czwartek, 23 czerwca 2011

W kącie na bagnie, czyli poszukiwania kwiatu paproci

W Noc Świętojańską (a właściwie Noc Kupały) pradawne tradycje nakazują szukać kwiatu paproci. Śmiałkowi który go zerwie, piękną żonę i ogromne bogactwo wróżono. Niestety, wróżby tej nie udało się zweryfikować, bo z poszukiwań powracali tylko ci, którzy przestraszeni wracali, ledwo zaczęli poszukiwania. A może szczęśliwie odmienieni, nie wracali już w rodzinne strony?
Współcześni biologowie jednoznacznie stwierdzają, że legendę tę możemy włożyć między bajki, bo paproci nie kwitną. I biorąc pod uwagę obecną klasyfikację roślin, to przyznać im trzeba pełną rację, jednak analizując legendy, porzucić należy język naukowy, i wczuć się w ówczesnych ludzi. A ci nie znali XIX wiecznej klasyfikacji roślin, a paprocią nazywali... wszystko co rośnie na bagnach. A więc szukamy złocistego kwiatu rosnącego na bagnach – to już łatwiejsze. Bagna wokół Wrocławia... znaczy, trafiło na Kąty Wrocławskie.
Korzystając z okazji, zwiedzam kątowy rynek. Jak przystało na rynek w Kątach, ma swoje 4 kąty, czyli niczym nie odbiega od standardu. Za to za ratuszem można znaleźć ciekawy pomnik z gołębiem. Kawałek dalej na zachód kościół i ładny krzyż wolnostojący, jednak kwiatu paproci to raczej nie mam co szukać w pobliżu kościoła. Tak więc przez rynek wracam na wschodnie rubieże miasta, po czym zaczynam błądzić po Parku Miejskim.
Pozornie zielona łąka
pełna białych kwiatów
 Niestety, tym razem nie zabrałem z domu mapy, więc pozostało chodzenie w ciemno. Wśród intensywnego zapachu kwiatów dzikiego bzu, przechodzę przez Bystrzycę, i później wzdłuż niej próbuję iść na północ. Jednak jak na porządny teren podmokły przystało, dosyć szybko okazuje się, że drogę co rusz przecinają mi liczne strumyczki, rzeczki itp. I co chwila słychać furkot skrzydeł wystraszonych kaczek. Tak więc po chwili wracam do głównej drogi, by z niej skręcić na podmokłe pole. Pole tak mokre, że ziemia pod nogami lekko ugina się, a z każdej pozostałości po oponach traktora wyziera woda, i to wcale nie deszczowa. Tymczasem docieram do zielonego szlaku, wzdłuż którego zaplanowana była wędrówka.
I trzeba przyznać, że tu właśnie znajduję ciekawe bagniska, rozciągające się z obydwu stron rzeki. Częściowo to bardzo płytkie oczka wodne, czasami jedynie warstwa rozmiękczonej ziemi, na której strach stawiać nogę, z obawy że wciągnie nas w głąb jakaś strzyga. Po prawej postrzegam oczko porośnięte drobnymi, bialutkimi kwiatkami – jednak przecież kwiat paproci ma być złocisty niczym bogactwo, które ma przynieść. Kawałek dalej... na środku bagna złoci się kwiat irysa. Niestety, nie dane mi dotknąć tego talizmanu szczęścia – choć daje się podejść dosyć blisko po zwalonej kłodzie, to wciąż jednak za daleko. Ale potrafię zrozumieć poszukiwaczy, którzy wśród ciemnej nocy dostawali amoku na widok znalezionego skarbu – i zaślepieni radością nie zauważali że brną w głąb bagna. Zwłaszcza, że często to bagno zalane jest płyciutką warstwą wody porośniętej zieloną rzęsą wodną, która nawet za dnia sprawia złudne wrażenie, że to nie bagno, a zielona polana. Tak więc ten kwiat trzeba sobie odpuścić.


