Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia Góra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jelenia Góra. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 października 2017
niedziela, 22 października 2017
Jesienna melancholia
Dwa lata temu uznałem, że moje pomysły na bloga się wypaliły. Nie z każdej wycieczki daje się przywieźć ładne zdjęcia, nie każdą wycieczka da się ciekawie opisać... zresztą, opisy też wydawały mi się już monotonne.
Ale wciąż wędrowałem... i wciąż robiłem zdjęcia... i w sumie ich życie kończyło się na moim dysku. Czasem wrzucałem je na swojego prywatnego fejsbuka, czasem nie... więc na co to komu?
Aż kiedyś wpadłem na pomysł: a może wrócić do bloga, i tylko zmienić jego formę? Zrobić z tego fotobloga? Samo wrzucanie zdjęć które już i tak obrobiłem nie powinno zajmować chyba zbyt dużo czasu ;)
No więc powracam... ale głównie ze zdjęciami...
poniedziałek, 19 października 2015
Mój pierwszy geocach!!!
No i się udało! Pierwszy geocach odnaleziony. A właściwie drugi odnaleziony, ale przy pierwszym jednak było ryzyko, że zaraz ktoś się napatoczy - a przy geocacachach należy być dyskretnym.
To co widzicie poniżej to znalezisko wydarte z mrocznych czeluści skały przy Skalnym Moście (Rudawy Janowickie) - i tu już był czas żeby na spokojnie się dopisać.
Tym, którzy mi pozazdrościli - w formie podpowiedzi zdjęcie zrobione wciąż stojąc na miejscu jej ukrycia (no dobra, nogi mam długie a i tak musiałem się mocno wyciągnąć). Więcej o samej skrzynce na stronie opencaching.

Tym, którzy nie pozazdrościli - zdjęcie Skalnego Mostu z bardziej nietypowej strony. No dobra, most co prawda chowa się za jakimiś liśćmi - ale czyż nie jest pięknie? Czy nie warto obejrzeć go z drugiej strony? I tak, ten turkusowawy odcień skał - to efekt naturalny, żadne tam fotoszopy. Ba, naturalnie jest nawet lekko bardziej turkusowy, mimo iż wydaje się to tak mało naturalne...
poniedziałek, 23 marca 2015
wtorek, 27 sierpnia 2013
Lato w Śnieżnych Kotłach
Na dziś trochę sztampowa okolica. Bo
Szklarska w okresie letnim to chyba jednak bardziej kojarzy mi się z
sopockim molem niż z górami... a widoczny z daleka napis „skwer
radiowej trójki” nie poprawia skojarzeń z „modną miejscówą”,
zupełnie oderwaną od jej położenia geograficznego.
No cóż, choć to po prostu „turystyka
masowa” to sam muszę przyznać, że mi chyba też te góry
najbardziej zapadły w pamięć. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że
były to góry najbliższe Szczecinowi – a tym samym miejscu, skąd
pochodzę. Bo chyba mimo to, z 3 odwiedzinami przed 30-tką nie
wybijały się w gronie gór najczęściej odwiedzanych. Więc czemu?
Sam nie wiem, ale to właśnie z nich mam najsilniejsze wspomnienia.
O tym, jak kolega z pełnym plecakiem na wąskiej ścieżce robi
„przewrót w przód” (bo przecież nie fikołka, pan z w-fu
mówił, że tak się nie należy wyrażać :) i ląduje z pełnym
obciążeniem pół metra niżej, na jakże pojawiającej się tu
równej półeczce... o ostrej wędrówce w uroczej mgle, na tyle
głębokiej, że wszystko wokół było rozmyte, ale tak rzadkiej, że
wciąż widziało się na kilkanaście metrów przed sobą, ot, tak
tylko dodającej radosnego klimatu... o tym, jak kiedyś nagle noga
wpadła mi tak głęboko w śnieg, że aż usiadłem na swej rzyci, a
mimo to, noga wciąż wisiała w powietrzu nie mogąc znaleźć
żadnego punktu podparcia...
A co ciekawsze, pisząc ten tekst,
właśnie sobie uświadomiłem, że chyba wszystko to zdarzyło się
chyba w mniej więcej w tym samym miejscu – na drodze między
schroniskiem pod Łabskim Szczytem a drogą dołem Śnieżnych
Kotłów...
Dlatego z jeszcze większą radością
napomknę dziś o ostatniej pętelce właśnie wokół Śnieżnych
Kotłów, niestety jedynej, którą udało się zaliczyć w ciągu
weekendowego pobytu w Szklarskiej Porębie.
Ale do Śnieżnych Kotłów najpierw
trzeba się dostać. Najpierw krótka kłótnia między parą młodych
szkrabów, z kim mam jechać orczykiem: czy z będącym w końcu
rodziną młodym kuzynowstwem (w końcu rodzina), czy może z świeżo
zapoznaną panną bardzo młodą od zaprzyjaźnionej dentystki. Młoda
pannica oczywiście chciała poflirtować z świeżo poznanym
mężczyzną, jednak rodzina jest rodziną, a poza tym Wojtek był
pierwszy – więc wraz z kuzynem wspólnie siadamy na krzesełko,
które zawozi nas do pierwszej stacji przesiadkowej, z góry
spoglądając na tych nielicznych, co gdziekolwiek chodzą na
piechotę. Jednak na pierwszej stacji raczej odbijamy od dzikiego
tłumu pędzących do przesiadki i już większą grupą udajemy się
na wędrówkę.
