czwartek, 10 stycznia 2013

Podróże to prawdziwy lajfstajl


Jak co roku Onet organizuje konkurs na Blog Roku. Niestety, w tym roku, z sobie tylko znanych przyczyn, postanowiono zlikwidować kategorię blogów podróżniczych, jakby blogi te zniknęły z internetu. Prawdziwy podróżnik, Marek Kamiński, przydzielony został jako juror do grupy blogowych pamiętników, natomiast podróżników dzielących się wrażeniami ze swojej grupy na siłę upchnięto do tej samej grupy, co blogi piszące o ciuszkach i modzie. Nie uznaje się udziału blogów podróżniczych w o wiele bardziej pasujących do nich kategoriach "Pasje i zainteresowania" (jakby turystyka nie była  pasją czy zainteresowaniem), "Ja i moje życie" (mimo iż dla wielu podróżników to jedyny sposób na nadanie kierunku największej swojej podróży jaką jest życie). Aby jeszcze zmniejszyć szanse na zdobycie jakiegoś szanowanego miejsca, jurorem mającym dokonać wyboru między chwaleniem się ciuszkami i kreacjami a podróżami ma być Anna Mucha, jak piszą organizatorzy konkursu "ikona mody i stylu". Czy uważacie więc, że jej wybór będzie obiektywny i uczciwy, czy też uważacie, że organizatorzy skazują wszystko, co nie jest blogiem modowym na przegraną?
W odpowiedzi na takie zlekceważenie, autorzy blogów skrzyknęli się w akcji "Podróże to prawdziwy lajstajl", publikując wpisy pokazujące co myślą o tegorocznej edycji konkursu. Choć mam swój drobny udział w ostatecznym wyglądzie logo, nie mogłem uczestniczyć w głównej fali tej akcji. Ironicznie, przeszkodą była... podróż, przelot samolotem. I z oporami działający internet na lotniskach i w małym francuskim hoteliku - choć niby to Europa, to w mniejszej skali odczułem problemy z którymi spotykają się inni podróżnicy, o bardziej światowym zasięgu. Choć może większym problemem było zagubienie się w nadmiernym tempie rozwoju akcji, w narzędziu które używane było do komunikacji (bo mimo używania go od dwóch lat, wciąż nie umiem używać wielu narzędzi facebooka). Lecz mimo iż jestem gdzieś poza główną falą tej blogowej powodzi, myślę, że warto chociaż wrzucić jakieś info o akcji. I życzyć zarówno im, jak i sobie, aby onet zmienił swoje podejście do blogów podróżniczych w następnym roku.

Poniżej lista blogów uczestniczących w akcji:
Alicja i Andrzej // losviaheros.pl
Ania i Jakub // podrozniccy.com
Kuba // guideless.tv
Ania i Rafał // zlaptrop.com
Ewa // www.dalekoniedaleko.pl
Gosia i Romek// nawlasneoczy.wordpress.com
Ania // www.cuba-miamor.blogspot.com
Renata// polonia-sardynia.blox.pl
Monika // www.wokoloswiata.blogspot.com
Joanna // www.wedrowni.ufale.pl
Anna (plus Tom plus Hanna plus Mila) // www.thefamilywithoutborders.com
Ola // pojechana.wordpress.com
Michał // torellexpedition.pl
Maciek // http://skokwbokblog.com/
Emilia // emiwdrodze.wordpress.com
Agnieszka i Tomek // www.naszcalyswiat.pl
Łukasz // lkedzierski.com
Marek // www.zyciewtropikach.com
Kuba i Asia // http://bezdomu.wordpress.com
Karolina // http://koralinatropiprzygody.wordpress.com
Paweł Kra Kra // http://travelerlife.wordpress.com/
Magda // http://www.careerbreak.pl
Magda i Tomek // http://www.magda-tomek.com
Luiza i Bartek // http://lbtu.blogspot.com
Paulina i Rafał // www.vagabundos.pl
Karolina // http://ethno-passion.blogspot.com/
Witold // http://wypadnaweekend.blogspot.com/
Rafał // http://www.drwartacz.blogspot.com/
Karol i ekipa Busem Przez Świat // www.busemprzezswiat.pl
Karol // www.nowak.com.au
Kami // www.mywanderlust.pl
Kasia i Maciej // www.ruszajwdroge.pl
Ania // www.kronikiegipskie.blogspot.comSzymon // www.znajkraj.pl

środa, 2 stycznia 2013

W pośpiechu chaosu (Zagubione wspomnienie jesieni)


To już zima. Lecz gdzieś się kawałek jesieni w przedświątecznym przygotowaniach zawieruszył – więc dziś go wyciągam.

Poranne mgły


Poranek. Mleczna mgła odbarwia zżółkłe ze starości trzciny. Niemrawo płyną szarobure kaczki. Na siedzeniach porzuconej przez ludzi kawiarni zasiadają tylko brązowe jesienne liście, te same, które na stołach tworzą zarazem obrus, zastawę i bogate jesienne dania jedynie przy niektórych stolikach okraszone połyskującym kasztanem czy wciąż zielonym żołędziem.
Tak właśnie powitała mnie Trzebnica, gdy wczesnym listopadowym rankiem przyjechałem do stolicy Kocich Gór w kolejne odwiedziny. Zamknięte wrota bazyliki nie zapraszały do zwiedzania, podobnie jak podwórza klasztoru dziś jakby zupełnie nieprzyjazne ludziom. Wiatr zamienił zieleniejące jeszcze kilka miesięcy temu drzewa w odstraszające badyle. Więc trzeba iść dalej, przed siebie. Zza obsypującego się komisariatu każdego wędrowca obserwuje czujne oko Boga, wypatrujące najmniejszej skazy na grzechu, śladu przewiny, powodu do oskarżeń. Więc dalej iść, dalej, przed siebie, na rozdrożu uciekając w lewo, bliżej natury, bliżej drzew, pól, lasów.
Dopiero przy stawie odetchnąć można. Tak, woda, o ile akurat nie pędzi w swym żywiole, zawsze służyła ukojeniu duszy. Tak i tym razem jest, a otaczająca zewsząd mgła sprzyja melancholijnemu odpoczynkowi starganej nerwami duszy. Spokojnym krokiem przejść można pomiędzy dwoma stawami, obok metalowego żagla na brzegu, spoglądając na wlokące się po wodzie kaczki, jakby wciąż jeszcze przez sen dryfujące z prądem. Zakratowany most blokuje dostęp do wyspy, współczesnego grodziska.

