Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę dalsze wojaże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę dalsze wojaże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Ojców i jego dzielnice

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki
Kolejna wycieczka w Jurze, tym razem po Ojcowie... i jego dzielnicach, bo szukając noclegów zarówno Zazamcze jak i Grodzisko traktowane są jako Ojców, choć odległości między nimi są dosyć spore.
Tym razem do parku wchodzę skrótem, omijając paskudne skrzyżowanie szlaków przy Grocie Łokietka ze swoimi toaletami. Dzięki temu chwilę wcześniej jestem na ich rozejściu, jednak tym razem spodziewając się krótszej trasy wybieram przejście Wąwozem Ciasne Skałki i Bramą Krakowską (szlak niebieski). W przeciwieństwie do szlaku czarnego nie jest to szybka dojściówka naprawdę piękny kawałek gór. Chociaż nie widać tu żadnej rzeki czy potoku, wąwóz głęboko wżyna się w otaczające go pasma. Co prawda wokół widać ślady ludzkiej działalności (dosyć silnej wycinki drzew), to i tak wąwóz wygląda malowniczo. Na dolnym jego końcu znajduje się polana, na której odnajduję krzak dzikiego bzu. Z zazdrością na pękate grona, bo w mojej okolicy w tym roku raczej niezbyt obrodziło w owoce. Jednak w parku narodowym zbierać nie będę, zwłaszcza, że zebranych owoców na miejscu przecież nie przetworzę, a zanim dojechałbym do domu zdążyły by się popsuć. Kawałek dalej mijam Bramę Krakowską – wyraźną, szeroką na kilkunastu ludzi szczelinę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt metrów wapiennymi skałami.

Wąwóz Ciasne Skałki koło Bramy Krakowskiej
Wąwóz Ciasne Skałki


porzucona stodoła w Ojcowie
Od Bramy Krakowskiej można przejść Ojców z obydwu stron Prądnika. Że jednak tą bardziej zabudowaną część znałem już z poprzedniego dnia, postanowiłem pójść szlakiem zielonym, zwłaszcza że po tej stronie gdzieś w oddali widziałem ładną chatynkę. I choć co prawda tej upatrzonej wcześniej nie udało mi się odnaleźć, za to wcześniej, przy Panieńskich Skałach i Igle Deotymy odnajduję stojącą na uboczu samotną murowaną stodołę. Generalnie jednak przez Ojców przechodzę bez większych atrakcji, aby przy zamku skręcić gdzieś w leśną drogę, wzdłuż której biegnie szlak czerwony i niebieski.
Kaplica na wodzie, Ojcowski Park Narodowy
Kaplica na wodzie, Ojców
Trzeba przyznać, że podejście nie było lekkie. Stromość nie stanowiłaby problemu, bo podejście długie nie było, jednak podmokłe gliniaste podłoże sprawiało, że trudno się było nie poślizgnąć. Po krótkim już odcinku docieram w pobliże kaplicy „Na Wodzie” z 1901 r. Jak mówią podania, król pruski (pod którego zaborem znajdował się wtedy Ojców) wydał rozporządzenie na mocy którego na terenach tych mocno utrudnione było stawianie wszelkich kościołów i kaplic na pruskiej ziemi. Że jednak Polacy już od dawna walkę z zaborcami mieli we krwi, szybko znaleźli obejście tego przepisu – skoro nie można postawić na ziemi pruskiej, to czemu by nie postawić kaplicy na wodzie? Tak oto w dno wpuszczone zostały podpory, na których zbudowano drewnianą kaplicę.
Niestety, do środka mogę tylko zajrzeć przez otwarte drzwi, bo w tym czasie akurat odbywa się msza. Pozostało mi więc tylko pokontemplować na stojąco (co prawda w pobliżu jest mnóstwo ławek, niestety akurat wszystkie było mokre w związku z dosyć wilgotną pogodą) urokliwą kapliczkę i jej otoczenie i pójść dalej lasem. Kolejny krótki odcinek płaskim parowem doprowadza mnie w okolice Zazamcza. Chociaż szlak wyraźnie odbija od tej osady, to zachęcony oznaczonym na mapie młynem postanawiam zboczyć lekko ze szlaku. Okazuje się jednak, że wspomniany młyn to jedynie mało estetyczna drewniana buda wyremontowana w mocno patchworkowym stylu, która nie ma już nawet koła młyńskiego. Jedynym śladem sugerującym że był to kiedyś młyn wodny jest spiętrzenie rzeki, z którego zapewne kiedyś woda z łoskotem spadała na łopatki rozpędzonego koła.
Na szczęście za to przy samej drodze znalazłem dwa ciekawe niebieskie drewniane domki, zapewne dawno już opuszczone sądząc po ich stanie.