Idąc dalej lasem, powoli wychodzę na pola, aby dotrzeć do pierwszych zabudowań. Nad polem co rusz błyskają białe brzuchy jaskółek pośpiesznie uganiających się za muchami i komarami. Pobliskie pole porośnięte jest pszenicą, oczywiście silnie przemieszaną z chabrami. Niczym gospodarz na włościach, zrywam jeden kłos, i sprawdzam dojrzałość kłosów. Choć wyraźnie wyodrębniły się już łuski osłaniające właściwe ziarno, to tylko w niektórych pod łuskami daje się już coś znaleźć.
Po przejściu przez wioskę wychodzę na polanę, pełną już zupełnie innych, mniej ozdobnych kwiatów. W dali dostrzegam drzewa obsypane bielą kwiatów. Wczesnowiosenne, dziecięce szaleństwo wczesnowiosennych kwiatów ustąpiło już miejsca dorosłej kolorystyce kwiatów letnich.
Przez rzekę przechodzę trzema mostami kolejowymi, bo podobnie jak na wysokości Kątów, tak i tu Bystrzyca nie jest uregulowaną rzeką i tory prowadzą nie tylko nad właściwą Bystrzycą, ale i nad jej odnogami i jakimś bajorkiem. Na kamieniach tworzących nasyp kolejowy spotykam pierwszego ślimaka, jednak zanim doszedłem do Jurczyc, jeszcze parokrotnie dane było mi podziwiać ich domki w kolorze orzecha.


W Jurczycach obok zniszczonego dworzyszcza przechodzę kolejnym mostem (tym razem) pieszym na drugą stronę rzeki, a potem przejście przez podmokłe łąki, rozciągające się w tym rejonie. Gdy za łąkami udaje mi się odnaleźć jakąś drogę przez las, to okazuje się, że jej koniec znajduje się w pobliżu odnalezionego wcześniej kwiatu paproci/irysa. Okazuje się jednak, że po sąsiedzku znajduje się kolejne bajorko, jeszcze bardziej porośnięte złocistymi irysami. Jednak i tu nie dane mi sprawdzić, czy to właśnie one przynoszą legendarne bogactwo – znów woda i błoto nie dają podejść do nich zbyt blisko. Tak więc zielonym szlakiem pozostaje mi wrócić do Kątów.
Jeszcze na skraju lasu znajduję pole, o dziwo nie porośnięte żadnymi kwiatami – jedyna gęsta maków znajduje się na pobliskiej hałdzie ziemi. A wśród zboża za to od razu rzuca się w oczy hydrant w kolorze strażackiej czerwieni, próbujący udawać kwiaty spod Monte Cassino...
Choć w tej części Kątów najbardziej znaną atrakcją jest pałac, to wcześniej polecam podejść do pobliskiego kościółka i obejść go wokół. Szczególne wrażenie sprawiają w szczególności rzeźby nagrobne umieszczone na absydzie kościoła i w jej pobliżu. Niestety, kościół jest zamknięty i nie dane jest mi obejrzeć Świętych Schodów. Tak więc pozostaje obejść pałac i otaczające go budynki dawnego zespołu pałacowego. Korzystając z okazji, rwę kwiaty dzikiego bzu, które miały posłużyć za nalewkę. Opadające z kwiatów pyłki sprawiają, że po zebraniu całej reklamówki moje ręce pachną miodem.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Średniowieczne walki rycerzy

Tak ciężko to już dawno mi nie szło pisanie. Na wielu imprezach historycznych bywałem, niektóre z nich nawet opisywałem, jednak ta jedna zdecydowanie od nich odbiega. Jeśli miałbym do czegokolwiek porównywać, to chyba do stadionowej ustawki, tyle że z cięższym osprzętem.

Tak, tak, bo każda inna impreza historyczna była bardziej zróżnicowana. Oprócz samej inscenizacji, zawsze było „coś jeszcze” pokazujące jak żyło się w dawnych czasach. Ot, chociażby pokazy tańców w czasie Schola Militaris. Tym razem jednak organizatorzy zdecydowali się na coś zdecydowanie bardziej jednolitego. Średniowieczny turniej bohurtowy. Nic więcej, nic mniej. Szkoda, bo niestety taka monotonna impreza dużo traci na atrakcyjności. Z kolei trzeba jednak przyznać, że organizatorzy zapewnili tak dużą ilość walk, że ciężko coś więcej było upchnąć.



