderów, ciasteczka i herbatę, nie mogę powiedzieć, że jest idealnie. Jest bardzo dobrze, ale zawsze można coś poprawić. Poniżej więc garść podpowiedzi dla muzeum, co jeszcze można by poprawić.





Jeszcze trochę dopieścić te sztuczne detale. Oczywiście, wymiana kwiatów na żywe to ogromny koszt, ale chociaż wymienić je na ciut droższe, ciut mniej plastikowo wyglądające, podobnie znaleźć trochę ciekawszą trawkę.
Do tego, znaleźć turystom zajęcie na cały dzień. Tak, żeby odwiedzając muzeun nie wyrywali się z domu tylko na chwilę, ale aby zrobili sobie długą wyprawę śladami historii. Oczywiście, duży trawnik z grillem (i jeszcze jednym powozowym eksponatem na zewnątrz, który pewnie nie jeden zwiedzający przegapił :) to fajne miejsce do odpoczynku, ale może jeszcze bardziej podkreślić że w drodze powrotnej warto by zobaczyć pałac w Żórawinie? Może wejść w jakąś komitywę z pracującym przecież w podobnej branży muzeum w Topaczu i zorganizować nie tylko wzajemny system informowania turystów, ale także jakiś system zniżkowy „z biletem od tych drugich, u nas wstęp 20% taniej”? Świetnie to się sprawdza chociażby w Górach Sowich, więc czemu nie miałoby zadziałać pod Wrocławiem?
Wejście do muzeum. Na szczęście udało się złapać moment bez rowerów

Do tego przestawiłbym stojak na rowery. Mur pruski jest często ciekawym kompozycyjnie tematem zdjęciowym, niestety w muzeum powozów przed samymi drzwiami kompozycję zdjęcia psują tabuny rowerów. A przecież stojak rowerowy może stać kawałek dalej, przed przyległymi do budynku parterowymi przybudówkami? Jak rowerzysta podejdzie kawałek dalej, to przecież nic mu się nie stanie...


No i skoro mowa o promowaniu regionu, może znalazłoby się gdzieś obok kawiarni miejsce na jakieś ulotki reklamowe innych atrakcji Dolnego Śląska? Skoro (jak zawsze dbający o szczegóły :) pracownicy muzeum potrafili wpaść na pomysł i do pamiątkowych toreb z gadżetami wrzucić materiały promocyjne miasta Wrocław, gminy Żórawina i całego Dolnego Ślaska, to może byliby w stanie zorganizować w podobny sposób samoobsługową quasi informację turystyczną? Zwłaszcza, że szafeczkę z przegródkami na mini-postery można w ogóle powiesić bez zajmowania jakiegokolwiek miejsca. Tylko błagam, jeśli pojawi się coś większego, niech to będzie coś pasującego do wystroju a nie prosty plastikowy stand na foldery, które może pasują do modernistycznego wystroju banku, ale niekoniecznie do ciekawego muzeum. Tak w ramach dbania o szczegóły.  

PS. Na spotkanie blogerów przyjechałem trochę zbyt wcześnie. A że blisko bramy wjazdowej kusiło stare domostwo, to i parę zdjęć na wiurbexa się trafiło...

Porzucony toczek, czyli detal robi robotę

wtorek, 21 stycznia 2014

W poszukiwaniu oznak zimy

Gdy zaglądam tego, to aż mnie bierze zgroza. To już ponad 2 miesiące od ostatniego wpisu... przedświąteczne zabieganie, posylwestrowe lenistwo, i tak się powoli przeciąga... i właśnie na Blue Mondaya musiało mi się zebrać, żeby wreszcie coś napisać?*
No cóż, kiedyś trzeba powiedzieć: DZIŚ, NIE JUTRO – więc dzień nie gorszy niż każdy inny. Blue Monday? A może to tylko kolejna wymówka, żeby powiedzieć: może jutro, może jutro, może jednak jutro? Nie, żadne jutro, DZIŚ, DZIŚ, chociaż tekst napisać, jak będzie za późno, to najwyżej zdjęcia się obrobi jutro.

