Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie góry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 września 2013

Odnajdując się w swym zagubieniu, czyli dysputa nad szlakiem żółtym od Nawłoci

Do żółtego szlaku Wzgórz Trzebnickich przymierzałem się już kilka razy. Czasami chciałem nim iść, czasami sam przypałętał się w pół kroku – jednak jakkolwiek bym nie starał, nagle się gdzieś odłączał od wędrówki. I chociażby go pilnować jak oka w głowie – nagle rach, ciach – i już nie ma. Ale przecież przed chwilą był. Więc cofasz się do miejsca, gdzie go ostatnio widziałeś – no tak, tu jeszcze jest. A kawałek dalej – już go nigdzie nie ma.
Więc postanowiłem się wziąć za tego huncwota, za tą niesforę straszną. Skoro zawsze gubiłem go w okolicach Borkowic – to tym razem weźmy się na sposób, zacznę od Węgrzynowa, a dla pewności – wrócę tą samą drogą (wiem, nuda – ale na tym polega poświęcenie się dla szczytnego celu :).
No i urwis oczywiście swoje numery odstawił. Auto zostawione w Węgrzynowie, kawałek wiejską dróżką, wychodzę na pola – i już go nie ma. Cóż, pozostaje iść na czuja, według mapy (1:100 000, na dodatek to nie sztabówka – więc wiecie, że to tylko zgrubna orientacja) i... czuję się wystrychnięty na dudka. Bo trafiam na asfalt z Droszowa do Borkowic. Co prawda można by tym asfaltem do Borkowic – ale przecież mi przyświeca Cel. Czyżby ten malowniczy garb terenu to właśnie szlak którym miałem iść? No cóż, pozostaje wrócić do ostatniego skrzyżowania i tam spróbować. Ale śladów nie daje się zauważyć żadnych – bo przecież śladem nie jest ogromne pole żółtej nawłoci... więc trochę na czuja, trochę kierując się jakże niesurviwalową metodą „wejdę na szczyt tego wzgórza to się rozejrzę” wybieram jakąś drogę na przełaj. Ech, tak jak uczą szkolenia – włażenie na szczyt wzgórza to nigdy nie jest dobry pomysł, ale ja się mogę wytłumaczyć – mi nie zależało na tym, żeby się odnaleźć i wrócić do domu, ja dopiero rozpoczynałem wędrówkę.
Więc zszedłem ze wzgórza, z powrotem na drogę która się wzdłuż niego ciągnęła i z której dopiero co zszedłem. A ta też powoli się wspina, aby na jaką górującą nad wszystko miedzę się dostać. A wokół te widoki... niejeden fotograf na takich właśnie pofalowanych wzgórzach robi zdjęcia, które potem przynoszą mu sławę – a ja właśnie takich zdjęć nie umiem. Widzę to piękno, doceniam, tylko prostokącik zdjęcia ciekawie wpakować nie umiem.
I tak nad krajobrazem rozmyślając, docieram do Mienic. Nie od tej strony co zawsze, z przeciwnej – ale tylko kilkadziesiąt metrów od tego miejsca co zazwyczaj. A gdy już wracam na znany sobie teren – to i żółty hultaj się odnalazł. No patrzcie, zabawił się ze mną w chowanego, a teraz triumfalnie wraca. O, niedoczekanie twoje, już ja cię na postronku będę pilnował. I nawet pobliska ruina pałacu mnie od tego zamiaru nie odciągnie.
Więc bez większych postojów przechodzę przez wioskę, aby gdzieś tak w jej połowie skręcić w prawo. Krótki zacieniony wąwóz – i tu już wiem, że mi gdzieś nicpoń na bok nie ucieknie, co najwyżej przed siebie może, więc przystaję aby popodziwiać misterne siateczki rozpięte przez pająki na starym drzewie. Nie, nie takie jak znacie, z kilkumilimetrowymi oczkami – te raczej przypominają rozpiętą do pojedynczej warstwy gazę. Taką samą, jak kładzie się na ranę, taką samą, przez jaką przeciska się magiczne nalewki – tylko drobniejszą nicią szyte.
A potem długie pole. Tak, to pole już kojarzę – kiedyś na jego końcu stały kolorowe ule. A może to rozbiły się tu kolorowe namioty? Tak, kiedyś w drodze powrotnej prosto zbyt długo się zapędziłem – a potem kombinowałem, jak w wodę się nie wpakować, jak przez trzciny się przebić. O nie, żółty szlaku, tu mnie nie oszukasz, nie oszukasz mnie też kawałek dalej, gdy nagle sobie odbiłeś w prawo – a ja poszedłem sobie dalej. Wcale droga dłuższa nie wyszła, chyba nawet drobny pagórek po prawej okazał się ciekawszy od zwykłej drogi, ale nie – tym razem się nie dam oszukać, nie dam się wycwanić. Chociaż na tym odcinku tylko tobą udam się do Wilczyna.
Tak to właśnie docieram do Wilczyna. Jakie są największe atrakcje tej wioski? Uczeni w mowie i piśmie pewnie zaraz zaczną opowiadać o dworku szlacheckim, o leśniczówce zabytkowej, o wilczej gospodzie z jakże ciekawą drewnianą sztukaterią na ścianie wejściowej – a mnie urzekają tam wiejskie „pruskie domki”. Takie, jakie znajdziecie na urokliwych obrazkach z obszaru Mazowsza. Drewno już trochę spróchniałe, nadgryzione zębem czasu, faktura wypełnień też nie zawsze tylko szorstka, czasem i głębsze wżery da się zauważyć – godności nadawanej przez czas mu nie brak. Dwa takie znajdziecie zaraz przy wejściu do wioski, jeszcze zanim do dworku dojdziecie – kolejny gdzieś w bocznej, lewej alejce. Ale ja wybieram prawą – więc najpierw wspomniany dworek imitujący zamek omijam, potem zabytkowy park pałacowy, a na koniec wspomnianą leśniczówkę – a może inny domek użytkowy należący do dawnego panicza?
