Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety Wałbrzyskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety Wałbrzyskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

Dokąd zmierzasz, Stary Książu???

Do zamku Cisy próbowałem dostać się już kiedyś, zimą. Szlak ze Strugi na mapie wydawał się bardzo prosty, niestety, brak mostu przed samym zamkiem sprawił, że musiałem odpuścić – kto w środku zimy chce ryzykować zmoczenie nóg w rzeczce? Tym razem zapobiegawczo postanowiłem zdobywać go od strony Chwaliszowa – nawet nie byłem świadom, że słowo „zdobywanie” idealnie pasuje do charakteru podejścia.
Tak więc porzucając auto gdzieś przy drodze, powoli rozkręcam się na jakieś drodze ciągnącej się wśród pól. Droga niby zamknięta dla pojazdów, jednak kawałek dalej okazuje się, że na mojej drodze spotykam grupę jakichś bardziej barbarzyńskich myśliwych, którzy sobie samochodami wjechali na przyległą do pola łachę trawy i urządzili piwak, co zastanawia o tyle bardziej, że uczestników było tyle samo, co samochodów. Lekko hałaśliwą grupkę wolę ominąć bokiem, zwłaszcza, że akurat tutaj oznakowanie szlaku się urywa i należy iść na czuja. Jak się później przekonałem, widać kawałek drogi ktoś sobie zaorał, bo po co orać dwa mniejsze pola, jak można „polecieć po całosci” i szybciej ogarnąć jedno większe pole. Niestety, robienie sobie pól ze szlaków spotykam nie po raz pierwszy, tutaj chociaż ktoś nie postawił sobie bezczelnie płotu. Za polem jednak jakoś odnajduję właściwy szlak i wzdłuż rzeki idę kawałek prosto, aby zaraz zacząć ostrą wspinaczkę na szczyt zamkowego wzgórza.

Zamek Cisy koło Wałbrzycha
Zamek Cisy w swej pełnej okazałości


baszta zamku Cisy - okolice Wałbrzycha
Zamek Cisy to całkiem spora ruina, z której ostała się znaczna część ścian, co w pełni oddaje dawną wielkość tej formacji obronnej. Stan murów pozwala co odważniejszym (i lepiej wysportowanym) wdrapać się na szczyt zamku i obejść wokół całość zaglądając do poszczególnych sal z poziomu dawnego dachu. Ja decyduję się tylko na zajrzenie do jakiejś wieży, do której wejście znajduje się jakieś 2 metry nad ziemią. Chwila buszowania wewnątrz obrysu zamku i postanawiam wyjść „na zewnątrz”. Dopiero od tej strony widać wielkość tej dawnej warowni. Okazuje się też, że do zamku jest też o wiele wygodniejsze wejście poprzez most spuszczony nad suchą fosą. Stąd jeszcze krótki kawałek powoli obniżającą się drogą i dochodzę do mostu. Przynajmniej w założeniach.
Bo niestety, most w postaci kilku betonowych płyt typu jumbo jak sobie leżał w wodzie, tak sobie nadal leży i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić. Że to jednak dopiero pierwsze kilometry, i że poziom wody niższy niż poprzednio, to stwierdziłem, że może nawet suchą nogą uda mi się przejść – a jeśli nie, to o tej porze roku mogę sobie pozwolić na minimalne zamoczenie nóg.
kwitnąca jabłonka
Tymczasem za rzeką droga powoli przechodzi w przejezdną nawet dla samochodów ceprostradę. Mnie z kolei czeka szybki przekrój rodzajów lasów na krótkim terenie: obok mrocznego lasu świerkowego rozciąga się prawie stepowa polana, zarastająca w oddali rzadko porozrzucanymi brzózkami. Z kolei ten krajobraz kilkaset metrów dalej przechodzi w dziki las mieszany z przewagą wysokich sosen. I tym lasem idę kolejne kilkaset metrów, aby dojść do glinianej drogi, w wielu miejscach przecinanej kałużami zbierających się w odciśniętych koleinach po ciężkich traktorowych oponach. Włażąc buciorami w taką kałużę zauważam, jaki ładny brązowo-czerwony osad narasta mi na butach. Gdybym studiował geologię to może pracę dyplomową napisałbym właśnie o tych wszystkich osadach/błotach, które często tak ładnie zbierają się na kałużach?
Wałbrzych, zbiornik retencyjny
Tymczasem przechodzę obok zbiornika retencyjnego z charakterystycznym chyba dla Dolnego Śląska otworem przelewowym na środku jeziora (a nie wylotem rzecznym na końcu, jak ma to miejsce przy klasycznych zalewach) aby na chwilę wrócić do cywilizacji w postaci Pełcznicy. I poza zdjęciem z jabłonką kwitnącą przy schodach nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie tabliczka „teren budowy wstęp wzbroniony” na mostku prowadzącym do cisa Bolko. No, szlak ewidentnie prowadzi przez mostek, który notabene wygląda na już w pełni zbudowany, widać tabliczki ktoś łaskawie nie ściągnął, bo przecież normalni ludzie w takie miejsca nie chodzą, więc co tu się przejmować? Tylko skoro nie chodzą, to po nowy most postawili? Niestety, ta tabliczka to zapowiedź tego, co już wkrótce mnie czeka.