Ojców Zazamcze
Teraz z powrotem na połączone szlaki niebieski i czerwony. Mimo, iż to dwa szlaki, to oznaczeń nie starczyłoby na jeden szlak, więc w którymś momencie idę bardziej na czuja niż według znaków w terenie. Na szczęście udaje mi się nie zgubić szlaku i dojść do drogi tuż przed młynem Mosiura. Tutaj szlak zbacza na asfaltową drogę, co nie bardzo mi się uśmiechało, zwłaszcza ze względu na wspomniany młyn, jednak mapa sugeruje, że równolegle do niej znajduje się całkiem porządna droga (pełna kreska, nie przerywana! :) więc nią postanawiam powędrować. Kilka metrów za skrzyżowaniem za moją decyzję nagrodzony zostaję kolejnym drewnianym domkiem góralskim, jednak kolejny młyn znów nie zachwyca. Po raz kolejny żeby nie wodny próg, nikt nie odgadłby nawet, że kiedyś tutaj mieścił się jakiś młyn...




Pochylec i Łamańce  w Ojcowskim Parku Narodowym
Pochylec i Łamańce (po prawej)
Tymczasem po krótkiej wędrówce na horyzoncie pojawia się przepiękna bryła wapiennych skał unurzanych w zieleni drzew. To Łamańce i Pochylec, dwie naprawdę wielkie zęby wystające ponad horyzont. W sumie takie widoczki powinny zdaje się być główną atrakcją Jury, jednak mało które tego typu formacje skalne mnie zachwyciły – z pewnością te które znajdują się na obrzeżach Grodziska są jednymi z nich.
No właśnie, bo powoli zbliżałem się do Grodziska. Wydawałoby się, że jeszcze tylko kilka kroków... niestety, przeszkodzą okazała się rzeka. Co prawda mógłbym próbować iść dalej, nie skręcać do asfaltu – ale drogę przegradzał jakiś pomniejszy wapienny pagórek lekko połączony ze ścianą po lewej.
Łamańce widziane tuż sprzed rzeki
którą przyszło mi forsować

 Co prawda tą przeszkodę można było próbować forsować – ale widać było, że za nią rzeka coraz bardziej zbliża się do jurajskiej ściany, a nawet gdyby dałoby się przejść po wewnętrznej stronie rzecznego zakola – to i tak dalej nie było mostów aby przejść na właściwą stronę. No i dylemat – czy wracać tyle drogi do szlaku, czy próbować przejść szeroko rozlewający się Prądnik? Znalezionym kijem sprawdzam głębokość – no, najwyżej po kostki, ale buty to jednak zmoczę a to mi się wcale nie uśmiechało. Na szczęście obok zalanej drogi ktoś chyba nawrzucał jakichś kamieni i sprytnie daje się przejść na drugą stronę nie mocząc butów bardziej niż same się zmoczyły od rosy na trawie. Chwilę później mijam kolejną porzuconą drewnianą stodołę, obitą z każdej strony krzykliwymi żółtymi tabliczkami: obiekt grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony. Byłby piękny widoczek, niestety wspomniane tabliczki psują cały efekt i tylko z jednej, tej najmniej zniszczonej strony daje się zrobić ładne zdjęcie na tle Pochylca.

