Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia Góra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia Góra. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 października 2017

Jesienna melancholia


Dwa lata temu uznałem, że moje pomysły na bloga się wypaliły. Nie z każdej wycieczki daje się przywieźć ładne zdjęcia, nie każdą wycieczka da się ciekawie opisać... zresztą, opisy też wydawały mi się już monotonne.
Ale wciąż wędrowałem... i wciąż robiłem zdjęcia... i w sumie ich życie kończyło się na moim dysku. Czasem wrzucałem je na swojego prywatnego fejsbuka, czasem nie... więc na co to komu?
Aż kiedyś wpadłem na pomysł: a może wrócić do bloga, i tylko zmienić jego formę? Zrobić z tego fotobloga? Samo wrzucanie zdjęć które już i tak obrobiłem nie powinno zajmować chyba zbyt dużo czasu ;)

No więc powracam... ale głównie ze zdjęciami...


poniedziałek, 19 października 2015

Mój pierwszy geocach!!!

No i się udało! Pierwszy geocach odnaleziony. A właściwie drugi odnaleziony, ale przy pierwszym jednak było ryzyko, że zaraz ktoś się napatoczy - a przy geocacachach należy być dyskretnym.
To co widzicie poniżej to znalezisko wydarte z mrocznych czeluści skały przy Skalnym Moście (Rudawy Janowickie) - i tu już był czas żeby na spokojnie się dopisać.



Tym, którzy mi pozazdrościli - w formie podpowiedzi zdjęcie zrobione wciąż stojąc na miejscu jej ukrycia (no dobra, nogi mam długie a i tak musiałem się mocno wyciągnąć). Więcej o samej skrzynce na stronie opencaching.















Tym, którzy nie pozazdrościli - zdjęcie Skalnego Mostu z bardziej nietypowej strony. No dobra, most co prawda chowa się za jakimiś liśćmi - ale czyż nie jest pięknie? Czy nie warto obejrzeć go z drugiej strony? I tak, ten turkusowawy odcień skał - to efekt naturalny, żadne tam fotoszopy. Ba, naturalnie jest nawet lekko bardziej turkusowy, mimo iż wydaje się to tak mało naturalne...