zabytkowy cis Bolko - struktura kory
Kora zabytkowego cisu Bolko

korzenie wyrastające w pniu starego drzewa
Chyba podświadomie przewidując, że czeka mnie takie „stechnicyzowanie” przepięknej kiedyś drogi, tym razem po raz pierwszy dostrzegam fakturę kory zabytkowego cisa, a także jakby splątane korzenie wyrastające... na wysokości metra ponad ziemią, w środku próchniejącego pnia drzewa.
Niestety, od tego miejsca było coraz gorzej. Zwykła leśna droga została splantowana, po czym ustawiono przy niej nie wiadomo czemu służące paliki. A pamiętacie wąski przesmyk tuż nad rzeką, na którym bałem się, że polecę w dół? Zamiast zabezpieczyć go jakimś pomocniczym łańcuchem, zrobiono w tym miejscu kolejny mostek, co odbiera przejściu jakikolwiek posmak przygody. Słowem, szlak, który o każdej porze roku zaskakiwał mnie innym magicznym miejscem, został doprowadzony do stanu „cywilizowana droga parkowa, pozycja katalogowa numer …”, co totalnie zabiło urok tego miejsca. Aż się wstydzę, że to ja kiedyś zwróciłem uwagę pracownikom zamku Książ na tą urokliwą drogę, bo żeby móc pokazać ją każdej ciamajdzie, która sobie zażyczy doznać tych magicznych przeżyć... niestety, sprawiając w ten sposób, że cala droga totalnie zatraciła swój urok. Przypuszczam, że i odcinek pętelki po drugiej stronie rzeki nie wygląda lepiej, skoro z daleka już straszy jakimiś dziwnymi „drewnianymi ściankami”, które nie wiedzieć czemu mają służyć.
zamek Książ koło WałbrzychaGdy już dochodzę w pobliże Starego Książa, sobie znanym podejściem (które na szczęście jeszcze pozostało dzikie) wspinam się ostro na górę... i tu moje rozczarowanie przepełnia czarę goryczy. Bo stary zamek został spopularyzowany – niestety, kosztem kolejnych atrakcji. Taras widokowy został zabezpieczony barierką ochronna, która niestety spłaszcza odbiór widoków. Jeśli ktoś pamięta urokliwy tunel pod zamkiem, w jego skrajnej części – to musi zapamiętać dobrze ten widok, bo przejście zostało zamurowane z obydwu stron. 
Skoro w części górnej pokotem rozłożyły się liczne ogniska, bo przecież każdy kto przyjdzie sobie z dzieckiem, żoną, mężem – musi mieć własne ognisko, bo przecież nie można przyłączyć się do czyjegoś? No, ale mamy wolność, każdy ma prawo do swojego ogniska... szkoda, że wszędobylski dym w takiej ilości specjalnie nie poprawia trwałości kruchej zaprawy zrujnowanego zamku. Choć i tak jeśli chodzi o erozję ścian, to ten dym nie będzie miał takiej siły niszczącej, jak bezmyślny dzieciak który w ramach zabawy, pod okiem swoich rodziców, bawi się w hurtowe sprawdzanie, które cegłówki jeszcze trzymają się ściany, a które już jest w stanie oderwać i odłożyć gdzieś obok. Z pewnością część z nich za kilka lat sama by odpadła w wyniku niszczącej siły czasu – ale przez te kilka lat z pewnością spowalniałaby erozję cegłówek i zaprawy znajdującej się pod nimi. Ale co tam, ważne, że dziecko ma zabawę i nie hałasuje, a kto by się przejmował takim niszczeniem zamku?
Tu rządzi natura. Zostałeś ostrzeżony!
Ze sromotnym żalem nad rychłym upadkiem zamku dosyć szybko opuszczam ten magiczny kiedyś teren i tym razem górą postanawiam wrócić w okolice zalewu, bokiem omijając Pełcznicę. Już kiedyś chciałem zapuścić się tym szlakiem, jednak zbyt późna była to pora, a wiele map po prostu pomija ten szlak, więc wcześniej nie chciałem ryzykować, że wyrzuci mnie w jakiś obcy teren. Teraz jednak miałem i odpowiednią mapę, i pora była po temu, a i wyglądało, że i droga prowadzić mnie będzie tam, gdzie chciałem podążać – więc czemu by z niej zrezygnować? Co do słuszności decyzji upewniłem się, widząc wymalowany na drzewie dziwny runiczny znak. Czy to glif strażniczy pilnujący tego miejsca przed zakusami cywilizacji, czy może drogowskaz dla zbłąkanego wędrowca szukającego odrobiny natury – nie dane było mi odczytać, jednak był to ewidentny znak, że podążam we właściwym kierunku. Jeszcze tylko widok na zamek Książ na pożegnanie cywilizacji – i kawałek dalej zagłębiam się w specyficzny brzozowy zagajnik. Trzeba przyznać, że to całkiem przyjemny kawałek dróżki, gdzieniegdzie ledwo wijącej się pomiędzy gęsto rosnącymi białymi drzewkami, który z czasem prowadzi nad sztuczne rozlewisko.
A potem już powrót ta samą szeroką drogą pełną kałuż z glinianym błotem osadzającym się na butach, stepowa polanka poprzerastana rzadko porozrzucanymi brzózkami, zburzony most z płyt, którego nikt nie chce odbudować, ruiny gotyckiego zamku i zaorana droga, i po kilkugodzinnym spacerku można wrócić do domu.


wtorek, 6 maja 2014

Zagubiony we mgle, gdzieś na granicy powiatów

To był deszczowy dzień we Wrocławiu. Jakoś w tym roku pogoda ma takie dziwne tendencje, że jak akurat nigdzie nie wyjeżdżam, jak nie jesteś na jakimś konwencie, nie biorę dodatkowych zajęć w pracy – to bardzo często pogoda jest „pod zdechłym psem”. Oczywiście, w większość pozostałych weekendów jest słoneczko i w ogóle – no, ale jak mi zależy na dobrej pogodzie, to ta złośliwie pokazuje jęzora. 
Ale co tam, ruszyć się czasem trzeba, bo jakiś długi okres przestoju się napatoczył, poza tymczasem to ciekawie ruszyć się przy innej pogodzie, może na inne klimaty zdjęciowe się też trafi?

No więc postanowione: mimo deszczu, słoty, niepogody, ruszam się z domu. Kierunek: południe. Na samym wylocie dziwne zaskoczenie. No bo wyobraźcie sobie mgłę (bo tak w ogóle, w czasie gdy na północy Wrocławia padało i było widać chmury, to tak od rynku na południe zaczynała się coraz gęstsza mgła...) No więc wyobraźcie sobie mgłę tak gęstą, że gdy widzisz światła poprzedzającego cię pojazdu, to jesteś od niego w odległości tylko tyle co bezpiecznej – albo i bliżej. Jako iż mało kierowców decyduje się na jazdę w taką pogodę – to widzisz głównie kawałek czarnego, linię ciągłą mieszaną z przerywaną po prawej, i nic więcej. Wiesz, że gdzieś tam, po prawej od drogi, jest las – ale mgła jest tak gęsta, że tylko wiesz, bo pamiętasz, jeśli widać drzewa, to tylko te pojedyncze stojące przy drodze. I nagle z tej mgły wyłania się kramik, zaciekawiony co już sprzedają przy drodze, ledwie kątem oka dostrzegasz napis „truskawki”.

Oczywiście, w maju byłoby to żadne zaskoczenie, ale wycieczka o której piszę to akurat wydarzenie sprzed miesiąca, z czasu, gdy nawet te hiszpańskie truskawki dopiero się pojawiały na rynku, a co tu mówić o polskich? No i właśnie, truskawki raczej potrzebują słońca, ciepła, za to nie lubią zbyt dużej ilości deszczów bo gniją... a tu masz, wilgotność tak wysoka, że nic nie widać, słońca zza tej mgły nie widać, a oni tu truskawki...

