Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miękinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miękinia. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2011

Piękno zaklęte w deszczu...

Bardzo już mi spacerów brakowało, lecz od miesiąca pogoda grała ze mną w ciuciubabkę. Gdy musiałem wyjechać gdzieś dalej – wychodziło piękne słonko, gdy weekend spędzałem we Wrocławiu – przychodziły deszcze. Słońce świeciło co najwyżej w tygodniu, gdy trzeba było siedzieć w pracy.
Więc cóż, żeby choć trochę nogi rozprostować, trzeba pogodę zignorować i w skromnym deszczyku pospacerować. Oczywiście żadne długie trasy, żeby nadmiernie nie zmoknąć, a skoro spacer niedługi – to i okolica powinna być jakaś bliska. Znów więc padło na zamek w Leśnicy, pobliski park i, tym razem na Las Mokrzański.
Zaparkowałem koło wrocławskiego krasnala, który z nich wszystkich chyba najdalej wywędrował od rynku, koło nadwiżańskiego rycerza który pilnuje bram zamku. Miło mnie powitał i wpuścił na teren parku, żebym nie musiał wchodzić od tyłu. Przez park miałem zamiar szybko przejść znajomym już mi szlakiem zielonym... gdzie tam. Krople deszczu i rosy tak pięknie rozkwitły na rozpiętych wśród roślin pajęczynach, że oczywiście trzeba było zrobić sesję zdjęciową. Każdy krzak wyrastający z ziemi został obglądnięty pod kątem piękna zaklętego w deszczu.
Dużo czasu zajęło mi tym razem wyjście z parku. I wchodzę w przepiękny Las Mokrzański, największy chyba obszar leśny wokół Wrocławia. Tym razem nie odbijam do pobliskiej zabytkowej wieży ciśnień i podążam grzecznie szlakiem. Jeśli tu nie chcecie się zgubić, polecam jednak kierować się raczej jakubowymi szlakami z muszlą, stanowiącymi polską część Camino de Santiago. Na tym odcinku i tak prowadzą tą samą drogą, a za to są dużo lepiej oznaczone.
Nad głową słyszę ciągłe uderzenia kropel deszczu o liście, jednak na szczęście nie dociera on do niższych warstw poszycia – a przynajmniej nie czuję, żeby coś lało mi się na głowę. Ale jednak krople deszczu przedostają się na dół – a widać to chociażby po iskrzących się liściach drzew. Choć to pełnia lata, wyglądają jakby pokryte były śniegiem, choć trzeba przyznać, że wygląda on bardziej jak śnieg w sprayu który można kupić na Boże Narodzenie. Ale jaki inny utrzymałby się o tej porze roku? Jednak gdy spojrzysz z innego kąta, to raczej jakby ksiądz poświęcił kropidłem wszystkie drzewa – z tą jedną różnicą, że zamiast wody święconej użył płynnego srebra. Z jeszcze innego kąta – wygląda to zupełnie inaczej, i brak mi słów, żeby to opisać.
Deszcz sprawił, że znów zakwitły przeróżne kwiaty. Choć najbardziej popularne to jednak osty, które pod fioletowym pióropuszem pręcików kwiatowych ukrywają strasznie czepliwe rzepy. Szczególnie dużo znajduję ich na skraju łąki, na której chwilowo gubię szlak. Co gorsza, rosa skroplona na końcówkach traw to to, czego najbardziej nie lubią moje buty. Choć nie przemakają, to jednak stają się one dużo cięższe. Także jeansy które mam na sobie też lekko zmieniają kolor od wody. Na szczęście stojący na drodze strumyk udaje się pokonać bez moczenia nóg, choć dużo nie brakowało a sposób jego przekroczenia był naprawdę oryginalny. Ale cóż, każdemu może się poślizgnąć noga gdy akurat próbuje skoczyć...



A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema,
- Musisz zacząć chodzić w pulowerze,
Jesień idzie, rady na to nie ma.

