sobota, 24 sierpnia 2013

Kto odnajdzie biedronkę?


Co prawda przed zdjęciami rudojesiennych wrzosów miał się pojawić opis wędrówki w Karkonoszach, niestety 60-godziny tydzień pracy nie sprzyja pisaniu. Tak więc na razie kolejne zdjęcie spod Wielkiej Sowy. Choć pewnie wielu ta kolorystyka wyda się bardziej naturalna niż ta ze zdjęcia w ostatnim wpisie, to jednak właśnie tamta jest prawdziwsza - a to, co widzicie to raczej efekt mojej troski o wasze oczy, bo zbyt dużo zdjęć w tak intensywnej kolorystyce może być męczące dla oczu (o czym się zdążyłem przekonać przeglądając wszystkie zdjęcia).

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wielka Sowa - podejście letnie

Wielka Sowa od zawsze kojarzyła mi się ze śniegiem... kto widział zimowe zdjęcia wieży widokowej, wie o co mi chodzi. Czy udało mi się ją zdobyć do tej pory latem? Ostatecznie już nie pamiętam, za to niezdobyta pół roku temu droga od strony Rościszowa kusiła. Ostatnie podejście nie wyszło z powodu grubej warstwy śniegu, więc może to pretekst, aby latem spróbować właśnie od tej strony?
No cóż, Rościszów nie wygląda już tak pięknie latem. Kolorowa ruderka chowa się w cieniu, samotne drzewo na krawędzi skały przestało być samotne i ginie w oceanie zieleni, o dwupiętrowych soplach lodu można pomarzyć w ten gorący czas... zwiedzanie wioski startowej ograniczyło się do przejechania samochodem i odnalezienia miejsca parkingowego. Tak więc na skraju Rościszowa, tuż przed Lasocinem rozpocząłem swoją wędrówkę. 



Tak, jak zazwyczaj moje wędrówki odbywam w samotności i sporadycznie spotykam jakiegokolwiek turystę, tak tym razem początek drogi stanowił istną odmianę. Choć droga sama w sobie mało popularna chyba i mało wydeptana, to już na wstępie spotykam gromadkę drwali powiększających polanę przed Lasocinem, potem jakąś rodzinę na szlaku, zagubionych turystów pod starą jodłą, nie wiedzących gdzie iść... tak więc szybko mija czas na zielonym, a później niebieskim szlaku gdzieś tak do Młyniska, gdzie utkwiłem ostatnio. Trasa już nie wygląda tak pięknie jak zimą, choć już kawałek za starą jodłą odkrywa swoją prawdziwą naturę. Od kiedy niebieski szlak zostaje porzucony przez towarzyszące mu szlaki żółty i zielony, środkiem drogi wije się wydrążony wodny potoczek. Tak, tak, to pierwsze zapowiedzi czekającej nas stromości, bo woda oczywiście wybiera sobie najkrótszą drogę w dół – czyli najbardziej stromą. Tak więc zadyszka raz po raz daje o sobie znać, upał wzmagany jest gorącem spalanych kalorii a gdy wychodzę na odsłoniętą polankę są chmury chroniące przed słońcem. Jednak całej jej nie udaje przejść się w cieniu, już pod koniec zaczyna świecić słońce, jednak jestem już na tyle blisko granicy lasu, że nie zdąży mocno nagrzać ciała. 



Co do samej drogi – skalne kamienie już dawno uderzają pod starymi podeszwami traperów, a droga wygląda jak na typową górską drogę przystało. Choć chwilowe wyrównania terenu dają na złapanie oddechu na polanie, to kolejne strome podejścia zmuszają do kilkuminutowego postoju. Potem już jednak wychodzę na szczyt, choć jak zwykle mam to w zwyczaju, trafiam od tyłu na płot, który miał nakłaniać turystów do niewchodzenia tam, skąd przyszedłem. 


