wtorek, 27 sierpnia 2013

Lato w Śnieżnych Kotłach

Na dziś trochę sztampowa okolica. Bo Szklarska w okresie letnim to chyba jednak bardziej kojarzy mi się z sopockim molem niż z górami... a widoczny z daleka napis „skwer radiowej trójki” nie poprawia skojarzeń z „modną miejscówą”, zupełnie oderwaną od jej położenia geograficznego.
No cóż, choć to po prostu „turystyka masowa” to sam muszę przyznać, że mi chyba też te góry najbardziej zapadły w pamięć. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że były to góry najbliższe Szczecinowi – a tym samym miejscu, skąd pochodzę. Bo chyba mimo to, z 3 odwiedzinami przed 30-tką nie wybijały się w gronie gór najczęściej odwiedzanych. Więc czemu? Sam nie wiem, ale to właśnie z nich mam najsilniejsze wspomnienia. O tym, jak kolega z pełnym plecakiem na wąskiej ścieżce robi „przewrót w przód” (bo przecież nie fikołka, pan z w-fu mówił, że tak się nie należy wyrażać :) i ląduje z pełnym obciążeniem pół metra niżej, na jakże pojawiającej się tu równej półeczce... o ostrej wędrówce w uroczej mgle, na tyle głębokiej, że wszystko wokół było rozmyte, ale tak rzadkiej, że wciąż widziało się na kilkanaście metrów przed sobą, ot, tak tylko dodającej radosnego klimatu... o tym, jak kiedyś nagle noga wpadła mi tak głęboko w śnieg, że aż usiadłem na swej rzyci, a mimo to, noga wciąż wisiała w powietrzu nie mogąc znaleźć żadnego punktu podparcia...
A co ciekawsze, pisząc ten tekst, właśnie sobie uświadomiłem, że chyba wszystko to zdarzyło się chyba w mniej więcej w tym samym miejscu – na drodze między schroniskiem pod Łabskim Szczytem a drogą dołem Śnieżnych Kotłów...
Dlatego z jeszcze większą radością napomknę dziś o ostatniej pętelce właśnie wokół Śnieżnych Kotłów, niestety jedynej, którą udało się zaliczyć w ciągu weekendowego pobytu w Szklarskiej Porębie.
Ale do Śnieżnych Kotłów najpierw trzeba się dostać. Najpierw krótka kłótnia między parą młodych szkrabów, z kim mam jechać orczykiem: czy z będącym w końcu rodziną młodym kuzynowstwem (w końcu rodzina), czy może z świeżo zapoznaną panną bardzo młodą od zaprzyjaźnionej dentystki. Młoda pannica oczywiście chciała poflirtować z świeżo poznanym mężczyzną, jednak rodzina jest rodziną, a poza tym Wojtek był pierwszy – więc wraz z kuzynem wspólnie siadamy na krzesełko, które zawozi nas do pierwszej stacji przesiadkowej, z góry spoglądając na tych nielicznych, co gdziekolwiek chodzą na piechotę. Jednak na pierwszej stacji raczej odbijamy od dzikiego tłumu pędzących do przesiadki i już większą grupą udajemy się na wędrówkę.
Na szczęście do schroniska pod Łabskim Szczytem nie dochodzi żadna kolejka, więc chętni do jego odwiedzin muszą dostać się tu o własnych siłach. To trochę zmienia przekrój ludzi odwiedzających to schronisko w porównaniu ze schroniskiem na Szrenicy, jednak jakoś niespecjalnie zmniejsza grupę odwiedzających.
Tak więc od pierwszej stacji przesiadkowej pozostaje już tylko zaufanie własnym nogom. Najpierw szlak czarny, potem żółty – a po drodze dwa przystanki przy tym, co w górach najpiękniejsze – górskich strumieniach. Te, które mijamy po drodze to już nawet nie rwące potoki, a o tej porze raczej strumienie które zebrały wodę z wszystkich pobliskich strumyczków i pozwoliły im się wspólnie wykotłować, wykłócić o tym, który z nich najważniejszy – a potem zmęczonym pozwoli opaść z sił i emocji, aby już całkiem swobodnie spłynąć w dół. Mimo to uwielbiam zarówno ten kojący szum wody, jak i ich widok, dlatego przy każdym z nich trzeba przystanąć i nacieszyć się ich widokiem.
Chociaż po drodze mijamy całkiem często ludzi, jednak widok przed schroniskiem zaskakuje. Fakt, że nie dochodzi tu żadna kolejka nijak ma się do tego, że przed schroniskiem siedzą tabuny ludzi a jedyne wolne miejsca siedzące to schodki wejściowe. Jako akurat przyzwyczajony do siedzenia na schodach (w wielu wioskach jedyne miejsce siedzące przed sklepikiem to niski schodek progu wejściowego) nie wybrzydzam i korzystam z okazji, i jakoś nie mam ochoty skorzystać z licznych wolnych przy tej pogodzie wolnych miejsc siedzących wewnątrz schroniska.
A pod schroniskiem następuje podział ekipy. Doświadczeni robią wspomnianą pętelkę wokół Śnieżnych Kotłów, kadra początkująca schodzi w dół aby się zgubić na trasie z ledwie jednym zakrętem i wylądować pod wodospadem Szklarka zamiast w okolicy Kamieńczyka :)
Tak więc cóż pozostaje – szybkie, krótkie podejście i jakże długa droga po krętej drodze usilnie próbującej utrzymać stałą wysokość. Droga tutaj to rozległe piarżysko, pełne kamieni losowo zatrzymanych w trakcie swego spadania. Chociaż łatwo daje się rozpoznać ścieżkę, którą idzie szlak, to trzeba liczyć się z utrudnieniami – niektóre wierzchnie kamienie się bujają, inne zaklinowały się pod różnymi dziwnymi kątami, słowem ciągle trzeba uważać i patrzeć pod nogi. A przy okazji udzielić młodemu kuzynowi wytłumaczeń, czemu niektóre kamienie niby wiszą w powietrzu, jak to się dzieje że nie spadają w dół i w ogóle. Tymczasem końca drogi do pierwszego z kotłów nie widać – jakoś z nadmiaru wrażeń w samych kotłach mój umysł wypiera chyba ten całkiem przydługawy odcinek do głównej atrakcji Karkonoszy.
Jednak w końcu udaje się dotrzeć – a oczom ukazuje się piękna panorama złożona z prawie pionowych ścian zamykających od strony południowej Śnieżne Kotły. Po przejściu przez pole fioletowej lawendy (no, dobra, Toskania mi się na urlop marzy – choć to oczywiście nie wysokogórska odmiana lawendy, to liczne kwiaty były w kolorze lawendowym :) wśród mgły wyraźnie już widać stację przekaźnikową. Tak, tak, bo przez cały przed-kotłowy odcinek drogi ponad nami (a czasem i poniżej) przewalały się chmury (albo i mgła, kto by je tam odróżnił) idąc ku górze. Jakże się cieszyłem (jak się później okazało – nadaremnie), że idziemy „pod prąd” i chociaż od dołu, od najpiękniejszej strony zobaczyłem kotły, a z góry – trudno, niech sobie je mgła zasłoni zanim tam dotrzemy. Tak więc i stację przekaźnikową czasem ledwo zza kocyka białej chmury widzimy, co dodaje górom zarówno aury tajemniczości, jak i niedostępności – co tam, póki jeszcze kotły na dole wciąż tylko wodą, a nie mgłą napełnione. A trzeba przyznać, że woda w kotle urokliwa, w całkiem rozległych stawach zgromaczona, wśród których tylko kamień o kamień bloki skalne grubo ciosane widać. Trzeba przyznać, widok to ciekawy, na takie piramidki wystające znad
wody spoglądać, a i spoglądając ku dołowi efekt ciekawy tworzą.
Próżno by słowami piękno Śnieżnych Kotłów oddać, to i najlepszym wieszczom talentu by zbrakło.
Dlatego nie będę się tu na jakieś sztuczne opisy silił – kto tam był, wie o co chodzi, kto nie był – i tak nie pozna tego odczucia ze słów. Jedyne co mogę powiedzieć, to że czujesz się tam, jakbyś był władcą świata. Nie, nie stojącym na jego szczycie – wręcz odwrotnie, niczym dyrygent przed publicznością wznoszącego się kolosseum, tylko czekającym na pierwsze ruchy pałeczki każącej zagrać skalnej orkiestrze. Z pewnością nie byłby to bezpieczny koncert dla dyrygenta, z udziałem werbli spadających lawin, huczącym basem uderzających piorunów, z tarkami obcierających się kamieni – na szczęście szlak zamykany jest w najniebezpieczniejszych i najbardziej „muzycznych” okresach roku, więc do niebezpiecznych wypadków raczej rzadko dochodzi. Niestety, szlak zamykany jest też w okresie, kiedy orkiestra skalnych olbrzymów ustępuje miejsca ptasiej orkiestrze głuszców...