No, ale jadę dalej. Do Łagiewników droga prosta, nawet po drodze mgła gdzieś się zawieruszyła, dalej oczywiście od roku nie postawiono dobrych drogowskazów, więc na czuja bardziej staram się kierować w kierunku Dzierżoniowa, i gps jak zwykle nie okazuje się zbyt pomocny. W Dzierżoniowe jeszcze większe zaskoczenie, bo okazuje się, że z bliżej nie znanych przyczyn połowa miasta zamknięta. Włącznie z rynkiem, przez który uparcie próbuje mnie prowadzić GPS. Oczywiście, w takich warunkach należy kierować się drogowskazami objazdów – baa, szkoda, że ktoś zapomniał ich postawić. Powiem tylko, że po wyjechaniu z Dzierżoniowa odpowiednim wyjazdem, dalsza droga okazała się banałem. Na otarcie łez za głupio straconym czasem (bo przy okazji przeszedłem się po Dzierżoniowie, ale nie specjalnie jest o czym opowiadać) w miarę podjeżdżania w górę powoli zaczęła wracać mgła... niestety, na krętej, wąskiej drodze ciężko się zatrzymać żeby zrobić piękne zdjęcia.
Tak oto dojeżdżam do Przełęczy Jugowskiej. Na parkingu prawie, że pusto, a jednak okazuje się, że obsługa pilnuje. Aż się zdziwiłem, że przy tak małej ilości chętnych chce im się pilnować – ale jak się okazuje, od niedawna właściciele prowadzą ten interes i tym bardziej zależy im na tym, żeby klienci się przyzwyczaili do tego miejsca. Tak więc 5 złotych za parking, jednak okazuje się, że opłata zawiera już ciepłą herbatę w bonusie. Miła odmiana, ale zostawmy sobie ciepłe napoje na rozgrzewkę po powrocie, bo wilgoć może okazać się trochę wychładzająca.
Skoro rano powiedzieliśmy sobie: na południe, to wypadałoby być konsekwentnym – a więc trasa w kierunku Przełęczy Woliborskiej. Jeszcze tylko konsultacje z obsługą parkingu, którędy iść (i tu trzeba ich pochwalić) i można ruszać. Na początek trasa, która wydawała się być trudniejsza, bo dłuższa. Czyli niebieski szlak rowerowy. 
Orczyk-widmo
Szeroka droga, którą mógłbym przejechać swoim autem, słowem, nie ma o czym się rozpisywać... STOP!!! Z przodu, tam gdzie drzewa ustępują miejsca polanie, jakiś dziwny szum. Nie, nie potoku, bo drobnych ciurków spływających z góry tu pełno. Tak jakby pracował wyciąg narciarski. I fakt, coś tam stoi, charakterystycznie „wywalony” dla równowagi słup z kołami napędowymi. Podchodząc bliżej widzę, że faktycznie, koła się kręcą, widać nawet, że linka się przesuwa... tylko żadnego narciarza nie widać. Zresztą, co tu się dziwić, śniegu w tym roku dużo nie było, za to w międzyczasie już 20-stopniowe upały były, więc roztopiły się pewnie ostatnie resztki... a orczyk pracuje. Takie surrealistyczne oderwanie od rzeczywistości: mgła, słaba widoczność, mimo iż to wielki obszar leśny to ledwo widać najbliższe drzewa, cisza prawie absolutna, i tylko ten dziwny, jednostajny szum kręcącej się kolejki.



Bielawska polanka skąpana we mgle
Chwila zadumy i ruszam dalej. Kilometry szybko mijają pod butami bo podejść ani zejść prawie że nie ma, jedynie trochę postojów na zdjęcia, bo co rusz próbuję pomęczyć swój aparat i siebie tą mgłą. Jednak bez żadnych godnych wspomnienia faktów dochodzę do Bielawskiej Polanki. Całkiem przyjemne miejsce na postój, jednak wszędobylska mgła raczej nie skłania do zbytniego zwalniania tempa. Jedynie szybkie zapoznanie się ze stojącą tu tablicą z mapą (z której wynika, że zaliczę 3/4 trasy nietoperza, kawałek okazuje się, że szedłem równolegle do niej) i pora ruszać dalej w drogę.
Dalej jednak już nie tą szutrówką, i to nie tylko dlatego, że mało ciekawa. Po pierwsze, raczej daleko nią nie dojdę, nawet gdybym długo nią szedł. Po prostu dochodzi ona do Przełęczy Woliborskiej tak wielkim łukiem, że trasa robi się 2-3 razy dłuższa. Tak więc teraz już trochę węższą drogą, wśród głównie świerkowego lasu powoli podążam pod górę. Gdzieś po drodze sztuczna polanka powstała poprzez wycinkę lasu, szczyt Popielak ze znacznie większą leśną „łysinką”, potem zejście i powoli dochodzę do kolejnej Polanki. Z daleka, wśród mrocznej mgły, powoli wyłania się złowieszczy znak: wysoki „pieniek” w kształcie, który kojarzyć mi się może jedynie z okładką gry Diablo. Jak się zresztą okazuje, słupek raczej nie był nastawiony do mnie pozytywnie, skoro wisiał na nim zakaz wchodzenia z powodu prac leśnych. Oczywiście, jak zwykle ostrzeżenie to wisiało w taki sposób, że o ostrzeżeniu dowiaduje się dopiero wychodząc z terenu ścinki – na szczęście w niedzielę leśnicy raczej nie pracują. 
Czy to znak, że pora zawracać?
Patrząc na mapę i zegarek równocześnie dochodzę do wniosku, że do samej Przełęczy pewnie nie dojdę, ale może warto przejść chociaż jeszcze kawałek? Tak więc czeka mnie forsowanie zalanej drogi, potem trochę bardziej strome podejście niż ostatnio... to może przejdę jeszcze kawałek? Tak więc jeszcze kawałek przez rozległy młodnik, kolejny pagórek, a na jego szczycie całkiem spore zwalone drzewo, tak rozłożyste, że nie tak łatwo znaleźć jakieś obejście i praktycznie trzeba przechodzić przez zwalone gałęzie. Przy kolejnym zwalonym drzewie, tym razem prostszym do przejścia, postanawiam jednak zawrócić, bo z daleka daje się zauważyć całkiem duża i hałaśliwa grupka, więc skoro mam nie dojść do kolejnej przełęczy (do Kobylca, czy poprzedzającego go jeszcze ciut wyższego szczytu chyba mi jednak trochę zostało), to może teraz już pora zawrócić?

