sobota, 29 czerwca 2013

Zapóźniona noc świętojańska...

Przez zwykłe, ludzkie zapomnienie dopiero dziś wrzucam zdjęcia z Nocy Świętojańskiej w leśnickim zamku. Jak było? Zdecydowanie inaczej niż zwykle. 
W zasadzie, to można powiedzieć, że był zwykły mały festyn bez specjalnych atrakcji. Festiwal Dobrego Piwa mimo okropnej pogody ściągnął tłumy fanów, co w połączeniu z błockiem spowodowało totalną masakrę zieleni parkowej, zwłaszcza na stokach. W efekcie tego Zamek podjąć się musiał rekultywacji terenu, a na Noc Świętojańską spory kawał zieleni odgrodzić i uratować przed ponownym stratowaniem (jakby było co tam jeszcze ratować?). W związku z tym stoiska musiały ograniczyć się żarć-budy na tarasach pojedyńczych stoisk z atrakcjami. Nie było więc kowali, wiedźm czy innych pradawnych atrakcji, a nieliczne czarownice chowały się przed ciekawskimi pod pretekstem gry terenowej. 



Za to były koncerty. Co akurat mnie nie ucieszyło, bo nie chciało mi się siedzieć i tylko słuchać, za to obsuwa z koncertami spowdowała opóźnienie parady świętojańskiej - do godzin tak późnych, że już ciężko było o nieporuszone zdjęcia.
A w związku z ograniczoną ilością okazji do zdjęć, w których sam temat już byłby wielką atrakcją zdjęcia, trzeba się było skupić na zdjęciach jako zdjęciach. Choć wydaje mi się, że efekty przerosły moje oczekiwania, i pewnie nie wyszłyby mi tak dobre, gdybym koncentrował się na samych atrakcjach... zresztą oceńcie je sami.

















Niektórym pannom spod wianków wystawały diabelskie różki, zrobione z najprawdziwszych ogni piekielnych

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiurbex, czyli tam, gdzie natura odzyskuje swoje tereny...

Po długiej przerwie od wycieczek, nareszcie udało się znaleźć trochę czasu. Żeby dużo nie kombinować, a i nie stracić nadmiaru czasu na dojazdy, wybór padł na pobliskie wzgórza strzelińskie. Ładnie, blisko - same zalety :)
Oczywiście, jeżdżąc w strzelińskie okolice, ciężko nie zacząć wycieczki od tzw. urbexu, czyli poznawania uroków porzuconych budynków. A właściwie wiurbexu, czyli wiejskiego urbexu, bo raczej mowa tu o porzuconych wiejskich domostwach, niż klasycznym urbexie miejsko-przemysłowym. Osobiście uważam, że najpiękniejszym atrybutem tych wzgórz nie są przepiękne lasy rozrzucone na pofalowanym terenie, nie szmaragdowe jeziorka będące pozostałością po dawnych kopalniach kamienia, ale właśnie te porzucone wiejskie chaty czy dworki. I porusza tu nie tylko ten chaotyczny urok porzuconej ruiny powoli zżeranej przez naturę, ale często bardzo specyficzna dla tego rejonu konstrukcja ścian: całość stworzona jest z powszechnego tu kamienia granitowego, a tylko wymagające większej dokładności detale (jak wykończenie otworów okiennych czy "framugi" drzwi) wykonane są z klasycznej, czerwonej glinianej cegły. Takie zestawienie samo w sobie tworzy ciekawy efekt, a jeszcze ten efekt porzucenia.