Może zrobić się chłodno już jutro,
Lub pojutrze, a może za tydzień,
trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie.
Andrzej Waligórski, Jesień idzie, piosenka turystyczna
Wzdłuż domów wracam na zielony szlak, aby znów kawałek iść wzdłuż asfaltu, na szczęście niedużo później zaczyna się już właściwy las mokrzański. Gdzieś po drodze spotykam ślimaka mozolnie wspinającego się na jakieś nadmiernie wyrosłe zielsko, z boku mijam pierwsze oznaki jesieni w postaci grzyba (jak zwykle, mam szczęście do wypatrywania trujaków, więc nawet nie próbuję ich zbierać). Co rusz mijam jarzące się już czerwienią jarzębiny. Jesień idzie, nie ma na to rady... i tylko prześlicznej pogody brak.

A był sierpień. Pogoda prześliczna
Wszystko w złocie trwało i zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
o mającej nastąpić jesieni.


Wojna Nieba i Ziemi

Idąc dalej, mijam kolejne plamy czerwieni, błędnie sugerujące, że już wkrótce będzie trzeba zacząć zbierać materiał na nalewki. Nie, to jeszcze nie pora, do pierwszych przymrozków jeszcze daleko, a leśne owoce oprócz kolorów, muszą nabrać jeszcze smaku i słodyczy. Co najwyżej pomyśleć można o podjadaniu rosnących obok jeżyn, choć z braku słońca przeważają te zielone. Kawałek dalej mijam tajemniczne betonowe schody w lesie, prowadzące do nikąd, a bok nich drzewa rosnąć na specyficznym pagórku. Tak jakby wydarzyło się tu...

Okrutne to były czasy, gdy Niebo walczyło z Ziemią. Niebo próbowało zalać Ziemię deszczową wodą, która spłukiwała ogromne ilości błota w głąb Mórz i Oceanów. Najtwardsze skały rozbijane były w pył ciągłymi uderzeniami Piorunów, aby woda mogła je zabrać. Lecz i Ziemia nie była dłużna niebu i co rusz atakowała. Główną jednostką bojową były Wulkany, które starały się zasypać niebo brudnym pyłem. Równocześnie wylewały one ogromne ilości lawy, która miała pokryć Ziemię ochronną pokrywą spękanej skały, nie spływającej z deszczem. Zdesperowane Niebo wyciągnęło swe ręce i rozczapierzonymi palcami złapało Ziemię. Mocno zacisnęło dłoń, po czym zaczęło ciągnąć ręce ku sobie. Zaskoczona Ziemia początkowo dała sobie wyciągnąć kawałek siebie w górę, tworząc mały pagórek, jednak zaraz potem stawiła opór, wszelkimi siłami starając się przytrzymać każdy kawałek swego ciała. Długa była to walka i zacięta, pagórek raz stawał się wyższy, raz niższy, a kartografowie nawet nie nadązaliby uaktalniać map, nawet gdyby udało im się przeżyć w tak ciężkich warunkach. Dłonie Nieba stawały się raz krótsze i grubsze, gdy chwilowo osiągało sukcesy, raz krótsze i cieńsze, gdy silniejsza okazywała się Ziemia. Ziemia spięła się jednak ostatecznie, co sił ciągnąc swe ciało ku sobie. Ręce Nieba robiły się coraz cieńsze i cieńsze, jednak zdecydowanie nie chciało ono rozewrzeć swych palców i puścić Ziemię. Takoż w którymś momencie Niebiańska materia nie wytrzymała i rozdarła się, a kikuty dłoni pozostały zaciśnięte na wzgórzu. Niebo pozbawione swej niszczycielskiej siły, mogło się już jedynie zadowolić nielicznymi deszczami i piorunami. W ten oto sposób zakończył się Wielki Potop, a na pamiątkę tego powstały drzewa – odwieczny symbol walki Nieba z Ziemią. Swymi szeroko rozpostartymi korzeńmi, niczym palcami dłoni, próbują wyciągnąć z Ziemi wszystkie odżywcze składniki, aby sięgnąć jak najbliższej Nieba. Niektórzy mawiają wręcz, że kiedyś urośnie drzewo na tyle wielkie, aby mogło sobie przypomnieć że kiedyś było rękoma i na tyle wysokie, że będzie mogło sięgnąć swego ciała – a wtedy Niebo odzyska swe destrukcyjne siły i wystawi swą armię deszczów i potopu do kolejnej walki z Ziemią.
Legenda o tym, jak powstały drzewa - tekst własny

No cóż, czekolada zjedzona, napoje uzupełnione, pora iść dalej. Nie dużo dalej dochodzę do osiedla domków jednorodzinnych, gdzie według mapy powinno istnieć jedynie leśne miejsce odpoczynku. No cóż, czy Darwin powiedziałby kiedykolwiek, że jego prawa ewolucji nie dotyczą przedmiotów martwych? Jeśli tak, to właśnie mam przed oczami dowód, że się omylił.