A w kolejce do opisania czeka wycieczka do Okulic. Tak, może to właśnie los sprzyja, bo wycieczka w takim właśnie blu-mondajowym klimacie. Choć mapa pokazuje teren z doskonałym potencjałem, to ja już znam te okolice i wiem, czego się po nich spodziewać.
No więc zacznijmy od wioski startowej. Okulice, mała wioska gdzieś na pograniczu Parku krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Ruina renesansowego dworu, młyn, stara gorzelnia... zapowiada się pięknie. Rzeczywistość okazuje się bardziej szara – dworek ciężko rozpoznać od pozostałych zabudowań, teren starej gorzelni zamknięty i odgrodzony płotem, młyn to tylko wysoki narożnik ściany... gdzieś na zejściu udaje się odnaleźć jakąś wiurbexową stodołę. Porzucony fotel choć nie zachęca do zasiąścia, jednak w połączeniu z drugim, obróconym bokiem raczej przypomina allegoryczny pokój „telewizyjny”. Geometryczna konstrukcja drewnianych dachowych podpór w połączeniu z ciekawym światłem jest już ciekawsza, jednak szału nie ma. Tak więc wychodzę na drogę na Milin. Gdzieś z boku wiejski domek z jabłonkową aleją, która z pewnością wiosną pięknie „prowadzi wzork” ku temu budynkowi... pogoda raczej przypomina przedwiośnie, więc całość radością nie napawa. Jedynie gdzieś z boku porzucony stary traktor tworzy ciekawy fotograficznie klimat.
No to odbijam do lasu. Co prawda w tej okolicy ma się wątpliwości, czy to najlepszy wybór. Bo czy na pewno rozjechana przez ciężkie cieżarówki, szeroka na 3-4 stojące obok siebie kamazy rozjechana piaszczysta droga jest mniej cywilizowana niż wąski, podziurawiony niczym szwajcarski ser, wiejski asfalt? Mapa mówi jedno – do lasu to jednak tą przyszłą „autostradą”. Bo choć jeszcze jej nie ma, docelowo powstanie tu szeroka asfaltówka klasy ewropejskiej. Bo przecież to park krajobrazowy, to trzeba chronić – także od pożaru. Więc buduje się tu „drogę przeciwpożarową” podobną do pobliskiej drogi krajowej nr 35 do Wałbrzycha... „żeby chronić krajobraz”. Ech, logika europejskich wymogów połączona z głupotą polskich urzędników.
Tymczasem gdzieś obok mnie rozpościera się widok na staw rybny. Małe wodne uroczysko, z zadaszoną drewnianą konstrukcją (a właściwie – drzewną, bo nad drewnianymi deskami przeważają ilościowo drzewne okrąglaki), z ledwie jednym dyskretnie szpecącą tabliczką o zakazie połowu ryb. Co tam, za ten kawałek natury z tymi łysymi pniami pobliskich buków odbijającymi się w wodzie można przeboleć tą jedną tabliczkę. Zwłaszcza, że już jej chyba nie dużo brakuje, żeby uroczo rozkwitła rudą rdzą.
Choćby nie wiem jak kluczyć, z takich uroczych zakątków co chwila wychodzę na rozkopany piach przyszłej „przeciwpożarówki”. Dopiero przechodząc na jej północną stronę nareszcie udaje się zostawić drogową szpetotę z dala od siebie. No cóż, z pewnością wyznaczając jej przebieg, projektant kierował się już istniejącą siecią ścieżek – więc gdy już ją przekraczam, pozostaje mi wąski (2 kilometrowy?) pasek bezdroży. Wysokie drzewa wśród których co chwila płoży się bardzo gęsta dolna warstwa młodych drzewek co rusz ustępują miejsca wysokim trawom despotycznie panoszącym się na polanach chaotycznie porozrzucanych na tym płacie lasu. Choć starałem się wypatrzyć początków zimy, raczej częściej znajduję kolory jesieni. I tylko gdzieś przy powierzchni ziemi daje się dostrzec pojedyncze oznaki szronu...
I tak oto błądząc od lewa na prawo (i z prawa na lewo), docieram do rozlewającej się szerokim nurtem Bystrzycy. Ech, lasy lubuskie, ech, rozlewiska Warty... rozbestwiłyście mą estetykę. I choć rozlewiska Bystrzycy nie wyglądają źle, to gdzież im do Was? Rzewna tęsknota za tym jakże leśnym województwem się włącza.