Na szczęście do schroniska pod
Łabskim Szczytem nie dochodzi żadna kolejka, więc chętni do jego
odwiedzin muszą dostać się tu o własnych siłach. To trochę
zmienia przekrój ludzi odwiedzających to schronisko w porównaniu
ze schroniskiem na Szrenicy, jednak jakoś niespecjalnie zmniejsza
grupę odwiedzających.
Tak więc od pierwszej stacji
przesiadkowej pozostaje już tylko zaufanie własnym nogom. Najpierw
szlak czarny, potem żółty – a po drodze dwa przystanki przy tym,
co w górach najpiękniejsze – górskich strumieniach. Te, które
mijamy po drodze to już nawet nie rwące potoki, a o tej porze
raczej strumienie które zebrały wodę z wszystkich pobliskich
strumyczków i pozwoliły im się wspólnie wykotłować, wykłócić
o tym, który z nich najważniejszy – a potem zmęczonym pozwoli
opaść z sił i emocji, aby już całkiem swobodnie spłynąć w
dół. Mimo to uwielbiam zarówno ten kojący szum wody, jak i ich
widok, dlatego przy każdym z nich trzeba przystanąć i nacieszyć
się ich widokiem.
Chociaż po drodze mijamy całkiem
często ludzi, jednak widok przed schroniskiem zaskakuje. Fakt, że
nie dochodzi tu żadna kolejka nijak ma się do tego, że przed
schroniskiem siedzą tabuny ludzi a jedyne wolne miejsca siedzące to
schodki wejściowe. Jako akurat przyzwyczajony do siedzenia na
schodach (w wielu wioskach jedyne miejsce siedzące przed sklepikiem
to niski schodek progu wejściowego) nie wybrzydzam i korzystam z
okazji, i jakoś nie mam ochoty skorzystać z licznych wolnych przy
tej pogodzie wolnych miejsc siedzących wewnątrz schroniska.
A pod schroniskiem następuje podział
ekipy. Doświadczeni robią wspomnianą pętelkę wokół Śnieżnych
Kotłów, kadra początkująca schodzi w dół aby się zgubić na
trasie z ledwie jednym zakrętem i wylądować pod wodospadem
Szklarka zamiast w okolicy Kamieńczyka :)
Tak więc cóż pozostaje – szybkie,
krótkie podejście i jakże długa droga po krętej drodze usilnie
próbującej utrzymać stałą wysokość. Droga tutaj to rozległe
piarżysko, pełne kamieni losowo zatrzymanych w trakcie swego
spadania. Chociaż łatwo daje się rozpoznać ścieżkę, którą
idzie szlak, to trzeba liczyć się z utrudnieniami – niektóre
wierzchnie kamienie się bujają, inne zaklinowały się pod różnymi
dziwnymi kątami, słowem ciągle trzeba uważać i patrzeć pod
nogi. A przy okazji udzielić młodemu kuzynowi wytłumaczeń, czemu
niektóre kamienie niby wiszą w powietrzu, jak to się dzieje że
nie spadają w dół i w ogóle. Tymczasem końca drogi do pierwszego
z kotłów nie widać – jakoś z nadmiaru wrażeń w samych kotłach
mój umysł wypiera chyba ten całkiem przydługawy odcinek do
głównej atrakcji Karkonoszy.
Jednak w końcu udaje się dotrzeć –
a oczom ukazuje się piękna panorama złożona z prawie pionowych
ścian zamykających od strony południowej Śnieżne Kotły. Po
przejściu przez pole fioletowej lawendy (no, dobra, Toskania mi się
na urlop marzy – choć to oczywiście nie wysokogórska odmiana
lawendy, to liczne kwiaty były w kolorze lawendowym :) wśród mgły
wyraźnie już widać stację przekaźnikową. Tak, tak, bo przez
cały przed-kotłowy odcinek drogi ponad nami (a czasem i poniżej)
przewalały się chmury (albo i mgła, kto by je tam odróżnił)
idąc ku górze. Jakże się cieszyłem (jak się później okazało
– nadaremnie), że idziemy „pod prąd” i chociaż od dołu, od
najpiękniejszej strony zobaczyłem kotły, a z góry – trudno,
niech sobie je mgła zasłoni zanim tam dotrzemy. Tak więc i stację
przekaźnikową czasem ledwo zza kocyka białej chmury widzimy, co
dodaje górom zarówno aury tajemniczości, jak i niedostępności –
co tam, póki jeszcze kotły na dole wciąż tylko wodą, a nie mgłą
napełnione. A trzeba przyznać, że woda w kotle urokliwa, w całkiem
rozległych stawach zgromaczona, wśród których tylko kamień o
kamień bloki skalne grubo ciosane widać. Trzeba przyznać, widok to
ciekawy, na takie piramidki wystające znad
wody spoglądać, a i spoglądając ku
dołowi efekt ciekawy tworzą.