opuszczona stodoła na tle Pochylca
Opuszczona stodoła pod Pochylcem
Wspinaczkowa przewieszka na Pochylcu
Ściana wspinaczkowa na Pochylcu
No właśnie, Pochylec. Od strony Ojcowa nazwa wydaje się być zupełnie przypadkowa, to raczej kolejna pionowa maczuga, podobnie jak Łamańce. Dopiero obchodząc go w centrum Grodziska dostrzega się jego drugą stronę, z bardzo silną przewieszką. Oczywiście, okazji takiej nie mogli odpuścić wspinacze i na pochyłej ściance wyraźnie widać trasę wspinaczkową.
Tymczasem ja stoję na rozdrożu i zastanawiam się, w którą stronę się udać. Pod rozwagę brałem Skałę i powrót Drewnianą Drogą obok cmentarza cholerycznego z XIX wieku, jednak gospodyni wspominała, że w Skałe nic ciekawego nie znajdę. Dlatego decyduję się na odbicie w kierunku Pieskowej Skały. A więc znów kawałek asfaltem, koło kolejnego mało młyńskiego młyna, aby kawałek dalej wraz ze szlakiem odbić w las, a potem szeroko rozrzuconym trawersem dążyć w górę. Przede mną roztacza się widok na wąwóz prowadzący asfalt drogi w kierunku Pieskowej Skały, na jednym ze zboczy odsłonięty kawał wapiennej skały nazwanej Długa, który przez wiele lat opierał się naporowi drzew i mchów, a ostatecznie poddał się w walce z wandalami malującymi wielkie czerwone serce. Jeszcze kawałek i dochodzę do kościoła świętej Salomei, niestety akurat w remoncie. 
Więc pora już wracać do Ojcowa, początkowo dopiero co zaliczonymi trawersami koło Długiej, potem asfaltem, bo w końcu przecież to lepiej niż wracać tą samą trasą, którą się przyszło. I tak wracam gdzieś na wysokość Jaskini Ciemnej, a że pora jeszcze w miarę młoda, to czemu by nie zajrzeć. Dla niewtajemniczonych – w bilety zaopatrzyć się już na dole, a następnie podejść do góry zielonym szlakiem, jeszcze jakieś 10-20 minut drogi. Tu mi pozostaje poczekać trochę, niestety wśród wrzasków rozkapryszonej dzieciarni którą w ogóle nie interesowali się rodzice, bijącej się o to kto wejdzie do środka z latarką. Te kłótnie wydawały mi się jakieś absurdalne, bo przecież w każdej udostępnionej publicznie jaskini zamontowane jest światło elektryczne, więc po co komu latarka? 
Brama Krakowska widziana z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
Brama Krakowska, widok z platformy widokowej w Jaskini Ciemnej
skała wapienna Rękawica koło Jaskini Ciemnej w Ojcowie
Skała wapienna Rękawica w pobliżu Jaskini Ciemnej (Ojców)
Okazuje się, że nie w Jaskini Ciemnej. Swoją nazwę zawdzięcza ona właśnie brakowi elektryczności. Co prawda nie przygotowany na to turysta dostaje od przewodniczki świeczkę z jakże niegustownym „świecznikiem” w postaci ściętej plastikowej butelki, jednak światło dawane przez tego typu latarnię nie pozwala nawet dostrzec gdzie się stawia kroki, a co tu mówić o oglądaniu sklepień jaskini... na szczęście zupełnie przez przypadek mam przy sobie latarkę, a jak się okazało nawet dwie. Bo w kieszonce plecak znalazła się zaarówno dającą wąskie światło malutką okrągłą latarkę, nie dużo większą od grubego markera, jak i dająca o wiele szersze oświetlenie latarkę przypominającą stare latarki harcerskie, takie płaskie na baterie 4,5V, jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Ta akurat była już latarką współczesną, diodową, jakiś gadżet reklamowy od jednego z dostawców w pracy, okazała się jednak doskonała do rozglądania się po wnętrzu jaskini. Trzeba przyznać, że takie zwiedzanie jaskini w której nie ma stałego oświetlenia ma swoje ogromne zalety... aaa, zapomniałem dodać czemu akurat ta jaskinia jest uważana za taką ważną w tym terenie. Otóż właśnie w niej odnaleziono szczątki człowieka prehistorycznego, a żeby to uwznioślić przed wejściem do jaskini wchodzi się na platformę widokową, z której widać zarówno przygotowaną na tą okazję makietę ludźmi pierwotnymi, jak i spojrzeć z góry w kierunku Bramy Krakowskiej.
Tymczasem po wyjściu z jaskini akurat rozświeciło się słońce. Nie można było nie skorzystać z takiej okazji i nie wejść jeszcze kawałek wyżej na jedno z dwóch miejsc widokowych z których wspaniale widać Rękawicę, formację kilku skałek wapiennych wyglądających jakby z ziemi wystawała zaledwie ręka, a właściwie tylko palce jakiegoś przysypanego rycerza, uzbrojone w kamienną rękawicę. A potem już tylko w dół, powrót do Bramy Krakowskiej i kawałek dalej zaczerpnąć wody ze Źródła Miłości, aby opisanym wcześniej wąwozem Ciasne Skałki wrócić na nocleg do Czajowic.
Na koniec dane z Edmondo: długość trasy 16 km, suma podejść: 331 metrów, najwyższa wysokość: 506 metrów. Pełna trasa do ściągnięcia tutaj.