Tak więc na pierwszy ogień poszedł dawny wiejski dom, stojący naprzeciwko przystanku PKS w Krzywini. Tak więc po przedarciu się przez wysoką trawę i gęste krzaki stojące tuż przy samej ruinie, znajduję się na środku ogromnej izby, której przeznaczenia ciężko się domyslić. Brak tu już dachu czy grożącego zawaleniem sufitu, dzięki czemu całą izbę zamieszkała już roślinność. Gdzieniegdzie tylko zwisają resztki dawnej podłogi, jednak tak znikome, że raczej nie grozi już im nagłe, przypadkowe zawalenie się. Z kolei sterczące samotnie belki konstrukcyjne wyglądają na wciąż dobrze zachowane, aż proszące się, żeby odbudować na nich dawną świetność budynku. Także niedbale ukryta piwniczka nie stwarza zagrożenia zawaleniem. Za to każde z nich aż proszą się o jakieś ciekawe zdjęcia.
Kolejną porzuconą budowlą jest dawna stajnia, tak przynajmniej oceniam początkowe znaczenie tego budynku. Choć dawno już nie ma tu okien i wiatr hula po ogromnej hali, choć dzięki wszechobecnej wilgoci łuczki już dawno pokryły się mchem, to całość raczej nie wygląda na grożącą się zawaleniem, a miejsce to oferuje doskonały chłód znużonym letnim upałem turystom. 





Zielono mi

Stąd pora ruszyć na właściwy szlak. Najpierw asfaltem, aby w odpowiednim momencie skręcić na żółty szlak, idący wzdłuż dawnej kopalni kamienia. I nie należy przejmować się nie do końca przejrzystemu oznaczeniu terenu prywatnego - spokojnie można iść szlakiem, a opiewany ostrzegawczymi tabliczkami niebezpieczny teren kopalni to jedynie ta wielka "wyrwa" w ziemi, wraz ze szmaragdowymi wodami jeziorka zatopionej kopalnianej dziury to  jedynie obszar leżący po prawej stronie drogi, zaś korzystając z właściwej drogi nie narażasz się na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą po nierównościami samej pozostałości po kopalni można się bezpiecznie przemieszczać zachowując elementarną ostrożność, jednak można natknąć się na strażnika pilnującego terenu.
Ja tam wolę udać się dalej szlakiem, aby na malowniczym skraju lasu z ciekawym miejscem widokowym skręcić w szlak niebieski. Długo się zastanawiałem, czy urocze wąwozy które pamiętam z którejś poprzedniej wycieczki znajdą się na mojej trasie, niestety to jednak trochę odleglejszy kawałek tego szlaku, tak więc dotarłem jedynie do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. 
Uprzedzam jednak nieuważnego turystę, bo już na tym terenie trzeba zwracać pewną uwagę na oznakowanie. Szlak, choć idzie szerokimi drogami, jednak co rusz przeskakuje na inną dróżkę, momentami wije się niczym wąż. Na dodatek, podłoże tamtego dnia mocno zaskakiwało - choć dzięki porządnym butom nie muszę omijać każdej kałuży, to jednak patrząc na podłoże piaskowe raczej spodziewałbym się pod wodą twardego podłoża. Tu najprawdopodobniej znajdująca się w ziemi glina sprawiła, że tworzyło się kilkucentymetrowe dosyć zbite błoto, które trochę utrudniało drogę, jednak nadawało temu specyficznego smaczku.
Ani szlak niebieski, ani późniejszy zielony nie zapewniały żadnych specyficznych atrakcji wartych upamiętnienia aparatem, to jednak tutejszy tworzy miły dla oka klimat, który robi się jeszcze przyjemniejszy dzięki świergotom ptaków. Zwłaszcza na zielonym szlaku otoczenie przypomina raczej cywilizowany uporządkowany las, to jednak dochodząc  do strumienia ciągnącego się wzdłuż nasypu drogi, klimat otoczenia zaczyna się powoli zmieniać. Zapach wydobywający się z leniwie płynącego niemrawego potoku choć lekko trzeźwiący, jest też lekko drażniący i kwaskowaty, kojarząc się z siarczanowymi wodami zdrojów Kudowy czy Polanicy. Dalej zaczynają się malownicze wąwozy wyrzeźbione przez kolejny, już znacznie większy potok. 
Po spojrzeniu na mapę zastanawiam się, czy potok sprytnie przewinie się pod drogą jakimś przesmykiem w nasypie, czy raczej bezczelnie przetnie drogę w miejscu, gdzie akurat droga zrówna się z płynącą wodą, i wszystko wokół wskazuje na to, że raczej czeka mnie większy skok przez błoto i wodę - jednak rzeźba terenu mnie zaskuje, a potok przepływa sobie pod drogą kilkadziesiąt metrów poniżej, co pozwala spojrzeć wzdłuż głębokiego wozu z góry. Zapatrzonym w krajobrazy radzę tu jednak uważać, bo tak jak droga zakręca o kolejne 90 stopni, tak szlak po przejściu ponad strumieniem raczej nie ma zamiaru skręcić, ładując się na nie do końca wyraźną ścieżkę, krótko za to intensywnie wspinając się na górę. Kawałek prostej, i ląduję w środku wyraźnie dwupoziomowego bukowego lasu, który swe prawdziwe piękno  odkrywa dopiero jesienią, kiedy to całość zapłonie żółcią i czerwienią. Z kolei podejście pod Gromnik to całkiem dobra próba sprawności, którą niestety okupuję jednak kilkukrotną zadyszką.
Szczyt Gromnika to całkiem przyjemne miejsce na odpoczynek. Ławeczki, stoliki, nic tylko rozłożyć się z piknikiem. Odbudowana szachulcowa wieża widokowa zachęca do spojrzenia z góry na okolice, niestety otwierana jest jedynie dla wycieczek zorganizowanych lub przy okazji większych festynów. Tak więc po krótkim odpoczynku i przebuszowaniu terenu pod kątem najciekawszego zdjęcia wieży, powolnym krokiem wchodzę znów na żółty szlak, aby nim powrócić do Krzywini.