Wielka Sowa równa się tłumy
Oczywiście na Wielkiej Sowie zawsze są ludzie, tym razem działa nawet sklepik o wyborze ciastek na drogę większym niż sklepik w wiosce (w kwestii czekolad wybór był nawet podobny, ale czekolada na takie upały to oczywiście nie jest dobry pomysł). Krótka rozmowa ze sprzedawcą, potem trochę dłuższa z kilkoma turystami grillującymi przy ognisku która zaowocowała ich do odwiedzenia Wielkiej Sowy zimą, kiedy dopiero pokazuje swoje piękno, krótka sesja zdjęciowa (ilość kierunkowskazów na jednym słupku imponuje), i szybkie zejście do schroniska Sowa. O czym opowiadać po drodze – no cóż, nie bardzo jest o czym, wszystkie cudowne miejsca które znam z zimy wyglądają teraz... tak normalnie-górsko, znaczy pięknie, ale nie cudownie, więc o czym pisać? Nostalgia każe sobie przypomnieć czasy zimowe, i to nie tylko z powodu upałów. Chyba jedynym miejsce które zyskuje nowego uroku jest polana krótko przed schroniskiem Sowa, na której można walnąć się plackiem i zapomnieć o otaczającym świecie... 






Butelkowe kolory

Ja jednak szybkim krokiem zmierzam do Sowy, gdzie czeka na mnie posiłek i cukierkowo słodka i landrynkowo czerwona oranżada rodem z PRL-u. Na posiłek trzeba jednak poczekać, więc uważnie rozglądam się po sali kominkowej. Urocza rysunkowa mapa „100 atrakcji Gór Sowich” zaczyna już niestety świecić białymi plamami wytartymi przez palce turystów, za to sala kominkowa dopiero w środku letniego dnia nabiera przytulnej jasności i przestaje być pomieszczeniem mrocznym. Z pewnością przytulnego mentalnego ciepła dodałby jeszcze ogień w kominku, ale równocześnie podgrzałby temperaturę w sali do naprawdę nieznośnej. Za to z pewnością w tym świetle łatwiej zauważyć kolekcję żelazek z duszą i kolorowych butelek na parapetach okienek dających wgląd do drugiej, zamkniętej salki.

Potęga wiurbexu

Skrzyżowanie szlaków przy Sowie to na pierwszy rzut oka kolejne miejsce które latem traci na uroku w stosunku do zimy. Ciężkie terenowe samochody nie wyzierają już ledwo-ledwo reflektorami spod śniegowej czapy, do rąk nie łasi się wymarznięty kot dla którego każde głaskanie jest próbą skradzenia brakującego ciepła przechodniom... za to dopiero letnia trawa pobliskiej łąki sprawia, że odkrywam stare pomieszczenia dawnego schroniska. Lekko poniżej, przy drodze którą nie idzie żaden szlak (a na tym skrzyżowaniu jest to raczej ewenementem), w dali dostrzegam trochę większą bryłę dawnego budynku schroniska i mniejszą porzuconą chatę góralską z podwójnie spadziowym dachem. No cóż, chyba czułem że w konkursie na Dolnośląski Blog Roku podkreślony będzie temat wi-urbexu, więc i tym razem przyciągnęła mnie ta chata. Pozornie zamknięta z każdej strony, jednak gdy obejdzie się ją z tej najmniej widocznej z każdej drogi strony – to pod zwalonym dachem wielkim otworem pojawia się brak ściany zapraszający do eksploracji starych pomieszczeń. No cóż, środek dnia to chyba nie pora, aby bawić się światłem przebijającym się przez zabite okiennice, ale górne pomieszczenia zdecydowanie niosą ze sobą ogromny potencjał zdjęciowy, i tylko ta drabinka trochę zbyt straszna, aby próbować wchodzić na górę bez żadnej asekurującej osoby. Ale i z drabiny można zrobić już świetne zdjęcie, czego nie omieszkałem uczynić...