Powrót na nocleg

wtorek, 4 listopada 2014

Jesień w Jurze

Jura Krakowska nie przywitała mnie miłymi zapachami. Po krótkim dojściu z noclegu w Czajowicach do skraju Ojcowskiego Parku Narodowego już z daleka daje się wczuć zapach niczym z dawnej wiejskiej sławojki. Już wkrótce okazuje się, że poprawnie rozpoznaję zapachy – już w obrębie parku narodowego, przy krzyżówce odbijającej do Groty Łokietka, rozłożyła się buda z płatną toaletą. Taki miły akcent powitalny dla turysty, skłaniający raczej do przyspieszenia kroku niż zachwycania się pięknem przyrody. Dlatego też dosyć szybko dotarłem do skrzyżowania. W związku z tym, że tego dnia zastanawiałem się nad szarpnięciem się na Pieskową Skałę, wybieram krótszy aczkolwiek mniej atrakcyjny szlak czarny. Dzięki temu pół godziny wcześniej wychodzę na skraju Ojcowa, koło stawów rybnych i na skrzyżowaniu szlaków na chwilę przystaję na małą sesję zdjęciową.
stary drewniany mostek w Ojcowie
Stary mostek w Ojcowie
Pamiętacie piosenkę „czerwony mosteczek ugina się/trawka na nim rośnie...”... chociaż ten z piosenki raczej kojarzy mi się z małym mostkiem łukowym, jednak mostek na Sąspówce w Ojcowie też idealnie pasuje do słów tej piosenki. Wysoka konstrukcja zbita z pojedynczych drewnianych kłód wygląda tak, jakby nigdy nie była bezpieczna. Nie bez powodu chyba jednak ktoś kiedyś postawił ten mostek i pewnie za czasów swojej świetności był użyteczny, choć straszny, jednak stan zaniedbania sprawił, że konieczne stały się tabliczki zakazujące wstępu na nie. Mimo to, warto zatrzymać się przy mostku i zwrócić uwagę na jego piękno.
Samotny grób w Dolinie Sąspówki
Natomiast przy mostku odbijam od głównej drogi aby podążyć dalej doliną Sąspówki, środkiem której idzie szlak żółty. Już na wstępie mijam kolejne ostrzeżenie: droga może się zapadać z powodu bobrzych podkopów. Zalecane... żeby nie iść dalej. Z jednej strony to zapowiedź, że czeka mnie miła naturalna droga, z drugiej – zagrożenie nietypowe, kto wie na ile groźne? Na szczęście droga okazała się bezpieczna i faktycznie na początkowym odcinku dosyć urokliwa. Rzeka wżynała się w otaczające ją góry wąskim, powoli unoszącym się wąwozem. Gdzieś po lewej mijam prowizoryczny brzozowy grób bez tabliczki. Czy spoczywa tu jakiś nieznany z imienia czy nazwiska żołnierz, zabity w trakcie ucieczki przez bezwzględnego wroga? Czy może turysta, przypadkowa ofiara gór i złej pogody? A może ten zaciszny wzgórek wybrał sobie na miejsce ostatecznego spoczynku jakiś człowiek gór? A może właśnie tu pochowano właściciela porzuconego domku znajdującego się kilka kilometrów dalej? Na to pytanie zapewne nikt nie udzieli już odpowiedzi...
obora i stara studnia przy leśniczówce w Sąspowie
Tymczasem wąski wąwóz rozlewa się w szeroką, nudną dolinę. Na delikatnie wznoszących się zboczach co prawda rozłożył się jeszcze las, jednak środkiem ciągnie się pustka polany gdzieniegdzie przecinana pojedynczymi drzewami. Po lewej kusząco do skręcenia zachęca skryty w tajemniczym cieniu wąwóz Jamki, jednak wszelkie znaki i tabliczki sugerują, że skręcenie w tą drogę nie jest zalecane. Tak więc podążam wciąż przed siebie dochodząc do starej leśniczówki. Chociaż sama leśniczówka wygląda na wciąż używaną, prowadzące do niej schodki porośnięte są mchem a spomiędzy poszczególnych kamieni wyrasta trawka. Romantyzm tego pozornie opuszczonego miejsca skłania mnie do zatrzymania się w cieniu. Chwilowy postój skłania mnie też do zauważenia ciekawej kompozycji ze starą ręczną studnią i stojącą za nią nową stodołą o charakterystycznych mocno kontrastowych deskach...

Jeden z budynków na obrzeżach Sąspowa
Chatynka na przedmieściu Sąspowa... z przymrużeniem oka

Sąspów, obrzeża - porzucona stodoła
Dalsza droga do Sąspówki raczej nie zaliczała się do ciekawych. Jak już wspomniałem, szeroka polana pośrodku, monotonny krajobraz ciągnący się po obu stronach rzeki tylko gdzieniegdzie przerywany pojedynczym domkiem. Wioska też nie obfitowała w ciekawe tematy, tylko gdzieś ponad nią, spomiędzy gęstych drzew przebijała się wieża zabytkowego kościoła. 
Sąspów był też miejscowością graniczną, w której trzeba było się zdecydować, czy idę dalej do Pieskowej Skały, czy może tutaj zawracam. Zgodnie z mapą dalsza droga miała być asfaltem ciągnącym się wśród nudnych pól, i dopiero pod sam koniec miał pojawić się teren zalesiony z Maczugą Herkulesa i innymi ciekawymi skałkami wokół. Już wcześniej miałem informacje, że zamek w Pieskowej Skale obudowany jest rusztowaniami ze względu na toczący się w nim remont, co nie tylko psuło atrakcyjność krajobrazu, ale i nie pozwalało na zwiedzanie zamku. Gdybym miał nocleg w Ojcowie, być może zdecydowałbym się na dalszą trasę, jednak dojście z Czajowic do Ojcowa i przewidywany powrót na tej trasie wydłużał ją o około 10 km, więc wszystkiego razem było już zbyt dużo na moje nogi. 

Drewniana dzwonnica w Sąspowie
Drewniana dzwonnica w Sąspowie
Dlatego postanowiłem, że na Sąspowie zakończę swoją trasę i skoro już tu jestem, to warto zajrzeć do zauważonego wcześniej kościółka i zabytkowej drewnianej dzwonnicy. Jak się okazało po ostrej wspinaczce, murowany kościółek był zamknięty i z zewnątrz nie stanowił wielkiej atrakcji, za to drewniana dzwonnica przykryta miedzianym dachem zachwycała swą smukłością. Także zejście do żółtego szlaku okazało się wąską ścieżynką wśród zielonej gęstwiny, co dodawało uroku tej trasie. Potem powróciłem do monotonii żółtego szlaku, który doprowadził mnie do poznanej wcześniej leśniczówki. Dla odmiany za leśniczówką postanowiłem skręcić w lewo, w nienazwany wąwóz powoli wspinający się w górę. Chociaż krótki, to głęboko wżynający się potokiem w skały stanowił miłą odmianę po nudzie doliny Sąspówki, na którym udało mi się nawet spotkać wiewiórkę.

