poniedziałek, 2 kwietnia 2012

W poszukiwaniu wiosny


Przedwiośnie to chyba jedyna pora roku, o której nie potrafię nic dobrego powiedzieć. Lato ma swoje uroki mimo niemiłosiernych upałów, zima nabiera piękna w bieli i odpowiednie ubranie sprawia, że ziąb potrafi być atrakcją, jesień choć deszczowa zachwyca pięknem kolorów, wiosna – to wiosna i chyba nie trzeba nic dodawać. A co dobrego powiedzieć o przedwiośniu? Szaro, bo zieleń jeszcze nie wyszła spod śniegu, błotnisto i dżdżysto bo śnieg się roztapia i deszcze padają... spacery przedwiośnia potrafią zniechęcić do niejednej pięknej okolicy. Więc na spacer nic nowego nie wchodzi w rachubę, żeby się nie zniechęcać. W Leśnicy co prawda znajdę pierwsze przebiśniegi, jednak na spacer żadnej ciekawej trasy nie znajdę. Mimo iż mało wędrówek odbyłem, to Ślęża, Wzgórza Trzebnickie odpadają, w góry jednak ciut za daleko gdy nie wiadomo jak z pogodą... Choć główne atrakcje Wzgórz Strzelińskich zaliczyłem w ciągu dwóch spacerów, to wciąż pozostał niższy już obszar na południe od Gromnika. Tam więc postanowiłem odbyć wycieczkę, licząc że choć to nieznany teren, to jakieś pierwsze kwietne zwiastuny wiosny znajdę.

Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai


Wstyd przyznać, ale nazwa Henryków nic mi nie powiedziała. Ot, zaznaczone na mapce opactwo cystersów, klasztoru znanego ze swojego wpływu na historię Polski, zwłaszcza gospodarkę, co sugerowało że będzie kościół choć tak ciekawy jak w Kołbaczu (zachodniopomorskie).
Na miejscu zaparkowałem auto w jakimś miejscu mało ciekawym turystycznie, gdzieś w okolicy centrum tej małej miejscowości, udałem się na wschód starym kamiennym mostem, dziwnie wysoko zawieszony nad niezbyt szeroką rzeką poniżej. Zapewne wielu turystów znających tutejsze atrakcje przelatuje przez niego nawet nie spoglądając w dół, na ciekawy widok murów obronnych i starych zabudowań gospodarczych opactwa. Widok ten naznaczony jest co prawda znakiem przemysłu w postaci komina, jednak na szczęście to komin pradawny. Mowa tu o kominie dawnego pieca, i choć ciężko mi powiedzieć, czy to piec chlebowy czy może jakiś piec do wytopu metali, to na szczęście dobrze się on komponuje z całością otoczenia.
Wspomniałem o wielkiej atrakcji. Z pewnością każdy uczeń w tym kraju słyszał o Henrykowie, choć mało który o tej miejscowości pamięta. To właśnie w Henrykowie, w księdze nazwanej od nazwy miejscowości Księgą Henrykowską, odnaleziono pierwsze zapisane zdanie w języku polskim. Z pewnością warto też zwiedzić zabudowania opactwa, niestety atrakcja ta dostępna jest tylko w określonych godzinach (11, 14, 16), więc pozostało mi obejście kościoła, zajrzenie do parku i na dziedziniec. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kościół prezentuje się ciekawie, niestety tylko z przedniej strony. Dostojność miejsca podkreśla wysoki pomnik który absolutnie nie sprawia wrażenia nepomuka, charakterystycznego dla obszarów zajmowanych kiedyś przez Czechów, jednak podpisy na nim pozbawiają wszelkich wątpliwości. Udaje mi się nawet zajrzeć przez zamkniętą bramę do wnętrza barokowej świątyni – niestety, na tym kończy się zwiedzanie, a ja zielonym szlakiem udaję się do pobliskiego parku.
Trzeba przyznać, że park miejski w Henrykowie jest nietypowo ciekawym parkiem. W zasadzie zalesienie bardziej przypomina już typową roślinność leśną, a tym co wyróżnia go od zwykłego gaju jest ilość dróg dla pieszych oraz tabliczki ścieżek edukacyjnych. Tych są aż trzy, i przypadkowo odbyłem podróż po kawałku każdej z nich. Przy każdej z nich co kilkadziesiąt metrów znajdują się tablice informujące o jakiejś dziedzinie nauki związanej z lasami, a często także nietypowe ciekawostki związane z roślinnością, jak charaktery osób przypisanych konkretnym drzewom. To właśnie stąd zaczerpnąłem galijski horoskop dla urodzonych „pod dębem”.

Cystersi a krzyże celtyckie?