Rozlewiska mają to do siebie, że łatwo na nich zbłądzić. Choć czasem domy wydają się tak pobliskie, to nagle się okazuje, że dzieli nas od nich dzień drogi. Bo przecież rzeka po drodze, czy to główne koryto, czy ledwie jakaś odnoga, która za chwilę rozdziela się na kolejne i kolejne. Choć Piława się wydaje tak bliska, niczym na wyciągnięcie ręki, to nie dane mi będzie dziś do niej dotrzeć. Więc pozostaje mi iść wzdłuż Bystrzycy, rzewnie wspominając rozlewiska Warty. A zwalone drzewo aż kusi aby wykorzystać je niczym most. Gałęzie niczym rozpostarte palce wpiły się w przeciwległy brzeg i z całą siłą drzewnego potwora starają się przyciągnąć go jak najbliżej do siebie. Szeroko rozpościerająca się woda walczy z próbą zgniecenia jej w tym zabójczym uścisku...
Jak jednak już wspomniałem, rozlewiska to dosyć zdradliwy teren, i często brak dokładnej „sztabówki” sprawia, że możemy błądzić kilometrami, aby tylko obejść jakąś nieprzewidzianą odnogę. Na szczęście to, co na mapie zaznaczone było podwójna niebieską kreską, w terenie okazuje się jedynie zasychającym przez większą część roku korytem, które tylko sporadycznie wypełnia się wodą. Nie trzeba zawracać, nie trzeba nic nadrabiać aby obejść „deltę” pojedynczego dopływu, w którą się wpakowałem. „Rzekę” daje się przejść suchą stopą po twardym gruncie, nawet przez chwilę nie ryzykując zakopania się w błoto. Ale te cudnie kuszące oczka wodne... jakże pięknie wyglądałyby skąpane w drobnej mgle... jakie niebezpieczne są ich rozbagnione okolice. Choć do zdjęcia nie trzeba podchodzić zbyt blisko, choć o tej porze dnia łatwo wyrwać się przyciągającej magii ich uroku, to aż obawiam się, co by było gdyby one tonęły w osłaniającej je mgle... czy tak właśnie powstawały legendy o tajemniczych mokradłach?
Tymczasem po przekroczeniu nienazwanego dopływu, droga okazuje się już utwardzona. Tak dochodzę do spiętrzającej rzekę zapory. Choć kusi do przejścia na drugą stronę, jednak uskok betonu jest trochę zbyt wysoki: pewnie udałoby się zeskoczyć nie ryzykując wpadnięcia do wody, jednak z powrotem już nie da się wrócić. A gdzie najbliższy most, aby wrócić na południową stronę Bystrzycy? Więc odpuszczam sobie...
Tuż za zaporą dosyć ciekawa kolekcja „krzaków”. Czy to wiklina, czy jakaś inna roślinność – trudno powiedzieć. Jednak geometryczny „uporządkowany chaos” linii równoległych w połączeniu z kompozycją kolorystyczną brązów robi wrażenie. Choć wolę gdy okolice rozkwitają zielenią, jednak ten „busz” zyskuje na urodzie właśnie zimą, czy nawet późną jesienią, gdy zielsko pozbędzie się liści.
Droga do Kamionnej gdzieś umyka we wspomnieniach. Ot, zwykła droga polna gdzieś na pograniczu pola i lasu. Taka zwykła, sielankowa wiejska droga, tak zwana „leśna klasyka” - choć przyjemnie nią iść, to ciężko o niej pisać. Z pewnością prawdziwy wieszcz rozpisywałby się na miarę znanej chyba każdemu inwokacji Pana Tadeusza, jednak mi raczej wyjdzie opis pokroju pierwszej polskiej encyklopedii... Koń, jaki jest, każdy widzi :)
Tak więc zwykłą wiejską drogą docieram do Kamionnej. Po lewej duża leśniczówka, po prawej – drewniana gospodarcza komórka na drzewo i inne bambetle. Kawałek dalej – most (a więc nie byłoby tak daleko, ale kto wiedział? Mapa niby coś sugeruje, ale nuż by się okazało, że to nieopatrznie machnięta kreska przez niedokładnego kartografa?), a za nim – CUDO. Porzucony pałac, praktycznie ruina – lecz nie taka zwykła. Jeszcze miejscami wysoka na piętro czy dwa, jeszcze gdzieniegdzie pozwalająca wejść po murach na wyższą kondygnację i spojrzeć na otaczający świat z góry, gdzieniegdzie odkrywająca wejście do zasypanych piwnic... i portal, z dwójką siłaczy podtrzymujących nadgryziony zębem czasu reprezentacyjny kiedyś balkon...