Próżno by słowami piękno Śnieżnych
Kotłów oddać, to i najlepszym wieszczom talentu by zbrakło.
Dlatego nie będę się tu na jakieś sztuczne opisy silił – kto
tam był, wie o co chodzi, kto nie był – i tak nie pozna tego
odczucia ze słów. Jedyne co mogę powiedzieć, to że czujesz się
tam, jakbyś był władcą świata. Nie, nie stojącym na jego
szczycie – wręcz odwrotnie, niczym dyrygent przed publicznością
wznoszącego się kolosseum, tylko czekającym na pierwsze ruchy
pałeczki każącej zagrać skalnej orkiestrze. Z pewnością nie
byłby to bezpieczny koncert dla dyrygenta, z udziałem werbli
spadających lawin, huczącym basem uderzających piorunów, z
tarkami obcierających się kamieni – na szczęście szlak zamykany
jest w najniebezpieczniejszych i najbardziej „muzycznych”
okresach roku, więc do niebezpiecznych wypadków raczej rzadko
dochodzi. Niestety, szlak zamykany jest też w okresie, kiedy
orkiestra skalnych olbrzymów ustępuje miejsca ptasiej orkiestrze
głuszców...
Tym czasem ścieżka wśród śnieżnych
kotłów się kończy. Kończy się woda w stawach, a wokół coraz
więcej uschniętych drzew... i chociaż to nie brak wody jest
przyczyną ich uschnięcia, to jednak połacie połamanych, gołych
drzew robi ogromne wrażenie. Błyszcząca, niczym wygładzona
wielokrotnym głaskaniem biała warstwa doskonale kontrastuje z
próchniejącą intensywną żółcią twardzielu – słowem,
doskonały temat na kontrastowe zdjęcie. I chociaż z jednej strony
to wielkie pola zagłady, to ranne wzdłuż całego swego kręgosłupa
wyglądają tak pięknie...
Widać kuzyn też zapatrzył się na
drzewa, bo zaraz powoduje mały wypadek. Trochę zbyt nisko
podniesiona noga nad przecinającym drogę wodnym przepustem sprawia,
że na drodze zaliczamy pierwszy górski wypadek. Na szczęście poza
obtarciem i obtłuczeniem kolana obywa się bez żadnych obrażeń, a
po kilkuminutowej przerwie można podążać dalej.
Tymczasem mnie dopada efekt braku
czekolady. Tak, tak, na drogę zawsze biorę coś słodkiego, by w
razie potrzeby wzmocnić organizm – taka turystyczna reguła chyba,
czyż nie? Niestety, ze względu na inne zwyczaje żywieniowe kuzyna
tym razem odstąpiłem od tego zwyczaju – i efekty widać. Chociaż
kiszki nie grają marsza, a żołądek nie burczy nie zadowolony, to
braki energii dają się odczuwać w nogach. A niestety, przed nami
droga pod górę. Ale i potem nie jest lepiej – organizm domaga się
swojej porcji energii i tyle. Niestety, kuzyn nie przyzwyczajony do
tak długich wędrówek raczej zaczyna narzekać na zmęczenie i
bolące nogi. Jednak podejście niebieskim szlakiem pod Wielki
Szyszak to już taki moment, że nie ma różnicy, czy się zawróci
czy pójdzie dalej przed siebie – to dokładnie środek pętelki.
Tak więc cóż pozostaje – jedynie zmniejszyć tempo wędrówki i
przeć dalej przed siebie.
Co do samych Śnieżnych Kotłów z
góry – zbyt dużo powiedzieć znów nie mogę. No, znaczy się
fakt – są strome, pionowe ściany pełne ostrych skał i ludziom z
lękiem wysokości z pewnością może zakręcić się w głowie.
Jednak brak sił i pogodowa szaruga robią swoje – zazwyczaj ten
widok z góry robił na mnie mniejsze wrażenie, a teraz już w ogóle
przeszedł niezauważony. I jedynie pewne sentymentalne wspomnienie
się włącza, jak kolega (ten sam, co skakał z plecakiem :) machnął
ręką wymawiając historyczny zwrot „kości zostały rzucone” a
z naprzeciwka poleciała mała lawinka. I choć potem wszystkim
pokazywał, że kostki do gry ma wciąż w ręce, a do pionowej
ścianki było zbyt daleko, aby mógł je dorzucić – to jakoś
nikt do końca nie wierzył, że wspomniana lawinka to nie efekt jego
działań...
Tymczasem przed nami dalsza droga.
Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej nigdy nie wzbudzała we mnie jakichś
większych emocji, i tak jest tym razem. Mniej więcej płasko, równo
– co w obecnym stanie Małego Turysty było jednak raczej zaletą.