Także rzeźba terenu też jest wyjątkowo pofalowana jak na park miejski, bo po krótkim płaskim odcinku pojawiają się pagórki, mostek ponad przeciętym rzeką wąwozem, a kawałek dalej kolejny pagórek. Gdyby ktokolwiek się zastanawiał, czy obejść pagórek szlakiem rowerowym czy mimo wszystko na niego wejść, to powiem jedno: WEJŚĆ NA GÓRĘ. Też się zastanawiałem, bo cóż ciekawego może być na takim pagórku, jednak po krótkim podejściu stwierdziłem, że warto było. Tam właśnie znajduje się ciekawy krzyż przypominający swą formą krzyże celtyckie, z kołem umieszczonym centralnie w miejscu przecięcia się ramion krzyża. Jako iż nie znam się na geologii ciężko mi powiedzieć z jakiego materiału jest ten krzyż wykonany, jednak polecam go obejrzeć z każdej strony. Z przodu i z tyłu zaciekawia nietypowym dla naszych okolic kształtem (co warto podkreślić, krzyż jest „dwustronny”, i od tyłu jest prawie tak samo zdobiony jak od przodu), z boku – porowatością starego kamienia, pełnego kolejnych warstw niczym pień starego drzewa, wielobarwnymi zaciekami niewiadomego pochodzenia dodającymi mu powagi i godności, czy powierzchnią pomarszczoną niczym skóra starego człowieka. Tak, ten krzyż daje poczucie szacunku dla wielowiekowych tradycji i historii.
Kawałek dalej (na odcinku już zarówno rowerowym, jak i pieszym) znajduję zaplanowany cel wędrówki: ogromne skupisko bialutkich przebiśniegów, chyba największe jakie kiedykolwiek widziałem. Poszukującym krokusów polecam pas zieleni pomiędzy jezdniami ulicy Długiej we Wrocławiu, w kwestii przebiśniegów moim niekwestionowanym faworytem jest henrykowski park, zejście z pagórka z krzyżem. Wchodząc między kwiaty aby zrobić zdjęcia, z wielką ostrożnością trzeba stawiać kroki aby nie zdeptać któregoś z kwiatów, choć na szczęście się udaje.
Nie dużo dalej później trzeba wyjść z parku, aby przejść przez tory kolejowe. Na północy rozpościera się panorama Wzgórz Strzelińskich, tu już prawie że płaskich. Chwila krążenia krętym szlakiem po pobliskich Skalicach doprowadza do prostej i skromnej kapliczki. Choć pozbawiona jest ona jakichkolwiek fantazyjnych ozdób, a tynk powoli zrywa znajomość ze ścianą, to coś ciekawego jest w tym niedbałym pofalowaniu nierównej warstwy wierzchniej elewacji, przypadkowych obłupaniach tynku podkreślających wiekowość budynku i kolorystyce.

Piknik pod wiszącą skałą


Wychodząc ze wsi, zgodnie z oznaczeniami na mapie, odnajduję małe skupisko skalne, trochę przypominające swym klimatem góry. Warto tu zatrzymać się na chwilę i zrobić sobie „piknik pod wiszącą skałą”, niczym w filmie. Potem szerokim wąwozem z wąziutkim strumykiem pośrodku, lekko pod górę, i teren staje się prawie że równinny. Krótka konsultacja dalszej trasy z rowerzystami siedzącymi przy ognisku – i idę dalej. Bardzo lekko pochylonym zboczem, prawie płaskim wychodzę na pobliski pagórek w okolicy Bożnowic... i przede mną teren znów bardziej pofalowany. 
Na horyzoncie widzę odremontowany wiatrak-holender, choć mapa mówi o jego ruinie. Licząc, że uda się go zobaczyć z bliska schodzę w dół, niestety od drogi zbyt wyraźnie widać powtarzane kilkukrotnie tabliczki „Teren prywatny” aby je zignorować. Tak więc widok z pagórka okazuje się najciekawszy. Jak się dowiedziałem w trakcie późniejszej rozmowy, wiatrak został odrestaurowany w ciągu ostatniego roku – dwóch, niestety wykupiony został także teren prywatny wokół. Jakże odmienny los go spotkał w stosunku do starej wieży obronnej w Santoku (lubuskie), która choć jest własnością prywatną, to tuż obok niej prowadzą szlaki piesze, wyznaczone jest nawet miejsce na ognisko. A jak ktoś ma szczęście, to czasem nawet trafi na gospodarza, któremu zdarza się zaprosić przypadkowych gości do środka.
Dalej... to już przez Nowicę powrót do Henrykowa. Kawałek asfaltem, kawałek przez pola, bez większych atrakcji. Szybka wędrówka, bo zagadałem się gdzieś po drodze z tambylcem (to właśnie od niego dowiedziałem się, czemu wiatrak nie oddaje stanu jaki wynika z mapy :) i nie zauważyłem, że tak blisko już do zachodu. Na szczęście do miasta docieram jeszcze przed zmrokiem i jeszcze raz mogę obejść kościół (niestety, już po godzinach zwiedzania).  