A kawałek dalej po lewej wspomniana gospoda – i nawet jeśli jesteście tu tylko przejazdem, to warto się zatrzymać. Bo oprócz kilku drewnianych tarcz herbu Wilcza Łapa na ogrodzeniu, znajdziecie też tu dosyć ciekawą... mozaikę? Boazerię? Czort wie jak to nazwać – ale murowanej ścianie nałożona została warstwa drewna, a na niej wyrzeźbiona i wymalowana została scena myśliwska.
Jak w tym miejscu szlak żółty prowadzi – nie mam pojęcia. Jakoś go nie pilnowałem, a na mapie – ten właśnie obszar trafia na zagięcie, a więc jest doszczętnie wytarty. Taka biała plama na mapie – to właśnie jest Wilczyn Leśny :) Ale czy to ma znaczenia? Kawałek dalej asfaltem, i na końcu cmentarza powinienem go złapać. No i się odnajduje – nawet wraz z kierunkowskazami. I tak jak mi się wydawało, kretyńskie wskazy odległości na drogowskazie w Mienicach nijak mają się do rzeczywistości. Bo zgodnie z zapisami w Mienicach, pomiędzy Wilczynem a Obornikami powinien być ledwie kilometr – gdzież by tam. Te w Wilczynie już jakoś wiarygodniej wyglądają, gdy porównam je z mapą.
Tymczasem wzdłuż pola idę w kierunku grodziska. Według wskazów powinno być już zaraz, tuż, tuż – niestety, nie odnajduję go. Więc bez większego rozczarowania (bo niespecjalnie mi na nim zależało – ale skoro to tak blisko...) wracam w okolice cmentarza. Gdzieś przez dziurę w murze widzę zarys ciekawej kapliczki, choć nie wiem jak się do niej dostać. Więc jedynie krótka sesja zdjęciowa „pod murkiem” i wracam do asfaltu.
Jak trafić do drugiego „malowniczego domku”? Dokładnie wam nie powiem. Ale idąc wzdłuż drogi na Golędzinów, włócząc się i odbijając gdzieś na boki – powinniście na niego trafić. Ja jedynie starałem się wrócić do początku wioski – i patrz, jest, po prawej. Po lewej kolejny – choć słońce nie te, trzeba by próbować wieczorem. I znów trafiam do sklepiku, w którym chyba zawsze siedzi ktoś, kto ma ochotę pogadać z turystą... a może to wciąż ten sam człowiek?
Powoli wracam wzdłuż pierwszego domku, krótka sesja zdjęciowa z kotkiem, i przypałętał się właściciel. Początkowo zdenerwowany, bo co to za obcy kręci mu się wokół obejścia – ale chwila rozmowy, i już się uspokaja, a nie, to turysta, spodobała mu się moja chałupa, jakby było co oglądać. A wie Pan co, tą chałupę to już nawet ktoś kiedyś fotografował, jakiś czas temu (taaa, pewnie to ja byłem :) I nawet raz studentki przyjechały, z plastyka, i chciały tą chałupę malować – to je wpuściłem na podwórko (no widzicie, widać nie mam gustu spaczonego, widać ktoś jeszcze takie sielankowe chałupki lubi :).
A potem z powrotem żółtym szlakiem, przez Mienice, z których odpowiednio wychodzę, wzdłuż pola, skręt w prawo, na moje źródło pozyskania owoców bzu na nalewkę – i gdy kończy się bez po prawej, a zaczyna las po lewej, to gdzieś tu trzeba odbić. Na szczęście natrafił się obeznany w terenie rowerzysta – i już wiem, jak mam trafić. Bo zazwyczaj albo za bardzo sugerowałem się punktem widokowym zaznaczonym na mapie, albo wolałem zejść do przepięknego wąwozu – a szlak idzie gdzieś pomiędzy. Tym razem udało mi się go utrafić – jednak gdy przekonałem się, gdzie dochodzi on do płynącej dołem rzeczki, to zastanawiam się, kto wybrał właśnie tą trasę? Wcale nie dłuższa, a jakże piękniejsza jest trasa która trochę bardziej odbija w prawo – no tak, ale betonowy most przez rzekę do Borkowic jest kawałek dalej, a taka pomniejsza, niedbale rzucona przez rzekę kładka drewniana mogłaby się zarwać pod człowiekiem, zwłaszcza po intensywnych rajdach terenówek – i szczegół, że szerokość rzeki jest tu węższa niż krok dorosłego czy krótki skok dziecka, a zejście do rzeki dogodne. Most jest most, i turysto masz leźć mostem – a jak wcale nie chciałeś odbijać do Borkowic, to cię borkowicki wąwóz interesuje? :)
Tymczasem las się powoli kończy. Gdzieś na granicy cienia odnajduję znak żółtego szlaku – a gdy daję kilka kroków widzę, że tutaj już dzisiaj byłem. Pamiętacie pole pełne żółtej nawłoci, na którym niesurviwalowo wchodziłem na szczyt wzgórza? No właśnie tu jestem – i wtedy wystarczyłaby odrobina więcej światła, abym dostrzegł ten znak. Niestety, przy ostrym słońcu granica cienia okazała się czarniejsza niż normalnie – a szlak się cicho w niej skrył, bawiąc się z turystą w chowanego.