Pora wracać. Nie powiem jednak, gdzie po drodze znalazłem orzechy laskowe, bo zaraz zjadą się tam wszyscy samochodami, tak jak jeżdżą na grzyby, zatruwając powietrze. Kto chce, może przespacerować się wzdłuż całej trasy i je odszukać. A dodam, że teraz są właśnie te najlepsze, choć o mało intensywnym smaku, to za to młode i wciąż lekko wilgotne. No, pomijając te, które są wciąż puste, na najbliższe dwa tygodnie można więc chyba sobie odpuścić orzechowanie.

PS. Wszystkie zdjęcia polecam powiększyć, inaczej nie widać piękna odkrytego przez deszcz i rosę....

Andrzej Waligórski, Jesień idzie, piosenka turystyczna

poniedziałek, 21 marca 2011

W poszukiwaniu pierwszych promyków wiosny...

Nareszcie koniec zimy, nareszcie wiosna – niejedna osoba tak zapewne dziś krzyczała, zwłaszcza, że dziś popołudniu pogoda była piękna (choć trzeba przyznać, że wczesnoporanne, zimowe szadzie na polach widziane z okna samochodu też zachwycały). Wiedząc, że w poniedziałek nie mogę sobie zrobić Dnia Wagarowicza, już w niedzielę postanowiłem poszukać pierwszych zwiastunów wiosny...
Jak to na Dolnym Śląsku, najłatwiej wybrać trasę pałacowo-zamkową. Tak więc trochę okrężną drogą (bo towarzystwu wycieczki trzeba pobliską Miękinię pokazać), docieram do neogotyckiego pałacyku w Mrozowie. Rozbudowana architektura z wieżyczką u boku żywcem przypomina północnolubuski pałac w Mierzęcinie, tylko jakby w lustrze odbity. Co ważne, od kilku zaledwie lat nie tylko bryłą przypomina pałac w Mierzęcinie, ale i „stanem zachowania” - tak jak pierwszy z nich odzyskał swój blask osiem lat temu dzięki staraniom prywatnego inwestora, tak mrozowski pałac zyskał blask dzięki siostrom albertynkom, które urządziły w nim zakład opiekuńczo-leczniczy dla dorosłych.
Niestety, tabliczki z kategorii „teren prywatny” nie zachęcają do zbyt dokładnego zwiedzania. Dlatego odwrót do samochodu, i wycieczka do bardziej nastawionego na turystów, gotycko-renesansowego zamku na wodzie, czyli znów Wojnowice. Obchód wokół zamku, kilka zdjęć w odmiennej aurze (wczesnoporannej, a nie wieczorowej jak ostatnio) i można wruszać na wyprawę poszukiwawczą.
Niestety, oznakowanie szlaku nie sprzyja wchodzeniu na właściwą drogę. Z tyłu zamku odnajduję żółty szlak, który o dziwo strasznie okrąża teren zamku, nie wiadomo czemu omijając tą znakomitą atrakcję turystyczną, aby nawrócić do głównej drogi we wsi. 

Wojnowice jakich nie znacie

Tuż przy skrzyżowaniu – ciekawy kogut-mutant, z podgardlem przypominającym raczej naburmuszonego indora niż koguta. A może... to już wczesnowiosenny entuzjazm kazał mu pozbyć się piór, w końcu przecież tak już ciepło?
Jak już wspomniałem, oznakowanie szlaku do dobrych nie należy, w którymś momencie zwątpiłem, czy ciągnie się on dalej na północ, czy zgodnie z intuicją powinienem odbić na wschód. Jako mężczyzna nie mogę jednak wierzyć intuicji tak bardzo jak kobiety, a wybrana droga w pewnym momencie kończy się stojącym w poprzek gospodarstwem. Jedyny pożytek z tego błądzenia, to że przez przypadek docieram w okolice zauważonego z daleka, górującego nad wzgórzem obserwatorium astronomicznego (bo czymże innym może być tak charakterystyczny półkolisty dach?).