Średniowieczne NKWD dba
o morale walczących i zapobiega dezercji
No cóż, jednak okazja do ujrzenia średniowiecznych rycerzy przednia. Aparat szczęśliwy od każdego lśnienia nowych, nie obitych jeszcze elementów zbroi. Co walkę słychać trzask obijających się od siebie metalowych płyt. Co chwila walka, co chwila ktoś ląduje na ziemi. Choć trzeba przyznać, że walkom bliżej było do zapasów, niż do typowych średniowiecznych potyczek. Ze względów bezpieczeństwa nie chodziło o to, żeby komuś coś odciąć mieczem czy toporem, żeby ogłuszyć kogoś potężnym uderzeniem maczugą – za porażkę uważano wywrócenie się walczącego. Lecz zgodnie z honorowym kodeksem – nie tłucze się oczywiście leżącego. 









niedziela, 29 maja 2011

Bardzo krótki spacerek

Dziś nie miałem pomysłu na spacer. Ostatecznie padło na Bystrzycę Oławską – z jednej strony wiem, że fajne miejsce, z drugiej – nie byłem tam już z pół roku, więc to nie przecieranie wciąż tych samych szlaków. Uroczy las, w którym gdzie nie spojrzysz, to pojawiają się jakieś malutkie oczka wodne..
Wędrówkę zaczynam na kąpielisku na Smortawie. W tym miejscu rzeka przez pewien odcinek robi się szersza, stając się doskonałym miejscem na ośrodek letniskowy z wypożyczalnią kajaków. Tym razem postanowiłem pójść wzdłuż rzeki. Wałem, nie bardzo mam możliwość skręcenia – z jednej strony rzeka, z drugiej rów melioracyjny. Idąc przed siebie... nagle wpadam na sarnę. Zajęta jedzeniem, nawet nie zauważyła gdy wyszedłem z lasu. No cóż, sarny to mają do siebie, że uciekają na oślep, czasem... w kierunku zagrożenia. Matce akurat udało się uciec we właściwą stronę, dwóm małym koziołkom, jeszcze w ochronne paski, nie udało się właściwie ocenić kierunku i biegną prosto na mnie. Dopiero w ostatniej chwili, prawie wpadając na mnie, doznały olśnienia i zmieniły kierunek biegu. Ja też jestem tak zaskoczony tym zdarzeniem, że zapominam strzelić im kilka fotek z bliska. Niestety, koziołki pobiegły w przeciwną stronę niż stara sarna. Czy jeszcze kiedyś ją odnajdą, czy od tego dnia już będą musiały żyć samodzielnie jak sierotki – tego nie wiem. 
Nad polaną za to zaczyna się unosić sokół lub pustułka. Ja przechodzę przez rów na pobliską polanę pełną rumianków. Stąd jeszcze kawałek bezdrożem i dochodzę do ubitej drogi, którą prowadzi szlak rowerowy. Po drodze spotykam jeszcze ślimaka. Potem jeszcze kawałek drogą, odnajdując czerwony szlak, i za chwilę wracam do miejsca skąd wyszedłem.

Wracając do domu, podobnie jak w Miękini, postanowiłem się zatrzymać na zdjęcie. Wtedy – urzekł mnie zachód słońca z sylwetką barokowego kościoła w tle, tym razem była to ukwiecona polana. Prawda, że piękna?

niedziela, 22 maja 2011

Jabłek w tym roku nie będzie, czyli o Zaczarowanych Wzgórzach

Maj... jako iż w związku z urlopem przepadły mi mlecze, postanowiłem poszukać choć rzepaków, póki jeszcze są. Najlepiej całych płacht rzepaków, rzuconych na niedbale na pofalowane pagórki... czyli naturalnie skojarzyły mi się wzgórza Trzebnickie. Trasę rozpoczynam więc w Machnicach, przy pięknie utrzymanym dworku. Kawałek asfaltem, aby za chwilę wejść między pierwsze pola, zarówno zielone, jak i żółte od poszukiwanych kwiatów. Tak jak chciałem, rozrzucone na pagórkach... Monotonię przypadkowo biegnących fal przerywa jednak szereg linii, ustawionych niczym wojsko na placu zbiórki. To krzaki agrestu (a może porzeczki?)...
W tych pięknych okolicznościach przyrody dosyć szybko dochodzę do kolejnej wioski, Brochocina, aby zaraz ją opuścić, wracając do lasu przy pięknej łące pełnej kwiatów... tym razem na Raszów.