Tak więc - udało mi się. Udało mi się przejść żółtym szlakiem całą trasę z Wilczyna do Węgrzynowa, nie gubiąc go ani na chwilę. Gdy dochodzę do wioski, jedynie gdzieś w oddali widzę starą porzuconą chatę, istny klimat wiurbexowy – ale nie, zostawię ją sobie na kiedy indziej. Żebym miał powód jeszcze tam wrócić...  

środa, 2 stycznia 2013

W pośpiechu chaosu (Zagubione wspomnienie jesieni)


To już zima. Lecz gdzieś się kawałek jesieni w przedświątecznym przygotowaniach zawieruszył – więc dziś go wyciągam.

Poranne mgły


Poranek. Mleczna mgła odbarwia zżółkłe ze starości trzciny. Niemrawo płyną szarobure kaczki. Na siedzeniach porzuconej przez ludzi kawiarni zasiadają tylko brązowe jesienne liście, te same, które na stołach tworzą zarazem obrus, zastawę i bogate jesienne dania jedynie przy niektórych stolikach okraszone połyskującym kasztanem czy wciąż zielonym żołędziem.
Tak właśnie powitała mnie Trzebnica, gdy wczesnym listopadowym rankiem przyjechałem do stolicy Kocich Gór w kolejne odwiedziny. Zamknięte wrota bazyliki nie zapraszały do zwiedzania, podobnie jak podwórza klasztoru dziś jakby zupełnie nieprzyjazne ludziom. Wiatr zamienił zieleniejące jeszcze kilka miesięcy temu drzewa w odstraszające badyle. Więc trzeba iść dalej, przed siebie. Zza obsypującego się komisariatu każdego wędrowca obserwuje czujne oko Boga, wypatrujące najmniejszej skazy na grzechu, śladu przewiny, powodu do oskarżeń. Więc dalej iść, dalej, przed siebie, na rozdrożu uciekając w lewo, bliżej natury, bliżej drzew, pól, lasów.
Dopiero przy stawie odetchnąć można. Tak, woda, o ile akurat nie pędzi w swym żywiole, zawsze służyła ukojeniu duszy. Tak i tym razem jest, a otaczająca zewsząd mgła sprzyja melancholijnemu odpoczynkowi starganej nerwami duszy. Spokojnym krokiem przejść można pomiędzy dwoma stawami, obok metalowego żagla na brzegu, spoglądając na wlokące się po wodzie kaczki, jakby wciąż jeszcze przez sen dryfujące z prądem. Zakratowany most blokuje dostęp do wyspy, współczesnego grodziska.

Budowle ukryte wśród drzew

Na szczęście park nie zamknięty, brama otwarta. Dróżki nieuprzątnięte z opadniętych zbrązowiałych liści przypominają, że późna to już jesień i wkrótce czapkę przyjdzie nosić. Lecz póki jeszcze śniegi nie spadły, póki droga nieśliska, kościół malutki w parku odwiedzić można. Chciałoby się powiedzieć kościół malutki, skromniutki – bo tak się z zewnątrz zapowiada. Gdy jednak do środka zajrzeć – kościółek pełen zdobień, jasny, kolorowy, niczym chwałę Pana mający jak najpiękniej oddać. A może to duma i pycha, grzech zamknięty w kolorze, diabelska ułuda, czarcie kuszenie pięknem? Kolorowe rośliny oplatają każde załamanie, każdy łuk, a sufit, niczym niebieski dywan z ozdobnymi wykończeniami krawędzi ponad głowami rozpostarty. I tylko te marmurki takie plastikowe, niczym drewno ozdobną taśmą oklejone – a mimo to piękne.


Ech, byłbym zapomniał, gdzieś po drodze domek jakiś biały, liśćmi zasypany, niczym by się w chowanego z człowiekiem bawił. Drzewko jakieś przygarnął, aby za nim się schować, okna deskami zakrył aby się lepiej zamaskować. I tylko ściany białe zostały, jakby mchem zapomniał ich zamaskować.




Czerwona królowa wśród kolorowych pól kapusty

A na górze, wraz ze mgłą, magia jesieni się powoli rozwiewa. Wokół tylko puste o tej porze roku pola i sady. Wśród straszących swymi łysymi badylami drzewek mieni się czerwona królowa. Niczym korale, setki niezebranych przez sadownika jabłek cisną się na jednym drzewku, rozpychają się. Wręcz krzyczą: zbierz mnie, uratuj przed szpakami – a odwdzięczę ci się niesamowitą słodyczą. Czemuż jedno drzewko pozostawione z ciążącym brzemieniem owoców? Któż to wie... z pewnością nie ujadający pies który ich pilnuje, więc po cóż go pytać?