Polami, polami, po miedzach, po miedzach,
Po błocku skisłym, w mgłę i wiatr
Nie za szybko, kroki drobiąc
Idzie wiosna, idzie nam. 
Nuta z Ponidzia, Wolna Grupa Bukowina

Tak więc, odwrót do zamku, a stamtąd czerwonym szlakiem rowerowym, na wschód. Wokół rozpościera się łąka, w tym okresie pełna wysuszonych, wysokich traw, spośród których tylko ledwo daje się rozpoznać pierwsze oznaki zieleni. Kilka minut, i łąka się kończy, a wokół rozpościera się las. Droga wżyna się między drzewa malowniczym pół-wąwozem, i choć początkowo się opiera, powoli poddaje się otaczającym pagórkom i powoli wznosi wraz z nimi. Na szczycie drogowego zagłębienia dają się zauważyć intensywnie zielone, rozbudzone już z zimowego snu, mchy. I tak dochodzę do pól, wśród których suchego oceanu wynurzają się wyspy drzew. Tak, doskonałe miejsce na postój, tak więc nic tylko rozłożyć się plackiem i delektować się forpocztą wiosny, promieniami słońca, które tylko na krótkie chwile ustępują miejsca nieśmiałym chmurkom. W upalnym lipcu będę zapewne cieszył się każdym kawałkiem cienia, który te chmury dają, na razie jednak z niecierpliwością wyczekuję, aż kolejna chmurka odsłoni słońce.

Gdy już nawet leżeć sił brak

Ale ile leżeć tak można? Jednego konia i dwa przelatujące żurawie później, wstaję, aby udać się dalej, w kierunku Brzeziny. Droga, rozorana brutalnymi kołami traktora, zamienia się w staw nie do przebycia, a próby obejścia polem też nie należą do prostych. I tylko te buty, te buty rajdowe – tylko dzięki nim udaje się przejść suchą nogą. I tylko nielicznym dane będzie zrozumieć, ile ironii w tym słowie „rajdowe” …
Tak już dochodzę do wioski. Ot, zwykła, spokojna wioska, i dopiero przy jej końcu w głębi, za płotem daje się zauważyć zamek. Jakże teraz brudny, jakże szary, świeżo pokryty betonem i tynkiem – jednak to znak, że być może już wkrótce, zamiast niszczeć, i on zalśni blaskiem. Zdjęcia zza wysokiego płotu i okolicznych krzaków nie należą do udanych, jednak podziękowania dla właściciela terenu za nieuzupełnianie brakującego członu płotu...
Będąc już w tym miejscu, warto też przejść kilka kroków dalej, do stojącego praktycznie tuż obok kościoła Matki Bożej Różańcowej. I tu zachwyca jego eklektyzm... na bazie typowego kościoła gotyckiego (czerwona cegła przeplatająca się z białymi tynkami, z zamurowanymi pozostałościami po łukowatych oknach) dobudowano zniszczony środek w stylu szachulcowym, który doskonale komponuje się z oryginalnym stylem kościółka. A nie wspomniałem o romańskiej chyba podstawie z polnych kamieni...

Powroty...