piątek, 31 maja 2013

Tuż przed wniebowstąpieniem...




Co prawda to zdjęcie o wiele lepiej pasowałoby wczoraj, ale dopiero dziś odkryłem ten temat. Z kolei dwa dni temu co prawda na moich oczach stawiano "kolejnego papieża" na Nadodrzu, jednak nie miałem przy sobie aparatu. Z kolei na łażenie z aparatem po procesjach nie miałem czasu...
Tak więc dopiero dziś, za to myślę, że temat zdjęcia ciekawy: zwieńczenie wieży kościoła greckokatolickiego na plac Nankiera, jeszcze przed ich umieszczeniem na szczycie.

PS. Że Galeria z założenia jest jednego zdjęcia, to inne zdjęcia dostępne są na facebooku

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rościszów - I love it!!!


I kolejny wpis z gatunku "galeria jednego zdjęcia". Tym razem, romantycznie kolorowa ruinka z Rościszowa. W przeciwieństwie do pewnego opuszczonego dworku na Wzgórzach Trzebnickich,akurat ta rudera jest   zamieszkana, choć jej stan sugerowałby coś zgoła odmiennego. I choć biały puch raczej sugeruje coś innego, to jak żyw przypomina mi to zdjęcia pewnego greckiego mistrza fotografii, który zamiast tworzyć klasyczne pocztówki z antykiem, to upodobał sobie właśnie zdjęcia takich zniszczonych drzwi czy murów, na których przepięknie widać historię pradawnego domu. Ech, po trosze to fakt zaniedbania - ale zawsze nurtuje mnie co sprawia, że pewne rzeczy popadają w ruinę w standardowy, ohydny sposób, a inne - niczym motyl przybierają swoją piękniejszą formę...