A dalej trawy... bardziej zielone, czy może bardziej żółte? Wypłowiałe i wyschnięte, zasuszone i martwe, czy wciąż jeszcze żywe? Gdzież jest granica? I jak ustawić balans bieli, aby to piękno oddać? Kontrast, nasycenie, odcień i temperatura światła – niewiadome matematycznego równania, które nie ma rozwiązania.
Tymczasem... to już siedziby ludzkie. 


Długie drewniane żerdzie podtrzymywane przed upadkiem podpierającymi je pionowymi tyczkami, tworzą stos. Tak samo jak stos tworzą czerwone cegłówki, wciąż jeszcze ułożone w kształt wielkiego, sypiącego się ze starości pałacu, który nie wiadomo jak długo jeszcze będzie dawał dach nad głową kryjącym się w jego wnętrzach ludziom. Więc dalej to, dalej, zanim piękno uleci, zanim się pałac rozsypie. Dalej, więc dalej, na przełaj przez morze kapusty, przez rozpostarte liście spomiędzy których już dawno ktoś powyżynał jakże cenne głowy. Liście, po których spływają krople rosy, liście, które wciąż jeszcze potrafią ułożyć się w kształt łudząco kwiat przypominający.
Lecz dalej, iść dalej, przez pola, pod mostem, znów do siedzib ludzkich wracać. Do siedzib zamieszkanych... i tych opuszczonych, pałaców zaniedbanych, ciszą i porzuceniem straszących. Do szyldów rudą rdzą ociekających, do farb płatami od ścian odpadających, do ciemności przez pojedyncze promienie światła jedynie rozproszonych... lecz nie o nich dziś gadać, historie to zbyt straszne, więc dalej, i dalej, od strachów uciekać. Pod mostem, torami, od strachów uciekać...
...

UWAGA!!! ZAKAZ WSTĘPU - TU STRASZY!!!

Brąz -kolor który uspokaja

Roztaczające się wokół ciepło brązowych liści uspokaja. Choć kolejowe tory nadają pewien kierunek, to wystraszone wciąż myśli rozbiegają się wokół. I tak też wędruję – to trochę dołem, niczym pociąg po torach, to trochę górą, nasypem. Co chwila przystając na zdjęcia – a to malowniczy szyn zakręt wśród drzew jesiennych, a to krzaczki jeszcze niziutkie, kilkucentymetrowe ledwie – w swej szarości niczym martwe wśród jakże żywych kolorów liści. A przecież to one, te krzaczki są żywe, a te liście choć zwiędłe, to zwiędłością swą kolorowe, żywot swój dawno zakończyły. Jakże złudnie obrazy bawią się z naszym umysłem.
Kawałek dalej kolejny nasyp, odbić od torów mi tu trzeba. Aby wspinaczki sobie zaoszczędzić, już na początku po zewnętrznej stronie go przechodzę. Kawałek dalej droga, która dopiero co porzucone tory w poprzek mostem przekracza... ech, szkoda żem z torów zboczył, bo most przepięknie się zapowiada, lecz cóż, schodzić i wchodzić ponownie nie będę, zwłaszcza że nie wiadomo jak daleko się cofać trzeba aby piękno mostu docenić. Więc czas zaoszczędzony na odpoczynek przeznaczam. Pod dębem pradawnym, który wszystkich wokół już przeżył i sam jeden na środku pozostał. Zbyt daleko mu by do innych drzew zagadać, stary gaduła liśćmi mnie próbuje zaczepiać, dawne dzieje opowiadać. Historie zapewne piękne, spisania godne – lecz cóż z tego, skora ja szeptu liści zrozumieć nie umiem? Więc jedynie posiłek mój śpiewem wiatru wśród gałęzi umila, i cienia kawałek użycza – bo choć ciepła już słońce nie daje, to nisko stojąc na niebie oczy oślepia.

Jesienna kawiarenka


Do domu wracać już pora

Lecz skoro słońce na niebie nisko – do domu wracać pora. Polami, miedzami... drogą której nie ma. Na płaskim idzie się niczym po grudzie, bo ziemia gliniasta w bryły zbita. Lecz jeszcze gorzej na zacienionym stoku – tu, choć wieczór, ziemia z porannej rosy jeszcze nie wyschła. Więc stawiam krok za krokiem, a buty co rusz w dół uciekają, gdy tylko je na śliskiej ziemi postawię. Zmoczone grudy, pozornie twarde, błotnista otoczką obrosły, co nie tylko się na niej człowiek ślizga, ale i gliniastym błotem spodnie szybko brudzi. A potem znów do góry... lecz to już cywilizacja. Droga, choć wciąż polna, tu już utwardzona, ułatwia wędrówkę znużonym nogom. Wokół... sady, jabłonie. Niektóre wciąż obwieszone czerwonymi, soczystymi jabłkami... grzech nie skorzystać. Idąc dalej, jabłonie powoli ustępują miejsca budynkom, najpierw małym sporadycznym drewnianym altankom, później już murowanym domkom jednorodzinnym, później wiekowym kamienicom. A więc to już koniec wędrówki na dzisiaj...