Magia powietrza i wody

Potem już szybki powrót do żółtego szlaku i prawie tak płaską jak na równinach żwawo podążam do przodu. Szeroka, płaska droga raczej nie wymaga wysiłku, więc podświadomie podążam tak żwawym krokiem, że nawet nie zwracam uwagi na okolicę. Jednak do mego nosa dociera zapach... trzeba zwolnić i poczuć to niepowtarzalne piękno. Wycinka lasu sprawiła, że na krótkim odcinku powietrze wypełniło się specyficzną mieszaniną zapachu żywicy z lekką domieszką mokrego drewna. Tak, zapach pleśniejącego którego miałem dość pracując w Barlinku i przechodząc codziennie koło suszarni drewna, tutaj dodaje żywicy specyficznego posmaku, zupełnie upiększając efekt końcowy. I tak jak żywicę możecie sobie zebrać patyczkiem z naciętej/okaleczonej sosny i upajać się tym zapachem, tak aby zasłużyć na poznanie tego zapachu, przejść będziecie musieli tysiące kilometrów poprzez lasy, a i szczęście mieć, żeby kiedyś utrafić we właściwy dzień i właściwe miejsce – bo z pewnością dzień przed czy dzień proporcja zapachów nie byłaby tak doskonała. Krótka rozmowa z drwalami upewnia mnie, że nie wytną za dużo drzew (żartobliwa uwaga, że mają sprawdzać, czy leśnik nie pooznaczał za dużo drzew przyjęta została z uśmiechem) i ze stoickim spokojem mogę iść dalej. 


I taką wodą być,
co nawilży twoje wargi,
uwolni kąciki ust, gdy przyłożysz je do szklanki[...]
A kiedy z nieba poleje się żar, poczęstuje chłodem.
Happysad, I taką wodą być


Gdzieś przed kolejnym skrzyżowaniem szlaków natykam się na wodopój. Strumyk w górach to żadna atrakcja, co chwila jakiś przecina drogę. Drewniane „rynienki” przecinające drogę zapobiegające jej rozmyciu też nie powinny chyba nikogo dziwić, jednak cała konstrukcja drewnianej rynienki-źródełka to naprawdę oryginalna odmiana. Gdy próbuję znaleźć najciekawszą perspektywę do zrobienia zdjęcia tego cuda, znów natykam się na moich drwali – tym razem to oni w drodze mijają mnie. Widząc moje zainteresowanie tym obiektem, wspominają, że to podobno najlepsza woda w okolicy. Lekko brunatny kolor wody sugerować mógłby wysokie stężenie żelaza, a tym samym metaliczny smak... rozczarowany rozpoznaję jednak raczej lekko mułkowaty posmak. Dopiero kilka minut poznaję prawdziwą magię tej wody... nie dość, że woda ta bardzo skutecznie gasi pragnienie na dłuższy czas, to jeszcze w przeciwieństwie do soków czy coli, delikatny, jakże przyjemny posmak pozostaje w ustach jeszcze przez długi czas... 




















Drogi wszelakie, czyli powrót

Potem już dalej powrót żółtym szlakiem. Droga kilkukrotnie zmienia swój charakter, od szerokiej ceprostrady, poprzez skrytą bujną zielenią ziemią mającą skłonności do bycia błotem w niższych koleinach, czy poprzez mieszankę ziemno-skalną, z której każdy deszcz tworzy, a następnie wypłukuje urodzajne błoto, pozostawiając jedynie leżące tu od setek lat skaliste kamulce... poprzez takie urozmaicenie „standardnych górskich dróg” pozostaje przejść, aby znowu odnaleźć się koło Młyniska, miejsca, które stało się końcem mojej ostatniej zimowej wędrówki... a potem już powrót koło starej jodły. I tylko się cieszę, że tym razem nie zdecydowałem się na szybki powrót skrótem omijającym zabytkowe drzewo, inaczej ominąłbym jakże ciekawą kępkę rudordzawych mchów, które stały się tematem kolejnej fotograficznej sesji, której efektami będę się z wami po trochu dzielił.



sobota, 6 lipca 2013

Diabeł kusi na bogato


Przypadkowe spotkanie z diabłem, co ciekawsze - tuż przed furtą zakonną...
Czy to jest nagroda za podpisanie cyrografu?

sobota, 29 czerwca 2013

Zapóźniona noc świętojańska...