poniedziałek, 4 marca 2013

Krótkie zimowe wędrowanie


Niby śniegu w tym roku miałem nie mało, to jednak czegoś mi brakowało. Udało się wreszcie złapać zimę w kolorach śniegu i błękitu, jednak brakowało mi tego charakterystycznego zapadania się w białym puchu. Więc gdy nagle w połowie tygodnia zaczęło mocno prószyć (ku zgrozie kierowców) z nadzieją wyczekiwałem weekendu. Bo a nuż jeszcze w czwartek/piątek przyjdzie odwilż.
No i oczywiście w okolicach Wrocławia, po nagłych intensywnych opadach, w piątek pozostała już tylko cienka warstwa śniegu. Tak więc odpadały Wzgórza Trzebnickie, Strzegomskim też nie chciałem ufać w kwestii ilości śniegu (bo być może byłby to mój ostatni zimowy weekend, więc nie marnujmy go), pozostały góry. Bliskie, w których ostatnio nie byłem – więc uciekając od bezpośrednich okolic Wałbrzycha wybrałem Sowie. I choć Wielką Sowę znałem tylko w jednym, zimowym wizerunku, to cóż było począć? Lecz chociaż dla odmiany wypadałoby wybrać się z drugiej, tajemniczej i nieznanej mi strony. Zwłaszcza, że tak pięknie i intrygująco wyglądała z wieży widokowej w zeszłym roku.

Rościszów - I love it!!!

A więc... Rościszów. Wioska tak zaśnieżona, że coraz bardziej traciłem resztki nadziei na znalezienie odśnieżonego miejsca parkingowego. Bo jak gdzieniegdzie droga rozszerzała się na tyle, żeby można było obok niej zaparkować, to warstwa śniegu była wyższa niż maska samochodu – a odrzucać tyle śniegu małą saperką to by pół dnia zeszło. Tak więc z rozmarzeniem rozglądałem się wokół, widząc wiele potencjalnie pięknych krajobrazów do sfotografowania i żadnej możliwości zatrzymania się.
Na szczęście coś udało się znaleźć gdzieś w centrum wsi, w miejscu gdzie akurat mój szlak odchodził od drogi. Nie do końca legalnie (teoretycznie na środku skrzyżowania – ale z tak rozległym placykiem, że aż się prosiło żeby zaparkować), ale bezpiecznie.
Lecz nie ruszyłem od razu na szlak. Najpierw trzeba było obfotografować te rościszowskie cuda które wcześniej widziałem. A więc, zniszczona kolorowa ruderka, niczym te bajecznie kolorowe zdjęcia któregoś greckiego fotografa fotografującego właśnie urokliwie obsypujące się tynki porzuconych domostw. Do tego sople – o wysokości DWÓCH PIĘTER!!! a z pewnością byłyby dłuższe gdyby na ich drodze nie stanęła ziemia. Tym zimowym widoczkom przezierającym przez niezabudowane działki budowlane odpuściłem, bo na jednym z nich przekonałem się, że w obiektywie aparatu nie wyglądały już tak pięknie, a były tak rozrzucone, że cały dzień zajęłoby mi ich sprawdzenie.

I tylko nie odpuściłem rozłożystemu drzewu na skraju urwiska, bo choć nie do końca umiałem złapać kadr oddający jego uroki, to z pewnością było zjawiskowe. Przebywający akurat na podwórku swego domostwa gospodarze nawet oferowali żebym wszedł na ich podwórko jeżeli chcę zrobić zdjęcie, ale chyba z drogi jednak było lepsze. Ale jak już zaczęliśmy rozmowę, to okazało się, że warto zobaczyć kolejne atrakcje. Zabytkowy kościół, który mimo zewnętrznej prostoty szczyci się bogatym wnętrzem, ruderka równie fotogeniczna jak ta na środku wioski... no cóż, okazało się, że ruderka jest zwykłą ruderą pozbawioną romantyzmu, kościół zobaczyć mogę tylko z zewnątrz... ale czasu trochę zeszło na to, żeby się o tym przekonać. Ale tabliczka „sołtys” otoczona ogromną lodową ramką to robi wrażenie i włodarz mało której wsi może się pochwalić czymś takim.

Uwaga na dzikie osły!!!