krótki rekonesans po Kamionnej, odwiedzenie poznanego kiedyś Nepomucena, i pora wracać do domu. Gdzieś po drodze mijam spotkaną wcześniej komórkę na drzewo, która zadziornie pińdrzy się w ostrych promieniach słońca aby zaraz przybrać szarą szatę Kopciuszka gdy tylko wyciągnę aparat, gdzieś obok starej wierzby w której mogłaby zamieszkać jakaś wiedźma, znów obok tamy...
gdzieś znów cywilizacja zaczyna się o mnie dopraszać – gdzieś tu kończy się usypany nasyp ziemny przyszłej przeciwpożarowej „autostrady”, by kawałek dalej zamienić się w rozjeżdżoną błotnisto-trawiastą drogę, w której gliniastej nawierzchni co rusz buty toną na głębokość kostki... gdzieś na tle oślepiającej plamy słońca samotny rolnik ze swym traktorem, zniszczony przez budowniczych drogi dawny podziemny przekop, którym przepływała sobie tutejsza rzeczka, troszkę szersza niż długi skok, rzeczka teraz wymagająca trochę zręczności aby przejść ją po tych kilku kamieniach... mapa, która postanawia wraz z nurtem uciec gdzieś w otchłań tego cieku wodnego, bo przecież już za chwilę wsiądę do auta z gps-em... Nie, choć to już powrót do cywilizacji, nie wyprę tej odrobiny natury z siebie, tego kawałka dzikości. Mapa wraca ze mną do domu, taki relikt dawnych czasów w wielkim mieście cywilizacji...