Przez zwykłe, ludzkie zapomnienie dopiero dziś wrzucam zdjęcia z Nocy Świętojańskiej w leśnickim zamku. Jak było? Zdecydowanie inaczej niż zwykle. 
W zasadzie, to można powiedzieć, że był zwykły mały festyn bez specjalnych atrakcji. Festiwal Dobrego Piwa mimo okropnej pogody ściągnął tłumy fanów, co w połączeniu z błockiem spowodowało totalną masakrę zieleni parkowej, zwłaszcza na stokach. W efekcie tego Zamek podjąć się musiał rekultywacji terenu, a na Noc Świętojańską spory kawał zieleni odgrodzić i uratować przed ponownym stratowaniem (jakby było co tam jeszcze ratować?). W związku z tym stoiska musiały ograniczyć się żarć-budy na tarasach pojedyńczych stoisk z atrakcjami. Nie było więc kowali, wiedźm czy innych pradawnych atrakcji, a nieliczne czarownice chowały się przed ciekawskimi pod pretekstem gry terenowej. 



Za to były koncerty. Co akurat mnie nie ucieszyło, bo nie chciało mi się siedzieć i tylko słuchać, za to obsuwa z koncertami spowdowała opóźnienie parady świętojańskiej - do godzin tak późnych, że już ciężko było o nieporuszone zdjęcia.
A w związku z ograniczoną ilością okazji do zdjęć, w których sam temat już byłby wielką atrakcją zdjęcia, trzeba się było skupić na zdjęciach jako zdjęciach. Choć wydaje mi się, że efekty przerosły moje oczekiwania, i pewnie nie wyszłyby mi tak dobre, gdybym koncentrował się na samych atrakcjach... zresztą oceńcie je sami.

















Niektórym pannom spod wianków wystawały diabelskie różki, zrobione z najprawdziwszych ogni piekielnych

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiurbex, czyli tam, gdzie natura odzyskuje swoje tereny...

Po długiej przerwie od wycieczek, nareszcie udało się znaleźć trochę czasu. Żeby dużo nie kombinować, a i nie stracić nadmiaru czasu na dojazdy, wybór padł na pobliskie wzgórza strzelińskie. Ładnie, blisko - same zalety :)
Oczywiście, jeżdżąc w strzelińskie okolice, ciężko nie zacząć wycieczki od tzw. urbexu, czyli poznawania uroków porzuconych budynków. A właściwie wiurbexu, czyli wiejskiego urbexu, bo raczej mowa tu o porzuconych wiejskich domostwach, niż klasycznym urbexie miejsko-przemysłowym. Osobiście uważam, że najpiękniejszym atrybutem tych wzgórz nie są przepiękne lasy rozrzucone na pofalowanym terenie, nie szmaragdowe jeziorka będące pozostałością po dawnych kopalniach kamienia, ale właśnie te porzucone wiejskie chaty czy dworki. I porusza tu nie tylko ten chaotyczny urok porzuconej ruiny powoli zżeranej przez naturę, ale często bardzo specyficzna dla tego rejonu konstrukcja ścian: całość stworzona jest z powszechnego tu kamienia granitowego, a tylko wymagające większej dokładności detale (jak wykończenie otworów okiennych czy "framugi" drzwi) wykonane są z klasycznej, czerwonej glinianej cegły. Takie zestawienie samo w sobie tworzy ciekawy efekt, a jeszcze ten efekt porzucenia.