Widok z Bielawskiej Polanki w kierunku na Kalenicę
Tak więc do Bielawskiej Polanki wracam tą samą drogą, a w międzyczasie powoli zaczyna zanikać mgła. Jako iż z powodu mniejszej wilgotności czuć jakby było cieplej, tu postanawiam zrobić pierwszy swój dłuższy postój tego dnia. Tak, tak, wokół mnie pozostają jedynie niedobitki mgła. Wśród mocno przerzedzonych drzew za drewnianym schronem, tylko wśród najdalszych drzew widać jakieś lekkie rozmycie, w pierwszym planie mgły brak. Dumną monotonię rzadkiego lasu iglastego burzą jedynie obszary nasadzeń bukowego młodnika. Jednak w miarę zbliżania się do Kalenicy, powoli wracają drzewa iglaste.



Droga z Bielawskiej Polanki w kierunku na Przełęcz Jugowską
Oczywiście, skoro zaznaczono na mapie, to na Kalenicy obowiązkowo trzeba było wejść na wieżę widokową. Choć oczywiście, zaskoczenia nie było – gdy perspektywa pozwala oddalić horyzont od siebie, mgła daje o sobie znać. Widoczność kiepska, po trosze o ile pamiętam wieżę już za bardzo zarastają drzewa, ale z pewnością tego dnia główną przeszkodą była mgła.
Po zejściu z wieży ruszam dalej szlakiem. Kawałek dalej droga lekkim łukiem omija grupę wystających z ziemi dużych kamieni. Że akurat miejsce to odwiedziłem krótko po tym, jak znajomi z Warszawy chwali się swoimi zdjęciami z Gry o Tron, to i wyobraźnia też już była lekko ukierunkowana. Jednak gdyby porównywać te trony... ten filmowy, choć pełen szczegółów kusił przepychem i luksusem (choć o ironio, nie wyglądał na zbyt wygodny do siedzenia). Ten naturalny, mimo swej prostoty i minimalizmu (a może to właśnie dzięki nim) o wiele bardziej kojarzył się z powagą i dostojnością tego miejsca, a równocześnie przestrzeń i miękka trawa kojarzyła się z wygodnie rozłożonymi wokół damami dworu.
Tymczasem kawałek dalej doganiam grupkę, która ruszyła z Kalenicy w czasie, gdy ja próbowałem podziwiać widoki. Okazuje się, że z Rzeczki wybrali się na Wielką Sowę, a że już siłą rozpędu... to doszli do Kalenicy. I że ten rozpęd, to nie taka fajna sprawa, bo potem wrócić trzeba, więc jak by było ciut bliżej... koniec końców stwierdzili, że jednak nie będą mnie nakłaniać do jazdy moim małym autkiem w 6 czy 7 osób i wrócą na własnych nogach. Tyle im pomogłem, że skorzystali z mapy (wybrali się bez), trochę doradziłem w kwestii wyboru drogi powrotnej, między innymi, że mogę sobie zaoszczędzić kwadrans drogi nie zaglądając do i tak nieczynnego schroniska. Tak, parking kojarzyli, głównie z „dziwnie wyglądającej szarlotki”, co akurat nie poprawiło mi humoru, bo liczyłem, że do darmowej herbatki dokupię sobie jeszcze jakieś ciasto dla smaku. Kawałek dalej, i na tej samej szutrówce którą zaczynałem kilka godzin temu, już w miarę blisko parkingu rozstajemy się. Mi wypada jeszcze raz pójść kilkadziesiąt metrów „z powrotem” (w tym samym kierunku co rano – przeciwnie do parkingu), do miejsca, gdzie szlak zwinnie wywija się w dół. (Tu radzę uważać, to zejście nie jest zbyt widocznie oznakowane, raczej pamiętałem je sprzed kilku godzin niż zauważyłem oznakowanie w tym momencie).
Po chwili droga z wąskiego przejścia między drzewami staje się raczej śladem ścieżki. W końcu wśród szeroko rozstawionych drzew, w lekki zagłębieniu skoncentrowanym wokół płynącego niżej strumienia nie ma większego znaczenia czy idziesz drogą, czy dwa drzewa od niej. I tak oto dochodzę do nieczynnego schroniska, które w tej mgle wygląda jeszcze bardziej opuszczenie. Teraz znów kawalątek pod górkę, obok ledwo wystających ponad ziemię ruin, i wracam na parking.
No właśnie, wracając do parkingu, dziwnie wyglądającej szarlotki... trzeba przyznać, że krzykliwe napisy na szybach stojącej na środku budki i to akwarium pod ladą (na kiego czorta w tym miejscu akwarium???) nie zachęcają do spędzenia tu miejsca. Środek też jeszcze surowo i mało klimatycznie wygląda, choć widać, że miejsce można zrobić ciekawiej i właściciele powoli idą w tym kierunku. W szarlotce nie dopatrzyłem się ani niczego dziwnego, ani niczego zachęcającego do konsumpcji, ale ciężko zrobić szarlotkę która swym wyglądem zachwyci osobę, która nie jest wielkim fanem jabłeczników. Szarlotka jak szarlotka, czy jest coś „nie-jabłecznikowatego”? Na szczęście jest: piernik. To lubię. Zaskakujący... gdy wdaje się z rozmowę z obsługą na jego temat, wychodzi, czemu tak trochę nietypowo smakuje. Ananas i jeszcze jeden owoc (po prostu nie pamiętam jaki) to faktycznie to, co skłoniło mnie do zapytania, ale okazuje się, że ten piernik jest... marchewkowy. Nie, to nie ciasto marchewkowe, to jednak jest inne, po prostu piernik marchewkowy. Z ananasem, bakaliami, z przyprawami korzennymi dającymi się łatwo wyczuć, ale nie narzucającymi się smakiem (chociaż wolę takie narzucające się :), domowej roboty – chyba nie trzeba więcej przyimków żeby je zareklamować? No dobrze, jakby ktoś miał wątpliwości – oczywiście, że pyszne!!!