wtorek, 27 sierpnia 2013

Lato w Śnieżnych Kotłach

Na dziś trochę sztampowa okolica. Bo Szklarska w okresie letnim to chyba jednak bardziej kojarzy mi się z sopockim molem niż z górami... a widoczny z daleka napis „skwer radiowej trójki” nie poprawia skojarzeń z „modną miejscówą”, zupełnie oderwaną od jej położenia geograficznego.
No cóż, choć to po prostu „turystyka masowa” to sam muszę przyznać, że mi chyba też te góry najbardziej zapadły w pamięć. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że były to góry najbliższe Szczecinowi – a tym samym miejscu, skąd pochodzę. Bo chyba mimo to, z 3 odwiedzinami przed 30-tką nie wybijały się w gronie gór najczęściej odwiedzanych. Więc czemu? Sam nie wiem, ale to właśnie z nich mam najsilniejsze wspomnienia. O tym, jak kolega z pełnym plecakiem na wąskiej ścieżce robi „przewrót w przód” (bo przecież nie fikołka, pan z w-fu mówił, że tak się nie należy wyrażać :) i ląduje z pełnym obciążeniem pół metra niżej, na jakże pojawiającej się tu równej półeczce... o ostrej wędrówce w uroczej mgle, na tyle głębokiej, że wszystko wokół było rozmyte, ale tak rzadkiej, że wciąż widziało się na kilkanaście metrów przed sobą, ot, tak tylko dodającej radosnego klimatu... o tym, jak kiedyś nagle noga wpadła mi tak głęboko w śnieg, że aż usiadłem na swej rzyci, a mimo to, noga wciąż wisiała w powietrzu nie mogąc znaleźć żadnego punktu podparcia...
A co ciekawsze, pisząc ten tekst, właśnie sobie uświadomiłem, że chyba wszystko to zdarzyło się chyba w mniej więcej w tym samym miejscu – na drodze między schroniskiem pod Łabskim Szczytem a drogą dołem Śnieżnych Kotłów...
Dlatego z jeszcze większą radością napomknę dziś o ostatniej pętelce właśnie wokół Śnieżnych Kotłów, niestety jedynej, którą udało się zaliczyć w ciągu weekendowego pobytu w Szklarskiej Porębie.
Ale do Śnieżnych Kotłów najpierw trzeba się dostać. Najpierw krótka kłótnia między parą młodych szkrabów, z kim mam jechać orczykiem: czy z będącym w końcu rodziną młodym kuzynowstwem (w końcu rodzina), czy może z świeżo zapoznaną panną bardzo młodą od zaprzyjaźnionej dentystki. Młoda pannica oczywiście chciała poflirtować z świeżo poznanym mężczyzną, jednak rodzina jest rodziną, a poza tym Wojtek był pierwszy – więc wraz z kuzynem wspólnie siadamy na krzesełko, które zawozi nas do pierwszej stacji przesiadkowej, z góry spoglądając na tych nielicznych, co gdziekolwiek chodzą na piechotę. Jednak na pierwszej stacji raczej odbijamy od dzikiego tłumu pędzących do przesiadki i już większą grupą udajemy się na wędrówkę.
Na szczęście do schroniska pod Łabskim Szczytem nie dochodzi żadna kolejka, więc chętni do jego odwiedzin muszą dostać się tu o własnych siłach. To trochę zmienia przekrój ludzi odwiedzających to schronisko w porównaniu ze schroniskiem na Szrenicy, jednak jakoś niespecjalnie zmniejsza grupę odwiedzających.
Tak więc od pierwszej stacji przesiadkowej pozostaje już tylko zaufanie własnym nogom. Najpierw szlak czarny, potem żółty – a po drodze dwa przystanki przy tym, co w górach najpiękniejsze – górskich strumieniach. Te, które mijamy po drodze to już nawet nie rwące potoki, a o tej porze raczej strumienie które zebrały wodę z wszystkich pobliskich strumyczków i pozwoliły im się wspólnie wykotłować, wykłócić o tym, który z nich najważniejszy – a potem zmęczonym pozwoli opaść z sił i emocji, aby już całkiem swobodnie spłynąć w dół. Mimo to uwielbiam zarówno ten kojący szum wody, jak i ich widok, dlatego przy każdym z nich trzeba przystanąć i nacieszyć się ich widokiem.
Chociaż po drodze mijamy całkiem często ludzi, jednak widok przed schroniskiem zaskakuje. Fakt, że nie dochodzi tu żadna kolejka nijak ma się do tego, że przed schroniskiem siedzą tabuny ludzi a jedyne wolne miejsca siedzące to schodki wejściowe. Jako akurat przyzwyczajony do siedzenia na schodach (w wielu wioskach jedyne miejsce siedzące przed sklepikiem to niski schodek progu wejściowego) nie wybrzydzam i korzystam z okazji, i jakoś nie mam ochoty skorzystać z licznych wolnych przy tej pogodzie wolnych miejsc siedzących wewnątrz schroniska.
A pod schroniskiem następuje podział ekipy. Doświadczeni robią wspomnianą pętelkę wokół Śnieżnych Kotłów, kadra początkująca schodzi w dół aby się zgubić na trasie z ledwie jednym zakrętem i wylądować pod wodospadem Szklarka zamiast w okolicy Kamieńczyka :)
Tak więc cóż pozostaje – szybkie, krótkie podejście i jakże długa droga po krętej drodze usilnie próbującej utrzymać stałą wysokość. Droga tutaj to rozległe piarżysko, pełne kamieni losowo zatrzymanych w trakcie swego spadania. Chociaż łatwo daje się rozpoznać ścieżkę, którą idzie szlak, to trzeba liczyć się z utrudnieniami – niektóre wierzchnie kamienie się bujają, inne zaklinowały się pod różnymi dziwnymi kątami, słowem ciągle trzeba uważać i patrzeć pod nogi. A przy okazji udzielić młodemu kuzynowi wytłumaczeń, czemu niektóre kamienie niby wiszą w powietrzu, jak to się dzieje że nie spadają w dół i w ogóle. Tymczasem końca drogi do pierwszego z kotłów nie widać – jakoś z nadmiaru wrażeń w samych kotłach mój umysł wypiera chyba ten całkiem przydługawy odcinek do głównej atrakcji Karkonoszy.
Jednak w końcu udaje się dotrzeć – a oczom ukazuje się piękna panorama złożona z prawie pionowych ścian zamykających od strony południowej Śnieżne Kotły. Po przejściu przez pole fioletowej lawendy (no, dobra, Toskania mi się na urlop marzy – choć to oczywiście nie wysokogórska odmiana lawendy, to liczne kwiaty były w kolorze lawendowym :) wśród mgły wyraźnie już widać stację przekaźnikową. Tak, tak, bo przez cały przed-kotłowy odcinek drogi ponad nami (a czasem i poniżej) przewalały się chmury (albo i mgła, kto by je tam odróżnił) idąc ku górze. Jakże się cieszyłem (jak się później okazało – nadaremnie), że idziemy „pod prąd” i chociaż od dołu, od najpiękniejszej strony zobaczyłem kotły, a z góry – trudno, niech sobie je mgła zasłoni zanim tam dotrzemy. Tak więc i stację przekaźnikową czasem ledwo zza kocyka białej chmury widzimy, co dodaje górom zarówno aury tajemniczości, jak i niedostępności – co tam, póki jeszcze kotły na dole wciąż tylko wodą, a nie mgłą napełnione. A trzeba przyznać, że woda w kotle urokliwa, w całkiem rozległych stawach zgromaczona, wśród których tylko kamień o kamień bloki skalne grubo ciosane widać. Trzeba przyznać, widok to ciekawy, na takie piramidki wystające znad
wody spoglądać, a i spoglądając ku dołowi efekt ciekawy tworzą.
Próżno by słowami piękno Śnieżnych Kotłów oddać, to i najlepszym wieszczom talentu by zbrakło.
Dlatego nie będę się tu na jakieś sztuczne opisy silił – kto tam był, wie o co chodzi, kto nie był – i tak nie pozna tego odczucia ze słów. Jedyne co mogę powiedzieć, to że czujesz się tam, jakbyś był władcą świata. Nie, nie stojącym na jego szczycie – wręcz odwrotnie, niczym dyrygent przed publicznością wznoszącego się kolosseum, tylko czekającym na pierwsze ruchy pałeczki każącej zagrać skalnej orkiestrze. Z pewnością nie byłby to bezpieczny koncert dla dyrygenta, z udziałem werbli spadających lawin, huczącym basem uderzających piorunów, z tarkami obcierających się kamieni – na szczęście szlak zamykany jest w najniebezpieczniejszych i najbardziej „muzycznych” okresach roku, więc do niebezpiecznych wypadków raczej rzadko dochodzi. Niestety, szlak zamykany jest też w okresie, kiedy orkiestra skalnych olbrzymów ustępuje miejsca ptasiej orkiestrze głuszców...