Tym czasem ścieżka wśród śnieżnych kotłów się kończy. Kończy się woda w stawach, a wokół coraz więcej uschniętych drzew... i chociaż to nie brak wody jest przyczyną ich uschnięcia, to jednak połacie połamanych, gołych drzew robi ogromne wrażenie. Błyszcząca, niczym wygładzona wielokrotnym głaskaniem biała warstwa doskonale kontrastuje z próchniejącą intensywną żółcią twardzielu – słowem, doskonały temat na kontrastowe zdjęcie. I chociaż z jednej strony to wielkie pola zagłady, to ranne wzdłuż całego swego kręgosłupa wyglądają tak pięknie...
Widać kuzyn też zapatrzył się na drzewa, bo zaraz powoduje mały wypadek. Trochę zbyt nisko podniesiona noga nad przecinającym drogę wodnym przepustem sprawia, że na drodze zaliczamy pierwszy górski wypadek. Na szczęście poza obtarciem i obtłuczeniem kolana obywa się bez żadnych obrażeń, a po kilkuminutowej przerwie można podążać dalej.
Tymczasem mnie dopada efekt braku czekolady. Tak, tak, na drogę zawsze biorę coś słodkiego, by w razie potrzeby wzmocnić organizm – taka turystyczna reguła chyba, czyż nie? Niestety, ze względu na inne zwyczaje żywieniowe kuzyna tym razem odstąpiłem od tego zwyczaju – i efekty widać. Chociaż kiszki nie grają marsza, a żołądek nie burczy nie zadowolony, to braki energii dają się odczuwać w nogach. A niestety, przed nami droga pod górę. Ale i potem nie jest lepiej – organizm domaga się swojej porcji energii i tyle. Niestety, kuzyn nie przyzwyczajony do tak długich wędrówek raczej zaczyna narzekać na zmęczenie i bolące nogi. Jednak podejście niebieskim szlakiem pod Wielki Szyszak to już taki moment, że nie ma różnicy, czy się zawróci czy pójdzie dalej przed siebie – to dokładnie środek pętelki. Tak więc cóż pozostaje – jedynie zmniejszyć tempo wędrówki i przeć dalej przed siebie.
Co do samych Śnieżnych Kotłów z góry – zbyt dużo powiedzieć znów nie mogę. No, znaczy się fakt – są strome, pionowe ściany pełne ostrych skał i ludziom z lękiem wysokości z pewnością może zakręcić się w głowie. Jednak brak sił i pogodowa szaruga robią swoje – zazwyczaj ten widok z góry robił na mnie mniejsze wrażenie, a teraz już w ogóle przeszedł niezauważony. I jedynie pewne sentymentalne wspomnienie się włącza, jak kolega (ten sam, co skakał z plecakiem :) machnął ręką wymawiając historyczny zwrot „kości zostały rzucone” a z naprzeciwka poleciała mała lawinka. I choć potem wszystkim pokazywał, że kostki do gry ma wciąż w ręce, a do pionowej ścianki było zbyt daleko, aby mógł je dorzucić – to jakoś nikt do końca nie wierzył, że wspomniana lawinka to nie efekt jego działań...