Dalsza rozmowa daje więcej informacji o „budzie parkingowej”. Właściciele są tu dopiero od roku, na górze znajduje się wypożyczalnia sprzętu zimowego, o tej porze roku oczywiście nieczynna, prowadzone są rozmowy, żeby zrobić tu też bezpłatny punkt pomocy rowerowej. Przy okazji dzięki uprzejmości właścicieli załapuję się na przedpremierowy pokaz prezentacji ze starymi zdjęciami tego miejsca, jeszcze w czasach, gdy stało tam schronisko (nie, nie mówię o pobliskiej zygmuntówce – tu było kolejne). Włącznie ze zdjęciem z dokładnie takiej perspektywy, jakbym wyglądał przez okno. Docelowo, zdjęcia mają wylądować w ramkach i zawisnąć na ścianach, co ma być jednym z kroków upiększania tego miejsca (ale błagam, zmyjcie te napisy żarówiastym markerem z szyb!!!). Docelowo opłata za parking ma pozostać na poziomie 5 złotych, ale ma to być traktowane w całości jako przedpłata na szeroko rozumianą konsumpcję (a więc, nie tylko praktykowana obecnie herbata, ale także kawa, ciasto – kto co woli). Czy tak będziecie? Pożyjemy, zobaczymy, właścicielom życzę, aby się ten interes rozwinął, bo może to być ciekawe miejsce na postój.
Aha, obiecałem wam wyjawić zagadkę orczyka zagubionego we mgle. Okazuje się, że wśród narciarzy obowiązuje tradycja „czekoladowego zjazdu” (mogłem pomylić drugi człon nazwy, na pewno coś z czekoladą). Gdy już kończy się sezon, gdy śnieg ustąpi miejsca ciapie i błotu (brrr, przedwiośnie... to paskudztwo można celebrować???), niektórzy narciarze wyciągają swoje stare, zajechane narty, których już naprawdę nie szkoda, bo nadają się tylko do wyrzucenia, i „dojeżdżają” je na takich „czekoladowych dniach”. Oczywiście, że człowiek wychodzi z czegoś takiego ubłocony jak po niektórych wędrówkach, ale podobno taka atrakcja zapewnia niepowtarzalne przeżycia. Sam osobiście nie próbowałem, i podobno nie dla początkujących narciarzy (a ja nawet początkujący nie jestem).
A potem już tylko jazda samochodem do domu. W radiu zaczyna grać Enej... „Tak smakuje życie”. W pierwszej chwili pomyślałem, że będzie doskonale pasować do wpisu, potem – że nie, nie, zbyt radosne, zbyt wesołe do tego dnia zadumy. Ale przecież właśnie tak smakuje prawdziwe życie – tajemniczą mgłą, żywymi kolorami natury wybijającymi się z pogodowej szarugi, wysiłkiem i wynikającym z niego zmęczeniem. I oczywiście marchewkowym piernikiem!!!!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zima koloru nieba i śniegu


To był krótki spacer. Nie chciało mi się daleko jeździć, w okolicy Wrocławia śniegu nie było, najbliższe górki to Wałbrzych – a akurat nie miałem pomysłu na dłuższą pętelkę przy samym Wałbrzychu. Zamkowa Góra w połączeniu z Borową na mapie wyglądała świetnie, opcja zrobienia ciut większej pętelki w miarę ładnego śniegu też jakaś była – więc czemu by nie.
A więc zaczynamy. Pod wiaduktem w Wałbrzychu, prawie że na stacji Wałbrzych Główny. Gdzieś między podwórkami trafiam na kałużę skutą cieniutką warstewką lodu, z gatunku takich, które uwielbiam rozkruszać nogą. Potem między starymi, zniszczonymi budynkami otaczającymi podwórko wychodzę czerwonym szlakiem na pole. Tu trafiam na byłego górnika, jak się okazuje także zapalonego kiedyś łazika. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, w szczególności o pylicy i o tym, jak niszczy ona życie tych, co kiedyś pracowali pod ziemią. Trochę o grzybach, które mi ten człowiek opowiadał gdzie zbierać (i trzeba było mu przypomnieć że to nie ta pora roku), trochę o ruinach na Zamkowej Górze, i o tym, że nie, nie idę do Andrzejówki. Jakoś nie przepadam ani za tym schroniskiem, ani tą nadmiernie eksploatowaną okolicą, a i szlak na tej trasie zapowiada się najmniej ciekawie.
Potem przez pole, gdy nagle słyszę donośne szczekanie dużej ilości psów. Jak na wieś, musiałoby być ich strasznie dużo, a przecież dopiero wyszedłem z miasta, kiedyś wojewódzkiego, więc psy raczej nie powinny tak hałasować. Jak się później dowiedziałem, pobliskie schronisko dla zwierząt dla wielu jest wręcz punktem orientacyjnym.
Droga powoli zaczyna kręcić się lasem, i tu już widać trochę więcej śniegu. Jeszcze przez pewien czas jest to jednak tylko cieniutka posypka, spod której silnie przebijają jesienne brązy. Słowem, kolorystyka niczym gofr posypany cukrem pudrem, a i to korzystając z resztek tego ostatniego.

Im dalej w las, tym więcej … śniegu

W miarę jak droga coraz bardziej zagłębia się w las, coraz bardziej wzrasta wysokość na której jestem. W którymś nawet momencie nawet zaczyna mi brakować tchu, co chyba jednak bardziej jest wynikiem mojej utraty kondycji, niż stromego zbocza. Powoli też wzrasta ilość śniegu wokół. Z każdym przebytym metrem jest jakby więcej tego „cukru pudru”, a po tym ciut bardziej męczącym podejściu nagle okazuje się, że cała ziemia pokryta jest śniegiem. Choć nie jest to warstwa tak gruba, żeby zapadać się po kolana, biała pokrywa sprawia specyficzne problemy. Gdy stawiasz na niej nogę, najpierw ostrożnie, sprawdzając czy się podda pod ciężarem, pod podeszwą czujesz pękanie delikatnej, lodowej skorupki, po czym noga pewnie staje na śniegu. Delikatnie głębiej się zapada, gdy pewniej opierasz się na tej nodze. I dopiero, gdy podnosisz drugą kończynę i przenosisz swój ciężar na postawioną właśnie nogę – nagle pod butem zapada się śnieg. Tak, żeby za prosto nie było.
Za to okolica powoli nabiera takiej kolorystyki, jaką w zimie najbardziej lubię. Białe gałęzie wspaniale kontrastują z granatem nieba... gdzieniegdzie nawet pokryte delikatnym lodowym nalotem delikatne witki brzozy wręcz błyszczą światłem odbitym od słońca. Widok będący najlepszą nagrodą za te chwile podchodzenia pod Borową i krótkotrwałego błądzenia wśród drzew na słabo oznakowanej górze.
Krótka sesja zdjęciowa, i zejście na dół. Nie powiem, że było prosto – baa, choć z pewnością zadyszka byłaby niezła, to chyba wolałbym tędy wchodzić niż schodzić. Choć pozornie początkowo zejście do stromych nie należało, to jednak w pewnym momencie zaskakuje ogromny wyłom w skale. Zejście mocno pochyłe, prawie że bliskie pionu, na dodatek pokryte lodem mocno już wyślizganym przez osoby idące przede mną w obydwu kierunkach, z pewnością lepiej by się nadawało do zjechania nim sankami niż do schodzenia. Słowem: masakra, na szczęście tą przeszkodę daje się obejść bocznymi ściankami tego wyłomu. Chociaż wciąż stromo, to jednak już trochę mniej, do tego droga wciąż jeszcze pokryta świeżym śniegiem. I te drzewa, na których można się zatrzymać co kilka kroków, zanim się jeszcze człowiek rozpędzi do niebezpiecznej prędkości.
Jeszcze kawałek i dochodzę do przełęczy pod Borową. Stąd rozpościera się panoramka, co do której mam mieszane uczucia. Z jednej strony, z pewnością panoramka ta byłaby piękniejsza gdyby odległe góry zazieleniły się wiosną czy latem, z drugiej jednak strony – budzi wątpliwości, czy wiosną będzie ją widać zza drzew najbliższego stoku.
A potem dalej w drogę, w kierunku Przełęczy Koziej. Tu już nie ma lodowej skorupki na warstwie śniegu, generalnie droga to lód z przebijającą spod niej domieszką zmrożonej ziemi. Dlatego gdy na przełęczy Koziej zastanawiam się nad ewentualną pętelką dodatkową w kierunku Kamieńska i Jedliny, wolę jednak sobie odpuścić. Bo raz, że będzie równie lodowo, bo dwa, że mogę nie zdążyć przed wieczorem, bo trzy że bez śniegu to pewnie nie będzie na trasie nic ciekawego, no i po cztery, że mnie może wywiać z zimna. Bo chociaż na reszcie trasy nie było z tym problemów, to akurat na przełęczy Koziej wiało całkiem mocno.