Budowle ukryte wśród drzew

Na szczęście park nie zamknięty, brama otwarta. Dróżki nieuprzątnięte z opadniętych zbrązowiałych liści przypominają, że późna to już jesień i wkrótce czapkę przyjdzie nosić. Lecz póki jeszcze śniegi nie spadły, póki droga nieśliska, kościół malutki w parku odwiedzić można. Chciałoby się powiedzieć kościół malutki, skromniutki – bo tak się z zewnątrz zapowiada. Gdy jednak do środka zajrzeć – kościółek pełen zdobień, jasny, kolorowy, niczym chwałę Pana mający jak najpiękniej oddać. A może to duma i pycha, grzech zamknięty w kolorze, diabelska ułuda, czarcie kuszenie pięknem? Kolorowe rośliny oplatają każde załamanie, każdy łuk, a sufit, niczym niebieski dywan z ozdobnymi wykończeniami krawędzi ponad głowami rozpostarty. I tylko te marmurki takie plastikowe, niczym drewno ozdobną taśmą oklejone – a mimo to piękne.


Ech, byłbym zapomniał, gdzieś po drodze domek jakiś biały, liśćmi zasypany, niczym by się w chowanego z człowiekiem bawił. Drzewko jakieś przygarnął, aby za nim się schować, okna deskami zakrył aby się lepiej zamaskować. I tylko ściany białe zostały, jakby mchem zapomniał ich zamaskować.




Czerwona królowa wśród kolorowych pól kapusty

A na górze, wraz ze mgłą, magia jesieni się powoli rozwiewa. Wokół tylko puste o tej porze roku pola i sady. Wśród straszących swymi łysymi badylami drzewek mieni się czerwona królowa. Niczym korale, setki niezebranych przez sadownika jabłek cisną się na jednym drzewku, rozpychają się. Wręcz krzyczą: zbierz mnie, uratuj przed szpakami – a odwdzięczę ci się niesamowitą słodyczą. Czemuż jedno drzewko pozostawione z ciążącym brzemieniem owoców? Któż to wie... z pewnością nie ujadający pies który ich pilnuje, więc po cóż go pytać?


A dalej trawy... bardziej zielone, czy może bardziej żółte? Wypłowiałe i wyschnięte, zasuszone i martwe, czy wciąż jeszcze żywe? Gdzież jest granica? I jak ustawić balans bieli, aby to piękno oddać? Kontrast, nasycenie, odcień i temperatura światła – niewiadome matematycznego równania, które nie ma rozwiązania.
Tymczasem... to już siedziby ludzkie. 


Długie drewniane żerdzie podtrzymywane przed upadkiem podpierającymi je pionowymi tyczkami, tworzą stos. Tak samo jak stos tworzą czerwone cegłówki, wciąż jeszcze ułożone w kształt wielkiego, sypiącego się ze starości pałacu, który nie wiadomo jak długo jeszcze będzie dawał dach nad głową kryjącym się w jego wnętrzach ludziom. Więc dalej to, dalej, zanim piękno uleci, zanim się pałac rozsypie. Dalej, więc dalej, na przełaj przez morze kapusty, przez rozpostarte liście spomiędzy których już dawno ktoś powyżynał jakże cenne głowy. Liście, po których spływają krople rosy, liście, które wciąż jeszcze potrafią ułożyć się w kształt łudząco kwiat przypominający.
Lecz dalej, iść dalej, przez pola, pod mostem, znów do siedzib ludzkich wracać. Do siedzib zamieszkanych... i tych opuszczonych, pałaców zaniedbanych, ciszą i porzuceniem straszących. Do szyldów rudą rdzą ociekających, do farb płatami od ścian odpadających, do ciemności przez pojedyncze promienie światła jedynie rozproszonych... lecz nie o nich dziś gadać, historie to zbyt straszne, więc dalej, i dalej, od strachów uciekać. Pod mostem, torami, od strachów uciekać...
...

UWAGA!!! ZAKAZ WSTĘPU - TU STRASZY!!!

Brąz -kolor który uspokaja

Roztaczające się wokół ciepło brązowych liści uspokaja. Choć kolejowe tory nadają pewien kierunek, to wystraszone wciąż myśli rozbiegają się wokół. I tak też wędruję – to trochę dołem, niczym pociąg po torach, to trochę górą, nasypem. Co chwila przystając na zdjęcia – a to malowniczy szyn zakręt wśród drzew jesiennych, a to krzaczki jeszcze niziutkie, kilkucentymetrowe ledwie – w swej szarości niczym martwe wśród jakże żywych kolorów liści. A przecież to one, te krzaczki są żywe, a te liście choć zwiędłe, to zwiędłością swą kolorowe, żywot swój dawno zakończyły. Jakże złudnie obrazy bawią się z naszym umysłem.
Kawałek dalej kolejny nasyp, odbić od torów mi tu trzeba. Aby wspinaczki sobie zaoszczędzić, już na początku po zewnętrznej stronie go przechodzę. Kawałek dalej droga, która dopiero co porzucone tory w poprzek mostem przekracza... ech, szkoda żem z torów zboczył, bo most przepięknie się zapowiada, lecz cóż, schodzić i wchodzić ponownie nie będę, zwłaszcza że nie wiadomo jak daleko się cofać trzeba aby piękno mostu docenić. Więc czas zaoszczędzony na odpoczynek przeznaczam. Pod dębem pradawnym, który wszystkich wokół już przeżył i sam jeden na środku pozostał. Zbyt daleko mu by do innych drzew zagadać, stary gaduła liśćmi mnie próbuje zaczepiać, dawne dzieje opowiadać. Historie zapewne piękne, spisania godne – lecz cóż z tego, skora ja szeptu liści zrozumieć nie umiem? Więc jedynie posiłek mój śpiewem wiatru wśród gałęzi umila, i cienia kawałek użycza – bo choć ciepła już słońce nie daje, to nisko stojąc na niebie oczy oślepia.

Jesienna kawiarenka


Do domu wracać już pora

Lecz skoro słońce na niebie nisko – do domu wracać pora. Polami, miedzami... drogą której nie ma. Na płaskim idzie się niczym po grudzie, bo ziemia gliniasta w bryły zbita. Lecz jeszcze gorzej na zacienionym stoku – tu, choć wieczór, ziemia z porannej rosy jeszcze nie wyschła. Więc stawiam krok za krokiem, a buty co rusz w dół uciekają, gdy tylko je na śliskiej ziemi postawię. Zmoczone grudy, pozornie twarde, błotnista otoczką obrosły, co nie tylko się na niej człowiek ślizga, ale i gliniastym błotem spodnie szybko brudzi. A potem znów do góry... lecz to już cywilizacja. Droga, choć wciąż polna, tu już utwardzona, ułatwia wędrówkę znużonym nogom. Wokół... sady, jabłonie. Niektóre wciąż obwieszone czerwonymi, soczystymi jabłkami... grzech nie skorzystać. Idąc dalej, jabłonie powoli ustępują miejsca budynkom, najpierw małym sporadycznym drewnianym altankom, później już murowanym domkom jednorodzinnym, później wiekowym kamienicom. A więc to już koniec wędrówki na dzisiaj...

czwartek, 6 grudnia 2012

Zanim spadł śnieg...