Po drodze spotykam staruszkę. Twarz mocno ogorzała, zniszczona przez słońce... niestety, nie potrafi mi podpowiedzieć, gdzie znajdę ciekawe pola rzepaków. Pytam o inne uprawy... niestety, potwierdza moje podejrzenia, że tegoroczny majowy śnieg ściął kwiaty jabłoni. Żegnajcie przepiękne zdjęcia kwiatów jabłoni na tle błękitnego nieba, żegnaj sezonie jabłkowy tegorocznej jesieni. Coś pewnie wyrośnie, jednak na urodzaj jabłek liczyć nie należy...

Idąc dalej, dochodzę do Raszowa. Zza drzew wyłania się zarys dworku... jeśli chcesz zrobić ciekawe zdjęcia, najlepiej zrobić je już teraz, bo z bliska dworek już nie wygląda tak okazale. Za to bzy owocują tu okazale, a na małym, niezagospodarowanym poletku do zdjęć pręży się jabłonka... jedyna tak dobrze zachowana, jaką udało mi się tamtego dnia spotkać.
Trzeba przyznać, że Raszów najlepiej prezentuje się z daleka. Wychodząc z wioski, obieram kierunek na widzianą z daleka ogromną „góralską” chatę, i pagórki które widziałem już wcześniej. Jak z bliska Raszów nie robił większego wrażenia, tak z daleka stare, klasyczne dachówki tworzą ciekawy kontrast z otaczającą zielenią drzew. Idąc dalej w kierunku Taczowa Wielkiego, natknąć się jeszcze można na drewnianą chatkę na końcu owocowej alejki.

Teraz chwilka błądzenia wzdłuż granicy lasu, bez żadnej widocznej ścieżki, i na polu spotykam stracha na wróble. Ech, jak ja dawno nie widziałem stracha na wróble... na współczesnym polach pełno szeleszczących reklamówek, które już dawno pogoniły strachy z pól. I choć strach taki prosty, na jakiego kiedyś bym w ogóle nie spojrzał, to dziś budzą się wspomnienia z dzieciństwa...

Przez Taczów Wielki asfaltem w kierunku do Taczowa Małego, jednak gdy tylko pojawia się polna droga, od razu w nią schodzę (czerwony szlak). I warto, bo tu znów rzepaki rozpostarte na pofałdowanych pagórkach. Gdy dochodzę do rzepaków, pora odbić w lewo, aby jednak dojść do Taczowa Małego. Drogą wśród dwóch stawów dochodzę do starej wioski. Wzrok przyciąga stara, ceglana stodoła.


Tym razem trochę dłuższy kawałek przez las, szlakiem do Głuchowa. I trzeba przyznać, że tu znajduję najpiękniejsze rzepaki. Schowane za domem z czerwonym dachem, rozłożyły się na stojącym mi na drodze wzgórzu. A może lepiej obejrzeć je ze stojącego na lekkim podniesieniu kościółka, schowane za wiejskimi domkami i drzewami? Sam nie wiem...
Przy starym traktorze skręcam znów w las, aby powoli wracać do domu. Mapa głosi: Zaczarowane wzgórza. Brzmi ciekawie... Ot, idąc cały czas przed siebie, wydawałoby się, że taka sobie nazwa. Ot, pagórki, rozpostarte na nich pola, jakiś sad... ot, po prostu ładne miejsce. Jeszcze dziś dane mi będzie się przekonać, że w tym miejscu jednak jest coś więcej. Na razie jednak udaje się łatwo dotrzeć do Pierwoszowa, a tu znów feria rzepaków. A to na górce przed amboną, a to z kolei za przejazdem kolejowym, ukryte za brzózkami i czerwono odcinającymi się od całości znakami stop... i w którą stronę patrzeć najpierw? Szkoda jedynie, że porządnego, błękitnego nieba brak...
W Pierwoszowie zaglądam do tamtejszego ośrodka wypoczynkowego przy kopalni piasku. Ot, ciekawie zrobiona karczma z łupków, kilka stawów (notabene, ciekawy sposób zagospodarowania nieużytków po starej kopalni odkrywkowej), i tylko te ceny za wszystko ciutkę zbyt wysokie...
A teraz już prosta droga powrotna. Wśród pól, w kierunku na Wysoki Kościół, potem powrót na Machnice... a może by spróbować skrócić tą drogę? Z daleka widzę dwa samotne drzewa na wzgórzu, i sokoła lub innego drapieżnika zachęcającego do skręcania w tym kierunku. Niedużym wysiłkiem powoli wspinam się ubitą drogą, potem odbijam w lewo, stosunkowo łatwo udaje się przekroczyć strumień... dalej wzdłuż niego, potem lekko odbijam, wydawałoby się, że stąd już prosta droga na Machnice. Ech, z daleka widać już jakieś zabudowania... tylko czemu wyglądają one tak znajomo? Rozglądam się wokół – czemu wieża Wysokiego Kościoła znajduje się po mojej PRAWEJ stronie? Przecież mapa mówi wyraźnie, że powinna być po lewej... więc choć się pilnowałem, na prastarą magię tych wzgórz nie pomogło nawet doświadczenie turysty. Wyszedłem z powrotem na tą samą drogę, tylko kawałek dalej. Więc jednak trzeba z powrotem do strumienia...