Powrót przez zniszczony zamek

No więc powrót, tym razem przez Górę Zamkową. Zwiezione przez leśników ścięte drzewa całkiem dobrze maskują zejście na żółty szlak i gdyby nie kierunkowskaz, to chwilę bym szukał właściwej drogi. Chociaż – może i mieli oni jakiś cel w tym ukrywaniu drogi? Bo zejście choć nie jest bardzo strome, za to pełno na nim lodu, i kilka razy o mało co nie zaliczyłbym jakiejś wywrotki. Na szczęście bez upadku daje się dojść do granicy lasu, gdzie spotykam parę staruszków.
A więc znów chwila na pogaduchy. Najpierw mnie wypytują, którędy szedłem, jak długo mi to zajęło, że cieszą się, że jeszcze są tacy młodzi, co chce im się gdzieś chodzić. Po chwili okazuje się, że widzieli mnie jak zaczynałem spacer, a żeby się upewnić, że to byłem ja, to mówią że widzieli jak kruszyłem lód na kałuży na podwórko. To także od nich się dowiaduję, że droga którą szedłem to droga koło schroniska, i stąd te rozszczekane psy.
Swoją drogą, w tej okolicy radzę uważać. Jeden ze znaków sugeruje, że krótko przed budynkiem należy skręcić w prawo. Choć znak sugeruje zejście z głównej drogi i wejście znów pod górę, to nieuważnie można skierować się na Wołowiec, mimo iż Zamkową Górę widać już z bliska. Więc w razie wątpliwości, sugeruję jednak dojść do budynku, a dopiero wtedy rozglądać się za szlakiem.
Tu znów czeka nas podejście, choć wcale nie najlższejsze, to jednak stosunkowo krótkie. Zresztą, dla mniej zaprawionych w chodzeniu, wokół pełno wydeptanych bardziej płaskich trawersów, więc nie trzeba zdobywać zamku forsownie.
No właśnie, zamek. W pierwszej chwili nie wygląda na zbyt wielki. Ot, narożnik ściany wysokiej na 3 metry, i nic więcej. Plus mała płaska platforma obserwacyjna, z której wypatrywano wroga. Dopiero kilka metrów dalej można się przekonać o powierzchni, jaką zajmował ten zamek, z którego dziś zostało tak mało. Kilka ścian ledwo wystających z ziemi, z jednej strony zachowana brama, zniszczone schody po których można wejść na taras widokowy pewnie jeszcze pamiętający barierki sprzed kilku lat... i znów napotkany turysta, z którym można porozmawiać o tym, co nam pozostało po naszych przodkach, o ile inaczej Dolny Śląsk wyglądałby gdyby nie ogrom pracy włożonej przez Niemców i jak mało dbamy o nasz teraz teren. No i małe ostrzeżenie o stromości zejścia... no cóż, w połowie zejścia żałowałem, że nie skorzystałem z rady tego człowieka i nie wróciłem do „cywilizowanej” drogi, którą można by i samochodem przejechać. Z drugiej strony – to już był taki moment, że sam nie wiedziałem, czy wolę kontynuować schodzenie w tym miejscu, czy wolę zaryzykować tak forsowny powrót. A że już było widać koniec tego stoku, to wolałem zejść na dół, aby już bez większego wysiłku przejść przez polanę, a potem wrócić do samochodu. Na przyszłość – podejście pod Zamkową Górę od strony miasta polecam wszystkim, którzy mają ochotę na forsowny trening kondycyjny.

sobota, 10 listopada 2012

Zima do jesieni przyjechała w odwiedziny

Przyjechała zima do jesieni w odwiedziny. Jak co roku się zbierała, pakowała, lecz zawsze wybierała się niczym sójka za morze. Lecz wreszcie raz jej się udało – i odwiedziła jesień zanim ta się ze swych terenów wyniosła. Lecz cóż myślicie, że się jesień ucieszyła? Naindyczyła się, napuszyła, zafoszyła... że jak to, że ty już mnie wyganiasz? Przecież to październik jeszcze, a ty już chcesz mi tereny zabrać i na biało wszystko przemalować? Przecież ja jeszcze zieleni dobrze w żółcie i brązy nie zmieniłam, a ty już chcesz wszystko na jednolity kolor? Gdzież ty mi ze swymi zaśnieżonymi buciorami na me kolorowe dywany?
Próżno się zima tłumaczyła, przepraszała, o przebłaganie prosiła. Tak się jesień wzburzyła, tak drzewnymi ramionami wstrząsnęła, że aż się wszystkich liści z brzóz, dębów i buków pozbyła... i choć pozornie wygrała, a ziemię znów pokryły kolorowe liściaste kobierce, to jednak dużo nie zyskała, bo drzewa prawie wszystkie swej kolorowej ozdoby się pozbyły – i choć chwilowo pięknie było, to już było widać, że jesień swego piękna długo nie pociągnie.

Stary Książ po raz pierwszy, choć po raz kolejny

To był kolejny wyjazd do Starego Książa. Kolejny, bo mafia wrocławskich duchów i zjaw zniszczyła mi kartę wraz zawartymi na niej zdjęciami. Ostatnio warunki fotograficzne też były ciężkie (lato, południowe ostre słońce, co akurat w staroksiążowej scenerii tworzy straszne kontrasty). Pora jesienna to nie tylko słabsze światło, ale dzięki wczesnemu śniegowi to także światło o wiele silniej rozproszone. 