Dziś znów spadły jakieś drobiny śniegu, choć główną uciążliwością okazał się lód. Dla tych, którzy nie chcą się pogodzić z tymi utrudnieniami - na pocieszenie zdjęcie z epoki "przedlodo(wco)wej" :)

wtorek, 20 listopada 2012

Jesienna droga krzyżowa

Kolejny tydzień, i kolejna wyprawa w okolice Wałbrzycha. W końcu nie licząc Ślęży, to najbliższe od Wrocławia góry, a na jesieni w górach mi naprawdę zależało. 
Wybór padł na Boguszów-Gorce. Nawet nie wiedziałem, jak górskie to miasteczko... bo kto był, to z pewnością widział tabliczki informujące, że właśnie w tym mieście znajduje się najwyżej położony rynek (a więc i oczywiście ratusz w Polsce). Chociaż 591 m. n.p.m. to wysokość nie robiąca wrażenia na miłośnikach gór, to fakt pozostaje faktem. 
Tak więc po pozostawieniu samochodu kawałek za ruderą porzuconego kościółka, postanowiłem zajrzeć na ten rekordowy rynek, niestety pogoda nie sprzyjała robieniu zdjęć. Do Kościoła Świętej Trójcy też nie dało się wejść z powodu trwającej akurat mszy, wspomniana ruderka choć robiła dobre wrażenie, to poprzez zbyt silne kontrasty ścian zewnętrznych i ciemnego wnętrza też nie okazała się fotogeniczna. Tak więc zupełnie nieświadomie czym prędzej udałem się do tego, co jest największą atrakcją Boguszowa – w góry. Chełmiec na mapie wyglądał ciekawie, dawał duże możliwości kombinowania z krótszymi i dłuższymi pętelkami, a zaznaczone przy szlaku przydrożne kapliczki mogły stanowić dodatkową atrakcję. 



Przechodniu! 
Idąc tą drogą pomyśl o tych, 
którzy na tej ziemi 
i pod tą ziemią 
żyli, pracowali 
składali ofiarę życia 

cytat z kamienia rozpoczynającego drogę krzyżową górniczego trudu 




Gdy tylko mijam ostatnie zabudowania, ukazuje mi się pierwszy z kamieni ociosanych w kształcie nagrobka. To hołd złożony ofierze górników, którzy wydobywali w tej okolicy wszelkie dobra mineralne. Choć pierwszy z pomników poświęcony jest górnikom wszelkich kopalni, to dalsze etapy drogi krzyżowej poświęcone są górnikom wydobywającym poszczególne skarby ziemi: uran, beryl, węgiel, złoto... 
Idąc dalej przed siebie, dochodzę do skrzyżowania, a kolorowa droga kusi żeby choć trochę zboczyć z zielonego szlaku, choć kawałek zajrzeć na nią. Jak się później okazało, dobrze że wcześniej nie skręciłem tutaj i trzymałem się pierwotnych planów. Wciąż idę ogromną polaną, z której mam rozległy widok na Masyw Dzikowca i Góry Suche, niestety przy tej pogodzie chowające się w cieniu. 


Dopiero przestępując granicę lasu mam okazję docenić piękno jesieni. Choć zawsze uważałem wzniosłe buki za drzewa nudne, ze swą prostą sylwetką niczym jaka sosenka, ze swą gładką korą... tutaj, w barwach jesieni po raz pierwszy doceniam ich prawdziwe piękno. Choć o tej porze roku stoją już łyse, a barwy jesieni to jedynie leżące na ziemi opadłe liście i wciąż brązowe gałązki młodziutkich, kilkunastocentymetrowych dopiero buczków, to nawet patrząc w górę widzi się pewne piękno. Może buki okazują swe piękno dopiero gdy niebo wokół staje się równie szare jak ich kora? 

Okrężną drogą do schroniska

Dochodząc do skrzyżowania szlaków, wybieram kontynuację drogi krzyżowej. Chociaż kusi szybkie dostanie się do schroniska, to z ciekawością podążam szlakiem coraz to kolejnych kopalni. Niestety, kopalnie lokalne się skończyły, a na kolejnych tablicach pojawiają się górnicy Francji, Niemiec, itp. Choć oczywiście i im należy się szacunek, to powoli z genialnego pomysłu zaczyna przebijać znużenie i pytanie, czemu górnicy akurat tych krajów, a nie innych? Czy byli jacyś lepsi, czy wsławili się czymś specjalnym? Czy tylko ilość przystanków się musiała zgadzać, a nie było już żadnej kopalni lokalnej? 
Niestety, szeroka droga kawałek dalej zamienia się w okropne bagno. To myśliwi zjechali się tu samochodami terenowymi, niszcząc drogę. Pewnie za jakiś czas ziemia spłynie, i pozostanie normalna kamienna droga... na razie jest jak jest. Kolejny zakręt – i dochodzę do Chełmca. 


Niestety, schronisko zgodnie z oznaczeniem na mapie jest schroniskiem nieczynnym. Jak powiedzieli mi napotkani przypadkowo turyści, którzy dotarli tu z Wałbrzycha, w sezonie można nawet spożyć coś w środku, jest odpłatne wejście na wieżę widokową, niestety zarządcy terenu jakby niechętnie brali się za zarobek. Jako jedyny cel tego wzgórza widzą rozstawienie tu setek anten, które roznoszą informację na całą okolicę, psując niestety widok dosyć ciekawego kamiennego schroniska, łudząco przypominającego jakąś średniowieczną warowną basztę. 