środa, 21 marca 2012

Galijski horoskop dla wiosny (i urodzonych dziś)

Chociaż wyjątkowo w tym roku pierwszym dniem wiosny okazał się 20 marca (ze względu na rok przestępny), to dziś przytaczam horoskop  dla urodzonych 21 marca. Jak na Galów przystało, horoskop opiera się na drzewach a 21 marca to dzień urodzonych pod dębem. Jeśli dodać że ciekawostkę znalazłem w trakcie poszukiwania wiosny w dolnośląskim Henrykowie, kolebce polskiego języka, to poniższa piosenka "Historia pewnego dębu" Basa Tajpana wydaje się oczywistym tłem muzycznym do tego horoskopu.

Galijski horoskop dla urodzonych 21 marca ("pod dębem")
Trudno ukryć, nie mają łatwego charakteru. Są wprawdzie wierni, stateczni i sumienni, ale wytrzymać z nimi trudno, bo obdarzeni są niezwykle silną wolą i nie mają wyrozumiałości dla ludzi słabszych i chwiejnych.



wtorek, 20 marca 2012

Pierwsze kwiaty (wiosna)

Rosną sobie kwiatki, w gniazdach są pisklęta
Przyroda jak zwrotka niedorozwinięta
O...o... idzie wiosna, idzie wiosna

O...o... dłuższe dnie, dłuższe dnie
O...o... kwiatki rosną, kwiatki rosną
O...o... głupie, nie?
(Wiosna, kabaret Potem)







czwartek, 8 marca 2012

Zachwycony zimą


Zachwycony zimą na Wielkiej Sowie, następny spacer postanowiłem odbyć znów w tym samym miejscu. Zwłaszcza, że zamierzonej trasy nie udało mi się przejść. Tym razem jednak z Wrocławia dotarłem z innej strony – od strony Pieszyc. Droga na górskim już odcinku jest dużo ciekawsza niż trasa Walim-Rzeczka, bo ciągnie się leśnymi serpentynami. Choć odwagi brak aby nią pędzić, to jednak przyjemnie się nią jedzie. Pozostaje ciągłe pytanie: jak długo, bo chodzi o to, żeby zatrzymać się na Przełęczy Walimskiej.
Zwątpienie dopadło mnie w okolicach zjazdu do Bacówki. Duży parking, wspaniałe miejsce do zaparkowania... kontrolne spojrzenie na mapie i decyzja: jadę drogą dalej. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że nie była to najlepsza decyzja. W okresie zimowym chyba jednak lepiej pozostawić samochód w tej okolicy i dalej udać się piechotą. Zwłaszcza że widoki są tu naprawdę piękne – nie omieszkałem więc chociaż wysiąść z samochodu na krótką sesję fotograficzną.
Jeszcze parę serpentyn, i dojeżdżam do właściwego celu: Przełęczy Walimskiej. Choć jest tu z pewnością zaznaczony na mapie parking leśny, problemem okazuje się znalezienie miejsca do zaparkowania. Bo parking jest... pod grubą warstwą śniegu. Chętnym do zwiedzania pozostaje lekko bardziej wyczyszczona krawędź jezdni, dzięki czemu na krótkim odcinku ustawić można kilka samochodów pozostawiając przejezdny pas dla samochodów. Jak się przekonałem po powrocie „przejezdny pas” oznacza, że można tylko przejechać, jeśli z naprzeciwka nic nie jedzie (wtedy nigdzie nie ma możliwości minięcia się), natomiast totalnie brak miejsca na zawracanie, wyjeżdżanie z parkingu czy inne manewry.

Nareszcie na szlaku

Wracając do Przełęczy Walimskiej... punkt jest mocno charakterystyczny, bo oprócz typowego dla przełęczy zmiany kierunku podjazdu na zjazd, jest tu duża polana jakby stworzona pod kątem turystów – o czym świadczą chociażby drewniane szałasy na jej końcu. Są nawet miejsca aby usiąść przy stole – miejscami nawet stoły wystają spod śniegu, choć ławy są już przysypane. Stąd podążam znów szlakiem fioletowym. Przez chwilę na początku trzeba uważać, aby go złapać, potem już ciężko go zgubić – brak jakichś odnóg, zboczeń w bok. 
Pod stopami głucho pomrukuje śnieg... nie jest to jednak głębokie zapadanie się w głąb śnieżnych kop, a jedynie pomruk delikatnie ubijanego podłoża. Na odcinku Średniej Drogi krajobraz jakoś specjalnie nie zachwyca, ot miły spacerek w górskiej okolicy. Niestety, bez żadnych punktów charakterystycznych, więc aż do spotkania szlaku żółtego trudno ocenić, jak daleko się już zaszło. Na północnym stoku wciąż jeszcze widać kopy śniegu na drzewach, choć w wielu miejscach przebija już czerń pni, z których wiatr strząsnął już biel śniegu. Niestety, zacieniony stok oznacza też słabsze oświetlenie do zdjęć...
Na skrzyżowaniu z żółtym szlakiem natykam się na całkiem przyjemny drewniany schron dla wędrowców. Potem krótki odcinek wzdłuż żółtego szlaku i dalej wspominaną już Drogą Gwarków. Z oddali podziwiam zabudowania i stoki narciarskie Rzeczki z nieznanej mi dotąd perspektywy. Krótko za Kamieniem Gwarków wychodzę na otwartą polanę i... i nagle droga staje się inna. Tak jak do tej pory przejście było lekkie, tak przejście przez krótki odcinek na otwartej przestrzeni zajmuje bardzo dużo czasu. Wszystko za sprawą zdradliwego podłoża.... tak jak ostatnio nogi zapadały się już w momencie stanięcia na śniegu, tak tu podłoże ubija się na kilka centymetrów gdy postawi się nogę na śniegu. I gdy już człowiek staje się pewien, że noga stoi stabilnie na śniegu i próbuje się nią odbić od powierzchni... ta nagle się zapada, a pod cieniutką zlodowaciałą twardą skorupką znajduje się gruba warstwa puchu, w którą zapada się noga i trzeba się z niej wyciągać. Zapewne sprawcą jest słońce doskonale operujące na południowym stoku, które powoduje delikatne roztapianie się wierzchnie warstwy śniegu, po czym jej przymarzanie – i stąd ta pozornie twarda, krucha lodowa skorupka. Po powrocie na znany już mi z poprzedniego przejścia niebieski szlak dojście do pobliskiego schroniska staje się tak łatwe, że nie zauważam nawet kiedy mam je za sobą.