Gwoli wyjaśnienia: Z pewnością zdziwi was (w szczególności zmotoryzowanych), że piszę o poszukiwaniu zimy akurat tego dnia, gdy wszystkie samochody pokryły się grubą warstwą lodu, której skrobanie zajmowało nawet pół godziny. No i że we wtorek piszę o Blue Mondayu... otóż powyższy wpis to zaległy opis wycieczki z końca listopada, napisany wczoraj, dziś tylko obrobiłem zdjęcia i skleiłem całość. 

czwartek, 19 września 2013

Odnajdując się w swym zagubieniu, czyli dysputa nad szlakiem żółtym od Nawłoci

Do żółtego szlaku Wzgórz Trzebnickich przymierzałem się już kilka razy. Czasami chciałem nim iść, czasami sam przypałętał się w pół kroku – jednak jakkolwiek bym nie starał, nagle się gdzieś odłączał od wędrówki. I chociażby go pilnować jak oka w głowie – nagle rach, ciach – i już nie ma. Ale przecież przed chwilą był. Więc cofasz się do miejsca, gdzie go ostatnio widziałeś – no tak, tu jeszcze jest. A kawałek dalej – już go nigdzie nie ma.
Więc postanowiłem się wziąć za tego huncwota, za tą niesforę straszną. Skoro zawsze gubiłem go w okolicach Borkowic – to tym razem weźmy się na sposób, zacznę od Węgrzynowa, a dla pewności – wrócę tą samą drogą (wiem, nuda – ale na tym polega poświęcenie się dla szczytnego celu :).
No i urwis oczywiście swoje numery odstawił. Auto zostawione w Węgrzynowie, kawałek wiejską dróżką, wychodzę na pola – i już go nie ma. Cóż, pozostaje iść na czuja, według mapy (1:100 000, na dodatek to nie sztabówka – więc wiecie, że to tylko zgrubna orientacja) i... czuję się wystrychnięty na dudka. Bo trafiam na asfalt z Droszowa do Borkowic. Co prawda można by tym asfaltem do Borkowic – ale przecież mi przyświeca Cel. Czyżby ten malowniczy garb terenu to właśnie szlak którym miałem iść? No cóż, pozostaje wrócić do ostatniego skrzyżowania i tam spróbować. Ale śladów nie daje się zauważyć żadnych – bo przecież śladem nie jest ogromne pole żółtej nawłoci... więc trochę na czuja, trochę kierując się jakże niesurviwalową metodą „wejdę na szczyt tego wzgórza to się rozejrzę” wybieram jakąś drogę na przełaj. Ech, tak jak uczą szkolenia – włażenie na szczyt wzgórza to nigdy nie jest dobry pomysł, ale ja się mogę wytłumaczyć – mi nie zależało na tym, żeby się odnaleźć i wrócić do domu, ja dopiero rozpoczynałem wędrówkę.
Więc zszedłem ze wzgórza, z powrotem na drogę która się wzdłuż niego ciągnęła i z której dopiero co zszedłem. A ta też powoli się wspina, aby na jaką górującą nad wszystko miedzę się dostać. A wokół te widoki... niejeden fotograf na takich właśnie pofalowanych wzgórzach robi zdjęcia, które potem przynoszą mu sławę – a ja właśnie takich zdjęć nie umiem. Widzę to piękno, doceniam, tylko prostokącik zdjęcia ciekawie wpakować nie umiem.
I tak nad krajobrazem rozmyślając, docieram do Mienic. Nie od tej strony co zawsze, z przeciwnej – ale tylko kilkadziesiąt metrów od tego miejsca co zazwyczaj. A gdy już wracam na znany sobie teren – to i żółty hultaj się odnalazł. No patrzcie, zabawił się ze mną w chowanego, a teraz triumfalnie wraca. O, niedoczekanie twoje, już ja cię na postronku będę pilnował. I nawet pobliska ruina pałacu mnie od tego zamiaru nie odciągnie.
Więc bez większych postojów przechodzę przez wioskę, aby gdzieś tak w jej połowie skręcić w prawo. Krótki zacieniony wąwóz – i tu już wiem, że mi gdzieś nicpoń na bok nie ucieknie, co najwyżej przed siebie może, więc przystaję aby popodziwiać misterne siateczki rozpięte przez pająki na starym drzewie. Nie, nie takie jak znacie, z kilkumilimetrowymi oczkami – te raczej przypominają rozpiętą do pojedynczej warstwy gazę. Taką samą, jak kładzie się na ranę, taką samą, przez jaką przeciska się magiczne nalewki – tylko drobniejszą nicią szyte.
A potem długie pole. Tak, to pole już kojarzę – kiedyś na jego końcu stały kolorowe ule. A może to rozbiły się tu kolorowe namioty? Tak, kiedyś w drodze powrotnej prosto zbyt długo się zapędziłem – a potem kombinowałem, jak w wodę się nie wpakować, jak przez trzciny się przebić. O nie, żółty szlaku, tu mnie nie oszukasz, nie oszukasz mnie też kawałek dalej, gdy nagle sobie odbiłeś w prawo – a ja poszedłem sobie dalej. Wcale droga dłuższa nie wyszła, chyba nawet drobny pagórek po prawej okazał się ciekawszy od zwykłej drogi, ale nie – tym razem się nie dam oszukać, nie dam się wycwanić. Chociaż na tym odcinku tylko tobą udam się do Wilczyna.