Deszcz nas przegania do domu

Niestety, ciężkie krople deszczu sugerują, że być może pora wracać do domu. Na szczęście deszcz nie był na tyle intensywny aby zdecydować się na szybki powrót żółtym szlakiem i dokładne powtórzenie drogi, którą przyszedłem. Tym razem szlakiem niebieskim, w kierunku Wałbrzycha, schodzę ostrożnie na dół aby po okręgu pełnym błota wrócić do miejsca, gdzie pozostawiłem myśliwych. Droga tutaj jest już zupełnie rozjechana, co sugeruje, którędy przyjechali. Na szczęście gdy docieram tu, jest tu już zupełnie pusto. Tylko dzięki temu dostrzegam kolejny punkt drogi krzyżowej. Pozostaje pytanie, czy pęknięta płyta kamienna to taka ekspresja artysty nawiązująca do nazwy kolejnego etapu, Rozdarte szaty, czy efekt dużego ruchu samochodowego tutaj, zarówno ze strony myśliwych, jak i drwali i leśników, co sugerują liczne tu bale z wycinki? 
Choć chwilę znów szedłem zielonym szlakiem, to gdy ten ostro zakręca, ja idę prosto niebieskim. Gdzieś w przerwie między drzewami daje się dostrzec niewyraźny zarys Trójgarbu, jakby oddalony przez delikatną mgłę. Kawałek dalej wysoki las przechodzi w niski młodnik, a mi przychodzi zejść w dół tą samą drogą, którą obrał sobie jakiś okresowy strumyk górski, zabierając prawie całą szerokość drogi. Odchodząca w bok ścieżka znów zachwyca pięknem jesieni, a dzięki nachylonemu stokowi nie przeszkadza, że to znów tylko te niższe drzewa się kolorowią – dzięki pochyłości terenu brązy rozpościerają się zarówno poniżej mnie jak i powyżej, co sprawia wrażenie, jak to także te wysokie drzewa nabrały jesiennych barw. Jeszcze kawałek niżej, lekko zakryty za wzrokiem idących drogą kolejny młodnik, w którym kolorowe młodziutkie buki bawią się kolorami z bielą wiotkich brzózek... 




I jeszcze jeden szczyt po drodze

Deszcz już dawno pokazał, że mimo ciężkich pierwszych kropel jest zbyt leniwy aby spłukać z gór jesień. Tak więc mając w perspektywie powrót asfaltem lub zrobienie dodatkowego kółeczka wokół Mniszka, to mimo późnej pory decyduję się na to drugie. I trzeba przyznać, że był to wybór dobry. Po przejściu przez pole (gdzie oczywiście szlaki bawią się z turystą w chowanego), niesforne szlaki od razu pokazują, że gdzieś mają jakieś mapy i one same sobie wybiorą ładniejszą drogę. Wąwozik, którym wbrew wszelkim znakom na papierze niebieski szlak dosyć stromo wspina się na szczyt szybko mnie odstraszył, wybrałem więc o wiele spokojniejszą trasę szlakiem czerwono, mniej więcej na stałym poziomie obchodzącym wzniesienie. Tu nawet iglaki pokazują, że o tej porze roku zieleń jest nie modna – oczywiście mowa o modrzewiu. Gdy już ponad połowa kółka jest zrobiona, coraz częściej słychać odgłosy ruchliwej drogi, na szczęście szlak ucieka ledwo w górę, aby schować się za naturalną barierą dźwiękoszczelną z szerokiego pasa drzew. Kawałek dalej zainteresowany tabliczkami odstraszającymi podchodzę zielonym szlakiem rowerowym kawałek w kierunku szczytu Mniszka. Niestety, chyba zbyt dużo oczekiwałem, po opisach zasugerowałem się że znajdę tu jakieś jaskinie, a napotykam raczej jakieś wąskie szczeliny podziemne, jakby jakieś pokopalniane rozpadliska. Tak więc dalej czerwonym szlakiem, w kierunku Osiedla Grunwaldzkiego. Niestety, okazało się że choć szlak jest dosyć wyraźnie oznaczony, to jakiś rolnik zagrabił sobie drogę należną szlakowi (zapewne, oprócz wąskiego skrawka dodatkowej ziemi chodziło i całkiem spory kawałek ogrodzenia) więc przychodzi przedzierać mi się przez ogrodzenia. 

Osiedle Grunwaldzkie nie należy do wielkich atrakcji, za to kawałek dalej za nim, gdy szlak odbija od głównej drogi, gdzieś spomiędzy ogołoconych z liści drzew przebija jakże piękny jesienny krajobraz. Choć normalnie człowiek tego sobie nie uświadamia, to nasz ludzki umysł eliminuje sobie z krajobrazu te zasłaniające przeszkody, gdzieś dopisuje brakujące elementy kolorowego dywanu drzew rozłożonego na drzewach. Niestety aparat nie wykazuje ani odrobiny wyrozumiałości ani wyobraźni i zbyt wiernie odwzorowuje rzeczywistość, zbyt wiele uwagi poświęcając przedniemu szpalerowi drzew, który umysł tak ładnie sobie wyciął. Pozostaje iść dalej, i kto chce ponownie dość do szlaku zielonego, może skrócić drogę przy zakazie skrętu (z dopiskiem „Nie dotyczy pojazdów UM”) choć musi się liczyć z ominięciem malowniczego zakrętu kawałek dalej. Jeszcze kawałek, i dochodzę do drogi, która kusiła mnie do zejścia z zielonego szlaku na początku wycieczki, a to oznacza, że to już prawie koniec wędrówki. Tak więc spokojne spożytkowanie zapasów czekolady i herbaty, i ostatnim brązowym od liści wąwozem pora wrócić do cywilizacji...

sobota, 10 listopada 2012

Zima do jesieni przyjechała w odwiedziny

Przyjechała zima do jesieni w odwiedziny. Jak co roku się zbierała, pakowała, lecz zawsze wybierała się niczym sójka za morze. Lecz wreszcie raz jej się udało – i odwiedziła jesień zanim ta się ze swych terenów wyniosła. Lecz cóż myślicie, że się jesień ucieszyła? Naindyczyła się, napuszyła, zafoszyła... że jak to, że ty już mnie wyganiasz? Przecież to październik jeszcze, a ty już chcesz mi tereny zabrać i na biało wszystko przemalować? Przecież ja jeszcze zieleni dobrze w żółcie i brązy nie zmieniłam, a ty już chcesz wszystko na jednolity kolor? Gdzież ty mi ze swymi zaśnieżonymi buciorami na me kolorowe dywany?
Próżno się zima tłumaczyła, przepraszała, o przebłaganie prosiła. Tak się jesień wzburzyła, tak drzewnymi ramionami wstrząsnęła, że aż się wszystkich liści z brzóz, dębów i buków pozbyła... i choć pozornie wygrała, a ziemię znów pokryły kolorowe liściaste kobierce, to jednak dużo nie zyskała, bo drzewa prawie wszystkie swej kolorowej ozdoby się pozbyły – i choć chwilowo pięknie było, to już było widać, że jesień swego piękna długo nie pociągnie.