W poszukiwaniu zagubionego szlaku

Trzeba przyznać, że schronisko Sowa w porannych promieniach staje się dużo bardziej przytulne. To dzięki słońcu staje się ono jasne i tak przyjemnie się w nim siedzi – mimo iż nie ma nic specjalnego w jego wystroju. Udaje się nawet sfotografować wzmiankowaną ostatnio mapę atrakcji turystycznych... po zdobyciu takiej „Mapy Skarbów” można ruszać dalej na ich poszukiwania. Wejście na Wielką Sowę zgodnie ze wskazami nie przysparza większych problemów, stąd „bramą zachodnią” ponownie wracam na szlak żółty. Nie na długo jednak, bo nie zamierzam iść na Małą Sowę, aby potem wracać tą samą trasą do Przełęczy. W planach jest szlak niebieski... o ile uda się go odnaleźć. Napotkani ludzie co prawda mówią, że zejście jest łatwe do odnalezienia i znaki widać mimo zimowej pogody... co do tego drugiego nie są jednak zbyt pewni. Gdy więc spotykam lekko wydeptane przejście w śniegu, prowadzące mniej więcej w oczekiwanym kierunku, postanawiam tam właśnie odbić – zwłaszcza, że odległość od zejścia w przeciwnym kierunku się mniej więcej zgadza.
Potem długo wątpiłem, bo droga lekko lawirowała, momentami idąc w kierunku wręcz przeciwnym niż dwa zakręty temu... oznaczeń szlaku też specjalnie nie dawało się odnaleźć i umysłem wciąż targały wątpliwości: iść dalej? Zawracać, najwyżej wrócę żółtym i powtórzę drugi raz tą samą drogą? Przecież ta droga dokądś musi prowadzić, więc spróbujmy... dokądś – czy na pewno tam, gdzie ja chcę? Z drugiej strony – gdzie indziej może prowadzić. Co chwila zerkanie na mapę – niby dobrze, ale jednak nie. 



Dopiero w momencie, gdy gdzieś za sobą usłyszałem w oddali jakichś ludzi, których można by się spytać – wyszedłem na otwartą przestrzeń, z której było widać, jak wielkim łukiem droga zakręca. Wszelkie wątpliwości co do słuszności drogi się rozwiały. Potem już zostało zejść do końca na dół, drogą już lekko zaledwie opadającą ku przełęczy, na której o dziwo nagle zaczęło się trafiać na dużo ludzi. Stąd już tylko w jednym miejscu chyba można pomylić drogę – jednak wkrótce trafi się albo na asfaltową drogę którą można dojść do parkingu, albo wrócić na szlak fioletowy – ale wtedy łatwo się zorientować i zakręcić w odpowiednią stronę. Skoro jednak udało się nie pobłądzić, to stamtąd już szybko powróciłem na polanę. Jeszcze trochę dantejskich scen na prowizorycznym parkingu zimowym i pora wracać do domu.

niedziela, 26 lutego 2012

Dźwięki śniegu


Nie ma to jak pojechać w nieznany sobie teren bez GPS-a. Na trasie wiadomo, według tablic dojedziesz wszędzie, gorzej, gdy trafisz na jakąś zapyziałą, nieoznaczoną wioskę i musisz zgadywać, czy w prawo, czy w lewo – a w trakcie jazdy samochodem oczywiście nie ma czasu zajrzeć na mapę. Tak to właśnie w Walimiu pomyliłem drogi, i zamiast na Przełęcz Walimską, trafiłem do Rzeczki. Kontrolne zajrzenie do mapy – nie jest tak źle, też ciekawą trasę się znajdzie, jednak dosyć długa ulicówka nie ułatwia orientacji. Bo niby co, zaparkować koło wyciągu narciarskiego – no, ale skąd mam wiedzieć, że to ten właściwy? Pierwszy przejechałem, przed drugim jednak ogromny korek... ukształtowanie terenu upewnia mnie, że to już Przełęcz Sokola, i tu się zaczyna szlak wędrówki.
Tu większość kieruje się „szlakiem schronisk” ku Wielkiej Sowie. Nie po to jednak człowiek jedzie samochodem te 80 kilometrów czy więcej, aby przedreptać wydeptaną ścieżką. Przecież o śnieg chodziło, o zapadanie się w nim. Kilkadziesiąt metrów od drogi odbijam w lewo. I choć śnieg też nie leży tu grubą warstwą, to jakże ironicznie wyglądają znaki czerwonego szlaku rowerowego. Ech, rowerem tutaj, skoro nogi nie zawsze znajdują twarde oparcie w głębokiej warstwie śniegu – a co gdy trochę większa waga rozkłada się na wąskiej powierzchni opon?