Ot, gdzieniegdzie jedynie na tej podszczytowej „równinie”
zaskakujące oczka wodne (jakoś nigdy nie mogłem się przyzwyczaić
do ich oryginalnej idei), poza tym droga prosta jak drut – tylko
czemu do Szrenicy dochodzi tak ogromnym łukiem. Jednak gdy gdzieś
na wysokości Twarożnika przypominam sobie, że przecież kolejka
linowa nie jeździ do jakichś normalnych godzin i zamykana jest
gdzieś koło 4-ej, Mały Turysta dostaje nagłego ataku energii. I
nie pomagają żadne logiczne tłumaczenia – że w 15 minut nawet
biegiem nie mamy szans dotrzeć, z kolei jeśli jest nawet do 16:30
to w normalnym tempie nawet zdążymy – nie ważne, mamy gnać,
pędzić, gonić, byle tylko zdążyć. Perspektywa długiego zejścia
na własnych nogach nie budzi mojego entuzjazmu, w Małym Turyście
jednak budzi wręcz panikę. I z tego pędu nawet nie ma czasu
spojrzeć na mapkę – choć już z Twarożnika wypatrujemy drogę
pozwalającą obejść podejście na Szrenicę i dostać się do
wyciągu, to omylnie wybieramy drogę przez szczyt, który chcieliśmy
ominąć. Jednak i tak pomysł skrótu okazuje się szczęśliwym, bo
chociaż pod górkę, to i tak gdyby nie on, władowalibyśmy się w
„objazd” - kto spojrzy na mapkę od razu zauważy, że dalsze
przejście ceprostradą koło Trzech Świnek raczej skończyłoby się
niepotrzebnym nadkładaniem drogi – a tym samym zapewne wracaniem
na dół o własnych nogach. Na szczęście, udaje się jednak
zjechać w dół jednym z ostatnich krzesełek, baaa, dzięki obranej
formie płatności za „bilety” gdzieś po drodze udaje nam się
wyprzedzić kilkuosobową grupę... baaa, nawet na obiad w
pensjonacie udaje nam się spóźnić o mniej niż 10 minut. I tylko
czemu w tym momencie szczęście musiało się zakończyć, a ja
jeszcze tego samego dnia musiałem wracać do domu? No cóż, urlop –
dobro reglamentowane, zwłaszcza u mnie w pracy :(
piątek, 22 lutego 2013
Górska nostalgia za latem...
A może to już pora aby rozejrzeć się za jakimś domkiem letnim w górach, tak akurat, żeby na wakacje był???
poniedziałek, 26 września 2011
Tajemnicze Karkonosze sentymentalne
Post trochę przetrzymany, wyleżakowany niczym wino, gdzieś z połowy sierpnia - ale myślę, że choć późno, to warto go umieścić. Zwłaszcza, że choć wycieczka letnia, to pogoda taka mocno jesienna była...
Idę w góry cieszyć się życiem,
Oddać dłoniom halnego włosy,
W szelest liści wsłuchać się pragnę,
W odlatujących ptaków głosy.
Jerzy Harasimowicz, Lato z ptakami odchodzi
Nareszcie znów wyjście w góry! Po
dwóch dniach pomocy w opiece nad dwójką szkrabów, udało mi się
wyrwać. Choć pogoda nie dopisała, to trzeba skorzystać z okazji.
Wyjście z białego jaru na czerwony szlak w kierunku Łomniczki.
Ostatnio trasę tę zaliczałem w czasach studenckich, w okresie
zimowym (o czym za chwilę), więc dzisiejsza mgła, choć gęsta
niczym mleko, jest niczym przy tamtych warunkach. Najpierw jednak
trzeba wykupić bilet do Parku Narodowego. Kilka minut rozmowy ze
sprzedawcą o dawnych czasach owocuje zdobyciem dla siostrzeńca
starej, nieaktualnej już pieczątki ze Śnieżki. Teraz, z biletem w
ręku, można ruszyć dalej, szlakiem łagodnie kierującym się ku
górze wśród lasu.
Wśród szmeru strumyka dochodzę powoli do
schroniska. Jego zarys dosyć późno się wyłania z mgły, jeszcze
później daje się zauważyć witającego kocura, który czuje się
tu gospodarzem. Gdy już jestem w środku, przypominają się stare
czasy. Schronisko wciąż prowadzone jest bez użycia prądu, co jest
chyba ewenementem w Polsce. Żurek, który spożywam, przygotowany
został na starej, klasycznej kuchni na drewno. Za jedyne oświetlenie
sali służy niemrawo przebijające się światło zza okien i
nieliczne świece. Zarządca nieśmiało się przyznaje, że nawet
ostatniego sylwestra próbował wprowadzić odrobinę elektryczności,
co jednak nie zostało przychylnie przyjęte przez gości.
Zdecydowanie nowinki cywilizacyjne psują atmosferę tego domku
górskiego, na szczęście sprzedawca zapewnia, że raczej nie będzie
ich ponownie wprowadzał.
RATUJCIE ZWIERZAKA!!!