A więc, opuszczamy wieś i powrót na szlak... baa, fajnie się mówi „opuszczamy wieś”, ale idąc wzdłuż szlaku jeszcze pozostaje jeszcze całkiem spory kawałek tą ulicówką. Zwłaszcza, że chociaż z mapy wygląda to trochę inaczej, to przez długi czas droga (asfalt) idzie jakby równolegle do głównej. Ale i przejście przez obszar cywilizowany ma swoje prawa i atrakcje: w lesie raczej nie spotkam znaku drogowego „Uwaga! Dzikie osły!”. I choć nie spotykam nikogo zasługującego na to miano, to jednak pewien pan mi niestworzone rzeczy opowiadał. Że lepiej iść najpierw zakrętami (czyt. główną drogą), bo będzie odśnieżona, a szlakiem mogę nie dojść (czyt. zakopać się). Chociaż wszystko wskazywało na coś innego, to za jakiś czas te słowa okazały się prorocze. No, ale na razie droga jest twarda, ubita, odśnieżona, powiedziałbym nawet że widać spod śniegu asfalt – no, ale kawałek dalej chyba już nie było asfaltu i była to zwykła ubita droga.
No cóż, wreszcie udało się opuścić Rościszów, mimo to droga wciąż nie sprawiała kłopotów. Do czasu – a dokładniej do samotnej chałupy w Lasocinie. Gdy tylko skończył się dojazd do ostatniej chałupy – ta sama droga która przed chwilą była odśnieżona, kilka metrów dalej pokryta jest ponad półmetrową warstwą śniegu.
Trzeba przyznać, że nie było tak strasznie ciężko. Chociaż śnieg ubijał się pod stopami, to jednak człowiek zapadał się tylko trochę powyżej kostek, do kolan było jeszcze daleko. Jednak mimo to, tempo drastycznie spadło, zwłaszcza że i teren zaczął się już podnosić. Choć okolica nie obfituje w porze zimowej w żadne specjalne widoki, to trzeba przyznać, że miło się szło. Szlak obfituje w liczne skróty po prostej ścinające rozciągłe trawersy, jednak wysiłek który trzeba było włożyć w przejście normalnego szlaku był tak duży, że nawet nie myślałem o skracaniu. Być może latem, ale nie w takim śniegu...



Stara jodła-oszustka

Powoli dochodzę do Starej Jodły. Ot, stoi sobie drzewko na środku, ogrodzone siatkami od ludzi i zwierząt, spod śniegu nawet nie widać żeby było w jakiś sposób specjalne. Tutaj dłuższe przeliczanie czasów przejścia, potencjalnych alternatyw... i wniosek nasuwa się jeden: raczej nie zdążę już dojść na Sowę. Śnieg, choć pozornie nie tak strasznie „kopny”, zbytnio opóźnia marszrutę. Z resztkami dogasającej nadziei co prawda ruszam dalej, ale to raczej taka złudna nadzieja: dojdę do kolejnego rozwidlenia, a tam zobaczę, czy faktycznie tak bardzo się opóźniam w stosunku do czasów szlakowych.
Korzystając z Expressmapy Sudety Środkowe, w tym miejscu radzę uważać. Wbrew temu, co widzę na papierze, szlak niebieski przez rozwidla się nagle nie przy Starej Jodle, ale kawałek dalej. Tak więc idąc na Sowę, przez kolejnych 100 metrów idzie się zbitkiem szlaków żółtego, zielonego i niebieskiego, jednak gdy kawałek dalej pozostaje tylko niebieski – to znaczy, że droga prowadzi na Bielawę. Uprzedzam, bo zapamiętując że na Sowę najprościej iść niebieskim, można nie zwrócić uwagi na pozostałe szlaki – zwłaszcza, że akurat na tym skrzyżowaniu niebieski ma 3! rozgałęzienia (z czego jedno króciutkie, tylko do Starej Jodły i z powrotem).
Potem idę jeszcze kawałek korzystając z uroków zimowego lasu. Co jakiś czas gdzieś z boku słyszę pojedyncze odgłosy spadania czap śniegowym z gałęzi. Gdy mam szczęście, że dzieje się to przede mną – to oprócz głównego upadku znacznej części takiej czapy, widzę też śniegowe płatki z tej mniej zbitej części przepięknie rozsypujące się bezwładnie wokół, tworząc wrażenie rozpraszającej się, opadającej śnieżnej chmury. Niestety, utrafić z taką na zdjęcie już nie tak łatwo...