No cóż, pora wracać. Choć samo wyjście z wioski mało ciekawe, ot, polno-leśna droga samochodowa (tak, tak, bo choć nieutwardzona, to nie stanowi żadnego problemu dla zwykłego samochodu osobowego), to idąc szlakiem żółtym, powoli dochodzimy do malowniczych wąwozów, niestety, nie idących wzdłuż szlaku. Kto na początku lasu poszedł na wprost, nawet nie wie co traci. A tymczasem powoli od tyłu dochodzę do obserwatorium, kawałek dalej kończy się las... i choć zbocze nie jest zbyt długie, a na dodatek wokół odgrodzone tereny przynależne do wiejskich domów, to i tak pobliska łąka przywodzi na myśl niższe partie gór. W ten sposób dochodzę do ulicy Głównej aby przekonać się, że rankiem trochę zbyt szybko szukałem zejścia w bok... I jeszcze raz przechodzę obok nabuzowanego wiosną koguto-indora, a potem do zamku na obiad. Choć miejsce wspaniałe, to szkoda, że potrawy nie zachwycają wysublimowanym smakiem, choć czy wtedy ceny byłyby takie przystępne? Trzeba przyznać, że chociaż wielkość porcji trochę skromna (głodnym po długim spacerze polecam obiad dwudaniowy), to ich podanie na talerzu iście królewskie...
No cóż, to tyle poszukiwania wiosny, tyle spacerów na ten dzień... głodnym przebiśniegów polecam jednak wrocławskie trawniki, szczególnie na ulicy Długiej. 

niedziela, 20 marca 2011

Hej bystra woda, bystra wodziczka...

Dziś ostatni dzień zimy... w związku z tym pora odkurzyć archiwum, i opisać wreszcie zaległą zimową wycieczkę – tym razem do Gałowa, koło Leśnicy.
Kosciol Niepokalanego Poczecia NMP w Galowie
Do wyboru tego właśnie miejsca skłonił mnie Park Krajobrazowy Bystrzycy, choć ostatecznie nie miałem okazji zbytnio podziwiać uroków tejże rzeki. Ale od początku. Przez Leśnicę dosyć szybko wydostałem się do Gałowa, w weekend nie straszne są korki w pobliżu nowobudowanego stadionu. Choć główną atrakcją Gałowa miały się okazać ruiny pałacu, to jednak pierwsze co się rzuca w oczy, to kościół Niepokalanego Poczęcia NMP. Trudno mi powiedzieć, jaki to styl architektoniczny, jednak ewenementem jest pomalowanie całej elewacji w jednolity wzór geometryczny nawiązujący swym kształtem... no właśnie, do stadionu, o którym już wspominałem.. Gdzieś już coś takiego widziałem, choć nie mogę przypomnieć sobie gdzie. 
Jeden z motywow geometrycznych na fasadzie Kosciola Niepokalanego Poczecia NMP w Galowie
Jeden z motywów geometrycznych na elewacji kościoła
Kosciol Niepokalanego Poczecia NMP w Galowie
Z kolei po przejściu na tył kościoła, na teren cmentarza, zestawienie dobudówki kościoła z łukowatym kształtem okien budzi we mnie skojarzenia z dzieciństwa – tak, tak właśnie jeden z rysowników dziecięcych malował psa, z charakterystycznym kształtem oka... no właśnie, dobudówka tworzy nos psa, okna – oczy, i tylko kolorystyka tych elementów odwrócona.
Z terenu kościoła daje się zauważyć wspomniane ruiny pałacu. Niestety, wszędzie wokół widać płot, zamknięta brama – słowem, nie ma jak się do środka dostać. Całe szczęście, że akurat w tym momencie podjeżdża zarządca terenu, który opowiada mi m.in. o przyszłych planach zagospodarowania tego pałacu. Pozwala mi wejść na teren dworku, i okazuje się... że brama i płot odgradzają teren pofolwarczny, natomiast nie przejdę tędy do starej ruinki. Zagrodzony teren należy obejść, i najlepiej wzdłuż budynku udać się do zniszczonego budynku. Nawierzchnia tutaj jest fajna, ubita trawka raczej nie stwarza ryzyka, że zamieni w błoto, a na tej właśnie drodze brak tabliczek o zakazie wstępu, które stoją np. przy mostku. No cóż, teren nieogrodzony, i jak przekazał mi zarządca tego terenu, właściciel też nie widzi większych przeciwskazań co do przebywania na nim, o ile oczywiście nie śmiecimy, nie niszczymy nic, itp. Oczywiście, nie obejmuje to np. wszelkich planów namiotowych, takie rzeczy wymagają indywidualnej zgody.
ruina zamku w GalowieNo, tyle tytułem wstępu, czas na zwiedzanie. Dworek w Gałowie to niestety zaniedbana ruina, i dziwią zapewnienia, że w ciągu kilku lat ma on zostać oddany do użytku. Ale trzeba przyznać, że widać pierwsze efekty prac, wokół pałacu nie ma ton śmieci, które wywiezione zostały już ciężarówkami na pobliskie śmietnisko. Eklektyczna ruina zamku, porośnięta ogromnym pnączem dzikiego wina, wciąż oddaje potęgę tego zamku, i warto obejść go dookoła, choć wejścia do wnętrza są niestety dobrze zabezpieczone przed żądnymi przygód.
Następnie można udać się do pobliskiego pałacu w Samotworze. Tak więc z zamku należy powrócić do głównej drogi, a następnie udać się nią dalej na południe. Niestety, oznakowanie zielonego szlaku może budzić poważne wątpliwości, dlatego na zakręcie koniecznie odbijcie w lewo – ale nie w leśną drogę, ale w porządną drogę utwardzoną (o ile pamiętam, asfalt). Jeżeli w przeciągu niecałego kilometra przejdziecie między hodowlanymi stawami, to znak, że jesteście na właściwej drodze.