Gdy dochodzę do kolejnych zabudowań, aby upewnić się czy znów pradawna magia nie wytrychnęła mnie na dudka, pytam okolicznych mieszkanców, czy na pewno dobrze idę. No cóż, tym razem okazało się, że wylądowałem w nienotowanej na żadnych mapach wiosce. Aż na to wzgórze rozciągała się posiadłość barona von Obernitza, dawnego właściciela pałacu w Machnicach. Na szczycie wzgórza resztki czegoś, co wyglądałoby jak wieża strażnicza, choć tambylcy twierdzą, że to tylko obora była. Choć dodają, że przynajmniej za czasów komuny... grube ściany i usytuowanie na samym szczycie sugerują, że jednak to była strażnica...
Stąd już na szczęście prowadzi dawna droga. Na szczęście, tambylcowi też spieszno w interesach w tym samym kierunku, więc jeszcze kawałek mnie odprowadza, aż na horyzoncie pojawi się zarys klasycystycznego pałacu. Teraz już Zaczarowane Wzgórza nie są w stanie mnie oszukać...

sobota, 14 maja 2011

Gdy wrócimy, opowiemy Wam...

Zaczynam od Arnhem, miasta znanego chyba wszystkim znawcom II wojny światowej. Niestety, wieczorna atmosfera wciąż przypomina te czasy. Choć budynki nie noszą już sladów zawieruchy wojennej, to zewsząd otacza hałas przypominający nasze stadionowe rozróby, a wrażenia dopełniają ogromne kupy śmieci, w szczególności przed tamtejszym McDonaldem.
Rano miasteczko sprawia zupełnie odmienne wrażenie, w szczególności, gdy zwiedza się Openluchtmuseum... To naprawdę rozległy skansen, będący doskonałym wprowadzeniem w holenderską atmosferę, pełen różnorodnych chat wiejskich, historycznie wyposażonych. To także doskonała okazja zapoznania się z zapomnianymi już zawodami (jak chociażby kołodziej, kowal czy tkacz), dawnymi sposobami wytwarzania różnych dóbr materialnych (np. papieru) oraz oczywiście WIATRAKI!!! Jest tu ich kilka, i to różnych rodzajów, niestety, całość skansenu jest jedynie współczesną rekonstrukcją.
Tyle rozgrzewki, pora przejść do głównego punktu zwiedzania. Będąc w Holandii, nie sposób pominąc Amsterdam. Portowe miasto dawnych kupców, zbudowane na licznych kanałach, nazywane z tego powodu Wenecją Północy. Choć ma swój klimat, w mieście portowym wolę słodkie pastelowe domki, charakterystyczne dla naszego Gdańska czy duńskiej Kopenhagi. Jednak żadne z tych miast nie może się poszczycić tak dużą ilością kanałów, tak wielkim upakowaniem wszystkiego na małej powierzchni, i oczywiście tak znanym Targiem Kwiatowym. Amsterdam to oczywiście także miasto wolności i swobody, nie sposób więc nie zauważyć sklepików z marihuaną czy pominąć sławetnej Dzielnicy Czerwonych Latarni, w centrum której znajduje się... najstarszy amsterdamski kościół.
Co jeszcze zapamiętam z Amsterdamu? Oczywiście strome schody do hotelowego pokoju, oczywiście kamienice i... płatki nadające miastu radosną atmosferę. Pamiętacie reklamę telewizorów z kolorowymi kuleczkami? W reklamie wszystkie te piłki to jednorazowa akcja, pytanie nawet, czy to nie była tylko komputerowa symulacja. W majowym Amsterdamie... przy każdym podmuchu wiatru w powietrzu unoszą się radośnie tysiące płatków nasiennych nieznanego mi drzewa. Przyznam, że nawet ogromne, kolorowe bańki mydlane nie robią takiego wrażenia...
Gdy ktoś zmęczy się jednak wielkim miastem, polecam wycieczkę do pobliskiego Haarlemu. Miasto o podobnym klimacie co Amsterdam, jednak dużo mniejsze, co znaczy że i dużo spokojniejsze, jest doskonałym miejscem na odpoczynek. Jeśli jednak ktoś wyżej niż odpoczynek w wygodnym kawiarnianym krzesełku ceni spacery, polecam błądzenie w wąskich uliczkach tworzących labirynt prowadzący do Białej Wieży.