Dym, mgła i promienie słońcaKawałek dalej, w pobliżu wspomnianego już domku, w oddali zauważam wznoszącą się sponad ziemi mgłę. Chociaż pora jeszcze była w miarę wczesna, to jednak byłoby to zdumiewające żeby mgła wznosiła się tak późno, skoro wcześniej jej tu nie było. Więc może to dym unoszący się z jakiegoś? Zapewne musiałoby to być dosyć duże ognisko, z kolei rozwieszonej w powietrzu bieli było zbyt mało aby bać się pożaru lasu. W miarę jak posuwałem się do przodu, znalazła się przyczyna dymu: to ludzie palili zebrane w polu chwasty i inne suche rośliny. I znów kolejna okazja do wspaniałych zdjęć i do zachwytu nad naturą światła.
Aby nie wracać tą samą drogą, i żeby nie zmarnować pozostałej jeszcze całkiem sporej części dnia, na kolejnym skrzyżowaniu szlaków odbijam w lewo, w szlak zielony. Krótkie podejście i po chwili docieram do pierwszej zabudowy, najprawdopodobniej dużego ośrodka wypoczynkowego. Kontynuując wędrówkę zielonym szlakiem, po kolejnej pół godziny czasu docieram do ruin zamku w Ojcowie.

Ojców, brama średniowiecznego zamku
Brama zamku w Ojcowie
Zamek w Ojcowie widoczny jest już z daleka, więc samotną wieżę strażniczą z kawałkiem muru obronnego wisząca gdzieś ponad wsią widziałem już na początku dnia, gdy odbijałem na szlak żółty. Zupełnie inaczej zamek ten wygląda od strony wejścia. Ustawione pionowo, ściśnięte ze sobą wapienne obeliski z pewnością chciałyby się zwalić w przepaść po prawej stronie, jednak powstrzymuje je od tego podpierająca je wieża bramna. Jak nic budzi to skojarzenia z książkami stojącymi na nie do końca zapełnionej półce. Książki z pewnością wywróciły by się żeby leżeć na półce poziomo, jednak powstrzymuje je od tego stojąca obok nich przegródka do książek. Tutaj to właśnie kolejne wystające skrzydła ściany wyglądają jak chcące się zwalić książki, a wspomniana wieża – jak powstrzymująca je od tego przegródka.
Matka Boska Ojcowska
Figura Matki Boskiej przed zamkiem w Ojcowie
Oczywiście w oficjalnych godzinach otwarcia przejście bramy nie stwarza większego problemu, konieczne jest, niczym w średniowieczu, opłacenie drobnego, kilkuzłotowego myta które potwierdzone zostaje paragonem. Ciężko tu mówić o bilecie wstępu, skoro oprócz wspomnianego wydruku z kasy fiskalnej nie dostajemy tu absolutnie nic. To zresztą typowa cecha Ojcowskiego Parku Narodowego i ciężko by tu szukać ozdobnych biletów które mogłyby z radością zbierać dzieci.
Trudno mówić o wielkich atrakcjach ojcowskiego zamku, jednak skoro już jest się w Ojcowie, to szkoda go ominąć. Ostatecznie jest to miłe miejsce na spędzenie krótkiego odpoczynku połączonego z podziwianiem panoramy Ojcowa z góry i przejściem przez resztki dawnego muru obronnego. Potem wracam przez bramę, aby lekko okrężną drogą wrócić do wioski. Zamiast wracać schodkami wybieram drogę asfaltową aby od dołu przyjrzeć się figurze zadumanej Matki Boskiej. Co prawda ze ścieżynki prowadzącej od szlaku do zamku da się zejść w bezpośrednie pobliże figurki, jednak dopiero od dołu zyskuje się odpowiednią perspektywę do jej podziwiania.

Jeszcze tylko powrót czarnym szlakiem, zahaczając o Grotę Łokietka która nie okazała się zbyt ciekawym obiektem do zwiedzania i można uznać dzień za skończony.
A od teraz powoli wchodzi mały gadżet techniczny - zapisy opisywanych tras będzie już można ściągnąć z sieci w formacie zgodnym z endomondo. Tutaj macie trasę Czajowice-Sąspówka-Ojców-Sąspówka...

gdzieś na czarnym szlaku

czwartek, 7 sierpnia 2014

Schwerin, czyli nie tylko zamek

dom z muru pruskiego w Schwerin
Domek na kurzej łapce
Schwerin, niemieckie miasteczko założone przez Słowian. To, co pokazują zapytane o niego internety, to z pewnością bajkowy zamek, urodą i koronkowością odrobinę ZALEDWIE ustępujący disneyowskiemu Neuschwanstein, jednak pod względem dostojności i majestatu znacznie go wyprzedzający. W czasie gdy większość turystów od razu pędzi na książęce pokoje, miasto ukrywa przed nimi swoje inne, równie piękne tajemnice.
Myślę, że jeszcze stare miasto odkrywa jeszcze całkiem spora rzesza turystów. Zwłaszcza, że starówka jest naprawdę warta odwiedzenia. Błądząc w labiryncie uliczek, z pewnością można odkryć piękno zarówno pruskiego muru wymieszanego z niemieckim ordnungiem. Choć podobną architekturę można spotkać przecież na wielu niemieckich wioskach Pojezierza Meklemburskiego, to jednak w trochę większym skupieniu, przy wyższych niż wiejskie budynkach, jeszcze bardziej czuje się sielankową atmosferę spokojnego dawnego miasteczka. Wszelkie nieprostopadłości wynikające z ułomności dawnych metod budowlanych tylko podkreślają ten efekt. Jednak już domki w których pierwsze piętro rozszerza się nad podciętym parterem budzi bardziej niebezpieczne skojarzenia z chatką na kurzej łapce i czarownicami, które najbezpieczniej spalić na stosie, zanim zjedzą niewinnego Jasia i Małgosię. Tak, teraz gdy o tym myślę, mam dziwne wrażenie że ta bajka z dzieciństwa ma bardzo niemieckie korzenie... a może to tylko efekt zawłaszczenia wielu ludowych bajań przez braci Grimm?