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Operacja Zachód


Operacja Zachód... jak napisał jeden z lokalnych dziennikarzy „największa impreza plenerowa w Polsce”. Nawet nie „tego typu”, po prostu największa i już. Byłem w Boryszynie, byłem w Darłowie, więc po zapowiedziach Operacji Zachód wydawało mi się, że i tu mi się spodoba.
Niestety, Operacja Zachód wielkością nie powala. Gdyby policzyć wszystkich uczestników (w tym zarówno widzów, jak i żołnierzy i pasjonatów w historyczno-wojskowych przebraniach), to pewnie byłoby ich mniej, niż pojazdów w Boryszynie. Gdyby policzyć wszystkie pojazdy w Krzyżanowicach, to pewnie byłoby ich mniej niż samego ciężkiego osprzętu w Darłowie. Ot, taki lokalny piknik wojskowy który nie ściąga nawet porządnej ilości mieszkańców z pobliskich Krzyżanowic, ledwo co mogąc wspominać o odległym kilka kilometrów dalej we Wrocławiu.
Wśród reprezentujących wojsko żołnierzy, znaleźli się pasjonaci. Zadałem ledwo jedno laickie pytanie, czy karabinu maszynowego można używać jako snajperskiego, bo po coś na nim chyba jest ta luneta. Usłyszałem... prawie że bajanie barda, który zżył się z karabinem, który zna nie tylko każdą jego śrubkę, ale wręcz każdą ryskę na wewnętrznym gwincie lufy.

Co zaskakuje na tego typu imprezach – tajne przez poufne. Skoro wystawia się sprzęt wojskowy na widok gapiów, to chyba ciężko mówić o tym, że skład wyposażenia wojskowego jest poufny, skoro każdy potencjalny szpieg może sobie przyjść, pooglądać, wypytać o szczegóły. Ale jak już cywilny laik próbuje zrobić zdjęcie plątaniny kabli – nagle się okazuje, że to „ściśle tajne”. I już nie chodzi o to, jaki sprzęt jest używany – chodzi o to, że tajne informacje są przesyłane tym przy pomocy tego sprzętu. Nie chodzi o informacje, które widać np. na monitorze – chodzi o to, że w kablach płynie kwintesencja tajności. Nie ważne nawet, że tej kwintesencji nie widać. Nie ważne, że ta kwintesencja nie płynie w tej chwili. Ważne, że płynie... czasami... a może nawet jeszcze rzadziej?
Podsumowując: Operacja Zachód to impreza bardzo skromna, taka lokalna ciekawostka, gdy już nic innego w okolicy znaleźć nie można. Ot, żeby wyprowadzić dzieciaczka na spacer, niech się po świeżym powietrzu przejdzie, kilka atrakcji wojskowych przy okazji obejrzy, nic więcej. No, może jeszcze jako okazję do zakupu spodni w których nie szkoda chodzić po lesie... choć i tu nie ma zbytnio w czym wybierać. Chyba największą ciekawostką festynu był jeep prowadzony na spacer... jak piesek, bez kierowcy w środku :) I choć co prawda niektórych pojazdów (typu przenośny radar, przenośne centrum dowodzenia z rozstawianymi kontenerami na bagażniku) nie widziałem na innych festynów, to tyle ciężkiego sprzętu wojskowego co na tym festynie, zdarzyło mi się widzieć u jednego prywatnego pasjonata na podwórku w okolicach dawnego MRU. 

poniedziałek, 21 lutego 2011

Gdzie diabeł gra na skrzypcach... zabłądziłem przypadkiem

Do Marcinowa zabłądziłem przypadkiem. Ot, niewłaściwy zjazd z obwodnicy Trzebnicy, pierwsza wioska celem rozeznania terenu z mapą – a tu dziwna tabliczka. Prywatne muzeum ludowe „U Kowalskich”. Że pięknego zimowego dnia było szkoda, najpierw pojechałem tam gdzie planowałem – aby po południu wrócić do muzeum. Och, obawy, do której otwarte, a może akurat obiad mają – a skądże, odrobina rozsądku i już wiemy, kiedy muzeum otwarte. A więc nie budzimy gospodarza co kur zapieje, nie trzymamy go też aż na zewnątrz nocne ćmiki przyjdą – i jeśli jest akurat w domu, to z chęcią was przyjmie.

O skrzypcach diabelskich...

sala muzyczna w muzeum ludowym u kowalskichCzy słyszysz płacz listka lipowego
Czy słyszysz jak drzewo kwili
To toja kochana muzyka
Dusze i serce mili
Źródło: Grajek, Marian Kowalski - zapożyczone ze strony muzeum

Na początek, ugości po gospodarsku – i przy herbacie opowie, a jak kto ma szczęście, to i przy chlebie wiejskim, i przy żurku. O muzeum opowie, o sobie, o eksponatach, o gościach niemieckich i brazylijskim. A i o życiu coś od siebie doda. A potem oprowadzi. Z kuchni do sali zaprzęgowej zaprowadzi – a tam tylko koni brak, za to chomąt końskich pod dostatkiem. Z zaprzęgowej do muzycznej – a tam muzyki choć nie słychać, to wszędzie wokół widać. Czyż to za sprawą skrzypiec diabelskich, co przy drzwiach stoją? A może akordeony muzycznym samozapłonem w rezonans wpadają? A może to ten tawerniany klimat sąsiadującej izby? 
wrzeciono w muzeum ludowym u Kowalskich
A skoro zabawa, to i święta – w jeszcze kolejnej izbie pełno ozdób świątecznych. I choć te bożonarodzeniowe bomby nieznacznie ledwie różnią się od swych castoramowych podróbek, to już podobnych ozdób wielkanocnych w żadnym markecie nie uświadczysz. I lalki ludowe, i inne zabawki - i tylko prząśniczki przy kołowrocie brak...