Stary Książ po raz pierwszy, choć po raz kolejny

To był kolejny wyjazd do Starego Książa. Kolejny, bo mafia wrocławskich duchów i zjaw zniszczyła mi kartę wraz zawartymi na niej zdjęciami. Ostatnio warunki fotograficzne też były ciężkie (lato, południowe ostre słońce, co akurat w staroksiążowej scenerii tworzy straszne kontrasty). Pora jesienna to nie tylko słabsze światło, ale dzięki wczesnemu śniegowi to także światło o wiele silniej rozproszone. 

Ale do Starego Książa najpierw trzeba dotrzeć. Zawieja z poprzedniego dnia co prawda ucichła i wiatr nie sprawiał problemów, za to topniejący na polu śnieg miejscami tworzył niemiłe kałuże. Gdy dobrnąłem do lasu, o mało nie pogoniłem w kierunku palmiarni zamiast Starego Książa, na szczęście coś jeszcze pamiętałem z poprzedniej wizyty – po krótkim szukaniu (i sprawdzeniu na mapie) znalazłem, że szlak idzie także za szlaban, co akurat było moim właściwym kierunkiem. Jeszcze tylko charakterystyczny wąwozik ze strumykiem, krótkie podejście i oto jest – Stary Książ. 

Jednak nie wspomniałem o pięknie przyrody po drodze. Śnieg posypany kolorowymi liśćmi to rzadki, a jakże piękny widok. Nie brzydsze są oczywiście wielobarwne drzewa, obsypane czapami śniegu. Drobne liście wciąż utrzymujące się na drzewach sprawiają, że śnieg o wiele bardziej trzyma się na gałązkach, co zmienia krajobraz na dwa sposoby – po pierwsze lekko rozmiękcza kontrastowe już kolory listków, z drugiej przygina niejedną brzózkę czy inne cieńsze drzewo o wiele bardziej, niż czynić to będzie w środku zimy, gdy śnieg swobodniej spada pomiędzy wąskimi witkami. 

A na zamku wojna 

Zamek, jak podaje definicja, to budowla o celach obronnych. Tak więc biegających wokół maniaków ASG należy potraktować jako dodatkowy klimat tego starego zamku, a nie jako dużą uciążliwość. Zwłaszcza, że nie dość, że całe ich wojskowe zabawy odbyły się akurat pomiędzy moim wyjściem z zamku a powrotem do niego, to jeszcze na szczęście towarzystwo „wojskowe” zaliczało się do tej grupy ludzi, których miło spotkać na szlaku. 

Za to zamek przysypany śniegiem dużo traci na swej zjawiskowości. Uważam, że rudawa ubita ziemia dobrze komponuje się z ceglaną kolorystyką zamku. Oczywiście, zamek wciąż jest piękny – ale nie tak bardzo jak w maju. Śnieg cieniutką warstwą skrywa część tego piękna, a i zamek skąpany w cieniach wygląda ciekawiej. Jednak piękna w zamku tak dużo, że nawet w śniegu wygląda lepiej, niż niejedna ruina w najbardziej sprzyjających okolicznościach. 

Trochę spokoju na drodze



Po krótkim zwiedzaniu Starego Książa wybieram się w dalszą drogę, tym razem w przeciwnym kierunku niż poprzednio. Zastanawiałem się nawet, czy nie odszukać na czerwonym szlaku miejsca widokowego, z którego ostatnio podziwiałem „nowy” zamek, jednak wybrałem szlak zielony do zabytkowego cisu Bolko. Dzięki temu, że jesień strąciła już znaczną część liści z drzew, nagle odkrywam nowy punkt widokowy na duży zamek. Gdzieś między gałęźmi wypatruję część twierdzy obronnej... i to tylną. Choć oczywiście strona wejściowa Książa jest o wiele bardziej reprezentacyjna i spektakularna, to podziwiając panoramę zamku zdecydowanie piękniejsza wydaje mi się tylna, kamienna część zamku. 

Dziś i sama droga funduje mi dodatkową atrakcję – miejscami gruba warstwa śniegu połączona z mieszanką mokrych liści pod spodem powoduje, że schodząc w dół trzeba obrać inną taktykę – nie zawsze daje się normalnie zejść w dół, za to daje możliwość wykonania wielu zjazdów na butach. Choć niejednokrotnie zjazdy te odbywają się w niskim przysiadzie, a czasem i dosłownie na czterech literach, to atrakcji co niemiara... tak więc polecam tą drogę (oczywiście w tym samym kierunku) w okresie zimowym. 

Wąwozem Książ, czyli przełom Pełcznicy

Nic co piękne nie trwa wiecznie, i w końcu docieram do dna doliny, do wijącej się meandrami rzeki. Choć teraz wygląda jak zwykła rzeka, to w maju przełom Pełcznicy bije swym krajobrazem wiele miejsc popularnych wśród turystów. Za to o tej porze roku zupełnie blisko spotkam dzięcioła. W życiu ledwie kilka razy zdarzyło mi się wypatrzyć go gdzieś z daleka, nawet jego charakterystycznego dziobania w drzewa zbyt często nie słyszę – ten dawał się podejść tak blisko, że wyraźne były jego kolory i dopiero wtedy odlatywał kawałek dalej, bawiąc się ze mną niczym w berka. 

Kawałek dalej bagienko przy drodze. Ot, kwadrat wielkości boiska do koszykówki. W porze letniej światło przebijające się przez liście tworzyło cienie budujące charakter tego miejsca – dziś to uroczysko równomiernie oświetlone (niczym sportowe boisko do gry w koszykówkę :) nie tworzy żadnego klimatu a co gorsze, nie widać nawet jego bagniskowatości, co może stwarzać zagrożenie dla potencjalnych szwendaczy. Gdzieś po drodze minąłem zamocowany w skale mostek, krótkie obejście miejsca w którym nie ma naturalnej ścieżki. Tak jak mostek sam w sobie jest łatwy do pokonania, jednak tuż przed nim wąska w warstwie śnieżnego puchu nie dość że prawie zanika, to zbliża się tak blisko krawędzi, że nawet lekkie ześlizgnięcie nogi może zaowocować upadkiem o 2 metry w dół. Na szczęście odrobina ostrożności wystarczy, aby przejść ten kawałek, choć odrobina strachu gdzieś tam drąży umysł, choć to właśnie dzięki niej człowiek decyduje się na większą rozwagę. 

Półmetrowy wodospadzik też traci na urodzie w tych warunkach pogodowych, bo śniegu wciąż jeszcze zbyt mało, aby rzeka skryła się pod warstwą lodu, a zacienienie rzeki schowanej w wąwozie plus woda silnie zmącona wzburzonym nurtem sprawiają, że wszystko staje się szare i bure. Oczywiście, wokół pełno jesiennych drzew – jednak jednostajny szum wody sprawia, że to rzeka jest tu główną gwiazdą, a ta akurat nie przybrała dziś swego makijażu. 