Tymczasem przed nami dalsza droga. Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej nigdy nie wzbudzała we mnie jakichś większych emocji, i tak jest tym razem. Mniej więcej płasko, równo – co w obecnym stanie Małego Turysty było jednak raczej zaletą. Ot, gdzieniegdzie jedynie na tej podszczytowej „równinie” zaskakujące oczka wodne (jakoś nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do ich oryginalnej idei), poza tym droga prosta jak drut – tylko czemu do Szrenicy dochodzi tak ogromnym łukiem. Jednak gdy gdzieś na wysokości Twarożnika przypominam sobie, że przecież kolejka linowa nie jeździ do jakichś normalnych godzin i zamykana jest gdzieś koło 4-ej, Mały Turysta dostaje nagłego ataku energii. I nie pomagają żadne logiczne tłumaczenia – że w 15 minut nawet biegiem nie mamy szans dotrzeć, z kolei jeśli jest nawet do 16:30 to w normalnym tempie nawet zdążymy – nie ważne, mamy gnać, pędzić, gonić, byle tylko zdążyć. Perspektywa długiego zejścia na własnych nogach nie budzi mojego entuzjazmu, w Małym Turyście jednak budzi wręcz panikę. I z tego pędu nawet nie ma czasu spojrzeć na mapkę – choć już z Twarożnika wypatrujemy drogę pozwalającą obejść podejście na Szrenicę i dostać się do wyciągu, to omylnie wybieramy drogę przez szczyt, który chcieliśmy ominąć. Jednak i tak pomysł skrótu okazuje się szczęśliwym, bo chociaż pod górkę, to i tak gdyby nie on, władowalibyśmy się w „objazd” - kto spojrzy na mapkę od razu zauważy, że dalsze przejście ceprostradą koło Trzech Świnek raczej skończyłoby się niepotrzebnym nadkładaniem drogi – a tym samym zapewne wracaniem na dół o własnych nogach. Na szczęście, udaje się jednak zjechać w dół jednym z ostatnich krzesełek, baaa, dzięki obranej formie płatności za „bilety” gdzieś po drodze udaje nam się wyprzedzić kilkuosobową grupę... baaa, nawet na obiad w pensjonacie udaje nam się spóźnić o mniej niż 10 minut. I tylko czemu w tym momencie szczęście musiało się zakończyć, a ja jeszcze tego samego dnia musiałem wracać do domu? No cóż, urlop – dobro reglamentowane, zwłaszcza u mnie w pracy :(