U prząśniczki siedzą jak anioł dziewieczki,
przędą sobie przędą jedwabne niteczki
kręć się kręć wrzeciono! Wić się tobie wić!
Tą pamięta lepiej, której dłuższa nić
Źródło: Prząśniczka, stara pieśń ludowa

... i innych sprzętach ludowych

kolekcja z dusza w muzeum ludowym u kowalskich
A skoro materiał na sukienki przędziemy, to i wyprasować je potem trzeba – a tu na chętnych czeka ogromna kolekcja żelazek, zapewne liczniejsza niż bogdaniecka kolekcja młynków do kawy. A teraz przez salę kominkową na dwór – tu z kolei czekają narzędzia rolnicze. Choć gdzież im do kolorowych ogrodków rolniczych Ściechowa – jednak i one swój urok mają, zębem czasu nadgryzione, rdzą i zendrą przeżarte... I tylko w kuźni mierzwi zapach nowości, bo choć narzędzia stare, to budynek nowy, a że nieużywany – to i dymem jeszcze nieprzesiąknięty. To już Dom Chleba ciekawszy, choć ściany też pewnie długo jeszcze nie przejdą zapachem wędzarnianego dymu i świeżutkiego chleba.
misiek na karuzeli w muzeum ludowym u kowalskich
A że muzeum na dzieci głównie nastawione – to do kolejnego pomieszczenia zajrzeć trzeba. Wydawałoby się, karuzela, cóż dla dorosłego za atrakcja, jakby się mało wesołych miasteczek w życiu widziało. No, i się widziało – ale TAKIEJ karuzeli, to jeszcze nigdy w życiu.

O właścicielu słów kilka...

Marian Kowalski, człowiek orkiestra - dosłownie i w przenośni
Marian Kowalski -
człowiek-orkiestra,
dosłownie i w przenośni
I na koniec o właścicielu – bo czyż bez niego to muzeum by powstało? Nawet jeśli, to pewnie dużo skromniejsze by było, bo zamiast pasji, ktoś pracowałby dla pieniędzy zaledwie. A czy wtedy aż taki ogrom by włożył, że o sercu nie wspomnę? Ot, byłby kolejny skansenik lokalny, a jednak takie cudo powstało. Człowiek przemiły, gospodarz pełną parą, co każdego ugości. Wydawałoby się, że i aparat się nim zachwyci, bo twarze ludzi w tak podeszłym wieku przecież zawsze tyle na fotografii mówią. Tyle życia za nimi, tyle historii do opowiedzenia, tyle pieśni kryją w sobie... Nie, nie tym razem – mimo podeszłego wieku, zmarszczek na twarzy mało, i to nie twarz, lecz jedynie usta mówią. A właściwie... nie usta, nie głos – w tej krainie to przedmioty mówią. I choć zwierzęta na polskiej wsi w Wigilię gadają, to tutaj, wśród tej magii, to przedmioty swe historie opowiadają. I gdyby tylko głos ich spisać, to niejedną ciekawą książkę można by napisać. I pomyśleć, że to jeden człowiek  wszystkie te przedmioty, a wraz z nimi i ich historie, od niebytu uratował...

Rogata dusza

Patrz człowieku na ten stos staroci,
Którego czas niszczy i słońce nie złości,
A koronki z pleśnią pospołu tańcują,
Ten wytwór rąk ludzkich na potęgę psują.
To wszystko ratować ja chcę i ja muszę!
Bo taką rogatą mam ja chłopską duszę
Koronki wygonię a pleśń wycałuję,
Dorobek rąk ludzkich jeszcze uratuję!
Źródło: Marian Kowalski, zapożyczone ze strony muzeum


Informacje praktyczne:
Adres: Marcinowo 2, z obwodnicy Trzebnicy najbardziej północny zjazd na zachód, w centrum wsi widoczny kierunkowskaz.
Godziny otwarcia: brak ściśle określonych, choć przyjeżdżającym z Wrocławia i dalszych okolic warto się upewnić telefonicznie, że gospodarza w domu zastaną (w razie niezłapania, pobliskie Wzgórza Trzebnickie Kocimi Górami zwane oferują swe piękne krajobrazy żądnym rozrywki turystom).
Telefon: (071) 387 01 09
Opłaty: brak opłat dla turystów indywidualnych, symboliczne opłaty dla grup zorganizowanych ustalane przed przyjazdem – w przypadku wycieczek biedniejszych nawet bezpłatnie.

niedziela, 13 lutego 2011

Zimą malowane drzewa

Po wczorajszym mglistym dniu, ze słabym zapałem wstaję z łóżka. Jeszcze tylko kontrolne spojrzenie za okno, żeby się upewnić, że nie warto wychodzić na spacer.... a tu ogromne zaskoczenie. Nie dość, że zza delikatnej mgły widać niebiesko-mleczne niebo, to wszędzie wokół tak pięknie. Wszystkie drzewa przemalowane na biało – znak, że zima przypomniała sobie o swoich obowiązkach? Szybkie przygotowanie ciepłej herbaty do termosu, wyszukanie ciekawego kawałka lasu, jeszcze szybkie szukanie tematu zdjęć na obiecany wpis o autostradzie na Poznań... i skoro już jedziemy w tym kierunku, to czemu właśnie nie tam?