Jeśli będziecie przejeżdżać blisko Amsterdamu w piątek, możecie trafić na Targ Sera w pobliskim Alkmarze. Choć atrakcja mocno przereklamowana ściąga nawet nie setki, a tysiące turystów i nie warto specjalnie dla niej jechać do Holandii, to jednak będąc już w pobliżu, szkoda ją przegapić. I ciężko znaleźć wytłumaczenie tej magii która sprawia, że panowie biegający w kolorowych kapelusikach ze specjalnymi „paletami” z serami sprawiają jednak ciekawe wrażenie – no cóż, to trzeba poczuć samemu, o ile uda wam się przebić przez te dzikie tłumy. Jednak trzeba uważać, żeby nie pobłądzić, bo w tym małym miasteczku struktura kanałów i uliczek nie jest tak regularna, jak w Amsterdamie, i nie zawsze znajdzie się przejście tam, gdzie się akurat go spodziewało. Aha, no i jeszcze ten szalony gitarzysta na ulicy...


No, a teraz pora na powrót do wiatraków. Do Zansee Schans wcale nie tak łatwo trafić według notatek sporządzonych na podstawie mapki, jednak się udało. A tu naprawdę mnóstwo wiatraków ustawionych malowniczo wzdłuż rzeki. Niestety, to znów skansen współczesny... I tu, podobnie jak w Arnhem, można zobaczyć, do jakich celów Holendrzy potrafili spożytkować siłę wiatru i w jaki sposób tego dokonali. No, i te wszędobylskie czaple też robią wrażenie, zwłaszcza, że nie stronią zbytnio od ludzi. Zwłaszcza, gdy staną z gracją wśród wiejskich chat, wyglądają nawet naturalniej, niż jakże liczna zwierzyna hodowlana...
No tak, nie wspomniałem jeszcze o tulipanach, a przecież Holandia to największy producent roślin cebulkowych. Niestety, wiosna w Holandii zaczyna się chyba o 2 tygodnie wcześniej niż w Polsce, więc ogromne pola tulipanów w dużej mierze już przekwitły, i tylko gdzieniegdzie widać kolorowe łany. Ciężko też robić zdjęcia prowadząc samochód, a zatrzymać się niekoniecznie jest gdzie... Na szczęście w pobliżu Keukenhof udaje się znaleźć małe tulipanowe poletko przy drodze. A potem już zwiedzanie wielkiego parku-ogrodu, w którym wszyscy tutejsi hodowcy prezentują swe najznamienitsze okazy kwiatów... Choć znajdująca się na terenie parku jedynie lekko zainteresowała, jednak udało się zrobić bardzo ciekawe moim zdaniem zdjęcia, czego akurat się nie spodziewałem.