A wokół wszędzie biało...
... no może oprócz nieba, które na szczęście pokrywa jednolity błękit. Zziębniętymi rękoma wyciągam aparat z plecaka, aby utrwalić ten widok, jakże rzadki na równinnych okolicach... złapanie optymalnych nastaw aparatu chwilę zajmuje, bo i przewaga jasnych obszarów oszukuje światłomierz, i standardowy balans bieli nie poradzi sobie tą tonacją. Po walce z techniką można powrócić do podziwiania widoków. Gałęzie smreków uginają się pod grubymi warstwami śniegu... słabiej radzą sobie brzózki. Pozbawione mocnego pnia, pokornie uginają karku. Jednak co jest słabością, może okazać się i siłą – świerk tak mocno przygięty z pewnością już dawno by pękł. Nadmiar śniegu spada jednak z wątłej brzozy, nie przeciążając jej, a ta jej witkość i gibkość sprawia, że z pewnością już niedługo się wyprostuje, gdy ciepło sprawi, że śnieg się roztopi i uwolni ją od swego ciężaru.
No cóż, nie najświeższy to śnieg, droga w wielu miejscach po trosze wydeptana, grube czapy śniegu trzymają się głównie na grubych igłach. Pozbawione liści drzewa udekorowały się jedynie wąziutkimi białymi pasemkami.
A nogi jednak się zapadają. Może nie tak bardzo, ale każdy krok wymaga większego wysiłku niż latem. Zdecydowanie lepiej radzą sobie narciarze, których nacisk rozkłada się na o wiele większej niż buta powierzchni nart. Nieliczne grupki powoli mnie wyprzedzają.
Szlak... FIOLETOWY????


I tak to dochodzę do szlaku fioletowego, czyli Drogi Gwarków. Niedowiarkowie mogą zwątpić, bo to raczej rzadko spotykany kolor dla szlaku, ale taki właśnie jest. Kto nie wierzy, niech sam sprawdzi, i jego sprawa, czy to w sieci, czy w terenie – co do koloru jestem pewien. Jednak późny wyjazd z domu owocuje tym, że muszę wybrać krótszą drogę... I tu przekonuję się, co znaczy gruba warstwa śniegu. Widać ten odcinek jest mniej popularny, bo w wielu miejscach droga jest ledwie lekko przydeptana, a nogi zapadają się dosyć głęboko. Choć jednak widać różnicę między drogą a swobodnie leżącym puchem. Zejście z drogi o kilka kroków pokazuje, że można zapaść się głębiej – choć na szczęście wciąż tylko po kolana. Śnieg też trochę waży, a leżący już od pewnego czasu ubił sam siebie. Z pewnością pod spodem warstwa jest dużo głębsza, jednak już na tej głębokości jest na tyle twardy, że nie zapadam się głębiej. Teraz krótki odcinek żółtym szlakiem, i z daleka widać wieżę widokową na Wielkiej Sowie.

Tymczasem to już szczyt

To właśnie ta wieża jest najlepszym miernikiem siły śniegu. Narażona na zawieje śnieżne i silne wiatry, z daleka wygląda niczym pokryta grubą warstwą białego puchu. Dopiero z bliska dostrzega się, że tak jak nie do końca regularne kształty i pogrubione wszystkie wąskie elementy to i efekt śniegu, jednak w dużym stopniu kolor to wciąż efekt jej naturalnej barwy, choć i śnieg robi swoje. Z pewnością wykonana z ciemnego kamienia robiłaby dużo mniejszy efekt.