sobota, 24 sierpnia 2013

Kto odnajdzie biedronkę?


Co prawda przed zdjęciami rudojesiennych wrzosów miał się pojawić opis wędrówki w Karkonoszach, niestety 60-godziny tydzień pracy nie sprzyja pisaniu. Tak więc na razie kolejne zdjęcie spod Wielkiej Sowy. Choć pewnie wielu ta kolorystyka wyda się bardziej naturalna niż ta ze zdjęcia w ostatnim wpisie, to jednak właśnie tamta jest prawdziwsza - a to, co widzicie to raczej efekt mojej troski o wasze oczy, bo zbyt dużo zdjęć w tak intensywnej kolorystyce może być męczące dla oczu (o czym się zdążyłem przekonać przeglądając wszystkie zdjęcia).

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wielka Sowa - podejście letnie

Wielka Sowa od zawsze kojarzyła mi się ze śniegiem... kto widział zimowe zdjęcia wieży widokowej, wie o co mi chodzi. Czy udało mi się ją zdobyć do tej pory latem? Ostatecznie już nie pamiętam, za to niezdobyta pół roku temu droga od strony Rościszowa kusiła. Ostatnie podejście nie wyszło z powodu grubej warstwy śniegu, więc może to pretekst, aby latem spróbować właśnie od tej strony?
No cóż, Rościszów nie wygląda już tak pięknie latem. Kolorowa ruderka chowa się w cieniu, samotne drzewo na krawędzi skały przestało być samotne i ginie w oceanie zieleni, o dwupiętrowych soplach lodu można pomarzyć w ten gorący czas... zwiedzanie wioski startowej ograniczyło się do przejechania samochodem i odnalezienia miejsca parkingowego. Tak więc na skraju Rościszowa, tuż przed Lasocinem rozpocząłem swoją wędrówkę. 



Tak, jak zazwyczaj moje wędrówki odbywam w samotności i sporadycznie spotykam jakiegokolwiek turystę, tak tym razem początek drogi stanowił istną odmianę. Choć droga sama w sobie mało popularna chyba i mało wydeptana, to już na wstępie spotykam gromadkę drwali powiększających polanę przed Lasocinem, potem jakąś rodzinę na szlaku, zagubionych turystów pod starą jodłą, nie wiedzących gdzie iść... tak więc szybko mija czas na zielonym, a później niebieskim szlaku gdzieś tak do Młyniska, gdzie utkwiłem ostatnio. Trasa już nie wygląda tak pięknie jak zimą, choć już kawałek za starą jodłą odkrywa swoją prawdziwą naturę. Od kiedy niebieski szlak zostaje porzucony przez towarzyszące mu szlaki żółty i zielony, środkiem drogi wije się wydrążony wodny potoczek. Tak, tak, to pierwsze zapowiedzi czekającej nas stromości, bo woda oczywiście wybiera sobie najkrótszą drogę w dół – czyli najbardziej stromą. Tak więc zadyszka raz po raz daje o sobie znać, upał wzmagany jest gorącem spalanych kalorii a gdy wychodzę na odsłoniętą polankę są chmury chroniące przed słońcem. Jednak całej jej nie udaje przejść się w cieniu, już pod koniec zaczyna świecić słońce, jednak jestem już na tyle blisko granicy lasu, że nie zdąży mocno nagrzać ciała. 



Co do samej drogi – skalne kamienie już dawno uderzają pod starymi podeszwami traperów, a droga wygląda jak na typową górską drogę przystało. Choć chwilowe wyrównania terenu dają na złapanie oddechu na polanie, to kolejne strome podejścia zmuszają do kilkuminutowego postoju. Potem już jednak wychodzę na szczyt, choć jak zwykle mam to w zwyczaju, trafiam od tyłu na płot, który miał nakłaniać turystów do niewchodzenia tam, skąd przyszedłem. 