Niezdobyta Sowa

Gdy dochodzę do rozwidlenia pod Młyniskiem, już widzę, że należy odpuścić sobie dalszą wędrówkę. Jeszcze kawałek, jeszcze dwa zakręty – żeby zrobić ładne zdjęcia, no i może chociaż za kolejnym zakrętem jakiś widoczek ładny... tak przechodzę jakieś 50-100 metrów. Żeby „nie wracać tą samą drogą”, schodzę na idącą dosłownie 2 metry obok drogę żółtego i zielonego szlaku... i tu robi się mniej wesoło. Jak na drodze warstwa puchu nie budzi żadnych niespodzianek, tak w połączeniu ze skosem stoku momentami stawiając kroka tworzę całkiem spore zapadliny. Na szczęście to tylko kilka kroków – jednak gdyby taki śnieg miał stanowić przeszkodę na dłuższym odcinku, to nawet nie ważyłbym się iść dalej bez nart czy rakiet śnieżnych. Co zielony szlak miał na sobie zdecydowanie grubszą warstwę śniegu niż niebieski (widać wszyscy wybierają najkrótszą drogę na Sowę) to poza tym krótkim zejściem między drogami, obyło się bez niespodzianek.



A potem już tylko powrót. Jeszcze kilka zdjęć ośnieżonych drzew, jeszcze kilka spadających czap. 
Starą Jodłę omijam jednym ze wspomnianych skrótów. Akurat to okazuje się niekoniecznie najlepszym krokiem – tak jak gdzie indziej, nogi bezwładnie wpadają w śnieżną poduszkę, co w połączeniu akurat z zaplątaniem się w liany malin mogłoby się okazać niebezpieczne, na szczęście zwiększenie trochę ostrożności w stawianiu kroków i zwolnienie tempa wystarcza. Jeszcze tylko krótka obserwacja jak sobie koty radzą na śniegu (mimo, iż z racji wagi dużo mniej się zapadają, to też miały spore problemy z zejściem ośnieżonym stokiem), krótka sesja zdjęciowa z lasocińskim wilczurem (skorym do zabawy – i pozowania w zupełnie niefotogeniczny sposób) i na odśnieżonej już drodze można powoli zacząć się rozpędzać z powrotem do domu.

piątek, 22 lutego 2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zima koloru nieba i śniegu


To był krótki spacer. Nie chciało mi się daleko jeździć, w okolicy Wrocławia śniegu nie było, najbliższe górki to Wałbrzych – a akurat nie miałem pomysłu na dłuższą pętelkę przy samym Wałbrzychu. Zamkowa Góra w połączeniu z Borową na mapie wyglądała świetnie, opcja zrobienia ciut większej pętelki w miarę ładnego śniegu też jakaś była – więc czemu by nie.
A więc zaczynamy. Pod wiaduktem w Wałbrzychu, prawie że na stacji Wałbrzych Główny. Gdzieś między podwórkami trafiam na kałużę skutą cieniutką warstewką lodu, z gatunku takich, które uwielbiam rozkruszać nogą. Potem między starymi, zniszczonymi budynkami otaczającymi podwórko wychodzę czerwonym szlakiem na pole. Tu trafiam na byłego górnika, jak się okazuje także zapalonego kiedyś łazika. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, w szczególności o pylicy i o tym, jak niszczy ona życie tych, co kiedyś pracowali pod ziemią. Trochę o grzybach, które mi ten człowiek opowiadał gdzie zbierać (i trzeba było mu przypomnieć że to nie ta pora roku), trochę o ruinach na Zamkowej Górze, i o tym, że nie, nie idę do Andrzejówki. Jakoś nie przepadam ani za tym schroniskiem, ani tą nadmiernie eksploatowaną okolicą, a i szlak na tej trasie zapowiada się najmniej ciekawie.
Potem przez pole, gdy nagle słyszę donośne szczekanie dużej ilości psów. Jak na wieś, musiałoby być ich strasznie dużo, a przecież dopiero wyszedłem z miasta, kiedyś wojewódzkiego, więc psy raczej nie powinny tak hałasować. Jak się później dowiedziałem, pobliskie schronisko dla zwierząt dla wielu jest wręcz punktem orientacyjnym.
Droga powoli zaczyna kręcić się lasem, i tu już widać trochę więcej śniegu. Jeszcze przez pewien czas jest to jednak tylko cieniutka posypka, spod której silnie przebijają jesienne brązy. Słowem, kolorystyka niczym gofr posypany cukrem pudrem, a i to korzystając z resztek tego ostatniego.