Tak to właśnie docieram do Wilczyna. Jakie są największe atrakcje tej wioski? Uczeni w mowie i piśmie pewnie zaraz zaczną opowiadać o dworku szlacheckim, o leśniczówce zabytkowej, o wilczej gospodzie z jakże ciekawą drewnianą sztukaterią na ścianie wejściowej – a mnie urzekają tam wiejskie „pruskie domki”. Takie, jakie znajdziecie na urokliwych obrazkach z obszaru Mazowsza. Drewno już trochę spróchniałe, nadgryzione zębem czasu, faktura wypełnień też nie zawsze tylko szorstka, czasem i głębsze wżery da się zauważyć – godności nadawanej przez czas mu nie brak. Dwa takie znajdziecie zaraz przy wejściu do wioski, jeszcze zanim do dworku dojdziecie – kolejny gdzieś w bocznej, lewej alejce. Ale ja wybieram prawą – więc najpierw wspomniany dworek imitujący zamek omijam, potem zabytkowy park pałacowy, a na koniec wspomnianą leśniczówkę – a może inny domek użytkowy należący do dawnego panicza?
A kawałek dalej po lewej wspomniana gospoda – i nawet jeśli jesteście tu tylko przejazdem, to warto się zatrzymać. Bo oprócz kilku drewnianych tarcz herbu Wilcza Łapa na ogrodzeniu, znajdziecie też tu dosyć ciekawą... mozaikę? Boazerię? Czort wie jak to nazwać – ale murowanej ścianie nałożona została warstwa drewna, a na niej wyrzeźbiona i wymalowana została scena myśliwska.
Jak w tym miejscu szlak żółty prowadzi – nie mam pojęcia. Jakoś go nie pilnowałem, a na mapie – ten właśnie obszar trafia na zagięcie, a więc jest doszczętnie wytarty. Taka biała plama na mapie – to właśnie jest Wilczyn Leśny :) Ale czy to ma znaczenia? Kawałek dalej asfaltem, i na końcu cmentarza powinienem go złapać. No i się odnajduje – nawet wraz z kierunkowskazami. I tak jak mi się wydawało, kretyńskie wskazy odległości na drogowskazie w Mienicach nijak mają się do rzeczywistości. Bo zgodnie z zapisami w Mienicach, pomiędzy Wilczynem a Obornikami powinien być ledwie kilometr – gdzież by tam. Te w Wilczynie już jakoś wiarygodniej wyglądają, gdy porównam je z mapą.
Tymczasem wzdłuż pola idę w kierunku grodziska. Według wskazów powinno być już zaraz, tuż, tuż – niestety, nie odnajduję go. Więc bez większego rozczarowania (bo niespecjalnie mi na nim zależało – ale skoro to tak blisko...) wracam w okolice cmentarza. Gdzieś przez dziurę w murze widzę zarys ciekawej kapliczki, choć nie wiem jak się do niej dostać. Więc jedynie krótka sesja zdjęciowa „pod murkiem” i wracam do asfaltu.
Jak trafić do drugiego „malowniczego domku”? Dokładnie wam nie powiem. Ale idąc wzdłuż drogi na Golędzinów, włócząc się i odbijając gdzieś na boki – powinniście na niego trafić. Ja jedynie starałem się wrócić do początku wioski – i patrz, jest, po prawej. Po lewej kolejny – choć słońce nie te, trzeba by próbować wieczorem. I znów trafiam do sklepiku, w którym chyba zawsze siedzi ktoś, kto ma ochotę pogadać z turystą... a może to wciąż ten sam człowiek?
Powoli wracam wzdłuż pierwszego domku, krótka sesja zdjęciowa z kotkiem, i przypałętał się właściciel. Początkowo zdenerwowany, bo co to za obcy kręci mu się wokół obejścia – ale chwila rozmowy, i już się uspokaja, a nie, to turysta, spodobała mu się moja chałupa, jakby było co oglądać. A wie Pan co, tą chałupę to już nawet ktoś kiedyś fotografował, jakiś czas temu (taaa, pewnie to ja byłem :) I nawet raz studentki przyjechały, z plastyka, i chciały tą chałupę malować – to je wpuściłem na podwórko (no widzicie, widać nie mam gustu spaczonego, widać ktoś jeszcze takie sielankowe chałupki lubi :).
A potem z powrotem żółtym szlakiem, przez Mienice, z których odpowiednio wychodzę, wzdłuż pola, skręt w prawo, na moje źródło pozyskania owoców bzu na nalewkę – i gdy kończy się bez po prawej, a zaczyna las po lewej, to gdzieś tu trzeba odbić. Na szczęście natrafił się obeznany w terenie rowerzysta – i już wiem, jak mam trafić. Bo zazwyczaj albo za bardzo sugerowałem się punktem widokowym zaznaczonym na mapie, albo wolałem zejść do przepięknego wąwozu – a szlak idzie gdzieś pomiędzy. Tym razem udało mi się go utrafić – jednak gdy przekonałem się, gdzie dochodzi on do płynącej dołem rzeczki, to zastanawiam się, kto wybrał właśnie tą trasę? Wcale nie dłuższa, a jakże piękniejsza jest trasa która trochę bardziej odbija w prawo – no tak, ale betonowy most przez rzekę do Borkowic jest kawałek dalej, a taka pomniejsza, niedbale rzucona przez rzekę kładka drewniana mogłaby się zarwać pod człowiekiem, zwłaszcza po intensywnych rajdach terenówek – i szczegół, że szerokość rzeki jest tu węższa niż krok dorosłego czy krótki skok dziecka, a zejście do rzeki dogodne. Most jest most, i turysto masz leźć mostem – a jak wcale nie chciałeś odbijać do Borkowic, to cię borkowicki wąwóz interesuje? :)
Tymczasem las się powoli kończy. Gdzieś na granicy cienia odnajduję znak żółtego szlaku – a gdy daję kilka kroków widzę, że tutaj już dzisiaj byłem. Pamiętacie pole pełne żółtej nawłoci, na którym niesurviwalowo wchodziłem na szczyt wzgórza? No właśnie tu jestem – i wtedy wystarczyłaby odrobina więcej światła, abym dostrzegł ten znak. Niestety, przy ostrym słońcu granica cienia okazała się czarniejsza niż normalnie – a szlak się cicho w niej skrył, bawiąc się z turystą w chowanego.