Wielka Sowa równa się tłumy
Oczywiście na Wielkiej Sowie zawsze są ludzie, tym razem działa nawet sklepik o wyborze ciastek na drogę większym niż sklepik w wiosce (w kwestii czekolad wybór był nawet podobny, ale czekolada na takie upały to oczywiście nie jest dobry pomysł). Krótka rozmowa ze sprzedawcą, potem trochę dłuższa z kilkoma turystami grillującymi przy ognisku która zaowocowała ich do odwiedzenia Wielkiej Sowy zimą, kiedy dopiero pokazuje swoje piękno, krótka sesja zdjęciowa (ilość kierunkowskazów na jednym słupku imponuje), i szybkie zejście do schroniska Sowa. O czym opowiadać po drodze – no cóż, nie bardzo jest o czym, wszystkie cudowne miejsca które znam z zimy wyglądają teraz... tak normalnie-górsko, znaczy pięknie, ale nie cudownie, więc o czym pisać? Nostalgia każe sobie przypomnieć czasy zimowe, i to nie tylko z powodu upałów. Chyba jedynym miejsce które zyskuje nowego uroku jest polana krótko przed schroniskiem Sowa, na której można walnąć się plackiem i zapomnieć o otaczającym świecie... 






Butelkowe kolory

Ja jednak szybkim krokiem zmierzam do Sowy, gdzie czeka na mnie posiłek i cukierkowo słodka i landrynkowo czerwona oranżada rodem z PRL-u. Na posiłek trzeba jednak poczekać, więc uważnie rozglądam się po sali kominkowej. Urocza rysunkowa mapa „100 atrakcji Gór Sowich” zaczyna już niestety świecić białymi plamami wytartymi przez palce turystów, za to sala kominkowa dopiero w środku letniego dnia nabiera przytulnej jasności i przestaje być pomieszczeniem mrocznym. Z pewnością przytulnego mentalnego ciepła dodałby jeszcze ogień w kominku, ale równocześnie podgrzałby temperaturę w sali do naprawdę nieznośnej. Za to z pewnością w tym świetle łatwiej zauważyć kolekcję żelazek z duszą i kolorowych butelek na parapetach okienek dających wgląd do drugiej, zamkniętej salki.

Potęga wiurbexu

Skrzyżowanie szlaków przy Sowie to na pierwszy rzut oka kolejne miejsce które latem traci na uroku w stosunku do zimy. Ciężkie terenowe samochody nie wyzierają już ledwo-ledwo reflektorami spod śniegowej czapy, do rąk nie łasi się wymarznięty kot dla którego każde głaskanie jest próbą skradzenia brakującego ciepła przechodniom... za to dopiero letnia trawa pobliskiej łąki sprawia, że odkrywam stare pomieszczenia dawnego schroniska. Lekko poniżej, przy drodze którą nie idzie żaden szlak (a na tym skrzyżowaniu jest to raczej ewenementem), w dali dostrzegam trochę większą bryłę dawnego budynku schroniska i mniejszą porzuconą chatę góralską z podwójnie spadziowym dachem. No cóż, chyba czułem że w konkursie na Dolnośląski Blog Roku podkreślony będzie temat wi-urbexu, więc i tym razem przyciągnęła mnie ta chata. Pozornie zamknięta z każdej strony, jednak gdy obejdzie się ją z tej najmniej widocznej z każdej drogi strony – to pod zwalonym dachem wielkim otworem pojawia się brak ściany zapraszający do eksploracji starych pomieszczeń. No cóż, środek dnia to chyba nie pora, aby bawić się światłem przebijającym się przez zabite okiennice, ale górne pomieszczenia zdecydowanie niosą ze sobą ogromny potencjał zdjęciowy, i tylko ta drabinka trochę zbyt straszna, aby próbować wchodzić na górę bez żadnej asekurującej osoby. Ale i z drabiny można zrobić już świetne zdjęcie, czego nie omieszkałem uczynić...