Tym czasem ścieżka wśród śnieżnych kotłów się kończy. Kończy się woda w stawach, a wokół coraz więcej uschniętych drzew... i chociaż to nie brak wody jest przyczyną ich uschnięcia, to jednak połacie połamanych, gołych drzew robi ogromne wrażenie. Błyszcząca, niczym wygładzona wielokrotnym głaskaniem biała warstwa doskonale kontrastuje z próchniejącą intensywną żółcią twardzielu – słowem, doskonały temat na kontrastowe zdjęcie. I chociaż z jednej strony to wielkie pola zagłady, to ranne wzdłuż całego swego kręgosłupa wyglądają tak pięknie...
Widać kuzyn też zapatrzył się na drzewa, bo zaraz powoduje mały wypadek. Trochę zbyt nisko podniesiona noga nad przecinającym drogę wodnym przepustem sprawia, że na drodze zaliczamy pierwszy górski wypadek. Na szczęście poza obtarciem i obtłuczeniem kolana obywa się bez żadnych obrażeń, a po kilkuminutowej przerwie można podążać dalej.
Tymczasem mnie dopada efekt braku czekolady. Tak, tak, na drogę zawsze biorę coś słodkiego, by w razie potrzeby wzmocnić organizm – taka turystyczna reguła chyba, czyż nie? Niestety, ze względu na inne zwyczaje żywieniowe kuzyna tym razem odstąpiłem od tego zwyczaju – i efekty widać. Chociaż kiszki nie grają marsza, a żołądek nie burczy nie zadowolony, to braki energii dają się odczuwać w nogach. A niestety, przed nami droga pod górę. Ale i potem nie jest lepiej – organizm domaga się swojej porcji energii i tyle. Niestety, kuzyn nie przyzwyczajony do tak długich wędrówek raczej zaczyna narzekać na zmęczenie i bolące nogi. Jednak podejście niebieskim szlakiem pod Wielki Szyszak to już taki moment, że nie ma różnicy, czy się zawróci czy pójdzie dalej przed siebie – to dokładnie środek pętelki. Tak więc cóż pozostaje – jedynie zmniejszyć tempo wędrówki i przeć dalej przed siebie.
Co do samych Śnieżnych Kotłów z góry – zbyt dużo powiedzieć znów nie mogę. No, znaczy się fakt – są strome, pionowe ściany pełne ostrych skał i ludziom z lękiem wysokości z pewnością może zakręcić się w głowie. Jednak brak sił i pogodowa szaruga robią swoje – zazwyczaj ten widok z góry robił na mnie mniejsze wrażenie, a teraz już w ogóle przeszedł niezauważony. I jedynie pewne sentymentalne wspomnienie się włącza, jak kolega (ten sam, co skakał z plecakiem :) machnął ręką wymawiając historyczny zwrot „kości zostały rzucone” a z naprzeciwka poleciała mała lawinka. I choć potem wszystkim pokazywał, że kostki do gry ma wciąż w ręce, a do pionowej ścianki było zbyt daleko, aby mógł je dorzucić – to jakoś nikt do końca nie wierzył, że wspomniana lawinka to nie efekt jego działań...