Im dalej w las, tym więcej … śniegu

W miarę jak droga coraz bardziej zagłębia się w las, coraz bardziej wzrasta wysokość na której jestem. W którymś nawet momencie nawet zaczyna mi brakować tchu, co chyba jednak bardziej jest wynikiem mojej utraty kondycji, niż stromego zbocza. Powoli też wzrasta ilość śniegu wokół. Z każdym przebytym metrem jest jakby więcej tego „cukru pudru”, a po tym ciut bardziej męczącym podejściu nagle okazuje się, że cała ziemia pokryta jest śniegiem. Choć nie jest to warstwa tak gruba, żeby zapadać się po kolana, biała pokrywa sprawia specyficzne problemy. Gdy stawiasz na niej nogę, najpierw ostrożnie, sprawdzając czy się podda pod ciężarem, pod podeszwą czujesz pękanie delikatnej, lodowej skorupki, po czym noga pewnie staje na śniegu. Delikatnie głębiej się zapada, gdy pewniej opierasz się na tej nodze. I dopiero, gdy podnosisz drugą kończynę i przenosisz swój ciężar na postawioną właśnie nogę – nagle pod butem zapada się śnieg. Tak, żeby za prosto nie było.
Za to okolica powoli nabiera takiej kolorystyki, jaką w zimie najbardziej lubię. Białe gałęzie wspaniale kontrastują z granatem nieba... gdzieniegdzie nawet pokryte delikatnym lodowym nalotem delikatne witki brzozy wręcz błyszczą światłem odbitym od słońca. Widok będący najlepszą nagrodą za te chwile podchodzenia pod Borową i krótkotrwałego błądzenia wśród drzew na słabo oznakowanej górze.
Krótka sesja zdjęciowa, i zejście na dół. Nie powiem, że było prosto – baa, choć z pewnością zadyszka byłaby niezła, to chyba wolałbym tędy wchodzić niż schodzić. Choć pozornie początkowo zejście do stromych nie należało, to jednak w pewnym momencie zaskakuje ogromny wyłom w skale. Zejście mocno pochyłe, prawie że bliskie pionu, na dodatek pokryte lodem mocno już wyślizganym przez osoby idące przede mną w obydwu kierunkach, z pewnością lepiej by się nadawało do zjechania nim sankami niż do schodzenia. Słowem: masakra, na szczęście tą przeszkodę daje się obejść bocznymi ściankami tego wyłomu. Chociaż wciąż stromo, to jednak już trochę mniej, do tego droga wciąż jeszcze pokryta świeżym śniegiem. I te drzewa, na których można się zatrzymać co kilka kroków, zanim się jeszcze człowiek rozpędzi do niebezpiecznej prędkości.
Jeszcze kawałek i dochodzę do przełęczy pod Borową. Stąd rozpościera się panoramka, co do której mam mieszane uczucia. Z jednej strony, z pewnością panoramka ta byłaby piękniejsza gdyby odległe góry zazieleniły się wiosną czy latem, z drugiej jednak strony – budzi wątpliwości, czy wiosną będzie ją widać zza drzew najbliższego stoku.
A potem dalej w drogę, w kierunku Przełęczy Koziej. Tu już nie ma lodowej skorupki na warstwie śniegu, generalnie droga to lód z przebijającą spod niej domieszką zmrożonej ziemi. Dlatego gdy na przełęczy Koziej zastanawiam się nad ewentualną pętelką dodatkową w kierunku Kamieńska i Jedliny, wolę jednak sobie odpuścić. Bo raz, że będzie równie lodowo, bo dwa, że mogę nie zdążyć przed wieczorem, bo trzy że bez śniegu to pewnie nie będzie na trasie nic ciekawego, no i po cztery, że mnie może wywiać z zimna. Bo chociaż na reszcie trasy nie było z tym problemów, to akurat na przełęczy Koziej wiało całkiem mocno.