Po wyjściu ze schroniska widzę, jak
duża grupa dziecięca molestuje biednego kocura nieustannie go
głaskając. Na szczęście ich przewodnik krótkim a zdecydowanym
„Idziemy!” staje się ratownikiem zwierzęcia. Niestety,
zdegustowany i zmęczony kocur raczej nie chce już pozować do
zdjęć, więc udaję się w dalszą wędrówkę.
Tym razem bardziej stromym i
kamienistym szlakiem podążam przed siebie. Mgła sprawia, że choć
widoczność jest słaba, to głos niesie się daleko. Tak więc
często zdarza się, że z daleka słyszę jakieś tajemnicze głosy,
a dopiero po dłuższym czasie z mgły wyłania się, niczym duch,
sylwetka człowieka. Jeszcze chwili potrzeba żeby przekonać się,
że nie jest to jakaś górska zjawa. Nie tylko mgła ogranicza
widoczność – nadmiar wilgoci chętnie osiada na okularach. Bez
nich świat jest zamglony z powodu wady wzroku, z nimi – z powodu
osadzającej się wilgoci... i tak źle, i tak źle. Ale iść do
przodu trzeba. I tylko kropelka wody ciągle przetacza się z jednej
strony oka na drugą, zawieszoną na dolnej krawędzi okularów.
Ciągłe wycieranie okularów nie pomaga, zwłaszcza, że pod ręką
mam jedynie skrawek bluzki, która i tak jest mokra od potu i
osiadającej na niej wilgoci z powietrza. Jedynie skrajne nasycenie
ustawione w aparacie sprawia, że chociaż na zdjęciach coś widać.
Po dłuższej wędrówce oczom mym
ukazuje się wodospad. Oczywiście, jak i w przypadku duchów-ludzi,
najpierw słychać towarzyszący mu dźwięk, początkowo cichy
odległy pomruk, dopiero później gniewne odgłosy ton spływającej
na dół wody. Dopiero później zza mgły wyłania się wodospad.
Tak jak do tej pory szło się po sztucznie usypanych pojedynczych
kamykach, tak teraz do mostku prowadzi ścieżka wydeptana w
monolitycznym bloku skalnym. Dojście do rzuconych w poprzek wody
drewnianych kłód już stwarza problem, jeszcze trudniejsze okazuje
się znalezienie miejsca, aby zaczerpnąć łyka krystalicznie
czystej, lodowato zimnej wody. Za mostkiem zaczyna się trawersy, a
nawet mimo tego droga zaczyna się robić bardzo stroma. Taką
właśnie drogą dochodzę do symbolicznego cmentarzyka poświęconego
tym, co zginęli w górach. Znaczy, że odcinek który pamiętam jako
najtrudniejszy na tym szlaku mam dopiero przed sobą.
Sentymentalnie
Działo się to zimą, w okresie
sylwestra. Choć trzeba było przyznać Kubie, przyszłemu prezesowi
AKT Kroki, że do tej pory świetnie przygotował wszystkie trasy
tego wyjazdu, to tym razem zaskoczył wszystkich. Do tej pory
wszystkie trasy wyliczone były idealnie, tak, że wymuszały trochę
wysiłku, jednak nie dawały w kość tak, aby następnego dnia nikt
nie miał siły się ruszyć. Choć wyjątkowo był to stacjonarny
obóz sylwestrowy, to żaden dzień nie okazał się znienawidzonym
„dniem na lekko”, czyli pozornie prostą, a jednak z powodu
drobnych szczegółów strasznie wymagającą trasą. I choć trzeba
przyznać, że Kuba miał już za sobą trochę doświadczenia w
górach, to nikt się nie spodziewał, że zejście z Równi pod
Śnieżką zaplanuje przez Dolinę Łomniczki, trasę o której
przecież wszyscy wiedzą, że jest zamykana zimą. Niestety, o
jakąkolwiek rozsądną wtedy alternatywę było trudno, inne trasy
albo też były zamknięte, albo były zbyt trudne aby dojść
jeszcze za dnia, wyciąg też odpadł, w tym okresie nieczynny.
Zapewne nie była to łatwa decyzja, jednak inny znajomy, mający za
sobą tysiące kilometrów w dużo bardziej nieprzyjaznych górach
spojrzał po śnieżnych nawisach i ocenił, że lawiny z tego raczej
dziś nie będzie i zasugerował, że jednak idziemy tędy w dół.
Zejście nie było łatwe, choć sam początkowo skorzystałem z
pomocy bardziej doświadczonych kolegów, później sam starałem się
też pomóc na tym odcinku słabszym i mniej doświadczonym kolegom.
Najtrudniejszy był właśnie odcinek od Równi do Cmentarza
Poległych w Górach.
Dziś ciężko
określić, który z trawersów był tym najstraszniejszym.