Za to idąc dalej czerwonym szlakiem ku zamkowi, jakoś bardziej widzi się jesień. Wokół pełno kolorowych liści. Choć trochę dalej od drogi to głównie już drzewa o grubych pniach, to bliżej drogi widać głównie brzózki o cienkich pniach, uginające się pod ciężarem czap śniegu. Tak, trzeba przyznać, że tak wczesna zima to trudna próba dla młodych drzewek, bo dzięki liściom tworzą się większe (cięższe) czapy. Stare drzewa zdążyły stworzyć sobie twardy pień, który utrzyma trzon drzewa, najmłodsze nie mają jeszcze tak rozłożystej korony a równocześnie bardziej elastycznie poddają się naciskowi, jednak te średnie – trudno powiedzieć ile z nich przetrwa ten okres... 

Powoli do domu wracać pora...

O samym zamku Książ nie będę się rozpisywał, bo tym razem go nie zwiedzałem, zajrzałem jedynie do schowanego gdzieś w piwnicy baru. Połowa pętli zrobiona, warto się posilić. Aż dziwnie wygląda Książ gdy te wszystkie budy przed pierwszą bramą są zamknięte. Po posiłku pora ruszać dalej. Szlakiem niebiesko-żółto-niebieskim udaje się w kierunku Starego Książa. Jeszcze przez chwilę podziwiam jesienno-zimą dekorację lasu, jednak przy pierwszym ostrym skręcie przy rododendronach bardziej zwracam uwagę na drogę. Choć droga wije się prawie cały czas na jednej wysokości, nie ma większych wejść czy zejść, to właśnie taka droga najbardziej kojarzy mi się z drogą górską. Droga z wygładzonych setkami kroków dużych kamieni, z jednej strony opadająca stromo w dół i odsłaniająca widoki na naprzeciwległe zbocza, z drugiej ograniczona kamiennymi blokami wspinających się stromo ku górze. Mimo śniegu i jesiennego ubarwienia liści, wydaje się wyglądać tak samo jak w maju, bo przecież to nie żywa, a martwa natura stanowi głównie o jej pięknie. A przecież skały nie zmieniają swych ostrych kształtów niczym zgrubnie ledwo ociosany kamień, a prawie pionowe powierzchnie raczej nie utrzymują trwale śniegu, który uchować się może jedynie w drobnych zagłębieniach. 

Jednak ta droga kiedyś się kończy... na drugim jej końcu znajduje się spore wypłaszczenie. Choć droga przestaje tu być tak wyraźna, a i znakowanie szlaku nie zawsze zdaje się zbyt dobrze, to jednak ciężko się tu zgubić. Więc w tym okresie przejściowym, zamiast skupiać się na wypatrywaniu właściwej drogi, lepiej napawać się pięknem drzew. Główna droga w dół, nie dość że szeroka, obchodzi to wzgórze takim łukiem, że z którejkolwiek strony by go nie okrążać trudno by tu zbłądzić i zejść w dół w niewłaściwym kierunku. To chyba najmniej strome zejście/podejście na całej trasie, trasa co rusz zakręca, nie ma ostrych zakrętów, nie ma ostrych zejść. Za to wokół pełno brzózek przygiętych ciężarem ogromnych czap śniegu, z którego to znaczną część uwalniam w ramach zabawy, dając szansę cieniutkim drzewkom znów dumnie spojrzeć ku niebu. 

Patrzcie do góry

W miejscu tym schodzi się bardzo łatwo, więc szybko docieram do mostka przerzuconego nad rzeką. Niestety, za mostkiem trudno odnaleźć szlak, na szczęście w mocno przerzedzonym poszyciu drzew łatwo wypatrzyć mury zamku. Tak więc na czuja obieram jedną z dróg, która okazuje się właśnie zaplanowanym na ten odcinek żółtym szlakiem. To dosyć strome podejście, a wchodzenia nie ułatwia fakt, że tą samą drogę (choć oczywiście w kierunku przeciwnym) wybrała sobie woda spływająca ze szczytów do głównego koryta Pełcznicy. Tak ostre nachylenie stoku sprawia, że częściej spoglądam ku górze. To dzięki temu zauważam, że choć na ziemi pełno jest śniegu, to na gałęziach wysokich drzew jest go raczej mało. Jakże pięknie wyglądają kolorowe, jesienne liście na tle błękitnego nieba... 

Zjawa ze Starego Książa

Jeszcze kawałek i ponownie dochodzę do Starego Książa. Choć zmieniło się oświetlenie, to wciąż nie zyskuje dużo na swym pięknie. Jednak wolę go podziwiać zatopionego w mnóstwo cieni i kontrastujących z nimi plam światła, w warunkach o wiele trudniejszych fotograficznie, za to o ile piękniejszych. A może to tylko problem ze śniegiem który przykrywa jego piękno? Któż to wie? Nie wiem tego ja, nie wiedzą tego także fani strzelania z ASG, których tym razem spotykam zmęczonych długą walką między sobą, próbujących z mokrych witek drzewnych wykrzesać trochę ognia na ognisku. Gdzieś między murami daje się zauważyć tajemnicza zjawa, choć nie słyszałem raczej o żadnej legendzie dotyczącej tego zamku. 

Słońce powoli zniża się nad horyzontem. Jeszcze kilka fotek na próbę, z drzewami schowanych w cieniu zbocza na tle jasnego słońca i można wracać do domu. W wielu miejscach śnieg już pokrywa warstwa wody, ciężko więc przejść suchą stopą, na szczęście w samochodzie czekają suche buty na zmianę. 
Na koniec powiedzieć muszę jedno: pętelka zahaczająca o obydwa zamki Książ jest przepiękna, i warto ją odwiedzać w różnych porach roku aby odkrywać kolejne jej uroki - bo o każdej porze roku największą atrakcją stają się inne jej zakątki. I strata to ogromna nie móc poznać ich wszystkich...

Zasmuciła się wielce zima, że jesień tak tą wizytę odebrała. A przecież tylko chciała ją odwiedzić, podziwiać jej piękne stroje w odcieniach brązu, przeplatane złocistymi ozdobami. Ustalić chciała kiedy ma już przyjść na stałe, czy przyjść dzień wcześniej, bo jesieni już spieszno na nowe ziemie, czy może odwrotnie, dać jej jeszcze tydzień więcej, na spakowanie, na uspokojenie sentymentu po opuszczanych ziemiach... nic nie ustaliły, więc zima w tym roku przyjdzie wtedy, kiedy jej będzie pasowało, i pewnie jak co roku spierać się będą zawzięcie, czy to już, czy jeszcze nie – a ludzie narzekać będą na przejściową chlapę, szarość i nudę. No cóż, nie zimy to wina, wszak próbowała, lecz skoro jej nie chcą, skoro tak przegnali – to i odeszła na razie w sromocie, aby za jakiś czas już jak na swoje tereny tu wrócić...


sobota, 27 października 2012

Utracone nadzieje na rudą jesień w górach...