Tak więc na pierwszy ogień poszedł dawny wiejski dom, stojący naprzeciwko przystanku PKS w Krzywini. Tak więc po przedarciu się przez wysoką trawę i gęste krzaki stojące tuż przy samej ruinie, znajduję się na środku ogromnej izby, której przeznaczenia ciężko się domyslić. Brak tu już dachu czy grożącego zawaleniem sufitu, dzięki czemu całą izbę zamieszkała już roślinność. Gdzieniegdzie tylko zwisają resztki dawnej podłogi, jednak tak znikome, że raczej nie grozi już im nagłe, przypadkowe zawalenie się. Z kolei sterczące samotnie belki konstrukcyjne wyglądają na wciąż dobrze zachowane, aż proszące się, żeby odbudować na nich dawną świetność budynku. Także niedbale ukryta piwniczka nie stwarza zagrożenia zawaleniem. Za to każde z nich aż proszą się o jakieś ciekawe zdjęcia.
Kolejną porzuconą budowlą jest dawna stajnia, tak przynajmniej oceniam początkowe znaczenie tego budynku. Choć dawno już nie ma tu okien i wiatr hula po ogromnej hali, choć dzięki wszechobecnej wilgoci łuczki już dawno pokryły się mchem, to całość raczej nie wygląda na grożącą się zawaleniem, a miejsce to oferuje doskonały chłód znużonym letnim upałem turystom. 





Zielono mi

Stąd pora ruszyć na właściwy szlak. Najpierw asfaltem, aby w odpowiednim momencie skręcić na żółty szlak, idący wzdłuż dawnej kopalni kamienia. I nie należy przejmować się nie do końca przejrzystemu oznaczeniu terenu prywatnego - spokojnie można iść szlakiem, a opiewany ostrzegawczymi tabliczkami niebezpieczny teren kopalni to jedynie ta wielka "wyrwa" w ziemi, wraz ze szmaragdowymi wodami jeziorka zatopionej kopalnianej dziury to  jedynie obszar leżący po prawej stronie drogi, zaś korzystając z właściwej drogi nie narażasz się na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą po nierównościami samej pozostałości po kopalni można się bezpiecznie przemieszczać zachowując elementarną ostrożność, jednak można natknąć się na strażnika pilnującego terenu.
Ja tam wolę udać się dalej szlakiem, aby na malowniczym skraju lasu z ciekawym miejscem widokowym skręcić w szlak niebieski. Długo się zastanawiałem, czy urocze wąwozy które pamiętam z którejś poprzedniej wycieczki znajdą się na mojej trasie, niestety to jednak trochę odleglejszy kawałek tego szlaku, tak więc dotarłem jedynie do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. 
Uprzedzam jednak nieuważnego turystę, bo już na tym terenie trzeba zwracać pewną uwagę na oznakowanie. Szlak, choć idzie szerokimi drogami, jednak co rusz przeskakuje na inną dróżkę, momentami wije się niczym wąż. Na dodatek, podłoże tamtego dnia mocno zaskakiwało - choć dzięki porządnym butom nie muszę omijać każdej kałuży, to jednak patrząc na podłoże piaskowe raczej spodziewałbym się pod wodą twardego podłoża. Tu najprawdopodobniej znajdująca się w ziemi glina sprawiła, że tworzyło się kilkucentymetrowe dosyć zbite błoto, które trochę utrudniało drogę, jednak nadawało temu specyficznego smaczku.
Ani szlak niebieski, ani późniejszy zielony nie zapewniały żadnych specyficznych atrakcji wartych upamiętnienia aparatem, to jednak tutejszy tworzy miły dla oka klimat, który robi się jeszcze przyjemniejszy dzięki świergotom ptaków. Zwłaszcza na zielonym szlaku otoczenie przypomina raczej cywilizowany uporządkowany las, to jednak dochodząc  do strumienia ciągnącego się wzdłuż nasypu drogi, klimat otoczenia zaczyna się powoli zmieniać. Zapach wydobywający się z leniwie płynącego niemrawego potoku choć lekko trzeźwiący, jest też lekko drażniący i kwaskowaty, kojarząc się z siarczanowymi wodami zdrojów Kudowy czy Polanicy. Dalej zaczynają się malownicze wąwozy wyrzeźbione przez kolejny, już znacznie większy potok. 
Po spojrzeniu na mapę zastanawiam się, czy potok sprytnie przewinie się pod drogą jakimś przesmykiem w nasypie, czy raczej bezczelnie przetnie drogę w miejscu, gdzie akurat droga zrówna się z płynącą wodą, i wszystko wokół wskazuje na to, że raczej czeka mnie większy skok przez błoto i wodę - jednak rzeźba terenu mnie zaskuje, a potok przepływa sobie pod drogą kilkadziesiąt metrów poniżej, co pozwala spojrzeć wzdłuż głębokiego wozu z góry. Zapatrzonym w krajobrazy radzę tu jednak uważać, bo tak jak droga zakręca o kolejne 90 stopni, tak szlak po przejściu ponad strumieniem raczej nie ma zamiaru skręcić, ładując się na nie do końca wyraźną ścieżkę, krótko za to intensywnie wspinając się na górę. Kawałek prostej, i ląduję w środku wyraźnie dwupoziomowego bukowego lasu, który swe prawdziwe piękno  odkrywa dopiero jesienią, kiedy to całość zapłonie żółcią i czerwienią. Z kolei podejście pod Gromnik to całkiem dobra próba sprawności, którą niestety okupuję jednak kilkukrotną zadyszką.
Szczyt Gromnika to całkiem przyjemne miejsce na odpoczynek. Ławeczki, stoliki, nic tylko rozłożyć się z piknikiem. Odbudowana szachulcowa wieża widokowa zachęca do spojrzenia z góry na okolice, niestety otwierana jest jedynie dla wycieczek zorganizowanych lub przy okazji większych festynów. Tak więc po krótkim odpoczynku i przebuszowaniu terenu pod kątem najciekawszego zdjęcia wieży, powolnym krokiem wchodzę znów na żółty szlak, aby nim powrócić do Krzywini.