Magia powietrza i wody

Potem już szybki powrót do żółtego szlaku i prawie tak płaską jak na równinach żwawo podążam do przodu. Szeroka, płaska droga raczej nie wymaga wysiłku, więc podświadomie podążam tak żwawym krokiem, że nawet nie zwracam uwagi na okolicę. Jednak do mego nosa dociera zapach... trzeba zwolnić i poczuć to niepowtarzalne piękno. Wycinka lasu sprawiła, że na krótkim odcinku powietrze wypełniło się specyficzną mieszaniną zapachu żywicy z lekką domieszką mokrego drewna. Tak, zapach pleśniejącego którego miałem dość pracując w Barlinku i przechodząc codziennie koło suszarni drewna, tutaj dodaje żywicy specyficznego posmaku, zupełnie upiększając efekt końcowy. I tak jak żywicę możecie sobie zebrać patyczkiem z naciętej/okaleczonej sosny i upajać się tym zapachem, tak aby zasłużyć na poznanie tego zapachu, przejść będziecie musieli tysiące kilometrów poprzez lasy, a i szczęście mieć, żeby kiedyś utrafić we właściwy dzień i właściwe miejsce – bo z pewnością dzień przed czy dzień proporcja zapachów nie byłaby tak doskonała. Krótka rozmowa z drwalami upewnia mnie, że nie wytną za dużo drzew (żartobliwa uwaga, że mają sprawdzać, czy leśnik nie pooznaczał za dużo drzew przyjęta została z uśmiechem) i ze stoickim spokojem mogę iść dalej. 


I taką wodą być,
co nawilży twoje wargi,
uwolni kąciki ust, gdy przyłożysz je do szklanki[...]
A kiedy z nieba poleje się żar, poczęstuje chłodem.
Happysad, I taką wodą być


Gdzieś przed kolejnym skrzyżowaniem szlaków natykam się na wodopój. Strumyk w górach to żadna atrakcja, co chwila jakiś przecina drogę. Drewniane „rynienki” przecinające drogę zapobiegające jej rozmyciu też nie powinny chyba nikogo dziwić, jednak cała konstrukcja drewnianej rynienki-źródełka to naprawdę oryginalna odmiana. Gdy próbuję znaleźć najciekawszą perspektywę do zrobienia zdjęcia tego cuda, znów natykam się na moich drwali – tym razem to oni w drodze mijają mnie. Widząc moje zainteresowanie tym obiektem, wspominają, że to podobno najlepsza woda w okolicy. Lekko brunatny kolor wody sugerować mógłby wysokie stężenie żelaza, a tym samym metaliczny smak... rozczarowany rozpoznaję jednak raczej lekko mułkowaty posmak. Dopiero kilka minut poznaję prawdziwą magię tej wody... nie dość, że woda ta bardzo skutecznie gasi pragnienie na dłuższy czas, to jeszcze w przeciwieństwie do soków czy coli, delikatny, jakże przyjemny posmak pozostaje w ustach jeszcze przez długi czas... 




















Drogi wszelakie, czyli powrót

Potem już dalej powrót żółtym szlakiem. Droga kilkukrotnie zmienia swój charakter, od szerokiej ceprostrady, poprzez skrytą bujną zielenią ziemią mającą skłonności do bycia błotem w niższych koleinach, czy poprzez mieszankę ziemno-skalną, z której każdy deszcz tworzy, a następnie wypłukuje urodzajne błoto, pozostawiając jedynie leżące tu od setek lat skaliste kamulce... poprzez takie urozmaicenie „standardnych górskich dróg” pozostaje przejść, aby znowu odnaleźć się koło Młyniska, miejsca, które stało się końcem mojej ostatniej zimowej wędrówki... a potem już powrót koło starej jodły. I tylko się cieszę, że tym razem nie zdecydowałem się na szybki powrót skrótem omijającym zabytkowe drzewo, inaczej ominąłbym jakże ciekawą kępkę rudordzawych mchów, które stały się tematem kolejnej fotograficznej sesji, której efektami będę się z wami po trochu dzielił.



sobota, 6 lipca 2013

Diabeł kusi na bogato


Przypadkowe spotkanie z diabłem, co ciekawsze - tuż przed furtą zakonną...
Czy to jest nagroda za podpisanie cyrografu?

sobota, 29 czerwca 2013

Zapóźniona noc świętojańska...

Przez zwykłe, ludzkie zapomnienie dopiero dziś wrzucam zdjęcia z Nocy Świętojańskiej w leśnickim zamku. Jak było? Zdecydowanie inaczej niż zwykle. 
W zasadzie, to można powiedzieć, że był zwykły mały festyn bez specjalnych atrakcji. Festiwal Dobrego Piwa mimo okropnej pogody ściągnął tłumy fanów, co w połączeniu z błockiem spowodowało totalną masakrę zieleni parkowej, zwłaszcza na stokach. W efekcie tego Zamek podjąć się musiał rekultywacji terenu, a na Noc Świętojańską spory kawał zieleni odgrodzić i uratować przed ponownym stratowaniem (jakby było co tam jeszcze ratować?). W związku z tym stoiska musiały ograniczyć się żarć-budy na tarasach pojedyńczych stoisk z atrakcjami. Nie było więc kowali, wiedźm czy innych pradawnych atrakcji, a nieliczne czarownice chowały się przed ciekawskimi pod pretekstem gry terenowej. 