Nieciekawie wyglądały dwa, jednak ze śniegiem mogło to wyglądać
to zupełnie inaczej. Powoli dochodzę do schroniska na równi pod
Śnieżką. Choć ciężko powiedzieć, czy to bardziej wina potu,
czy osiadającej na niej wilgoci mgły, to koszulka wygląda tak,
jakby była właśnie wyciągnięta po praniu z pralki... z popsutą
pompką odpompowującą wodę i bez wirowania. Na szczęście można
zagrzać się w schronisku, gdzie wciągam dwie butelki Frugo, soku,
który po wieloletniej nieobecności na rynku znów wrócił na
sklepowe półki. No co, jak sentymentalnie, to sentymentalnie.
Legenda o tym, jak
powstała mgła
Z Równi dosyć
długi odcinek po płaskim odcinku szlaku przyjaźni
polsko-czechosłowackiej, aby dojść do zejścia na Strzechę. Choć
zaplanowałem pójść górą, to na chwilę zbaczam jednak w dół,
aby zrobić zdjęcia kotła Małego Stawu. W myślach rozważam
zmianę trasy na idącą wokół obydwu stawów, jednak idący od
dołu obłok mgły szybko zmusza mnie do myślenia o pierwotnym
pomyśle trasy. Można by pomyśleć, że to przegrane, rozproszone
oddziały Nieba (z legendy o powstaniu drzew) niepyszne dokonują
odwrotu po przegranej, jednak... jednak przegrani zazwyczaj panicznie
uciekają w nieładzie, a nie idą w ten sposób, tak hardy, dumny i
agresywny.
Drzewa cały czas próbowały wspiąć
się wyżej i wyżej ku górze, aby ponownie sięgnąć Nieba.
Próbowały rosnąć coraz wyżej, aby mieć krótszą drogę do
pokonania – Ziemia jednak inteligentnie wyczuwała ich zamiary,
maksymalnie ograniczając im dostęp do życiodajnych surowców,
niezbędnych do wyciągnięcia się w górę. Ziemia widząc, że
ataki Nieba osłabły, przystąpiła do kontrataku. Przekonała
pomniejszy żywioł, Wodę, aby ta tym razem stanęła po jej
stronie. Dała jej siłę, aby wzbiła się jak najmocniej w górę,
atakując Niebo. Mgła wzbijała się w górę niczym para znad
gotującego się gara, coraz bliżej Nieba, i bliżej. Oczywiste
stało się zwycięstwo Ziemi, jednak pyrrusowe to było zwycięstwo.
Choć wszyscy widzieli, kto wygrał tą wojnę, to nie dało się
jednak określić granic, a tym samym ogłosić rozejmu. Zwłaszcza,
że żołnierze Wody pogubili się zupełnie, spotykając swych
współbratymców po drugiej stronie barykady, w chmurach, radośnie
się z nimi mieszając. Nawet Słońce, poproszone jako rozjemca, nie
było w stanie odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się Ziemia, a
zaczyna Niebo. Tak więc konieczne było rozgonienie Wody, aby Słońce
mogło rozświetlić cały teren, jednak wtedy nie widać było
wygranej Ziemi, więc Słońce musiało przywrócić stan sprzed
ataku mgły. I tak po dziś dzień dzisiejszy niezadowolona Ziemia co
rusz podburza Wodę do buntu przeciw Niebu, i co rusz Słońce
rozgania Wodę, aby określić granice zwycięstwa.
Legenda o powstaniu mgły, autorstwa
własnego
Ledwo, po 5
minutowym zaledwie odbiciu, wracam do czerwonego szlaku, a mgła
zasnuwa już cały, przed chwilą jeszcze prawie pusty kocioł. Tak
więc dalsze odbijanie aby obejść Wielki Kocioł jest bez sensu, i
tak nie będzie żadnej widoczności. Tak więc jest okazja, aby
przejść odcinek od Słoneczników do Pielgrzymów, ten sam, którego
z powodu śnieżycy nie udało mi się przejść w styczniu. Z
otchłani pamięci przypominam sobie, że spod śniegu nie wystawały
wtedy nawet tyczki wyznaczające szlak, dziś, bez śniegu, dumnie
wystające znacznie powyżej kosodrzewiny.
Niezdobyty szlak –
druga próba
Niestety,
Słoneczniki, mimo swej nazwy, nie przejawiają żadnych powiązań
choćby z promykiem słońca. Wzmocniony więc czekoladą i wodą,
nie siedzę zbyt długo i schodzę w dolinę. Tu, jeszcze wśród
kosówki, próbuję zgadnąć, gdzie ostatnio utkwiłem, jednak nie
mogę odnaleźć żadnego charakterystycznego punktu. Napotykanych
strapionych turystów pocieszam słowami usłyszanymi w schronisku
pod Łomniczką od doświadczonego górala: dopóki mgła nie wzbije
się ponad góry, deszczu nie będzie. Gdy jednak schodzę poniżej
granicy lasu, schodzę także poniżej granicy mgły, a na mnie
zaczynają padać pierwsze krople deszczu. Tak więc i przy
Pielgrzymach nie mam jakoś specjalnej ochoty zamarudzić i schodzę
jeszcze niżej. Dzięki deszczowi przynajmniej z daleka widzę Kotki.