Tak więc - udało mi się. Udało mi się przejść żółtym szlakiem całą trasę z Wilczyna do Węgrzynowa, nie gubiąc go ani na chwilę. Gdy dochodzę do wioski, jedynie gdzieś w oddali widzę starą porzuconą chatę, istny klimat wiurbexowy – ale nie, zostawię ją sobie na kiedy indziej. Żebym miał powód jeszcze tam wrócić...  

środa, 4 września 2013

Magiczny Wrocław


Słońce już dawno zaszło za horyzontem, promienie słońca ustąpiły pola latarniom, coraz cichsze stają się dźwięki pieśni buskerów. A czyż nie mogło by tak być na co dzień? Albo chociaż co tydzień? Czemu trzeba buskerskiego święta, aby chociaż rynek rozbrzmiał muzyką?

sobota, 29 czerwca 2013

Zapóźniona noc świętojańska...

Przez zwykłe, ludzkie zapomnienie dopiero dziś wrzucam zdjęcia z Nocy Świętojańskiej w leśnickim zamku. Jak było? Zdecydowanie inaczej niż zwykle. 
W zasadzie, to można powiedzieć, że był zwykły mały festyn bez specjalnych atrakcji. Festiwal Dobrego Piwa mimo okropnej pogody ściągnął tłumy fanów, co w połączeniu z błockiem spowodowało totalną masakrę zieleni parkowej, zwłaszcza na stokach. W efekcie tego Zamek podjąć się musiał rekultywacji terenu, a na Noc Świętojańską spory kawał zieleni odgrodzić i uratować przed ponownym stratowaniem (jakby było co tam jeszcze ratować?). W związku z tym stoiska musiały ograniczyć się żarć-budy na tarasach pojedyńczych stoisk z atrakcjami. Nie było więc kowali, wiedźm czy innych pradawnych atrakcji, a nieliczne czarownice chowały się przed ciekawskimi pod pretekstem gry terenowej. 



Za to były koncerty. Co akurat mnie nie ucieszyło, bo nie chciało mi się siedzieć i tylko słuchać, za to obsuwa z koncertami spowdowała opóźnienie parady świętojańskiej - do godzin tak późnych, że już ciężko było o nieporuszone zdjęcia.
A w związku z ograniczoną ilością okazji do zdjęć, w których sam temat już byłby wielką atrakcją zdjęcia, trzeba się było skupić na zdjęciach jako zdjęciach. Choć wydaje mi się, że efekty przerosły moje oczekiwania, i pewnie nie wyszłyby mi tak dobre, gdybym koncentrował się na samych atrakcjach... zresztą oceńcie je sami.

















Niektórym pannom spod wianków wystawały diabelskie różki, zrobione z najprawdziwszych ogni piekielnych