Za to były koncerty. Co akurat mnie nie ucieszyło, bo nie chciało mi się siedzieć i tylko słuchać, za to obsuwa z koncertami spowdowała opóźnienie parady świętojańskiej - do godzin tak późnych, że już ciężko było o nieporuszone zdjęcia.
A w związku z ograniczoną ilością okazji do zdjęć, w których sam temat już byłby wielką atrakcją zdjęcia, trzeba się było skupić na zdjęciach jako zdjęciach. Choć wydaje mi się, że efekty przerosły moje oczekiwania, i pewnie nie wyszłyby mi tak dobre, gdybym koncentrował się na samych atrakcjach... zresztą oceńcie je sami.

















Niektórym pannom spod wianków wystawały diabelskie różki, zrobione z najprawdziwszych ogni piekielnych

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiurbex, czyli tam, gdzie natura odzyskuje swoje tereny...

Po długiej przerwie od wycieczek, nareszcie udało się znaleźć trochę czasu. Żeby dużo nie kombinować, a i nie stracić nadmiaru czasu na dojazdy, wybór padł na pobliskie wzgórza strzelińskie. Ładnie, blisko - same zalety :)
Oczywiście, jeżdżąc w strzelińskie okolice, ciężko nie zacząć wycieczki od tzw. urbexu, czyli poznawania uroków porzuconych budynków. A właściwie wiurbexu, czyli wiejskiego urbexu, bo raczej mowa tu o porzuconych wiejskich domostwach, niż klasycznym urbexie miejsko-przemysłowym. Osobiście uważam, że najpiękniejszym atrybutem tych wzgórz nie są przepiękne lasy rozrzucone na pofalowanym terenie, nie szmaragdowe jeziorka będące pozostałością po dawnych kopalniach kamienia, ale właśnie te porzucone wiejskie chaty czy dworki. I porusza tu nie tylko ten chaotyczny urok porzuconej ruiny powoli zżeranej przez naturę, ale często bardzo specyficzna dla tego rejonu konstrukcja ścian: całość stworzona jest z powszechnego tu kamienia granitowego, a tylko wymagające większej dokładności detale (jak wykończenie otworów okiennych czy "framugi" drzwi) wykonane są z klasycznej, czerwonej glinianej cegły. Takie zestawienie samo w sobie tworzy ciekawy efekt, a jeszcze ten efekt porzucenia.

Tak więc na pierwszy ogień poszedł dawny wiejski dom, stojący naprzeciwko przystanku PKS w Krzywini. Tak więc po przedarciu się przez wysoką trawę i gęste krzaki stojące tuż przy samej ruinie, znajduję się na środku ogromnej izby, której przeznaczenia ciężko się domyslić. Brak tu już dachu czy grożącego zawaleniem sufitu, dzięki czemu całą izbę zamieszkała już roślinność. Gdzieniegdzie tylko zwisają resztki dawnej podłogi, jednak tak znikome, że raczej nie grozi już im nagłe, przypadkowe zawalenie się. Z kolei sterczące samotnie belki konstrukcyjne wyglądają na wciąż dobrze zachowane, aż proszące się, żeby odbudować na nich dawną świetność budynku. Także niedbale ukryta piwniczka nie stwarza zagrożenia zawaleniem. Za to każde z nich aż proszą się o jakieś ciekawe zdjęcia.
Kolejną porzuconą budowlą jest dawna stajnia, tak przynajmniej oceniam początkowe znaczenie tego budynku. Choć dawno już nie ma tu okien i wiatr hula po ogromnej hali, choć dzięki wszechobecnej wilgoci łuczki już dawno pokryły się mchem, to całość raczej nie wygląda na grożącą się zawaleniem, a miejsce to oferuje doskonały chłód znużonym letnim upałem turystom. 