Powrót przez zniszczony zamek

No więc powrót, tym razem przez Górę Zamkową. Zwiezione przez leśników ścięte drzewa całkiem dobrze maskują zejście na żółty szlak i gdyby nie kierunkowskaz, to chwilę bym szukał właściwej drogi. Chociaż – może i mieli oni jakiś cel w tym ukrywaniu drogi? Bo zejście choć nie jest bardzo strome, za to pełno na nim lodu, i kilka razy o mało co nie zaliczyłbym jakiejś wywrotki. Na szczęście bez upadku daje się dojść do granicy lasu, gdzie spotykam parę staruszków.
A więc znów chwila na pogaduchy. Najpierw mnie wypytują, którędy szedłem, jak długo mi to zajęło, że cieszą się, że jeszcze są tacy młodzi, co chce im się gdzieś chodzić. Po chwili okazuje się, że widzieli mnie jak zaczynałem spacer, a żeby się upewnić, że to byłem ja, to mówią że widzieli jak kruszyłem lód na kałuży na podwórko. To także od nich się dowiaduję, że droga którą szedłem to droga koło schroniska, i stąd te rozszczekane psy.
Swoją drogą, w tej okolicy radzę uważać. Jeden ze znaków sugeruje, że krótko przed budynkiem należy skręcić w prawo. Choć znak sugeruje zejście z głównej drogi i wejście znów pod górę, to nieuważnie można skierować się na Wołowiec, mimo iż Zamkową Górę widać już z bliska. Więc w razie wątpliwości, sugeruję jednak dojść do budynku, a dopiero wtedy rozglądać się za szlakiem.
Tu znów czeka nas podejście, choć wcale nie najlższejsze, to jednak stosunkowo krótkie. Zresztą, dla mniej zaprawionych w chodzeniu, wokół pełno wydeptanych bardziej płaskich trawersów, więc nie trzeba zdobywać zamku forsownie.
No właśnie, zamek. W pierwszej chwili nie wygląda na zbyt wielki. Ot, narożnik ściany wysokiej na 3 metry, i nic więcej. Plus mała płaska platforma obserwacyjna, z której wypatrywano wroga. Dopiero kilka metrów dalej można się przekonać o powierzchni, jaką zajmował ten zamek, z którego dziś zostało tak mało. Kilka ścian ledwo wystających z ziemi, z jednej strony zachowana brama, zniszczone schody po których można wejść na taras widokowy pewnie jeszcze pamiętający barierki sprzed kilku lat... i znów napotkany turysta, z którym można porozmawiać o tym, co nam pozostało po naszych przodkach, o ile inaczej Dolny Śląsk wyglądałby gdyby nie ogrom pracy włożonej przez Niemców i jak mało dbamy o nasz teraz teren. No i małe ostrzeżenie o stromości zejścia... no cóż, w połowie zejścia żałowałem, że nie skorzystałem z rady tego człowieka i nie wróciłem do „cywilizowanej” drogi, którą można by i samochodem przejechać. Z drugiej strony – to już był taki moment, że sam nie wiedziałem, czy wolę kontynuować schodzenie w tym miejscu, czy wolę zaryzykować tak forsowny powrót. A że już było widać koniec tego stoku, to wolałem zejść na dół, aby już bez większego wysiłku przejść przez polanę, a potem wrócić do samochodu. Na przyszłość – podejście pod Zamkową Górę od strony miasta polecam wszystkim, którzy mają ochotę na forsowny trening kondycyjny.