Ale do Starego Książa najpierw trzeba dotrzeć. Zawieja z poprzedniego dnia co prawda ucichła i wiatr nie sprawiał problemów, za to topniejący na polu śnieg miejscami tworzył niemiłe kałuże. Gdy dobrnąłem do lasu, o mało nie pogoniłem w kierunku palmiarni zamiast Starego Książa, na szczęście coś jeszcze pamiętałem z poprzedniej wizyty – po krótkim szukaniu (i sprawdzeniu na mapie) znalazłem, że szlak idzie także za szlaban, co akurat było moim właściwym kierunkiem. Jeszcze tylko charakterystyczny wąwozik ze strumykiem, krótkie podejście i oto jest – Stary Książ. 

Jednak nie wspomniałem o pięknie przyrody po drodze. Śnieg posypany kolorowymi liśćmi to rzadki, a jakże piękny widok. Nie brzydsze są oczywiście wielobarwne drzewa, obsypane czapami śniegu. Drobne liście wciąż utrzymujące się na drzewach sprawiają, że śnieg o wiele bardziej trzyma się na gałązkach, co zmienia krajobraz na dwa sposoby – po pierwsze lekko rozmiękcza kontrastowe już kolory listków, z drugiej przygina niejedną brzózkę czy inne cieńsze drzewo o wiele bardziej, niż czynić to będzie w środku zimy, gdy śnieg swobodniej spada pomiędzy wąskimi witkami. 

A na zamku wojna 

Zamek, jak podaje definicja, to budowla o celach obronnych. Tak więc biegających wokół maniaków ASG należy potraktować jako dodatkowy klimat tego starego zamku, a nie jako dużą uciążliwość. Zwłaszcza, że nie dość, że całe ich wojskowe zabawy odbyły się akurat pomiędzy moim wyjściem z zamku a powrotem do niego, to jeszcze na szczęście towarzystwo „wojskowe” zaliczało się do tej grupy ludzi, których miło spotkać na szlaku. 

Za to zamek przysypany śniegiem dużo traci na swej zjawiskowości. Uważam, że rudawa ubita ziemia dobrze komponuje się z ceglaną kolorystyką zamku. Oczywiście, zamek wciąż jest piękny – ale nie tak bardzo jak w maju. Śnieg cieniutką warstwą skrywa część tego piękna, a i zamek skąpany w cieniach wygląda ciekawiej. Jednak piękna w zamku tak dużo, że nawet w śniegu wygląda lepiej, niż niejedna ruina w najbardziej sprzyjających okolicznościach. 

Trochę spokoju na drodze



Po krótkim zwiedzaniu Starego Książa wybieram się w dalszą drogę, tym razem w przeciwnym kierunku niż poprzednio. Zastanawiałem się nawet, czy nie odszukać na czerwonym szlaku miejsca widokowego, z którego ostatnio podziwiałem „nowy” zamek, jednak wybrałem szlak zielony do zabytkowego cisu Bolko. Dzięki temu, że jesień strąciła już znaczną część liści z drzew, nagle odkrywam nowy punkt widokowy na duży zamek. Gdzieś między gałęźmi wypatruję część twierdzy obronnej... i to tylną. Choć oczywiście strona wejściowa Książa jest o wiele bardziej reprezentacyjna i spektakularna, to podziwiając panoramę zamku zdecydowanie piękniejsza wydaje mi się tylna, kamienna część zamku. 

Dziś i sama droga funduje mi dodatkową atrakcję – miejscami gruba warstwa śniegu połączona z mieszanką mokrych liści pod spodem powoduje, że schodząc w dół trzeba obrać inną taktykę – nie zawsze daje się normalnie zejść w dół, za to daje możliwość wykonania wielu zjazdów na butach. Choć niejednokrotnie zjazdy te odbywają się w niskim przysiadzie, a czasem i dosłownie na czterech literach, to atrakcji co niemiara... tak więc polecam tą drogę (oczywiście w tym samym kierunku) w okresie zimowym. 

Wąwozem Książ, czyli przełom Pełcznicy

Nic co piękne nie trwa wiecznie, i w końcu docieram do dna doliny, do wijącej się meandrami rzeki. Choć teraz wygląda jak zwykła rzeka, to w maju przełom Pełcznicy bije swym krajobrazem wiele miejsc popularnych wśród turystów. Za to o tej porze roku zupełnie blisko spotkam dzięcioła. W życiu ledwie kilka razy zdarzyło mi się wypatrzyć go gdzieś z daleka, nawet jego charakterystycznego dziobania w drzewa zbyt często nie słyszę – ten dawał się podejść tak blisko, że wyraźne były jego kolory i dopiero wtedy odlatywał kawałek dalej, bawiąc się ze mną niczym w berka. 

Kawałek dalej bagienko przy drodze. Ot, kwadrat wielkości boiska do koszykówki. W porze letniej światło przebijające się przez liście tworzyło cienie budujące charakter tego miejsca – dziś to uroczysko równomiernie oświetlone (niczym sportowe boisko do gry w koszykówkę :) nie tworzy żadnego klimatu a co gorsze, nie widać nawet jego bagniskowatości, co może stwarzać zagrożenie dla potencjalnych szwendaczy. Gdzieś po drodze minąłem zamocowany w skale mostek, krótkie obejście miejsca w którym nie ma naturalnej ścieżki. Tak jak mostek sam w sobie jest łatwy do pokonania, jednak tuż przed nim wąska w warstwie śnieżnego puchu nie dość że prawie zanika, to zbliża się tak blisko krawędzi, że nawet lekkie ześlizgnięcie nogi może zaowocować upadkiem o 2 metry w dół. Na szczęście odrobina ostrożności wystarczy, aby przejść ten kawałek, choć odrobina strachu gdzieś tam drąży umysł, choć to właśnie dzięki niej człowiek decyduje się na większą rozwagę. 

Półmetrowy wodospadzik też traci na urodzie w tych warunkach pogodowych, bo śniegu wciąż jeszcze zbyt mało, aby rzeka skryła się pod warstwą lodu, a zacienienie rzeki schowanej w wąwozie plus woda silnie zmącona wzburzonym nurtem sprawiają, że wszystko staje się szare i bure. Oczywiście, wokół pełno jesiennych drzew – jednak jednostajny szum wody sprawia, że to rzeka jest tu główną gwiazdą, a ta akurat nie przybrała dziś swego makijażu. 