Cieszyłem się jadąc do Sokołowska. Że nareszcie zobaczę prawdziwą jesień w górach, że znów jakieś nowe tereny. Dopiero gdzieś przy zjeździe na Rybnicę mocno zwątpiłem, gdy zobaczyłem kierunkowskaz na Andrzejówkę. Szybkie sprawdzenie na mapie – no fakt, tutaj już byłem, ale za późno, żeby wybierać nowy cel. Więc niech znów będzie Sokołowsko. 
Samochodem zajeżdżam dosyć daleko, prawie na koniec wsi. Przy którejś ścieżce odbijającej w lewo dziwię się, że nie ma czerwonego szlaku, przecież gdzieś tu powinien być. Spojrzenie na mapę mówi wszystko – czerwony odbija od szlaku żółtego w innym miejscu niż mi się wydawało, na poprzednim skrzyżowaniu. 
A więc do Andrzejówki znów szlakiem żółtym, jak ostatnio. Co prawda mógłbym zielonym, bo przecież żółty już znam – ale nie, zbyt krótki, i raczej atrakcji wielkich się na nim nie spodziewam. Gdzieś obok mnie niemrawo szemrze strumyk, po lewej mijam drewniany szałas tuż obok pionowej granitowej ściany. Gdy dochodzę do polany – pora odbić w prawo, bo właśnie tu szlak żółty odbija od zielonego. Jeszcze na płaskim odcinku przed podejściem mijam kierunkowskaz, który zawsze mnie rozbawia – Śnieżka – 48 godzin (wskazujący jakiś kierunek na przełaj). Choć kierunek pewnie dobrze wyznaczony, choć cel dosyć ponętny – to jednak te dwie doby odstraszają. Więc pozostaję przy wyznaczonym wcześniej celu – zamku (a właściwie jego ruinie) Radosno. 

Radosne ruinki

Jak każdy przyzwoity zamek obronny, zamek Radosno postawiony jest na terenie mającym ułatwiać jego obronę. Tak więc droga nagle odbija mocno w prawo, aby stromym podejściem doprowadzić na szczyt wzniesienia... po drodze kilkukrotnie wymuszając jednak choć krótki postój na zaczerpnięcie tchu. 
Jednak w pewnym momencie wreszcie ją widać. Zrujnowaną wieżę z cegłówek. W środku pusta, brak tu jakichkolwiek schodów, lecz wyrąbana jedna ze stron okrągłej ściany pozwala zajrzeć, a nawet wejść do środka. Po szerokości wieży łatwo się zorientować, że mieściły się tu tylko schody i raczej ciężko, aby znajdowało się tu schronienie dla broniących terenu. Dopiero tym razem, obchodząc teren wokół, dostrzegam inne szczątki dawnego zamku. 
Domyślać się tylko można dawnej wielkości tego zamku... dziś już nawet średniowieczne ściany nie wystają z ziemi. Gdzieniegdzie jedynie z podziemi, w niektórych dziurach i wykrotach daje się zauważyć kawałki łupkowych ścian. W historii tego zamku zapisano, że został on zniszczony jako siedziba lokalnych zbójów, zawsze jednak spodziewałbym się, że zniszczenie oznacza zburzenie. Tu... wydaje się, że zamek postanowiono zasypać, bo w dziurach w ziemi wciąż widać nie tylko kamienne ściany, ale i łuki zwieńczające przejścia między pomieszczeniami, znajdujące się poniżej poziomu stóp zwiedzającego ten teren. Zastanawia mnie jedynie, czy wieża była połączona z zamkiem, czy były to dwie niezależne od siebie budowle, połączone jedynie nadaną im funkcją?

Pozostaje jedynie przekroczyć wąski wąwóz mający jedynie znaczenie obronne, i dalej szlak żółty prowadzi zupełnie płaskim terenem. Gdy kilkanaście minut później kończą się iglaki, wychodzę na teren leśnego młodnika, a dalej już polany powstałej w wyniku wycinki drzew. Sztucznie uzyskane łysiny drzew, powstałe w wyniku wyrębu drzew, nie napawają optymizmem, na szczęście żółty szlak już za chwilę wraca do lasu. Choć pogoda sugeruje, że może warto by pomyśleć o skróceniu trasy, na szczęście nie rezygnuję. Droga przez dłuższy odcinek staje się typową ceprostradą którą przejechać by można dowolnym samochodem osobowym, dlatego zwłaszcza po minięciu niebieskiego szlaku należy uważać, aby nie przegapić miejsca, w którym szlak żółty nagle zwinnie ucieka w głąb lasu. 
Tak jak podejście na Waligórę z tej strony jeszcze jest całkiem lekkie, tak zejście... masakryczne. Bardzo stromy stok, plus mokre, śliskie podłoże sprawia, że momentami wręcz schodzę na czworaka, z tyłu podpierając się rękoma. Zdecydowanie nie jest to zejście, w którym chwilowe osunięcie się terenu pod stopami można nadrobić chwilowym przyspieszeniem kroku. Przy jakiejkolwiek utracie równowagi, przy ucieczce luźnego gruntu spod stóp zdecydowanie polecam, za wszelką cenę, siadać od razu na czterech literach, inaczej wypadek murowany. Nie wiesz co zrobić – też lepiej usiądź i podpierając się rękoma zejdź kawałek w dół. 

W pewnym momencie widzę już Andrzejówkę. Choć przez chwilę budzi to nadzieję, że to wreszcie koniec udręki – to jednak już za chwilę widok schroniska drażni. Bo przecież już tak blisko, już prawie na wyciągnięcie ręki – a tak naprawdę czeka jeszcze kawał harówy. Na szczęście krótko po tym, gdy daje się zauważyć schronisko, teren nagle staje się mocno łagodniejszy i schronisko okazuje się na wyciągniecie ręki. 