Tymczasem to już szczyt. Choć nie ma tu schroniska, aby się posilić czy wypić gorącą herbatę, to jednak z pewnością jest tu doskonałe miejsce na wypoczynek. Liczne szałasy sprawiają, że schować się tu można nawet w trakcie intensywnego wiatru, o ile drzewa nie zapewnią wystarczającego schronienia. Gospodarz wieży zapewnia, że pod daszkami cały czas pali się ogień. Za niewielką opłatą można nawet udać się na wieżę... aby jednak dotrzeć do wnętrza wieży, najpierw trzeba pokonać schody zewnętrzne. A trzeba przyznać, że nie lada to wyzwanie, bo po kilku już odwilżach i ponownych ochłodzeniach, pokryły się one zdradliwą warstwą śniegolodu. Utrudnieniem jest nie tylko śliska powierzchnia, ale także zwężona w wielu miejscach szerokość schodka i skos stworzony przez lód. Zresztą pal licho wchodzenie, silniejsze kopnięcie przodem buta sprawia, że udaje się „wyrąbać” jakiś prowizoryczny schodek – co jednak zrobić przy schodzeniu, gdy uderzyć można jedynie podeszwą buta, a to akurat zwiększa ryzyko poślizgnięcia się? Gładka powierzchnia ściany też nie daje punktu zaczepienia, więc może to już pora by ktoś pomyślał o zainstalowaniu poręczy?
Na taras widokowy niestety nie daje się wyjść. Wspomniane już dodatnie porywy temperaturowe sprawiły, że gruba warstwa śniegu parokrotnie roztapiała się, aby ponownie zamarznąć – tworząc lodową skorupę uniemożliwiającą otwarcie drzwi. Choć opiekun wieży podobno próbował załatwić sprawę palnikiem gazowym, jednak podwójne stalowe drzwi sprawiają, że rozgrzewa się ściana wewnętrzna, a na zewnątrz efektu i tak prawie nie widać. No cóż, pozostaje podziwiać widoki przez odśnieżone chociaż szyby.
A potem już zejście ceprostradą. Tu już droga ubita tak, że nogi zapadają się ledwie o milimetr, jeśli w ogóle. Południowy stok – co jest zaletą przy uprawie roślin, zwłaszcza winogron, niestety nie jest zaletą dla zimowego krajobrazu. Tu już brak puchowych czap na gałęziach, zastępuje je zielona kiść igieł, z których zwisają białe sople. Choć na ziemi wciąż pełno śniegu, to ponad nią dużo zieleni. Przynajmniej jak na tą porę roku. Miejscami droga wygląda wręcz jak wąwóz – środkiem wydeptane przejście, z boku jednak już nawet metrowy nasyp śniegu, gdzieniegdzie jedynie przecięty równie głęboką jak droga „raną” strumyka. Choć z pewnością latem droga ta też wije się w delikatnym wgłębieniu, jednak z pewnością ta różnica to głównie efekt grubej warstwy śniegu.
I znów odbicie w bok na zdjęcia... nogi zapadają się, a momentami człowiek staje w zupełnie nietypowych pozach. Latem tych wygibasów nie dałoby się z pewnością zbyt długo utrzymać, a niejeden groziłby złamaniem nogi... jednak tu otaczający nogę śnieg odciążą ją, dlatego czasem naprawdę wygodniej jest stanąć w tak dziwnej pozie.

Zimowe robaczki


Kawałek dalej odnajduję „zimowe robaczki”. Zwykła metrowa skarpa, ziemia która dawno zsypałaby się na drogę gdyby nie utrzymująca ją sieć korzeniowa. Śniegu nie ma co już trzymać, więc odsłonił gołą ziemię. Jednak mróz nie był tak łaskawy i to, co śniegowa poduszka miała chronić przed wymrożeniem, tu zostało wystawione na ziąb. Jednak dziwnym zjawiskiem jest to, że zamiast jednolicie wniknąć w głąb, ten dodatkowo wytworzył krystaliczną strukturę stworzoną jakby z drobnych pasków zbijających się grupki.
Wciąż przed siebie, dochodzę do polany. Tu śnieg nie dostał szansy spokojnego wylegiwania się na gałęziach drzew, przeganiany przez częste wiatry. Gdzie nie było miejsce, przewiewany przelatywał dalej, jednak gdy na jego drodze stawała przeszkoda, zatrzymywał się. Kolejne drobinki zatrzymywały się na poprzednich, i w ten sposób obrósł ochronną siatkę, znacznie zwiększając grubość poszczególnych drutów. Choć tak powstała naturalna konstrukcja nie jest zbyt trwała... wystarczy lekkie dotknięcie drutu, a całość osypuje się wydając krystalicznie czysty dźwięk gdy opada na warstwę puchu na 
dole.

Odgłosy śniegu

Bo nie wspomniałem o dźwiękach wydawanych przez śnieg. Ten najbardziej oczywisty, głośny i wyraźny dźwięku śniegu udeptywanego butami wędrowca. Równie podobne trzeszczenie śniegu ubijanego w trakcie tworzenia śnieżnej kuli, która rzucona, z chrzęstem rozbija się na drzewie. Te dźwięki zna chyba każdy, jednak czy wsłuchiwaliście się w dźwięk świeżego śniegu strącanego z drzew? Albo dźwięk śniegu podrzucanego przed buty przy każdy kroku do przodu? Zagłusza je często skrzypienie spod butów, więc dla próby zatrzymajcie się, i zamachnijcie w kopę nieubitego śniegu. Setki drobnych płatków zamienia się w miniaturowe dzwoneczki, dźwięczące zanim z powrotem spadną na białą ziemię... Jakże piękny dźwięk, umykający każdemu, kto jedynie pędzi do wyciągu, by szybko, szybko, znów na nartach zjeżdżać w dół, i aby znów stanąć w kolejce do orczyka.