Hej, bystra woda bystra wodziczka
Pytało dziewczę o Janicka
Hej, w lesie ciemnym w wilsku zielonym
Kaj mój Janicek umilony
Hej bystra woda, stara góralska pieśń ludowa
Palac Alexandrow w Samotworze
Powoli dochodzę do mostku na Bystrzycy. Choć nie jest to rwący górski potok, to jednak widać, że nurt nie jest też tu specjalnie rozleniwiony jak na tak szeroką rzekę, i warto przystanąć tu na chwilę pokontemplować siłę żywiołu... choć nie chciałbym być w tym miejscu w czasie gdy rzeka wylewa. Za rzeką natomiast widać tylną ścianę wspaniale odremontowanego pałacu Alexandrów. Niestety, nie trafiłem w najlepszy dzień. Według opowiadań napotkanych przyjezdnych, zazwyczaj można wejść na teren przyległego parku, niestety, nie tego dnia. Czyżby pałac został wynajęty na jakieś wesele? Próby obejścia pałacu niestety nie pomagają, otoczony ze wszystkich stron wysokim ogrodzeniem nie daje się podejrzeć z żadnej innej strony. Pozostaje obejrzeć jedynie zdjęcia w internecie po powrocie do domu, a na razie udać się w kierunku Skałki. Aby nie ciągnąć się znienawidzonym asfaltem, wychodzę na wschodnią stronę wioski, i wypatrzoną na mapce ścieżką podążam na południe, aby wśród kolorowych uli wejść do wioski.

Hej mówiła Ci miły Janicku,
Nie chodź po orawskim chodnicku,
Hej bo Cie te orawskie juhasy
Długie uz hań cekali casy.
Hej bo Cie te orawskie juhasy
Długie uz hań cekali casy.
Hej bystra woda, stara góralska pieśń ludowa
Następnym celem miał być młyn w Skałce, tak przynajmniej wynikało z mapy. Niestety, zamiast młynu, na rzece stoi elektrownia wodna zbudowana w taki sposób, że nie wzbudza żadnych specjalnych odczuć estetycznych. Raczej ilość bocznych kanałów, zapór, itp. infrastruktury przy-młynowej robi wrażenie. I zapewne pięknie to wygląda wiosną, jednak nie w czasie piątej, polskiej pory roku – przedwiośnia. No cóż, pozostaje iść dalej – ze względu jednak na liczne odnogi Bystrzycy, pozostaje jedynie iść asfaltem, aby przejść przez kolejne mosty.