Tymczasem przed nami dalsza droga. Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej nigdy nie wzbudzała we mnie jakichś większych emocji, i tak jest tym razem. Mniej więcej płasko, równo – co w obecnym stanie Małego Turysty było jednak raczej zaletą. Ot, gdzieniegdzie jedynie na tej podszczytowej „równinie” zaskakujące oczka wodne (jakoś nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do ich oryginalnej idei), poza tym droga prosta jak drut – tylko czemu do Szrenicy dochodzi tak ogromnym łukiem. Jednak gdy gdzieś na wysokości Twarożnika przypominam sobie, że przecież kolejka linowa nie jeździ do jakichś normalnych godzin i zamykana jest gdzieś koło 4-ej, Mały Turysta dostaje nagłego ataku energii. I nie pomagają żadne logiczne tłumaczenia – że w 15 minut nawet biegiem nie mamy szans dotrzeć, z kolei jeśli jest nawet do 16:30 to w normalnym tempie nawet zdążymy – nie ważne, mamy gnać, pędzić, gonić, byle tylko zdążyć. Perspektywa długiego zejścia na własnych nogach nie budzi mojego entuzjazmu, w Małym Turyście jednak budzi wręcz panikę. I z tego pędu nawet nie ma czasu spojrzeć na mapkę – choć już z Twarożnika wypatrujemy drogę pozwalającą obejść podejście na Szrenicę i dostać się do wyciągu, to omylnie wybieramy drogę przez szczyt, który chcieliśmy ominąć. Jednak i tak pomysł skrótu okazuje się szczęśliwym, bo chociaż pod górkę, to i tak gdyby nie on, władowalibyśmy się w „objazd” - kto spojrzy na mapkę od razu zauważy, że dalsze przejście ceprostradą koło Trzech Świnek raczej skończyłoby się niepotrzebnym nadkładaniem drogi – a tym samym zapewne wracaniem na dół o własnych nogach. Na szczęście, udaje się jednak zjechać w dół jednym z ostatnich krzesełek, baaa, dzięki obranej formie płatności za „bilety” gdzieś po drodze udaje nam się wyprzedzić kilkuosobową grupę... baaa, nawet na obiad w pensjonacie udaje nam się spóźnić o mniej niż 10 minut. I tylko czemu w tym momencie szczęście musiało się zakończyć, a ja jeszcze tego samego dnia musiałem wracać do domu? No cóż, urlop – dobro reglamentowane, zwłaszcza u mnie w pracy :(


piątek, 22 lutego 2013

poniedziałek, 26 września 2011

Tajemnicze Karkonosze sentymentalne


Post trochę przetrzymany, wyleżakowany niczym wino, gdzieś z połowy sierpnia - ale myślę, że choć późno, to warto go umieścić. Zwłaszcza, że choć wycieczka letnia, to pogoda taka mocno jesienna była...

Idę w góry cieszyć się życiem,
Oddać dłoniom halnego włosy,
W szelest liści wsłuchać się pragnę,
W odlatujących ptaków głosy.

Jerzy Harasimowicz, Lato z ptakami odchodzi


Nareszcie znów wyjście w góry! Po dwóch dniach pomocy w opiece nad dwójką szkrabów, udało mi się wyrwać. Choć pogoda nie dopisała, to trzeba skorzystać z okazji. Wyjście z białego jaru na czerwony szlak w kierunku Łomniczki. Ostatnio trasę tę zaliczałem w czasach studenckich, w okresie zimowym (o czym za chwilę), więc dzisiejsza mgła, choć gęsta niczym mleko, jest niczym przy tamtych warunkach. Najpierw jednak trzeba wykupić bilet do Parku Narodowego. Kilka minut rozmowy ze sprzedawcą o dawnych czasach owocuje zdobyciem dla siostrzeńca starej, nieaktualnej już pieczątki ze Śnieżki. Teraz, z biletem w ręku, można ruszyć dalej, szlakiem łagodnie kierującym się ku górze wśród lasu. 
Wśród szmeru strumyka dochodzę powoli do schroniska. Jego zarys dosyć późno się wyłania z mgły, jeszcze później daje się zauważyć witającego kocura, który czuje się tu gospodarzem. Gdy już jestem w środku, przypominają się stare czasy. Schronisko wciąż prowadzone jest bez użycia prądu, co jest chyba ewenementem w Polsce. Żurek, który spożywam, przygotowany został na starej, klasycznej kuchni na drewno. Za jedyne oświetlenie sali służy niemrawo przebijające się światło zza okien i nieliczne świece. Zarządca nieśmiało się przyznaje, że nawet ostatniego sylwestra próbował wprowadzić odrobinę elektryczności, co jednak nie zostało przychylnie przyjęte przez gości. Zdecydowanie nowinki cywilizacyjne psują atmosferę tego domku górskiego, na szczęście sprzedawca zapewnia, że raczej nie będzie ich ponownie wprowadzał.

RATUJCIE ZWIERZAKA!!!