Gdy już ziąb przesiąknie człowieka do końca, już ledwie kilka kroków do schroniska „Sowa”. To chyba w tym schronisku spałem wiele lat temu. W sali kominkowej ciemno, taki już urok tego schroniska, potrawy... żadne rewelacyjne, wybór też niezbyt szeroki, ale wystarczy, aby odpocząć i nabrać siły do dalszej wędrówki. Warto zatrzymać się przy ilustrowanej mapie atrakcji Gór Sowich, niestety niedostępnej ani w schronisku, ani w księgarniach. Choć kolorowe malunki utrudniają z pewnością wędrówkę po szlaku, to jednak jakże ułatwiły wybranie najciekawszej trasy w domowym zaciszu – a potem już tylko w terenie podążać obraną wcześniej trasą według klasycznej mapy.

Stół zakopany pod śniegiem

Ze względu na późną porę, dalszy odcinek w lesie odbywam już w szarudze. Wciąż na tyle jasno, żeby dobrze było widać drogę, jednak słabe oświetlenie odbiera piękno okolicy. Wędrówka staje się jedynie technicznym sposobem na przemieszczenie ciała z punktu A do punktu B... czyli od schroniska Sowa do schroniska Orzeł. Tu na otwartej przestrzeni już lepiej, bo słońce wciąż nadaje okolicy... no nie, kolorów raczej nie, bo zdecydowanie przeważa biel, jednak z pewnością piękna. Stojący naprzeciwko zachodni stok Niczyjej i Sokoła nabiera w cieniu pewnej tajemniczości.


Przed zejściem w dół, zaglądam na pobliską polankę wypoczynkową, oczekując jeszcze jakichś ciekawych widoków. Powoli zajmująca okoliczne tereny mgła połączona z coraz słabszym światłem dnia sprawia, że o widoki ciężko, jednak spotyka mnie tu niespodzianka. Spod warstwy śniegu gdzieniegdzie przebijają jakieś deski... krótkie rozpoznanie sugeruje, że to stoły, przy których z pewnością latem można przysiąść i się posilić. Gruba warstwa śniegu sprawia, że dziś co najwyżej można po nich pochodzić, o ile gdzieś odsłoni je śnieg. W pozostałych miejscach, stąpamy kilka centymetrów ponad nimi nawet nie wiedząc gdzie się one znajdują. Gdy przyjdą roztopy, może być z tego niebezpieczna pułapka, gdy noga nieopatrznie zapadnie się w głąb...
Na koniec, taka mała ciekawostka...

Śniegowe okręgi

sobota, 21 stycznia 2012

Skąd brać pieniądze na te wszystkie wydatki?


Wyjazdy, podróże, ostatnio także święta, sylwester, karnawał – a portfel robi się z dnia na dzień coraz chudszy. Skąd na to wszystko brać pieniądze? Praca zawsze za mało płatna, na bank napadać – strach, że policja złapie... więc może wykopać jakiś skarb z ziemi? Trzeba by wiedzieć, gdzie wcześniej go ktoś zakopał... albo kopać w kopalni złota. A tych w okolicach Wrocławia znaleźć można kilka.



Takoż i zdarzyło mi się trafić na imprezę integracyjną w jednej z nich, w Złotym Stoku. Dnia pierwszego opisywać nie będę, bo obowiązki służbowe nie pozwalały na żadne zwiedzanie. Za to drugi dzień to właśnie była turystyczna rozrywka. Na początek czas wolny, więc korzystając z okazji zwiedzanie Złotego Stoku grupkami. Trzeba przyznać, że wszędzie widać dawny splendor – i niszczące działanie czasu. Choć kiedyś kopalnia przynosiła bogactwo mieszkańcom tej miejscowości, dziś mało kogo stać na remont starych budynków. Być może z czasem to się zmieni, gdy do kopalni ściągać będą tysiące turystów – na razie pozostaje oczyma wyobraźni uzupełniać to co oczy widzą. A trzeba przyznać, że choć nadgryzione zębem czasu, stare elewacje wciąż zachowały swe ozdoby. Gdzieś na końcu ul. Wojska Polskiego odnajduję kościół z ciekawymi rzeźbami, w szczególności z nietypowym nepomukiem... i pora już wracać, aby zdążyć na poszukiwanie złota.