Kawałek później zapytany, sugeruję kolejnemu turyście parę
ciekawych szlaków na kolejne dni, po czym ruszam dalej. Na Polanie
wydawałoby się, że jeszcze jeden prosty odcinek i nic ciekawego
dziś mnie nie czeka (no chyba że mega-korek w Karpaczu ;).
Jednak
nieznana mi do tej pory droga Bronka Czecha kryje niespodziewane
atrakcje. Pierwsza z nich, to liczne tutaj dzwonki, zarówno te
pospolite wielokolorowe, nizinne, jak i delikatne intensywnie
niebieskie dzwonki alpejskie. Kolejna nieprzewidziana atrakcja, to
stojący lekko na uboczu punkt widokowy na Bramę Pląsawy, dwie
przepiękne formacje skalne, między którymi niczym węgorz wije się
rzeka. O tej porze roku piękniejsza o pomarańczowe kulki jarzębiny,
które dopełniają zielono-skalistą kolorystykę deszczowego
krajobrazu. Napotkany turysta, zapytany jak daleko jeszcze, odpowiada
że już blisko, że w dół przecież szybciej się schodzi...
zapominając jednak, że idąc w dół dużo łatwiej się
poślizgnąć. Na szczęście jakoś udaje się dojść do pierwszej
drogi asfaltowej, którą przecinam, następnie rozryta buldożerami,
piaszczysta droga przygotowana pod przyszłą nową, super-komfortową
kolejkę linową, i jestem w Białym Jarze – tu gdzie zaczynałem
wędrówkę i gdzie zamierzałem ją skończyć. czwartek, 25 sierpnia 2011
Góry górami, a może jednak nad morze?
Góry górami, a niektórzy na wakacje wolą morze. Oczywiście odwiedzenie nadmorskich plaż nie stanowi problemu dla mieszkańców Świnoujścia, Gdańska czy Sopotu, jednak dla mieszkańców Dolnego Śląska to już wielka wyprawa. Skoro więc nie piaszczyste plaże, to może chociaż nadmorskie latarnie ich zadowolą? Zwłaszcza, że w Kowarach aby spojrzeć na okolicę z wysokości górnego podestu nie trzeba wspinać się po setkach schodów, a wręcz przeciwnie, w przypadku dorosłych trzeba się jedynie... SCHYLIĆ!!! Co więcej, bez większego wysiłku wszystkie latarnie można obejrzeć w ciągu pięciu minut, czego na pewno nie dokona się w północnej części kraju (przynajmniej na razie). Jak to możliwe?
Otóż wyjaśnieniem jest Park Miniatur w Kowarach. Do niedawna jeszcze prezentujący jedynie zabytki geograficznego Dolnego Śląska, jednak już na Euro 2012 przygotowujący się do ekspansji nad morze. Tak więc przed wejściem do płatnej części parku można jeszcze za darmo obejrzeć ekspozycję przedstawiającą polskie latarnie morskie, będące zalążkiem kolejnego parku.
Po wykupieniu biletu wstępu można wejść dalej, a przed nami rozciąga się kraina znana do tej pory tylko Guliwerowi. Bo dokładnie tak się tu poczujemy – niczym wielkoludzie w krainie maluczkich ludzików. W odległości kilku ludzkich kroków od siebie znajdują się tu zamki porozrzucane po terenie całej krainy Dolnego Śląska. Przejście od Śnieżki do Samotni pokonujemy w zaledwie kilka sekund, aby rozkoszować się widokiem obydwu stawów z perspektywy tak wysokiej, że niedostępnej zwykłym turystom. Zaiste, piękne widoki przedstawia park miniatur, i choć nie zastąpią one osobistego zwiedzenia każdego z tych cudów krajobrazu, to stanowią doskonały przedsmak zwiedzania, niczym przepyszne zakąski w luksusowej restauracji. Miniaturowa skala daje też nowe możliwości – dopiero teraz możemy pokombinować, jak wyglądałby zamek Książ gdyby obok stała fontanna, albo jak wyglądałaby Śnieżka na tle stojących za nią majestatycznych gór wyższych od niej samej. Że o takiej fantazji jak trzebnicka katedra na tle latarni morskich nie wspomnę...
Choć właściciele zapewniają oprowadzanie przez przewodników, osobiście wolę samodzielnie szwendać się od jednego zabytku do drugiego. Główną zaletą takiego rozwiązania jest spokój i cisza, niemożliwa w dużej zorganizowanej grupie. Trzeba też przyznać właścicielom, że są bardzo przewidujący. Na wypadek deszczu schować się można do budynku w którym znajduje się zarówno kawiarnia, jak i kolejna część wystawy. Za zdecydowanie lepsze jednak rozwiązanie uważam duże ilości ogólnodostępnych żółtych parasoli, które z pewnością ochronią zwiedzających przed zamoczeniem (no chyba, że ktoś wskoczy do sadzawki). Poza tym, gdy słońce schowa się za deszczowymi chmurami, to właśnie parasole sprawią, że krajobraz wokół nabiera słonecznej barwy.