Nieprzewidziane atrakcje

Choć Trzebnicę omija obwodnica, to żeby lepiej trafić na właściwe wioski, próbuję właśnie przez miasto. Jak to łatwo wygląda na mapie – ot, w centrum skręcić na zachód, i wyjadę na Malczów. Tak, oczywiście – tylko wszystkie zjazdy w lewo wyglądają tak, jakby droga miała się zaraz skończyć. Choć w końcu przez miasto przebiłem się na północny koniec obwodnicy, to muszę przyznać że warto było. Bo przez przypadek odkryłem Bazylikę św. Bartłomieja i św. Jadwigi. Trzeba przyznać, że to szczególnie ciekawy zabytek. Na pierwszy rzut oka barokowy, swym przepychem przewyższający nawet standardy obowiązujące w tamtych czasach. Jednak gdy spojrzeć w górę, trudno nie dostrzec pierwotnej, średniowiecznej formy kościoła. Jakie to szczęście że trafiłem akurat na przerwę między mszami i swobodnie można przyjrzeć się temu dziełu bożemu. Na zewnątrz z kolei czeka kolejny nepomuk, i jakże ozdobne wieże. Gdyby nie świadomość upływającego czasu – ale przecież zimą tak wcześnie robi się szaro, więc trzeba jechać dalej.
Więc jak wspomniałem, koniec końców wypadam na północny koniec obwodnicy, i teraz już próbuję trafić na właściwą drogę. Jednak co innego pilnować mapy idąc przed siebie, co innego gdy jadąc samochodem można liczyć tylko na pamięć. Kolejna pomyłka – tym razem trafiam do Marcinowa, ale widać i znowu los nie przypadkowo poplątał moje drogi. Ale o tym wspomnę nie dzisiaj... na razie kolejny zjazd okazuje się właściwym. Kawałek prostej, białe drzewa Farnej Góry podziwiam jeszcze zza szyby, ale przy kolejnym skrzyżowaniu udaje się znaleźć miejsce do zaparkowania. 

I wreszcie idziemy...

I wreszcie można w pełni nacieszyć się pięknem zimy. Horyzont rozciąga się falistą linią pagórków, odcinając biel śniegu od błękitu zamglonego nieba. W oddali pasą się sarny – dziś jeszcze kilka razy je spotkam. Dłuższa chwila na kontemplowanie piękna (w tym i szansa dla aparatu na wyrażenie swego zachwytu), i można iść dalej, wzdłuż skręcającego asfaltu. Na zakręcie mała zagwozdka – choć nie dziwi płot wokół sadu, to dziwne podejrzenia budzi napis „przejście rowerowo-piesze” na zamkniętej bramie. Oczywiście mapa potwierdza, że ten niebieski znak przy napisie to oznaczenie szlaku, którym będę wracał – ale to później się będę martwić. Na razie na kolejnym zakręcie – kolejne białe szaleństwo, ponownie fotograficzne. A to zachwycam się odległymi planami i śnieżnymi krajobrazami, a to szybkie przerzucenie wzroku na bliższe plany i zeschnięte chaszcze przebijające się spod warstwy śniegu... wszędzie wokół tak pięknie, tak zimowo. Tylko czemu coś ciągle nie pasuje w kadrze? W Myśliborzu jakoś łatwiej było mi zrobić zdjęcia...

Wiecie kiedy śpiewu ptaków jest mało
Gdy przyleci śnieżyca i zrobi się biało
Pod "czapy śniegowe zwierzątka się chowają
I na ciepły wiosenny wietrzyk czekają.
Marian Kowalski, Wierz dla moich synków



Ale to już Malczów. Ot, spokojna wioska, jedynie zaciekawić może ordynarne graffitti – jednak ciekawostką jest nawiązanie do popularnego serialu „Ranczo”. Kawałek dalej jeszcze klimatyczny wiejski domek komponujący się ze śniegiem, i praktycznie to już koniec wioski. A dalej rozpościerają się białe pola, rozrzucane na przemian z małymi płatami leśnymi na nierównej siatce wzgórzy. Kawałek drogą, kawałek międzą – a głównie na skuśkę przez pola, bo szlaku wbrew mapie nigdzie nie widać. To pod górę, to w dół, dopóki głęboki kocioł nie staje na drodze. I choć nie po szlaku, to chyba wciąż blisko niego, bo i w okolice Ciemnej Góry, i Połańca udaje mi się dojść. Po drodze monotonię bieli przerywa drewniana ambona myśliwska, gdzie indziej robienie zdjęć okupuję zgubieniem rękawiczki – jednak na szczęście zgubę udaje się odnaleźć. Patrząc pod nogi, zastanawiam się nad dziwną formą śniegu. To nie płatki, to jakby styropianowe granulki. Czyżby to nie normalny śnieg, jaki na co dzień spotykam, a jedynie wytrącone z mglistego powietrza kropelki wody, zamarzające w locie?