Po wyjściu ze schroniska widzę, jak duża grupa dziecięca molestuje biednego kocura nieustannie go głaskając. Na szczęście ich przewodnik krótkim a zdecydowanym „Idziemy!” staje się ratownikiem zwierzęcia. Niestety, zdegustowany i zmęczony kocur raczej nie chce już pozować do zdjęć, więc udaję się w dalszą wędrówkę.
Tym razem bardziej stromym i kamienistym szlakiem podążam przed siebie. Mgła sprawia, że choć widoczność jest słaba, to głos niesie się daleko. Tak więc często zdarza się, że z daleka słyszę jakieś tajemnicze głosy, a dopiero po dłuższym czasie z mgły wyłania się, niczym duch, sylwetka człowieka. Jeszcze chwili potrzeba żeby przekonać się, że nie jest to jakaś górska zjawa. Nie tylko mgła ogranicza widoczność – nadmiar wilgoci chętnie osiada na okularach. Bez nich świat jest zamglony z powodu wady wzroku, z nimi – z powodu osadzającej się wilgoci... i tak źle, i tak źle. Ale iść do przodu trzeba. I tylko kropelka wody ciągle przetacza się z jednej strony oka na drugą, zawieszoną na dolnej krawędzi okularów. Ciągłe wycieranie okularów nie pomaga, zwłaszcza, że pod ręką mam jedynie skrawek bluzki, która i tak jest mokra od potu i osiadającej na niej wilgoci z powietrza. Jedynie skrajne nasycenie ustawione w aparacie sprawia, że chociaż na zdjęciach coś widać.
Po dłuższej wędrówce oczom mym ukazuje się wodospad. Oczywiście, jak i w przypadku duchów-ludzi, najpierw słychać towarzyszący mu dźwięk, początkowo cichy odległy pomruk, dopiero później gniewne odgłosy ton spływającej na dół wody. Dopiero później zza mgły wyłania się wodospad. Tak jak do tej pory szło się po sztucznie usypanych pojedynczych kamykach, tak teraz do mostku prowadzi ścieżka wydeptana w monolitycznym bloku skalnym. Dojście do rzuconych w poprzek wody drewnianych kłód już stwarza problem, jeszcze trudniejsze okazuje się znalezienie miejsca, aby zaczerpnąć łyka krystalicznie czystej, lodowato zimnej wody. Za mostkiem zaczyna się trawersy, a nawet mimo tego droga zaczyna się robić bardzo stroma. Taką właśnie drogą dochodzę do symbolicznego cmentarzyka poświęconego tym, co zginęli w górach. Znaczy, że odcinek który pamiętam jako najtrudniejszy na tym szlaku mam dopiero przed sobą.





Sentymentalnie

Działo się to zimą, w okresie sylwestra. Choć trzeba było przyznać Kubie, przyszłemu prezesowi AKT Kroki, że do tej pory świetnie przygotował wszystkie trasy tego wyjazdu, to tym razem zaskoczył wszystkich. Do tej pory wszystkie trasy wyliczone były idealnie, tak, że wymuszały trochę wysiłku, jednak nie dawały w kość tak, aby następnego dnia nikt nie miał siły się ruszyć. Choć wyjątkowo był to stacjonarny obóz sylwestrowy, to żaden dzień nie okazał się znienawidzonym „dniem na lekko”, czyli pozornie prostą, a jednak z powodu drobnych szczegółów strasznie wymagającą trasą. I choć trzeba przyznać, że Kuba miał już za sobą trochę doświadczenia w górach, to nikt się nie spodziewał, że zejście z Równi pod Śnieżką zaplanuje przez Dolinę Łomniczki, trasę o której przecież wszyscy wiedzą, że jest zamykana zimą. Niestety, o jakąkolwiek rozsądną wtedy alternatywę było trudno, inne trasy albo też były zamknięte, albo były zbyt trudne aby dojść jeszcze za dnia, wyciąg też odpadł, w tym okresie nieczynny. Zapewne nie była to łatwa decyzja, jednak inny znajomy, mający za sobą tysiące kilometrów w dużo bardziej nieprzyjaznych górach spojrzał po śnieżnych nawisach i ocenił, że lawiny z tego raczej dziś nie będzie i zasugerował, że jednak idziemy tędy w dół. Zejście nie było łatwe, choć sam początkowo skorzystałem z pomocy bardziej doświadczonych kolegów, później sam starałem się też pomóc na tym odcinku słabszym i mniej doświadczonym kolegom. Najtrudniejszy był właśnie odcinek od Równi do Cmentarza Poległych w Górach.




Dziś ciężko określić, który z trawersów był tym najstraszniejszym. Nieciekawie wyglądały dwa, jednak ze śniegiem mogło to wyglądać to zupełnie inaczej. Powoli dochodzę do schroniska na równi pod Śnieżką. Choć ciężko powiedzieć, czy to bardziej wina potu, czy osiadającej na niej wilgoci mgły, to koszulka wygląda tak, jakby była właśnie wyciągnięta po praniu z pralki... z popsutą pompką odpompowującą wodę i bez wirowania. Na szczęście można zagrzać się w schronisku, gdzie wciągam dwie butelki Frugo, soku, który po wieloletniej nieobecności na rynku znów wrócił na sklepowe półki. No co, jak sentymentalnie, to sentymentalnie.