Schronisko utraconych nadziei 

Andrzejówka. Pora się pożywić. Choć z ostatniej wizyty zapamiętały mi się raczej wysokie ceny posiłków, to przecież te wiszące przede mną jakoś nie odstraszają. Niestety, przy zamawianiu wątpliwości szybko się rozwiewają – bo ceny nie zawierają ziemniaków, surówki, itp. I koniec końców posiłek kosztuje tyle co na wrocławskim rynku, choć jakością mocno mu ustępuje. Można by się jeszcze tłumaczyć, że schronisko, że ciężko cokolwiek dowieźć – ale Andrzejówka to akurat schronisko znajdujące się przy zwykłej asfaltowej drodze. 
Co do wystroju... rzeźby na drewnianych podporach sufitu robią ogromne wrażenie. Niestety, ta oryginalna ozdoba schroniska swym majestatem podkreśla bylejakość obecnego wystroju. Kolor ścian, wygląd krzesełek i stołów czy wreszcie dużo bardziej przaśne ozdoby drewniane luźno stojące podkreślają, że najemca (właściciel?) lokalu raczej liczy na duże zyski przy małym koszcie własnym. A szkoda, bo widać, że kiedyś to miejsce miało wspaniały klimat... 

Szlakiem koloru krwi

W Sudetach Wałbrzyskich ostatnio byłem zimą. Wtedy odradzano mi szlak czerwony jako zbyt niebezpieczny, ale jesienią powinien być chyba bezpieczniejszy. Niestety, widać że jest on wyznaczany mocno na siłę. To bardzo męczący miszmasz kątów, podejść, zejść i jeszcze innych utrudnień przemieszanych z odcinkami bezwysiłkowymi. A to kawałek wzdłuż zbocza, drogą tylko lekko wznoszącą się w górę, za to wyjątkowo słabo odcinającą się od reszty stoku. Zimą faktycznie, jeden nieostrożny ruch, i znajdujesz się poza ścieżką, i zaczynam szybki pęd w dół pomiędzy drzewami. O ile w ogóle dojdziesz tu, bo ścieżka pewnie staje się niezauważalna. Za chwilę ostre podejście, i gdy już wreszcie starczy tej drogi na dobrą rozgrzewkę – podejście kończy się aby ustąpić miejsca szerokiej ceptrostradzie prowadzącej w dół. Na tyle długiej, żeby zapomnieć o całej rozgrzewce – i nagle znów ostro musisz drałować pod górkę. W pewnym momencie daje się wreszcie dotrzeć na górną grań, zza której chciałoby się podziwiać krajobrazy. Niestety, smętna szarość odkrywkowego kamieniołomu (o ile ktoś odważy się wejść za odgradzające teren taśmy) psuje cały efekt. Właśnie tu można się przekonać, jak bardzo odkrywki niszczą krajobraz. 

I jak zwykle moje szczęście do tabliczek informacyjnych. Gdzieś przed Bukowcem trafiam na tabliczkę informującą o strefie rozrzutu po wybuchach ze wspomnianego kamieniołomu. Fajnie, że ktoś informuje, tylko czemu dopiero gdy się z niebezpiecznego terenu wychodzi? Zwłaszcza, że wyjątkowo swój spacer odbywałem w dzień roboczy, a więc szanse na wybuchy były całkiem realne. 

A za Bukowcem znów ciężkie zejście. Szlak co chwila się gubi, tak jakby ktoś umyślnie zarządził wycinkę lasów aby nie było widać znaków. Raz czy drugi udaje mi się odruchowo dobrze wybrać kierunek, aby kawałek dalej przekonać się, że jestem na szlaku niebieskim. A więc jednak ostatnie odbicie było nieprawidłowe, trzeba zakręcić o 90° wzdłuż stoku i próbować znów złapać czerwony szlak idący w dół. Choć częściowo daje się ją ominąć, to i tak przebijać się muszę przez hałdę zwalonych drzew, nie pozbawionych jeszcze gałązek. Chyba najgorszy typ przeszkody terenowej. Pewnie gdzieś na tej hałdzie znajduje się szlak na ściętym drzewie, bo gdy w którymś momencie obieram kierunek w dół, to spory kawałek dalej odnajduję czerwony szlak. Kolana dają o sobie znać, zmęczone nie tylko kolejnym już dziś stromym zejściem, ale i trwającą od pewnego czasu jesienną pogodą, i to z tych bardziej niżowych. Z postojami jakoś udaje się jednak dotrzeć do ruin dawnej kapliczki przycmentarnej. 
Kawałek dalej... przełażenie przez płot. No cóż, okazało się, że idąc szlakiem, nagle znalazłem się na terenie czyjegoś prywatnego pastwiska. Od strony Bukowca żadnego płotu nie było, bo przecież normalni ludzie przychodzą od strony wsi, a nie wychodzą z jakiegoś lasu. Jak dla mnie jednak, oburzające jest to, że ktoś sobie zamknął co by nie było publiczny szlak turystyczny tylko dlatego, że pozostawiając drogę otwartą musiałby zbudować więcej metrów płotu wzdłuż drogi. A tak sobie drogę zagrodzi, i już mu żadna krowa nie ucieknie. 

Płać i płacz, turysto

Podsumowując, Sudety Wałbrzyskie są efektem próby znalezienia kompromisu między oczekiwaniami turystów (którzy chcieliby obejrzeć sobie piękne góry) i mieszkańców (którzy przecież z czegoś żyć muszą, a z czego, jak nie z eksploatacji terenu). Niestety, to kompromis osiągnięty metodami strasznie despotycznymi ze strony mieszkańców, podejście w stylu „no przecież my wam (turystom) daliście coście chcieli, a wy teraz narzekacie na nasze piękne góry”. Nadmierna, rabunkowa wręcz eksploatacja powoduje, że teren został ograbiony ze swego piękna na korzyść kamieniołom i licznych terenów wycinek leśnych. Turystom pozostawiono tu łaskawie jedynie jakieś ochłapy, na których na siłę wyznaczono jakieś szlaki, nie zastanawiając się nad ich urokliwością czy poziomem technicznym. Żeby tylko na mapce ładnie wyglądało, że są szlaki – a niech się turysta martwi, czy jest w stanie nimi przejść. Że wycinka zniszczyła oznakowanie – ale przecież każdy (tambylec) wie, jak się dostać z jednego miejsca do drugiego, i co się jakimiś durnymi znakami będzie przejmował... 

Sudetom Wałbrzyskim dam jeszcze jedną szansę, bo przecież do trzech razy sztuka. Gdzieś w okresie wiosenno-letnim, może wtedy odkryją przede mną swą urodę... lecz na wiele się nie nastawiam, i chyba przyjdzie mi szukać jakichś ciekawszych pagórków. 
Chyba największą atrakcją spaceru była willa dawnego uzdroiska w Sokołowsku, ale o tym wspomnę następnym razem...

A co do jesieni – to jakaś ona taka wczesno jesienna była, ledwo lekko zażółcona, zdecydowanie ciężko o jakieś czerwienie i brązy. A przecież nie długo później spadł śnieg...