Zielono mi

Stąd pora ruszyć na właściwy szlak. Najpierw asfaltem, aby w odpowiednim momencie skręcić na żółty szlak, idący wzdłuż dawnej kopalni kamienia. I nie należy przejmować się nie do końca przejrzystemu oznaczeniu terenu prywatnego - spokojnie można iść szlakiem, a opiewany ostrzegawczymi tabliczkami niebezpieczny teren kopalni to jedynie ta wielka "wyrwa" w ziemi, wraz ze szmaragdowymi wodami jeziorka zatopionej kopalnianej dziury to  jedynie obszar leżący po prawej stronie drogi, zaś korzystając z właściwej drogi nie narażasz się na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą po nierównościami samej pozostałości po kopalni można się bezpiecznie przemieszczać zachowując elementarną ostrożność, jednak można natknąć się na strażnika pilnującego terenu.
Ja tam wolę udać się dalej szlakiem, aby na malowniczym skraju lasu z ciekawym miejscem widokowym skręcić w szlak niebieski. Długo się zastanawiałem, czy urocze wąwozy które pamiętam z którejś poprzedniej wycieczki znajdą się na mojej trasie, niestety to jednak trochę odleglejszy kawałek tego szlaku, tak więc dotarłem jedynie do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. 
Uprzedzam jednak nieuważnego turystę, bo już na tym terenie trzeba zwracać pewną uwagę na oznakowanie. Szlak, choć idzie szerokimi drogami, jednak co rusz przeskakuje na inną dróżkę, momentami wije się niczym wąż. Na dodatek, podłoże tamtego dnia mocno zaskakiwało - choć dzięki porządnym butom nie muszę omijać każdej kałuży, to jednak patrząc na podłoże piaskowe raczej spodziewałbym się pod wodą twardego podłoża. Tu najprawdopodobniej znajdująca się w ziemi glina sprawiła, że tworzyło się kilkucentymetrowe dosyć zbite błoto, które trochę utrudniało drogę, jednak nadawało temu specyficznego smaczku.
Ani szlak niebieski, ani późniejszy zielony nie zapewniały żadnych specyficznych atrakcji wartych upamiętnienia aparatem, to jednak tutejszy tworzy miły dla oka klimat, który robi się jeszcze przyjemniejszy dzięki świergotom ptaków. Zwłaszcza na zielonym szlaku otoczenie przypomina raczej cywilizowany uporządkowany las, to jednak dochodząc  do strumienia ciągnącego się wzdłuż nasypu drogi, klimat otoczenia zaczyna się powoli zmieniać. Zapach wydobywający się z leniwie płynącego niemrawego potoku choć lekko trzeźwiący, jest też lekko drażniący i kwaskowaty, kojarząc się z siarczanowymi wodami zdrojów Kudowy czy Polanicy. Dalej zaczynają się malownicze wąwozy wyrzeźbione przez kolejny, już znacznie większy potok. 
Po spojrzeniu na mapę zastanawiam się, czy potok sprytnie przewinie się pod drogą jakimś przesmykiem w nasypie, czy raczej bezczelnie przetnie drogę w miejscu, gdzie akurat droga zrówna się z płynącą wodą, i wszystko wokół wskazuje na to, że raczej czeka mnie większy skok przez błoto i wodę - jednak rzeźba terenu mnie zaskuje, a potok przepływa sobie pod drogą kilkadziesiąt metrów poniżej, co pozwala spojrzeć wzdłuż głębokiego wozu z góry. Zapatrzonym w krajobrazy radzę tu jednak uważać, bo tak jak droga zakręca o kolejne 90 stopni, tak szlak po przejściu ponad strumieniem raczej nie ma zamiaru skręcić, ładując się na nie do końca wyraźną ścieżkę, krótko za to intensywnie wspinając się na górę. Kawałek prostej, i ląduję w środku wyraźnie dwupoziomowego bukowego lasu, który swe prawdziwe piękno  odkrywa dopiero jesienią, kiedy to całość zapłonie żółcią i czerwienią. Z kolei podejście pod Gromnik to całkiem dobra próba sprawności, którą niestety okupuję jednak kilkukrotną zadyszką.
Szczyt Gromnika to całkiem przyjemne miejsce na odpoczynek. Ławeczki, stoliki, nic tylko rozłożyć się z piknikiem. Odbudowana szachulcowa wieża widokowa zachęca do spojrzenia z góry na okolice, niestety otwierana jest jedynie dla wycieczek zorganizowanych lub przy okazji większych festynów. Tak więc po krótkim odpoczynku i przebuszowaniu terenu pod kątem najciekawszego zdjęcia wieży, powolnym krokiem wchodzę znów na żółty szlak, aby nim powrócić do Krzywini.

piątek, 31 maja 2013

Tuż przed wniebowstąpieniem...




Co prawda to zdjęcie o wiele lepiej pasowałoby wczoraj, ale dopiero dziś odkryłem ten temat. Z kolei dwa dni temu co prawda na moich oczach stawiano "kolejnego papieża" na Nadodrzu, jednak nie miałem przy sobie aparatu. Z kolei na łażenie z aparatem po procesjach nie miałem czasu...
Tak więc dopiero dziś, za to myślę, że temat zdjęcia ciekawy: zwieńczenie wieży kościoła greckokatolickiego na plac Nankiera, jeszcze przed ich umieszczeniem na szczycie.

PS. Że Galeria z założenia jest jednego zdjęcia, to inne zdjęcia dostępne są na facebooku.