Za to idąc dalej czerwonym szlakiem ku zamkowi, jakoś bardziej widzi się jesień. Wokół pełno kolorowych liści. Choć trochę dalej od drogi to głównie już drzewa o grubych pniach, to bliżej drogi widać głównie brzózki o cienkich pniach, uginające się pod ciężarem czap śniegu. Tak, trzeba przyznać, że tak wczesna zima to trudna próba dla młodych drzewek, bo dzięki liściom tworzą się większe (cięższe) czapy. Stare drzewa zdążyły stworzyć sobie twardy pień, który utrzyma trzon drzewa, najmłodsze nie mają jeszcze tak rozłożystej korony a równocześnie bardziej elastycznie poddają się naciskowi, jednak te średnie – trudno powiedzieć ile z nich przetrwa ten okres... 

Powoli do domu wracać pora...

O samym zamku Książ nie będę się rozpisywał, bo tym razem go nie zwiedzałem, zajrzałem jedynie do schowanego gdzieś w piwnicy baru. Połowa pętli zrobiona, warto się posilić. Aż dziwnie wygląda Książ gdy te wszystkie budy przed pierwszą bramą są zamknięte. Po posiłku pora ruszać dalej. Szlakiem niebiesko-żółto-niebieskim udaje się w kierunku Starego Książa. Jeszcze przez chwilę podziwiam jesienno-zimą dekorację lasu, jednak przy pierwszym ostrym skręcie przy rododendronach bardziej zwracam uwagę na drogę. Choć droga wije się prawie cały czas na jednej wysokości, nie ma większych wejść czy zejść, to właśnie taka droga najbardziej kojarzy mi się z drogą górską. Droga z wygładzonych setkami kroków dużych kamieni, z jednej strony opadająca stromo w dół i odsłaniająca widoki na naprzeciwległe zbocza, z drugiej ograniczona kamiennymi blokami wspinających się stromo ku górze. Mimo śniegu i jesiennego ubarwienia liści, wydaje się wyglądać tak samo jak w maju, bo przecież to nie żywa, a martwa natura stanowi głównie o jej pięknie. A przecież skały nie zmieniają swych ostrych kształtów niczym zgrubnie ledwo ociosany kamień, a prawie pionowe powierzchnie raczej nie utrzymują trwale śniegu, który uchować się może jedynie w drobnych zagłębieniach. 

Jednak ta droga kiedyś się kończy... na drugim jej końcu znajduje się spore wypłaszczenie. Choć droga przestaje tu być tak wyraźna, a i znakowanie szlaku nie zawsze zdaje się zbyt dobrze, to jednak ciężko się tu zgubić. Więc w tym okresie przejściowym, zamiast skupiać się na wypatrywaniu właściwej drogi, lepiej napawać się pięknem drzew. Główna droga w dół, nie dość że szeroka, obchodzi to wzgórze takim łukiem, że z którejkolwiek strony by go nie okrążać trudno by tu zbłądzić i zejść w dół w niewłaściwym kierunku. To chyba najmniej strome zejście/podejście na całej trasie, trasa co rusz zakręca, nie ma ostrych zakrętów, nie ma ostrych zejść. Za to wokół pełno brzózek przygiętych ciężarem ogromnych czap śniegu, z którego to znaczną część uwalniam w ramach zabawy, dając szansę cieniutkim drzewkom znów dumnie spojrzeć ku niebu. 

Patrzcie do góry

W miejscu tym schodzi się bardzo łatwo, więc szybko docieram do mostka przerzuconego nad rzeką. Niestety, za mostkiem trudno odnaleźć szlak, na szczęście w mocno przerzedzonym poszyciu drzew łatwo wypatrzyć mury zamku. Tak więc na czuja obieram jedną z dróg, która okazuje się właśnie zaplanowanym na ten odcinek żółtym szlakiem. To dosyć strome podejście, a wchodzenia nie ułatwia fakt, że tą samą drogę (choć oczywiście w kierunku przeciwnym) wybrała sobie woda spływająca ze szczytów do głównego koryta Pełcznicy. Tak ostre nachylenie stoku sprawia, że częściej spoglądam ku górze. To dzięki temu zauważam, że choć na ziemi pełno jest śniegu, to na gałęziach wysokich drzew jest go raczej mało. Jakże pięknie wyglądają kolorowe, jesienne liście na tle błękitnego nieba... 

Zjawa ze Starego Książa

Jeszcze kawałek i ponownie dochodzę do Starego Książa. Choć zmieniło się oświetlenie, to wciąż nie zyskuje dużo na swym pięknie. Jednak wolę go podziwiać zatopionego w mnóstwo cieni i kontrastujących z nimi plam światła, w warunkach o wiele trudniejszych fotograficznie, za to o ile piękniejszych. A może to tylko problem ze śniegiem który przykrywa jego piękno? Któż to wie? Nie wiem tego ja, nie wiedzą tego także fani strzelania z ASG, których tym razem spotykam zmęczonych długą walką między sobą, próbujących z mokrych witek drzewnych wykrzesać trochę ognia na ognisku. Gdzieś między murami daje się zauważyć tajemnicza zjawa, choć nie słyszałem raczej o żadnej legendzie dotyczącej tego zamku. 

Słońce powoli zniża się nad horyzontem. Jeszcze kilka fotek na próbę, z drzewami schowanych w cieniu zbocza na tle jasnego słońca i można wracać do domu. W wielu miejscach śnieg już pokrywa warstwa wody, ciężko więc przejść suchą stopą, na szczęście w samochodzie czekają suche buty na zmianę. 
Na koniec powiedzieć muszę jedno: pętelka zahaczająca o obydwa zamki Książ jest przepiękna, i warto ją odwiedzać w różnych porach roku aby odkrywać kolejne jej uroki - bo o każdej porze roku największą atrakcją stają się inne jej zakątki. I strata to ogromna nie móc poznać ich wszystkich...

Zasmuciła się wielce zima, że jesień tak tą wizytę odebrała. A przecież tylko chciała ją odwiedzić, podziwiać jej piękne stroje w odcieniach brązu, przeplatane złocistymi ozdobami. Ustalić chciała kiedy ma już przyjść na stałe, czy przyjść dzień wcześniej, bo jesieni już spieszno na nowe ziemie, czy może odwrotnie, dać jej jeszcze tydzień więcej, na spakowanie, na uspokojenie sentymentu po opuszczanych ziemiach... nic nie ustaliły, więc zima w tym roku przyjdzie wtedy, kiedy jej będzie pasowało, i pewnie jak co roku spierać się będą zawzięcie, czy to już, czy jeszcze nie – a ludzie narzekać będą na przejściową chlapę, szarość i nudę. No cóż, nie zimy to wina, wszak próbowała, lecz skoro jej nie chcą, skoro tak przegnali – to i odeszła na razie w sromocie, aby za jakiś czas już jak na swoje tereny tu wrócić...