Legenda o tym, jak powstała mgła

Z Równi dosyć długi odcinek po płaskim odcinku szlaku przyjaźni polsko-czechosłowackiej, aby dojść do zejścia na Strzechę. Choć zaplanowałem pójść górą, to na chwilę zbaczam jednak w dół, aby zrobić zdjęcia kotła Małego Stawu. W myślach rozważam zmianę trasy na idącą wokół obydwu stawów, jednak idący od dołu obłok mgły szybko zmusza mnie do myślenia o pierwotnym pomyśle trasy. Można by pomyśleć, że to przegrane, rozproszone oddziały Nieba (z legendy o powstaniu drzew) niepyszne dokonują odwrotu po przegranej, jednak... jednak przegrani zazwyczaj panicznie uciekają w nieładzie, a nie idą w ten sposób, tak hardy, dumny i agresywny.

Drzewa cały czas próbowały wspiąć się wyżej i wyżej ku górze, aby ponownie sięgnąć Nieba. Próbowały rosnąć coraz wyżej, aby mieć krótszą drogę do pokonania – Ziemia jednak inteligentnie wyczuwała ich zamiary, maksymalnie ograniczając im dostęp do życiodajnych surowców, niezbędnych do wyciągnięcia się w górę. Ziemia widząc, że ataki Nieba osłabły, przystąpiła do kontrataku. Przekonała pomniejszy żywioł, Wodę, aby ta tym razem stanęła po jej stronie. Dała jej siłę, aby wzbiła się jak najmocniej w górę, atakując Niebo. Mgła wzbijała się w górę niczym para znad gotującego się gara, coraz bliżej Nieba, i bliżej. Oczywiste stało się zwycięstwo Ziemi, jednak pyrrusowe to było zwycięstwo. Choć wszyscy widzieli, kto wygrał tą wojnę, to nie dało się jednak określić granic, a tym samym ogłosić rozejmu. Zwłaszcza, że żołnierze Wody pogubili się zupełnie, spotykając swych współbratymców po drugiej stronie barykady, w chmurach, radośnie się z nimi mieszając. Nawet Słońce, poproszone jako rozjemca, nie było w stanie odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się Ziemia, a zaczyna Niebo. Tak więc konieczne było rozgonienie Wody, aby Słońce mogło rozświetlić cały teren, jednak wtedy nie widać było wygranej Ziemi, więc Słońce musiało przywrócić stan sprzed ataku mgły. I tak po dziś dzień dzisiejszy niezadowolona Ziemia co rusz podburza Wodę do buntu przeciw Niebu, i co rusz Słońce rozgania Wodę, aby określić granice zwycięstwa.
Legenda o powstaniu mgły, autorstwa własnego

Ledwo, po 5 minutowym zaledwie odbiciu, wracam do czerwonego szlaku, a mgła zasnuwa już cały, przed chwilą jeszcze prawie pusty kocioł. Tak więc dalsze odbijanie aby obejść Wielki Kocioł jest bez sensu, i tak nie będzie żadnej widoczności. Tak więc jest okazja, aby przejść odcinek od Słoneczników do Pielgrzymów, ten sam, którego z powodu śnieżycy nie udało mi się przejść w styczniu. Z otchłani pamięci przypominam sobie, że spod śniegu nie wystawały wtedy nawet tyczki wyznaczające szlak, dziś, bez śniegu, dumnie wystające znacznie powyżej kosodrzewiny.

Niezdobyty szlak – druga próba

Niestety, Słoneczniki, mimo swej nazwy, nie przejawiają żadnych powiązań choćby z promykiem słońca. Wzmocniony więc czekoladą i wodą, nie siedzę zbyt długo i schodzę w dolinę. Tu, jeszcze wśród kosówki, próbuję zgadnąć, gdzie ostatnio utkwiłem, jednak nie mogę odnaleźć żadnego charakterystycznego punktu. Napotykanych strapionych turystów pocieszam słowami usłyszanymi w schronisku pod Łomniczką od doświadczonego górala: dopóki mgła nie wzbije się ponad góry, deszczu nie będzie. Gdy jednak schodzę poniżej granicy lasu, schodzę także poniżej granicy mgły, a na mnie zaczynają padać pierwsze krople deszczu. Tak więc i przy Pielgrzymach nie mam jakoś specjalnej ochoty zamarudzić i schodzę jeszcze niżej. Dzięki deszczowi przynajmniej z daleka widzę Kotki. Kawałek później zapytany, sugeruję kolejnemu turyście parę ciekawych szlaków na kolejne dni, po czym ruszam dalej. Na Polanie wydawałoby się, że jeszcze jeden prosty odcinek i nic ciekawego dziś mnie nie czeka (no chyba że mega-korek w Karpaczu ;). 