Wędrówkę po kopalni zacząć



Tak, bo taki właśnie był cel wyprawy. Poznać życie górnika i zdobyć trochę złota. Żeby jednak nie było za łatwo... już na wstępie masa ostrzeżeń. Dokładniej: cała ściana, a nawet muzeum – bo właśnie w złotostockiej kopalni znajduje się unikalne Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli w którym, niczym tapeta, jedna przy drugiej wiszą tabliczki ostrzegawcze BHP. Żeby jeszcze bardziej wzbudzić czujność i trwogę o własne życie, kolejnym punktem zwiedzania okazuje się Chodnik Śmierci. To tu skazywano na śmierć górników szukających dodatkowego źródła zarobku w podkradanych z urobku grudkach złota. Skazańca stawiano pod ścianą, a jego ręce wkładano w specjalnie przygotowane dziury, które następnie wypełniano zaprawą. I choć w legendę tą można zwątpić wiedząc, że nigdy w tym miejscu nie znaleziono szczątków ludzkich, jednak w takim razie pozostaje pytanie: skąd właśnie tam wziął się tajemniczy biały nalot pochodzenia organicznego, niespotykany nigdzie indziej w kopalni?
Potem już można zwiedzać, choć ciągle bacząc na własne bezpieczeństwo. Bo na trasie zagrożeń dużo – a to tajemnicze pajęczyny ogromnego pająka, a to jakaś wspinaczka kopalnianą ścianą, a to nagle zjazd zjeżdżalnią... choć nie tylko ziemia okazuje się tu niebezpiecznym żywiołem. Część trasy pokonać trzeba łódką, gdyż klucze do tajemniczego skarbca znajdują się gdzieś za zalanym chodnikiem. Niby nic strasznego... jednak już sama nazwa łódki (Titanic) nie budzi zaufania.


Tymczasem na powierzchni

Potem można już wyjść na światło dzienne, choć nie koniec to przygód. Kolejne dwa domki, i dwa kolejne zadania. Najpierw należało się wykazać umiejętnościami inżynieryjnymi i pewną ręką, tworząc konstrukcję pozwalającą umieścić ponad 30 gwoździ na główce innego gwoździa. Potem... labirynt, wymagający tężyzny siłowej. Zbity z drewnianych desek, wielkości stołu kuchennego, z jednym wejściem i wyjściem... i kulką, która ma przejść z jednego końca na drugi przy pomocy sił grawitacji, nie wpadając mimo to do żadnej dziury. Trzeba przyznać, że nie łatwo było odpowiednio balansować ciężkim stołem, ale nam się udało.
W nagrodę dostaliśmy prawo wstępu do kolejnej sztolni: Sztolni Czarnej Górnej. Sztolnia Gertrudy już za nami, urokliwy wąwóz rzeczny prowadzący do kolejnej sztolni też, i nagle oczom ukazuje się ogromne urobisko, niczym ogromna ściana kopalni kamienia. To teren największego chyba w Polsce parku linowego Skalisko, niestety, nie czynnego o tej porze roku. Więc jedyną atrakcją jaka nam pozostała, jest właśnie sztolnia. 

Prawie, że wodospad

Choć wszystkie materiały promocyjne mówią o huku wody, nam nie dane było go poznać. Choć właśnie tu znajduje się jedyny podziemny wodospad, to pogoda ostatnich dni nie bardzo nam sprzyja. I choć jako turysta za sprzyjającą pogodę uważam pogodę bezdeszczową, to dziś nie cieszy mnie fakt, że brak opadów przez ostatnie dni sprawił, że z wielkiego wodospadu ledwie sączy się jakaś woda. Podobno wodospad najpiękniej wygląda w okresie roztopów.


No cóż, czy to wielka siklawa, czy ledwie niewielki ciek, wody do wiaderka nabrać trzeba. Przyznać trzeba, że nie było to łatwe zadanie, jednak w końcu udało się. Jeszcze tylko nalać ją do podwieszonej pod ścianą dziurawej instalacji rurowej, uszczelniać na bieżąco palcami wszystkie dziury, i jest: na szczyt tajemniczej rury wystającej z ziemi wypływa złote jajo, wypełnione w środku biletem na kolejkę. Jeszcze tylko (korzystając z okazji) przeszmuglować podziemnym przejściem kuferek z napojami naszych zagranicznych sąsiadów, i przy akompaniamencie radosnego turkotu kółek kolejki można wyjechać ze zdobytymi skarbami znów na powierzchnię.
Jeszcze tylko przetopić wydobyte bezkształtne grudki w eleganckie sztabki... i to już koniec poszukiwania złota śladami Maxa Winklera. Jakby jednak i tych skarbów wciąż było komuś mało, to na powierzchni czekają dodatkowe atrakcje. Grudek złota i innych minerałów można szukać w specjalnie przygotowanych skrzyniach. Aby dodać trochę goryczy porażki zwycięstwu, zwiedzić można mini-muzeum minerałów w pobliskim schronisku, i przekonać się jakie to jeszcze skarby ziemi przeoczyliśmy w naszych poszukiwaniach. Jeśli podziemia sprawiły, że zziębliśmy (pod ziemią panuje temperatura 7°C niezależnie od pory roku), to w pobliskiej restauracji można się zagrzać przy filiżance kawy lub kubku herbaty z maleńką dawką arszeniku. Dawką tak maleńką, że nieszkodliwą dla zdrowia, jednak powodującą uzależnienie... od miejsca, ciekawych ludzi i przygody. Choć z drugiej strony, czy do takiego miejsca nie docierają jedynie ci, którzy są już od nich uzależnieni, turyści, włóczędzy i inni wędrowcy?