Witamy na Dolnym Śląsku, miniaturowej krainie tysiąca słońc!!!
Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Zamkowa 9
(teren dawnej fabryki dywanów)
Czas: codziennie od 9 do 18
Czas zwiedzania: ok. 1 godziny, silnie uzależniony
od indywidualnych chęci, jedynym
ograniczeniem są godziny zamknięcia
Ceny biletów: 11-15zł, w zależności od wieku zwiedzających
(jak przystało na Park Miniatur,
osoby o miniaturowym wzroscie (do 1m) za darmo)
osoby o miniaturowym wzroscie (do 1m) za darmo)
piątek, 19 sierpnia 2011
Karkonosze nie tylko od góry
W większości przypadków, góry to dla mnie głównie to, co na ich górze, a więc strome wzniesienia, drogi wśród drzew, granie, żmudna wędrówka w górę i niebezpieczne schodzenie w dół, itp. Nie zawsze jednak temu sprzyjają warunki – jak nadmierny upał da się jeszcze znieść, tak już gorzej idzie z przemaczającym wszystko deszczem. Często zapominam też o podgórskich miastach. Tym razem, ze względu na okoliczności (zarówno zmienna pogoda, jak i opiekowanie się 7-letnim kuzynem) dane mi było przypomnieć sobie o tych mniej górskich zaletach gór.
No cóż, pogoda na początku długiego weekendu nie sprzyjała, tak więc najlepiej gdzieś się schować pod deszczem. Wielu turystów w Karpaczu chowa się pod parasole ogródków piwnych, do restauracji i pubów. Ciekawą alternatywą jest schować się przed deszczem... pod ziemią. Jeszcze kilka dni temu rozmawiałem ze wspinającym się po Via Ferratach kolegą, że ze względu na zbliżającą się jesień pora przenieść się z powierzchni do sztolni i kopalń, a tu akurat jest okazja. Z Karpacza ledwie kilka kilometrów dzieli nad od Kowar, gdzie znajdują się stare kopalnie uranu. Kolejki nie są jakieś długie, bilety udaje się też kupić na wejście odbywające się za zaledwie 15 minut (na poprzednie moglibyśmy się minimalnie spóźnić). To akurat wystarczająca chwila, aby obejrzeć zabytkowe śnieżne sanie i stare wagoniki podziemnej kolejki, i zaraz można już (oczywiście pod nadzorem przewodnika) przejść obok wesołych trolli aby znaleźć się pod ziemią. Tu już niestraszne wszelkie deszcze.
Kopalnia, to oczywiście górnicy, grożące im niebezpieczeństwa, pewien sposób życia, itp. Tak więc oprócz samego przejścia wyrobiskami starej kopalni, co chwila dochodzę do jakiejś sali, w której przedstawione jest życie górników, ich podziemne narzędzia, środki transportu, stroje... Oczywiście, kopalnie to także legendy, wierzenia, czasem nawet skarby. W podziemiach kowarskich sztolni odnaleźć można skarbiec Walonów z pilnującymi jej „małymi ludkami” (zarówno wzrostem, jak i wyglądem zaskakująco podobnymi do wrocławskich krasnali), a w jej pobliżu chrześcijańską kapliczkę. A na koniec, kopalnie to także nauka i technika. Tak więc co chwila obok trasy spotkać można elektryczną kolejkę z różnorodnymi wagonikami dla ludzi, innymi na urobek, jeszcze innymi na narzędzia. W korytarzach przekonać się też można, że nawet tajemnicze głosy „duchów kopalni” cudownie ostrzegające górników przed tąpnięciami i zarwaniami szybów dają się naukowo wytłumaczyć. Mało kto wie, że kowarska sztolnia jest jedną z nielicznych na świecie naturalnych radowni, czyli miejsc, gdzie można inhalować radioaktywny rad, który pomaga na wiele dolegliwości, takich jak chociażby alergie, choroby stawów. Gdzieś po drodze na zwiedzających czeka pokaz laserowy ukierunkowany na najgłębsze podziemia: Hades. Największym zaskoczeniem okazuje się jednak... podziemne akwarium, pełne dużych ryb, np. sumów tak dużych, że z trudem można by je złapać w rękę.
Po wyjściu z kopalni, jeszcze krótki (500metrów) spacerek do bezpłatnego parkingu, który umila szemranie pobliskiego górskiego strumyka.
Informacje praktyczne:
Miejsce: Kowary, ul. Podgórze 55
Godziny otwarcia: codziennie (z wyjątkiem wybranych świąt) w godz. 10-17, w okresie letnim 10-22
Ceny biletów: 15PLN (normalny) / 13 PLN (ulgowy) / 10 PLN (grupowy) / dzieci do 6 roku życia - 0,10 PLN
Długość trasy/czas przejścia: 1600m/1h
UWAGA!!! Nawet w najgorsze upały, pod ziemią jest stosunkowo chłodno (ok. 9°C)! Koniecznie zabierzcie ze sobą coś cieplejszego do ubrania!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




