stary drewniany mostek
Drewniany mosteczek ugina się



Zanim moje rozważania pójdą w jakimś niebezpiecznym kierunku, powoli ruszam za miasto. Z boku zostawiam wspomniany zamek, przechodząc przez książęce ogrody. Stary porzucony mostek ukryty wśród dzikich traw, tuż obok pochylonej wierzby znów przypomina pradawne wiejskie gusła i strachy. Chociaż oficjalnie to wciąż miasto, nie trudno tu o wiejską sielankę. Jeszcze tylko ominąć szalonego kolorowego ceramicznego nosorożca z różowym nosem od przedawkowania zapachu kwitnącej wiśni – i już prawie jestem przy celu swojej wędrówki. Spomiędzy krzaków wyziera rzeczka i stojący nad nią ceglany budynek młyna z drewnianym kołem wodnym. Do pełni szczęścia brakuje tylko trzeszczenia pracującego drewna i plusku wody spadającej z łopatek młyńskiego koła. Okazuje się, że trafiłem na dzień remontu systemu zębatek młyna i koło musiało zostać zatrzymane.



koło młyńskie skansenu w Schwerin

skansen młyński w Schwerin
Tak, tak, mało kto wie, że wśród atrakcji Schwerin, obok tak osławionego zamku, znajduje się także mały skansen młyński. Za niedużą opłatą można zwiedzić zabytkowy budynek i obejrzeć makiety młynów wodnych używanych przez człowieka do różnorodnych zadań, nie tylko do mielenia ziarna. Obok tej, jakże typowej, aczkolwiek sezonowej funkcji młyna, mamy chociażby cięcie drewna czy wymagające o wiele większej siły i cierpliwości piłowanie kamienia. Tak, zdecydowanie jest to czynność przekraczająca siłę i możliwości człowieka, za to jakby idealnie pasująca do nieprzemijającej mocy wody. 
Młyński mechanizm przekazania ruchu
Już na pierwszy rzut oka daje się zauważyć, że niektóre elementy makiet wyglądają tak, jakby miały się ruszać, jednak ręczne ruszanie eksponatów nie idzie mi najlepiej. Po chwili zauważam jednak elektryczne przyciski sugerujące, że makieta wyposażona jest w jakieś napędzające ją silniki. Jeszcze tylko szybkie rozejrzenie się, czy w pobliżu nie ma jakichś tabliczek z wrogo brzmiącym słowem „Verboten” i makiety żwawo zaczynają się poruszać, niczym napędzone jakąś niewidoczną rzeką przepływającą poprzez młyńskie koła. Oczywiście gdy człowiek już się napatrzy na te ruchome cuda, należałoby pamiętać, jak wiele zawdzięczamy naturze, i wyłączam makiety za sobą. Gdzieś tylko kątem oka zauważam zdyscyplinowanych niemieckich turystów, którzy początkowo z takim drobnym strachem obserwują czy na pewno można (no przecież nigdzie nie napisano, że można – a brak zakazu chyba tylko dla Polaków oznacza pozwolenie :) – a już po chwili sami włączają te makiety, które ich interesują.

Element mechanizmu regulacji tamy na jeziorze w Schwerin
Mechanizm regulacji tamy jeziornej - detal
krużganki zamku książąt meklemburskich w Schwerin
Zamkowe krużganki
Na dole z kolei, oprócz małej wystawki kamieni szlachetnych, obejrzeć można właściwy mechanizm przekazywania ruchu młyńskiego koła. Jak wspomniałem, trafiłem na dzień remontu i koło się nie kręciło (jak zapewnili mnie naprawiający koło rzemieślnicy, młyn jest młynem czynnym), co z jednej strony spowodowało pewien niedosyt młyńskich wrażeń, z drugiej – dało okazję do sfotografowania tego mechanizmu. W codziennej pracy przyzwyczajony do maszyn dużo mniejszych ze stalowymi przekładniami, z radością witam ten powiew starości, z właściwą dla niego fakturą podniszczonego drewna.

zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany od frontu
Zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany od przodu

sala tronowa w zamku książąt meklemburskich w Schwerin
Sala tronowa zamku w Schwerin
A potem, poprzez książęcy ogród, można już przejść do największej atrakcji Schwerin, zamku książąt Meklemburskich, a obecnie także siedziby parlamentu. Ten piaskowy budynek, mimo swego ogromu, zachwyca lekkością renesansu (jak mówi wikipedia, dokładniej: renesansu niderlandzkiego). Wnętrza zachwycają przepychem, choć na szczęście ogrom zdobień nie przytłacza – w pobliżu księcia można było raczej poczuć wielkość niemieckich władców, a przestrzenie dostępne ówczesnym wizytatorom pozwalały na ogromną swobodę licznym gościom. Całości wrażenia dopełnia większa grupka szkolna przebrana we własnoręcznie zrobione stroje księżniczek i rycerzy. Gdyby w Polsce w taki sposób uczono dzieci, z pewnością więcej z nich interesowałyby się historią naszego kraju i jego zwiedzaniem. Jeszcze tylko krążenie uliczkami Schwerin, odwiedzenie tutejszego „potwora z Loch Ness” (który, trzeba przyznać, bardziej przypomina smoka) i można udać się do Gustrow.

zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany z tylnego ogrodu
Zamek książąt meklemburskich w Schwerin widziany od strony ogrodu


wnętrza i sufity zamku książąt meklemburskich w Schwerin
Wnętrza i sufity zamku

sobota, 11 sierpnia 2012

Ramadanowe wspomnienia z Kłodzka

Głodnego nakarmić, spragnionego napoić, jak nakazują katolickie uczynki miłosierdzia.  I choć po Dniach Twierdzy Kłodzkiej nie było problemów z zakupem tradycyjnej festynowej strawy (w postaci zimnej, smażonej kiełbaski), to już przy szukaniu stolika aby się posilił raczej nie dane było mi zaznać staropolskiej gościnności. Cóż więc pozostało, jak nie zjeść posiłku na kamiennym podłożu twierdzy…
I wtedy przypomniały mi się wspomnienia z Maroka. Traf chciał, że podobnie jak teraz, trwał tam Ramadan – traf o tyle dziwny,  że akurat w tym roku został on ogłoszony z dużym wyprzedzeniem w stosunku do lat poprzednich. Było to na zorganizowanej wycieczce gdzie tak się trafiło, że wszyscy oprócz mnie mieli wykupione obiadokolacje. Ale przecież co to za poznawanie uroków obcego kraju bez poznawania jego charakterystycznych smaków? Ja wolałem popróbować lokalnej kuchni, nie dostosowywanej do żołądków europejskich turystów.
Tak się trafiło, że w jednej z miejscowości „noclegowych” nie było żadnej, dosłownie ŻADNEJ restauracji, baru. Jedynie przy boisku jakiś człowiek rozstawił swojego grilla. Za pewne liczył na to, że po 17-tej, „kiedy Allach już nie widzi” zgłodniali sportowcy dadzą mu dobry zarobek. Choć do „końca dnia” zostało tylko pół godziny, wszystko jeszcze było surowe, więc z grupą znajomych postanowiliśmy pójść poszukać kulinarnego szczęścia kawałek dalej, jednak nic nie dało się znaleźć. Pilnując się, aby do grillowego kupca koniecznie wrócić przed 17-tą (zanim dopadną go Muzułmanie, kto był w krajach arabskich w czasie Ramadanu wie, jak ciężko kupić cokolwiek do zjedzenia między 17-tą i 20-tą), przeszliśmy kawałek wioski szukając jakiejś alternatywy. Malutki grill okazał się jedyną jadłodajnią tamtej miejscowości, więc zamówiłem jakąś rybę. Znajomi się nie odważyli, bo wiadomo, afrykańskie choroby, „zemsta Faraonów” i inne takie, a po co mają ryzykować, skoro w hotelu czekać na nich będzie kolacja. Nie było wokół stolików, nie było sztućców, na szczęście był chociaż papierowy talerzyk do tej ryby. Cóż mi pozostało innego, niż usiąść na chodniku, ułożyć swoje jadło  na jakimś murku i spożyć rybę palcami? Po chwili ktoś się odezwał, że jednak mi zazdrości, że to prawie tak „po jezusowemu”, bo przecież ryba, bo przecież „na ziemi”, bo przecież palcami – a nie „cywilizacyjnie” czyli tak jak jada się dzisiaj Oczywiście nie było mowy aby poszedł w me ślady, nie było też mowy o dokupieniu drugiej rybki dla mnie - bo w międzyczasie magiczna godzina 17-ta minęła i piłkarze dopadli "sprzedawcę kiełbasek" i momentalnie wykupili wszystkie przygotowane już potrawy. Tak więc z na wpół pustym żołądkiem pozostało mi pójść spać, aby dotrwać do następnego poranka (a więc i następnego śniadania).
Choć to kiełbaska a nie ryba, choć tym razem podane na plastikowym talerzyku a do ręki dostałem sztućce, za to nawet nie było murka, aby postawić na nim to jadło – to pewne podobieństwo daje się zauważyć. I tylko szkoda, że ze wspaniałej inscenizacji bitwy w ramach Dni Twierdzy Kłodzkiej nic napisać nie mogę, bo jakaś niewyjaśniona siła (zapewne wrocławskie duchy i upiory, o których miałem napisać na innym blogu) zniszczyła mi kartę ze świeżo zrobionymi zdjęciami, nie tylko z tego wydarzenia.

sobota, 14 lipca 2012

Taka dziwna skałka

Tą skałkę spotkaliśmy przypadkiem. Mój wspaniały zakład pracy wysłał mnie na delegację do kraju, w którym piwo jest tańsze od wody. Pięknie zapowiadana „szklana” restauracja wypadła nieciekawie a widziany z daleka, przez szybę wyrób szkła wypadł strasznie słabo, podobnie zwiedzanie osiedli Nowego Boru nie przypadło mi do gustu. Także zwiedzanie kraju naszych sąsiadów z samochodu też nie zaliczało się do interesujących mnie atrakcji, ale cóż, takie prawa wyjazdu grupowego, że robisz to, czego oczekuje większość. Na szczęście gdy wypatrzyłem tą nietypową atrakcję, nikt nie sprzeciwiał się zatrzymaniu pojazdu na zwiedzanie skałki.