Jednak nieznana mi do tej pory droga Bronka Czecha kryje niespodziewane atrakcje. Pierwsza z nich, to liczne tutaj dzwonki, zarówno te pospolite wielokolorowe, nizinne, jak i delikatne intensywnie niebieskie dzwonki alpejskie. Kolejna nieprzewidziana atrakcja, to stojący lekko na uboczu punkt widokowy na Bramę Pląsawy, dwie przepiękne formacje skalne, między którymi niczym węgorz wije się rzeka. O tej porze roku piękniejsza o pomarańczowe kulki jarzębiny, które dopełniają zielono-skalistą kolorystykę deszczowego krajobrazu. Napotkany turysta, zapytany jak daleko jeszcze, odpowiada że już blisko, że w dół przecież szybciej się schodzi... zapominając jednak, że idąc w dół dużo łatwiej się poślizgnąć. Na szczęście jakoś udaje się dojść do pierwszej drogi asfaltowej, którą przecinam, następnie rozryta buldożerami, piaszczysta droga przygotowana pod przyszłą nową, super-komfortową kolejkę linową, i jestem w Białym Jarze – tu gdzie zaczynałem wędrówkę i gdzie zamierzałem ją skończyć.  

czwartek, 25 sierpnia 2011

Góry górami, a może jednak nad morze?

Góry górami, a niektórzy na wakacje wolą morze. Oczywiście odwiedzenie nadmorskich plaż nie stanowi problemu dla mieszkańców Świnoujścia, Gdańska czy Sopotu, jednak dla mieszkańców Dolnego Śląska to już wielka wyprawa. Skoro więc nie piaszczyste plaże, to może chociaż nadmorskie latarnie ich zadowolą? Zwłaszcza, że w Kowarach aby spojrzeć na okolicę z wysokości górnego podestu nie trzeba wspinać się po setkach schodów, a wręcz przeciwnie, w przypadku dorosłych trzeba się jedynie... SCHYLIĆ!!! Co więcej, bez większego wysiłku wszystkie latarnie można obejrzeć w ciągu pięciu minut, czego na pewno nie dokona się w północnej części kraju (przynajmniej na razie). Jak to możliwe?
Otóż wyjaśnieniem jest Park Miniatur w Kowarach. Do niedawna jeszcze prezentujący jedynie zabytki geograficznego Dolnego Śląska, jednak już na Euro 2012 przygotowujący się do ekspansji nad morze. Tak więc przed wejściem do płatnej części parku można jeszcze za darmo obejrzeć ekspozycję przedstawiającą polskie latarnie morskie, będące zalążkiem kolejnego parku.



Po wykupieniu biletu wstępu można wejść dalej, a przed nami rozciąga się kraina znana do tej pory tylko Guliwerowi. Bo dokładnie tak się tu poczujemy – niczym wielkoludzie w krainie maluczkich ludzików. W odległości kilku ludzkich kroków od siebie znajdują się tu zamki porozrzucane po terenie całej krainy Dolnego Śląska. Przejście od Śnieżki do Samotni pokonujemy w zaledwie kilka sekund, aby rozkoszować się widokiem obydwu stawów z perspektywy tak wysokiej, że niedostępnej zwykłym turystom. Zaiste, piękne widoki przedstawia park miniatur, i choć nie zastąpią one osobistego zwiedzenia każdego z tych cudów krajobrazu, to stanowią doskonały przedsmak zwiedzania, niczym przepyszne zakąski w luksusowej restauracji. Miniaturowa skala daje też nowe możliwości – dopiero teraz możemy pokombinować, jak wyglądałby zamek Książ gdyby obok stała fontanna, albo jak wyglądałaby Śnieżka na tle stojących za nią majestatycznych gór wyższych od niej samej. Że o takiej fantazji jak trzebnicka katedra na tle latarni morskich nie wspomnę...



Choć właściciele zapewniają oprowadzanie przez przewodników, osobiście wolę samodzielnie szwendać się od jednego zabytku do drugiego. Główną zaletą takiego rozwiązania jest spokój i cisza, niemożliwa w dużej zorganizowanej grupie. Trzeba też przyznać właścicielom, że są bardzo przewidujący. Na wypadek deszczu schować się można do budynku w którym znajduje się zarówno kawiarnia, jak i kolejna część wystawy. Za zdecydowanie lepsze jednak rozwiązanie uważam duże ilości ogólnodostępnych żółtych parasoli, które z pewnością ochronią zwiedzających przed zamoczeniem (no chyba, że ktoś wskoczy do sadzawki). Poza tym, gdy słońce schowa się za deszczowymi chmurami, to właśnie parasole sprawią, że krajobraz wokół nabiera słonecznej barwy.
Witamy na Dolnym Śląsku, miniaturowej krainie tysiąca słońc!!!


Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Zamkowa 9 
                (teren dawnej fabryki dywanów)
Czas: codziennie od 9 do 18
Czas zwiedzania: ok. 1 godziny, silnie uzależniony
                                 od indywidualnych chęci, jedynym 
                         ograniczeniem są godziny zamknięcia
Ceny biletów:  11-15zł, w zależności od wieku zwiedzających 
                         (jak przystało na Park Miniatur,
                 osoby o miniaturowym wzroscie (do 1m) za darmo)

piątek, 19 sierpnia 2011

Karkonosze nie tylko od góry

W większości przypadków, góry to dla mnie głównie to, co na ich górze, a więc strome wzniesienia, drogi wśród drzew, granie, żmudna wędrówka w górę i niebezpieczne schodzenie w dół, itp. Nie zawsze jednak temu sprzyjają warunki – jak nadmierny upał da się jeszcze znieść, tak już gorzej idzie z przemaczającym wszystko deszczem. Często zapominam też o podgórskich miastach. Tym razem, ze względu na okoliczności (zarówno zmienna pogoda, jak i opiekowanie się 7-letnim kuzynem) dane mi było przypomnieć sobie o tych mniej górskich zaletach gór.



No cóż, pogoda na początku długiego weekendu nie sprzyjała, tak więc najlepiej gdzieś się schować pod deszczem. Wielu turystów w Karpaczu chowa się pod parasole ogródków piwnych, do restauracji i pubów. Ciekawą alternatywą jest schować się przed deszczem... pod ziemią. Jeszcze kilka dni temu rozmawiałem ze wspinającym się po Via Ferratach kolegą, że ze względu na zbliżającą się jesień pora przenieść się z powierzchni do sztolni i kopalń, a tu akurat jest okazja. Z Karpacza ledwie kilka kilometrów dzieli nad od Kowar, gdzie znajdują się stare kopalnie uranu. Kolejki nie są jakieś długie, bilety udaje się też kupić na wejście odbywające się za zaledwie 15 minut (na poprzednie moglibyśmy się minimalnie spóźnić). To akurat wystarczająca chwila, aby obejrzeć zabytkowe śnieżne sanie i stare wagoniki podziemnej kolejki, i zaraz można już (oczywiście pod nadzorem przewodnika) przejść obok wesołych trolli aby znaleźć się pod ziemią. Tu już niestraszne wszelkie deszcze.

Kopalnia, to oczywiście górnicy, grożące im niebezpieczeństwa, pewien sposób życia, itp. Tak więc oprócz samego przejścia wyrobiskami starej kopalni, co chwila dochodzę do jakiejś sali, w której przedstawione jest życie górników, ich podziemne narzędzia, środki transportu, stroje... Oczywiście, kopalnie to także legendy, wierzenia, czasem nawet skarby. W podziemiach kowarskich sztolni odnaleźć można skarbiec Walonów z pilnującymi jej „małymi ludkami” (zarówno wzrostem, jak i wyglądem zaskakująco podobnymi do wrocławskich krasnali), a w jej pobliżu chrześcijańską kapliczkę. 

A na koniec, kopalnie to także nauka i technika. Tak więc co chwila obok trasy spotkać można elektryczną kolejkę z różnorodnymi wagonikami dla ludzi, innymi na urobek, jeszcze innymi na narzędzia. W korytarzach przekonać się też można, że nawet tajemnicze głosy „duchów kopalni” cudownie ostrzegające górników przed tąpnięciami i zarwaniami szybów dają się naukowo wytłumaczyć. Mało kto wie, że kowarska sztolnia jest jedną z nielicznych na świecie naturalnych radowni, czyli miejsc, gdzie można inhalować radioaktywny rad, który pomaga na wiele dolegliwości, takich jak chociażby alergie, choroby stawów. Gdzieś po drodze na zwiedzających czeka pokaz laserowy ukierunkowany na najgłębsze podziemia: Hades. Największym zaskoczeniem okazuje się jednak... podziemne akwarium, pełne dużych ryb, np. sumów tak dużych, że z trudem można by je złapać w rękę.

Po wyjściu z kopalni, jeszcze krótki (500metrów) spacerek do bezpłatnego parkingu, który umila szemranie pobliskiego górskiego strumyka.

Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Podgórze 55
Godziny otwarcia: codziennie (z wyjątkiem wybranych świąt) w godz. 10-17, w okresie letnim 10-22
Ceny biletów: 15PLN (normalny) / 13 PLN (ulgowy) / 10 PLN (grupowy) / dzieci do 6 roku życia - 0,10 PLN
Długość trasy/czas przejścia: 1600m/1h
UWAGA!!! Nawet w najgorsze upały, pod ziemią jest stosunkowo chłodno (ok. 9°C)! Koniecznie zabierzcie ze sobą coś cieplejszego do ubrania!