Hej dziwce slocha, hej dziwcze płace:
Uz, ze Janicka nie obacę.
U orawskiego zamecku ściany
Leży Janicek porubany.
U orawskiego zamecku ściany
Leży Janicek porubany.
Hej bystra woda, stara góralska pieśń ludowa
Ulamany krucyfiks
I za ostatnim mostem, mógłbym już wracać w kierunku północnym, jednak znowu na mapie wypatrzyłem młyn. Ot, nieduże zboczenie z trasy, w pobliskich Bogdaszowicach, jednak i tu trop nie okazuje się najciekawszym – ogromny budynek, w obecnych czasach nie posiadający nawet żadnego elementu napędzanego wodą, a w stanie... no, nie jestem w stanie pojąć, czemu pominięto go w trakcie masowego wywieszania tabliczek informujących o zagrożeniu zawaleniem we wszystkich dolnośląskich zabytkach.
Pobliski kościółek też nie robi specjalnego wrażenia, jednak wzrok przyciąga jeden z grobów. O stary, bogato rzeźbiony i bogato już zardzewiały krzyż nagrobka ktoś oparł dużo mniejszy, przerdzewiały kawałek krucyfiksu z figurką Jezusa, co w połączeniu z leżącym na ziemi śniegiem nadaje temu grobowi jakiegoś specjalnego znaczenia.
Kosciol Niepokalanego Poczecia NMP w Galowie
No cóż, pozostaje wrócić do pominiętego zielonego szlaku, a nim na północ – do Gałowa, do samochodu, do domu... dzień nie okazał się specjalnie ciekawy turystycznie, jednak w dużym stopniu to wina aktualnie panującej pory roku, przedwiośnia, i jeszcze pozostaje dwa miesiące poczekać, aż na rozpościerających się wokół polach i w pobliskich lasach w pełni rozpanoszy się swą zielenią nowa Królowa, Wiosna.

sobota, 12 marca 2011

Czwarta strona Wrocławia

Z Wrocławia udawałem się już na wschód, północ, południe – teraz przyszła pora na zachodnie okolice. Samochód zostawiam koło urzędu gminy w Miękini, i stąd już ruszam na pieszą wędrówkę. Zwiedzanie zaczynam od urzędu gminy, dobrze zachowanego budynku szachulcowego, z fantazyjnym wzorem drewnianym. Idąc dalej na północ, za zakrętem znajduję stary, zniszczony dworek, obok którego, w zabudowaniach folwarcznych, znajduje się obecnie winiarnia Jaworek. Przed wejściem do winiarni znajduje się tablica informująca obszernie o uprawianych tu gatunkach winogron i warunkach hodowli oraz informacja dla turystów na temat zwiedzania.

Piękno przyrody...

Stąd udaję się na pokryte śniegiem pola, aby czerwonym szlakiem rowerowym przedostać się przez granicę lasu i dojść do bagienno-leśnego rezerwatu Zabór. I choć to za wcześnie chyba jeszcze, żeby spotkać gniazdującego tu bociana czarnego czy żurawia, to i tak rozlewisko Czarnej Strugi robi wrażenie. Szczególnie interesująca wydała mi się „woda zamarznięta w swym pędzie”. Niby to, co często widać na leniwych strumykach, wodorosty chylące się wraz z powolnym nurtem wody, jednak tu w jakże abstrakcyjnej formie – lodowej. Właśnie ten zamrożony ruch nadaje dynamizmowi tej wolno snującej się wodzie. Zresztą w ogóle tegoroczna zima zaborska kusi ciekawymi motywami lodowymi, jak chociażby zamrożone bąble powietrzne, niczym nieudolnie odlane, nieodgazowane przed wlaniem do formy, szkło. A wokół zwalone drzewa, u samej nasady charakterystycznie nadgryzione przez bobry.



Z lasu wychodzę na asfaltową drogę, i jedyną chyba atrakcją wśród pól są porastające pobocze krzaki. Na licznych krzakach dzikiej róży wciąż jeszcze wiszą zaschnięte owoce, jednak powoli widać budzącą się do życia przyrodę. Jeszcze skromnie, ale wszystkie przydrożne wierzby powoli i nieśmiało kwitną malutkimi baziami. Zerwałbym kilka do domu, ale tam wciąż pięknie się trzymają poprzednie, ze spaceru po wzgórzach trzebnickich.

Pałacyki, dworki, i inne pozostałości po ludziach...