A trzeba przyznać, że atrakcja to nie lada. Mimo iż teren wokół jest pagórkowato-górzysty, to akurat to wzgórze wyglądało wyjątkowo płasko. I jedynie wystająca ze szczytu formacja skalna wyglądała nietypowo. Już z okien samochodu widać było, iż nie jest to nieregularna forma skalna, wręcz odwrotnie… cała „górka” zbudowana jest jakby z kamiennych sześcio- i pięciokątnych „prętów” wielkości dziecięcej dłoni. Z boku sprawia to, że całe „zbocze” tej góry wygląda, jakby było równo ociosane przez artystę-rzeźbiarza celem nadania mu ugładzonej formy. Jeszcze ciekawiej wygląda to z góry – wyraźnie widać geometryczne przekroje „prętów”.
Zastanawiać by się można, co sprawiło iż powstała tak regularna formacja skalna. Wydawać by się mogło, że to twór wręcz sztuczny, choć jaki byłby cel tworzenia takiego dziwadła? Na szczęście tajemnicę rozwiewa pobliska tabliczka. Skała jest wynikiem wylewu prawdawnego wulkanu, którego kobaltowo-magmowa lawa powoli zastygała. To wciąż nie tłumaczy tak regularnych form – jednak ten opis sprawia, że z mroków pamięci wydobywają się wspomnienia lekcji o kryształach. Tak tak, najprawdopodobniej te same prawidła fizyki które sprawdzaliśmy hodując na sznureczkach kryształki soli sprawiły, że zastygająca lawa krystalizowała w pięcio- i sześciokątne „pręty”.
Oczywiście, nie bez znaczenia musiały tu być zjawiska szybkiego stygnięcia, kurczenia się termicznego materiału i powstających przy tym naprężeń. Naprężenia te powodowały, że zastygający materiał pękał wzdłuż linii rozdzielających kryształy tworząc formy geometryczne kształty. Nie będę bawił się jednak w zgadywanie, czy powstawanie „prętów” a nie małych kostek wynikało z izomorficzności lawy, czy może z powierzchniowego, nierównomiernego stygnięcia lawy… jeśli macie dzieci, możecie poprosić je aby spytały o to swoich nauczycieli fizyki.

sobota, 3 grudnia 2011

Prawie że morze


Prawie że morze, prawie że góry - czyli Jezioro Bodeńskie, czasem nazywane Morzem Bodeńskim. Z pewnością takie nazewnictwa wynika z języka niemieckiego, który obowiązuje we wszystkich trzech krajach, które bezpośrednio graniczą z Jeziorem. Opcje są dwie, a od jeziora (see) większy może być tylko ocean. Morze... to kolejne jezioro. Prawie że góry, bo leży u podnóża Alp. Tak więc to jedyne morze, zza którego można dojrzeć góry po drugiej stronie brzegu ;)

czwartek, 17 listopada 2011

Piękna złota niemiecka jesień

Porzucony melex budzi się w pierwszych promieniach wschodzącego słońca

Jeśli chodzi o złotą polską jesień, to przyroda nie była łaskawa w tym roku. Najpierw przyroda sama siebie oszukała, i długo myślała, że przecież po lecie przychodzi wiosna. W październiku zakwitły magnolie, a gdzie nie pojechałem, to wzdłuż trasy widziałem złociste pola rzepaków. Niestety, wiosna to nie jest okres, kiedy liście stają się złociste, a kolejnym wyprawom na Wzgórza Strzelińskie towarzyszyły zielone drzewa stojące przy drodze. Z kolei zimne temperatury w listopadzie sprawiły, że liście nagle nie tylko się zazłociły, ale i przestały się czuć przywiązane do rodzimych drzew, i byle wiatr był dla nich pretekstem aby swobodnym losem spaść na ziemię - kolejnej wyprawie na Wzgórza Strzelińskie towarzyszyły już łyse drzewa, choć na szczęście w lasach wiatry nie hulają i liście dłużej upiększają otaczający krajobraz. Dorzućmy jeszcze domowe i służbowe obowiązki zabierające czas kosztem spacerów... Tak więc gdy na służbowej wyprawie powitała mnie mgła i przebijające się zza niej kolorowe liście, jakże było nie wziąć aparatu i nie skorzystać z opóźniającego się wyjazdu z hotelu? Szkoda tylko, że nie wiedziałem, że wyjazd opóźni się tak mocno i nie zdecydowałem się odwiedzić stojącej niewielki kawałek dalej starej, drewnianej stodoły, która rozpadała się już z racji wieku, co z pewnością wspaniale by wyszło na zdjęciach.
Miejsce zrobienia zdjęć: Golf&Vital Park, Bad Waldsee