piątek, 31 maja 2013

Tuż przed wniebowstąpieniem...




Co prawda to zdjęcie o wiele lepiej pasowałoby wczoraj, ale dopiero dziś odkryłem ten temat. Z kolei dwa dni temu co prawda na moich oczach stawiano "kolejnego papieża" na Nadodrzu, jednak nie miałem przy sobie aparatu. Z kolei na łażenie z aparatem po procesjach nie miałem czasu...
Tak więc dopiero dziś, za to myślę, że temat zdjęcia ciekawy: zwieńczenie wieży kościoła greckokatolickiego na plac Nankiera, jeszcze przed ich umieszczeniem na szczycie.

PS. Że Galeria z założenia jest jednego zdjęcia, to inne zdjęcia dostępne są na facebooku. 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rościszów - I love it!!!


I kolejny wpis z gatunku "galeria jednego zdjęcia". Tym razem, romantycznie kolorowa ruinka z Rościszowa. W przeciwieństwie do pewnego opuszczonego dworku na Wzgórzach Trzebnickich,akurat ta rudera jest   zamieszkana, choć jej stan sugerowałby coś zgoła odmiennego. I choć biały puch raczej sugeruje coś innego, to jak żyw przypomina mi to zdjęcia pewnego greckiego mistrza fotografii, który zamiast tworzyć klasyczne pocztówki z antykiem, to upodobał sobie właśnie zdjęcia takich zniszczonych drzwi czy murów, na których przepięknie widać historię pradawnego domu. Ech, po trosze to fakt zaniedbania - ale zawsze nurtuje mnie co sprawia, że pewne rzeczy popadają w ruinę w standardowy, ohydny sposób, a inne - niczym motyl przybierają swoją piękniejszą formę...