Tak więc asfaltem idę dalej do Białkowa. Tam odnajduję kolejny dworek, bardzo prosty i skromny, na dodatek skutecznie odgrodzony od tubylców murem, miejscami przechodzącym w siatkowy płot, który pozwala w ogóle zobaczyć, jak dworek wygląda z zewnątrz. Jednak będąc w pobliżu, warto też zajrzeć do pobliskiego sklepiku spożywczego, a właściwie do jego ogródka. Właścicielka, chyba zafascynowana kształtem koła, umieściła w nim trzy dobrze komponujące się ze sobą elementy kołowe: starą maszynę rolniczą (młóckarka?), odwrócony do góry nogami pień drzewa z szeroko rozpościerającą się kolistą plątaniną korzeni oraz małą beczułeczkę.
Z Białkowa udaję się dalej na wschód, najpierw wśród pokrytych wyschniętą trawą pagórków, później wśród lasu. Z drogi ledwo widać stary, porośnięty cmentarz, chyba najgorzej zachowany jaki w życiu widziałem. I właśnie dzięki temu jakże klimatyczny...
Ale cóż to, trzeba iść dalej. Trzeba spojrzeć na mapę, czego nie zrobiłem... więc gdy z daleka dojrzałem pałac, długo się zastanawiałem, czy to pałac w Wojnowicach, czy może w Wilkostowie, bo bryły żadnego z nich nie znałem. Ech, żebym ja wcześniej skojarzył tą nazwę... ale nic to, dochodzę do drogi, kawałek znów asfaltem, i wychodzę blisko pałacu. Na domach ledwie tabliczki z numerami, bez nazwy miejscowości, wioska wyludniona – bo kto nie miał samochodu, już wcześniej musiał wyjść na mszę do znajdującego się kawałek na północ kościoła, próby zatrzymania kierowców i zorientowania się gdzie jestem spełzają na niczym – bo nikt nie ma czasu, zapewne każdy musi się spieszyć, żeby zdążyć do kościoła. Na szczęście znajduje się ktoś nietypowy, kto jedzie w kierunku przeciwnym – więc już wiem, że jestem w Wilkostowie, a na dodatek udaje mi się załapać na krótkiego stopa luksusowym samochodem. I w ten sposób znajduję się w Wojnowicach.

No właśnie, Wojnowice

No właśnie, Wojnowice. Choć znałem tą nazwę, totalnie jej nie skojarzyłem. Co gorsza, popełniłem ogromne faux pas. Gdy kierowca wysadził mnie i powiedział, że pałac tuż za zakrętem, to spytałem go, czy to ten podniszczony budynek. A przecież mówimy o charakterystycznym pałacu na wodzie, rzadko spotykanej w Polsce formie budownictwa (osobiście znam jeszcze tylko jeden w okolicach Łodzi, oraz oczywiście warszawskie Łazienki, ale to już zupełnie inna kategoria). Oczywiście zadbany, obecnie znajduje się w nim hotel i restauracja, i szczególnie warty polecenia. 
Zresztą, chyba nie trzeba go zachwalać wrocławianom. Choć to jeszcze nawet nie wiosna, parking pełen jest samochodów z wrocławskimi rejestracjami, których pasażerowi zapewne skorzystali z tego drobnego ocieplenia i tłumnie wylegli do tutejszego zespołu parkowego. Rozpisywać można by się o nim dużo, niestety zmęczenie dało znać o sobie, więc ciężko mi było w pełni docenić jego piękno. Tak więc wrócić tu jeszcze kiedyś będzie trzeba.


Powrót do domu... czy aby na pewno?

Tymczasem zielonym szlakiem wchodzę do lasu. Wzdłuż nienazwanego strumyka, którego liczne dopływy co rusz przecinają drogę, urozmaicając wędrówkę. Powoli dochodzę do Łąkoszyc, gdzie przy drodze stoją brony i inne narzędzia rolnicze. I choć nie jest to kolorowy ogródek jak chociażby w Ściechowie, to i tak warto zatrzymać się przy nich na chwilę. Później dalej zielonym (i tu uwaga, po przecięciu strumyka należy skręcić w lewo przy ambonie, oznakowanie mało przejrzyste) szlakiem, i wychodzę winiarni, a następnie urzędu gminy w Miękini. Kilkunastominutowa sesja fotograficzna, aby wykorzystać ciepłe oświetlenie, i wracam do domu. Zmęczony, głodny, pora też już nienajwcześniejsza...
I zaraz po wyjechaniu na parking, wracam na niego z powrotem. Zmiana perspektywy sprawiła, że dopiero teraz zauważam jak pięknie zachodzi słońce za barokową wieżą kościoła...