A potem już Haga. Urzędowa stolica Holandii (obok turystycznej, którą jest Amsterdam – obydwa miasta są konstytucyjnie wpisane jako stolica kraju!), a równocześnie urzędowa stolica Unii Europejskiej. To tu, w przepięknym zamku, znajduje się europejski Trybunał Sprawiedliwości. Oddalając się jeszcze bardziej od centrum, przez duże jak na miasto parko-lasy, dochodzi się do Madurodam – parku holenderskich miniatur, gdzie w ciągu kilku godzin można obejrzeć wszystkie zabytki tego kraju. Choć z jednej strony idea znacząco przypomina park miniatur w Legolandzie, to jednak ze względu na odmienne wykonanie, budynki nabierają znacznie większego realizmu.
Z Rotterdamu, warto wybrać się do Schiedam. Choć to znacznie mniej znane miasteczko, to właśnie tu znajdują się największe europejskie wiatraki, pochodzące jeszcze z XVIII wieku. Rozrzucone pozornie bezładnie, wyznaczają granicę starego miasta. I kolejne kanały będące równocześnie ogromną przystanią dla barek, żaglowców i wszelakich łódek, czyli to, co z morza lubię najbardziej ;)
Jednak największe skupisko wiatraków to Kinderdijk. Chyba najważniejszą funkcją holenderskich wiatraków to jednak odwadnianie terenu. Holandia, jako kraj położony w dużym stopniu poniżej poziomu morza, musiała jakoś sobie radzić z odwadnianiem pól uprawnych. Właśnie temu celowi służyły wiatraki, z których każdy „podnosił” wodę o metr, czasem nawet ledwie o pół, do wyżej położonego koryta. Z tego koryta kolejny wiatrak zabierał wodę do kolejnego koryta, i w ten sposób woda z zalanych pól przekazywana była do znajdującej się wyżej rzeki, którą spływała do morza. Oprócz „szeregowego” łączenia wiatraków, mającego na celu jak najwyższe podniesienie wody, stosowano także „równoległe” wiatraki, mające zwiększyć ilość odprowadzanej wody. Właśnie poprzez takie kombinacje w jednym miejscu skupiono ponad 19 wiatraków. Będąc w Kinderdijk, oprócz spaceru wzdłuż wiatraków, polecam też przepłynąć się wśród nich łodzią.
Na koniec Rotterdam. Miasto, które zawsze kojarzyło mi się z awanturniczą przygodą, piratami, wyścigami żaglowców... Zburzone prawie w całości w czasie II wojny światowej miasto, obecnie raczej jest synonimem nowoczesności, niż historii. A jednak mimo bombardowań, duch przekory i rozrabiactwa przetrwał w tym mieście, co widać po stojących tu budowlach. Choć pozornie zbudowane z podstawowych brył geometrycznych, miasto zadziwia różnorodnością kształtów, nieustanną kłótnią prostych, krzywych, licznych płaszczyzn będącej w ciągłej opozycji z pozostałymi... Dlatego koniecznie trzeba obejrzeć centrum. Mówię oczywiście o kubicznych formach budynków ponad ulicą Blaak (czyli przejście nazywające się Overblaak), o stacji metra Rotterdam Blak. Jeśli pomyślicie, że chcielibyście zobaczyć, jak wygląda wnętrze jednego z takich kubicznych „kopniętych” domków, nie myślcie sobie, że jesteście oryginalni. Przechodząc ponad Blaakiem, z pewnością na wejściu do jednego z domków, na drzwiach powyżej schodów, zobaczycie napis „muzeum”. Tam właśnie za symboliczną opłatę (zwłaszcza jak na warunki holenderskie) 3 euro może obejrzeć taki właśnie dziwny domek, wymagający od gospodarza niesamowitej kreatywności (bo ciężko tu wstawić standardowe meble choćby z Ikei).

I to chyba już koniec zwiedzania Holandii... Trzeba przyznać, że ciekawy to kraj i zaskakujący, bo to co miało być największymi atrakcjami, lekko rozczarowało, za to, co miało być zaledwie ciekawostką – okazało się największymi atrakcjami. Ten kraj doskonale pokazuje, jak słabo każdy z nas zna swoje preferencje turystyczne...