Aż dochodzę do asfaltu na Przecławice – i tu zaczyna się dokładne studiowanie. Choć pozbawiona szczegółów setka nie daje zbyt dokładnych informacji, jakoś udaje się odnaleźć zejście na przełęcz kowalską. A gdzieniegdzie na głowę spada śnieg z drzew. Choć gdy przyjrzeć się bliżej, to ten opad nie cieszy za bardzo. Bo to efekt słońca, które swymi promykami rozgrzewa drzewo... i zamarznięte na gałązkach kryształki lodu, które spadają z drzew, odsłaniając czarną spodnią warstwę. Zresztą z upływem czasu coraz mniej widzę białych drzew wokół. Co gorsza, powoli niebieskie niebo miejsca ustępuje szarzejącej mgle. Gdy odnajduję krzyżujący się z czarnym szlak niebieski... wychodząc na pole, wszędzie wokół widzę już mgłę. Trochę wina pogody, trochę – tego że pod słońce idę. I jedynie osty utrzymują jeszcze swe lodowe ozdoby. Za to na polu już coraz częściej oprócz lodowych granulek, widzę też lodowe igiełki opadłe właśnie z drzew.

Pisałem o niebieskim szlaku – choć pozwala on mi wyczuć moment, kiedy skręcić na Kowale, to i tak dalej znowu trzeba iść na czuja. Mimo to udaje się dotrzeć do wioski – a tutaj szukanie dworku. Choć może to za dużo powiedziane – dworek już dawno stracił cały swój blask, a dużo ciekawsze okazują się stare zabudowania folwarczne i nawet ohydne tabliczki zakazujące wstępu ze względu na możliwość zawalenia się nie przeszkadzają. Chwila rozglądania się – i dalej przed siebie. Wciąż niebieskim szlakiem, próbuję wyjść z wioski i wrócić do samochodu. 

Niezliczone przeszkody, czyli problemy rozwiązują się same 

I tu zaskoczenie – na drodze stoi ogromne gospodarstwo. Cóż pozostaje innego, jak je obejść? Na obrzeżach uwagę przyciagają kolorowe ule, na szczęście teraz bez pilnujących ich pszczół. Choć z każdą chwilą staje się coraz szarzej, to dzięki ulom udaje się jeszcze odnaleźć piękno kolorów. No i piękno rozkwitłych w pobliżu baź. Tak, tak – dwa tygodnie ocieplenia jak co roku ogłupiły wierzby, które postanowiły czym szybciej wystawić swoje puszki do słońca. I gdy teraz, w cieple pokoju piszę te słowa, w każdej chwili mogę spojrzeć na wyjątkowo silnie rozrośnięte puszki stojące w wazonie.
Przejście z bezdroży na polną dróżkę okazuje się świetnym rozwiązaniem – niebieski szlak znowu się odnajduje. Nie na długo jednak – gdy ponownie dochodzę do czarnego szlaku, totalnym zaskoczeniem okazuje się opis na turystycznym szlaku „miedzą pomiędzy polami”. Niby jasna podpowiedź, gdy jednak widać dwie, a może i trzy miedze, którą wybrać? Przecież nie tą, którą wskazuje strzałka – nie, ta złośliwie wskazuje gąszcz drzew akurat w środku między miedzami. Na czuja udaje się jednak wybrać tą właściwą, o czym upewniają pojawiające się sporadycznie znaki na drzewach. Znowu w dół, znowu w górę – choć wzniesienia niższe, to czuję się prawie jak w górach. Zwłaszcza jeśli chodzi o zadyszkę ;)
Aż wreszcie dochodzę do wcześniejszej zagwozdki – przede mną zamknięta brama, płot okalający sad. W prawo daje się zauważyć jakieś przejście w chaszczach. Zastanawiam się, czy to nie tu trzeba wejść jakoś na teren sadu? Okazuje się jednak, że właściwe przejście przechodzi właśnie przez chaszcze. Upewnia o tym znajdującą się kawałek dalej furtka. Choć zamknięta, to okazuje się jednak chociaż że bez kłódki, więc spokojnie wejść można do zaczynającego się dopiero tutaj drugiego sadu. Z daleka widzę już wspomnianą bramę z napisem... z daleka jedynym pocieszeniem jest tylko zauważona już wcześniej osłabiona konstrukcja płotu. Gdy jednak dochodzę do bramy, zauważam, że widziana wcześniej kłódka nie stanowi żadnego problemu. Bo choć nie pozwala na pełne otwarcie bramy bez klucza, to długość przypiętego do niej łańcucha pozwala właśnie na przejście między skrzydłami bramy. Już tylko kawałek do samochodu, a potem powrót do zauważonego dziś muzeum ludowego u Kowalskich – ale o tym przy następnej okazji.

Pani Zima okryła białym futrem krecie kopczyki
I zawiesza u rynien lodowe srebrne kolczyki
Wyciągamy ze strychu: narty, łyżwy, saneczki,
I już mamy uciechę, jazdy z każdej góreczki.